My kind of town

niedziela, 08 sierpnia 2010
Wpis spod krzyża

Ludzie, byłam pod krzyżem! Teraz nie być pod krzyżem to obciach (w myśl jednego z krzyżowych haseł: „Jest krzyż, jest impreza”). Pod krzyżem się bywa, robi happeningi, ustawia puszki z zimnego Lecha, przyprowadza Elvisa i szturmowców z „Gwiezdnych wojen” i wiesza transparenty „Precz Krzyżacy”, czy „Wykorzystanie krzyża do walki politycznej to jest dzieło szatana. Jarosławie, opamiętaj się.” Ludzie robią sobie takie jaja, że głowa mała. W tvnowskim „Szkle kontaktowym” leciały takie m.in. smsy od widzów: „Bezproblemowo usuwam krzyże – Jagiełło” albo „Usuńcie wreszcie ten Pałac zza tego krzyża”.

Są też tacy, którzy żyją w błogiej nieświadomości (choć trudno w to uwierzyć). Mijana tuż obok krzyża dziewczyna, przy której Dodę można nazwać co najwyżej „blachareczką” (blond włosy, tapeta, solara, plastikowe klapki na dziesięciocentymetrowym obcasie), zapytała się niewinnie swojego towarzysza „A co tu tyle ludzi?”

W przerwach między umawianiem się pod krzyżem, można na szczęście klapnąć na Nowym Świecie czy Krakowskim Przedmieściu i napić się piwa z sokiem. Mówią, że czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Dopiero, gdy przeszłam się kawałkiem Traktu Królewskiego, zjadłam zestaw obowiązkowy u Bliklego (jakie oni mają tam wuzetki!), spotkałam się ze znajomymi, popatrzyłam na polskie dziewczyny, które mają najwięcej witaminy, to poczułam jak bardzo brakuje mi w Chicago takiego deptaku i atmosfery wakacji. Mimo iż za każdym razem nie chciało mi się jechać do Warszawy (bo jeździłam z Zosią, a to cała wyprawa i zapchany po brzegi bagażnik), to cieszę się bardzo, że byłam, że się spotkałam, że widziałam, że poplotkowałam. No i że uczestniczyłam w wyprawie krzyżowej.

A propos spotkań, to hitem było moje spotkanie z Fioną_Apple i Filipem. Spotkanie zorganizowałyśmy na wariackich papierach, bo ja akurat przyjechałam do Warszawy, a Fiona wyjeżdżała (choć tak naprawdę dopiero co przyjechała, jak wiedzą ci, którzy czytają Wylęgarnię). No ale zabrałyśmy dzieci pod pachę, tj. do wózków i spotkałyśmy się wielce niemodnie pod Empikiem (no bo teraz to wiadomo gdzie się umawiać w stolycy). No co ja mogę powiedzieć – szkoda, że był to pierwszy raz i na razie niestety ostatni oko w oko z Fioną, bo było to bardzo miłe dwie godziny. Mamma, jak napisała u siebie, wygląda rewelacyjnie i w gadce jest równie dobra jak w pisaniu. Zosia i Filip zaczęli nieśmiało od wspólnego oglądania kaczek i gołębi, po czym przełamali lody i roznieśli w drzazgi „Czułego Barbarzyńcę”, gdzie nieliczni bibliofile usiłowali czytać. Nieszczęśni! Gdy Zosia weszła na górne „C”, Filip odpowiedział jej dolnym „D”, czy jakoś tak. Gdy Filip złapał pokrowiec od okularów Mammy, Zosia też chciała. Gdy Zosia miała pokrowiec, Filip jadł jogurt. Oboje zostali na moment zahipnotyzowani wiatrakami na suficie, ale trwało to tyle, co łyk mrożonej latte. Dziecko moje miało tyle wrażeń, że w drodze powrotnej usnęło w rydwanie, co ostatnio nie zdarza się wcale a wcale. No szkoda, szkoda, że nie będzie w najbliższym czasie powtórki.

Kończę, bo mnie łamie w krzyżu.

poniedziałek, 05 lipca 2010
Szklana pogoda

Nuda, panie, jak w polskim filmie. To znaczy może nie nuda, ale mundial. Jak na razie lepiej być nie może. Brazylia, Argentyna i Portugalia - do domu. No po prostu marzenie. Pomarańczowi, którym kibicuję nieustannie od 1988 r., gdy zdobyli mistrzostwo Europy, grają może nie pięknie, ale skutecznie. Pięknie grają natomiast sąsiedzi zza Odry i mam nadzieję, że w środę pokażą Hiszpanom, jak się gra w piłkę. Jeśli będzie finał Niemcy-Holandia, będę miałą zagwozdkę, komu kibicować.

No więc Bronek, ogródek, piwko, telewizorek, żeby nie wypaść z praktyki używania zdrobnień. Odkąd przyjechałam, telewizji naoglądałam się tyle, co za rok w Chicago. Tutaj telewizor gra praktycznie od rana. W Chicago to raczej niemożliwe, bo jedyny jaki mamy (co zawsze bywa powodem zdziwienia panów od Dish Network) znajduje się w piwnicy i "gada" głównie wieczorem, gdy Zosia śpi, a i to nie codziennie. Jak w większości polskich rodzin, tak i w mojej (tej polskiej, nie amerykańskiej) telewizor zajmował centralne, nawet jeśli nie dosłownie, miejsce w pokoju gościnnym i wokół niego toczyło i toczy się codzienne życie.

Lat temu kilkadziesiąt w Sokołowie były ledwie dwa telewizory i mały Stefek, czyli mój tata ganiał do Domu Rzemiosła oglądać czarno-białą "Bonanzę", aby po wielu, wielu latach dowiedzieć się, że serial leciał w kolorze. Pięćdziesiąt czy czterdzieści lat temu, kolorowy telewizor był zresztą kompletną abstrakcją. Moi dziadkowie kupili sobie własny odbiornik w 1962 r. i mogli cieszyć się całymi dwoma programi telewizyjnymi. Telewizor marki "Alladyn" miał już wtedy pilota, podłączonego kablem do odbiornika. Siostra mojej babci miała zaś słynny telewizor "Fala", znany z tego, że obraz autentycznie na nim falował. Pod koniec lat 70. rodzice zaś dorobili się kolorowego radzieckiego Rubina, na którym przez całe lata oglądałam "Bolka i Lolka", "Reksia", "Muppety", pstrajki na Wybrzeżu (tak mówiłam na strajki), olimpiady w Moskwie i Sarajewie, "5-10-15" z Krzysiem Ibiszem oraz tę niedzielę, gdy nie było Teleranka.

Upadek muru berlińskiego i kapitalizm powitaliśmy już z 32 27-calowym produktem imperializmu japońskiego marki Sony. Do tego odtwarzacz wideo, zarwane noce spędzone na oglądaniu Szwarcego i Stallone i można było świat doganiać. Soniak służył nam długo i w końcowym etapie swojego żywota buczał, a sygnał telewizyjny musieliśmy puszczać przez wideo, bo inaczej w ogóle nie odbierał. W międzyczasie byłam na studiach i gdzieś w okolicach drugiego roku, dostałam od rodziców 14-calowy telewizor Deawoo. Nie pamiętam, co wtedy się oglądało w akademiku. "Kasię i Tomka"? "M jak miłość"? "Klan" he he?

Wraz z nastaniem epoki dvd, starego dziadka wymieniliśmy na nowszy model tej samej marki. Z tym nie jestem jakoś specjalnie uczuciowo związana, bo został kupiony, gdy szykowałam się za ocean, czy jakoś podobnie. Tegoroczny mundial oglądamy już na telewizorze z płaskim ekranem i o większej niż dotychczas przekątnej ekranu. Ciekawe, co będzie w salonach za 20, 30 lat, zważywszy, że w czasach mojej młodości nikomu się nie śniło o pilotach, płaskich ekranach, automatycznej regulacji głośności i rozmiarach większych niż 21 cali. Statystycznie Polacy oglądają 4 godziny telewizji dziennie (najwięcej w Europie). Szklana pogoda.

czwartek, 03 czerwca 2010
Akcent

Spotkałam dziś koleżankę z podstawówki. Gadu gadu, a ona do mnie w pewnym momencie, że słychać u mnie akcent, w domyśle amerykański, no bo niby jaki inny. O matko. To ja mam dziecka uczyć polszczyzny, naszpikowanej Szczebrzeszynem i Grzegorzem Brzęczyszczykiewiczem, a tu się okazuje, że może niedługo będę wymawiać "rabarbar" jak mój mąż - "łabałbał"? Zaraz w mieście gruchnie plota, że Buzukówna się zamerykanizowała.

Czy Ci co znają mój głos, potwierdzają, że inny już mój polski?

wtorek, 01 czerwca 2010
Dzień Dziecka

Z okazji Dnia Dziecka dziecko moje zrobiło mi piękny prezent śpiąc niemal do 8 rano, z krótką przerwą na wiadomości mleczarskie. Wstałam więc wyspana jak człowiek, a nie jak zombie od dwóch tygodni, gdyż panna Zosieńska ostatnio zdecydowała, że szkoda jej czasu na spanie do 7, jak to było w Chicago i będzie wstawać o 5:30. W zasadzie to jej się nie dziwię, bo w Chicago tylu atrakcji nie mamy.


Zosi znudziło się też siedzenie na podłodze.

Znudziło jej się też tradycyjne jedzenie. Wczoraj pod (nie)czujnym okiem mamy czytającej "Twój Styl" i popijającej kawkę 5 metrów dalej, zjadła róg strony katalogu z Ikei. Samo zdrowie, celuloza, telefonicznie wzruszył ramionami ojciec dziecka na wiadomość o zapędach czytelniczych córki.

I co jeszcze. Po prażonym ryżu oraz lemoniadzie i Visolvicie wyjadanym na sucho palcem z torebki, przyszedł czas na watę cukrową. Z okazji Dnia Dziecka, warszawskie zoo postanowiło dać bana wacie cukrowej i nie zamierza jej więcej sprzedawać na swoim terenie. Jak przestaną sprzedawać w wesołych miasteczkach, to będzie koniec świata. W Warszawie będziemy w weekend. Do zoo się nie wybieramy, za to mama - choć hazbend za oceanem - ma nadzieję na "Seks w wielkim mieście".

Z okazji Dnia Dziecka, wszystkiego najlepszego dla dziadka, który ma dziś urodziny.


środa, 19 maja 2010
Małomiasteczkowe życie

Moje miasto zawsze było małe (20,000 mieszkańców) i takie pewnie pozostanie na wieki, ale ilekroć tu przyjeżdżam, wydaje mi się jeszcze mniejsze. Wylazłam dziś w końcu z Zosią na spacer, bo przestało lać. Skręciłam w lewo, potem w prawo, potem znowu w prawo i 10 minut później byłam w "downtown", a 5 minut później z powrotem domu. Przyznam szczerze, że w Ciupagowie mam więcej spacerowej okolicy, o trzech parkach w promieniu 15 minut nie wspominając. Gdzie ja mam zrzucać "uchwyty miłości" z bioder? No ale nic, pierwsze koty za płoty. Miasto ma dwa centra, będziemy chodzić do tego dalej od domu.

Zmieniło się i nie. Znudzone ekspedientki nadal wystają w drzwiach sklepów. Na ulicach porozkładane kobiałki z warzywami. Na małym skwerku siedzi stara Cyganka i pewnie naciąga na wróżenie z ręki. Listonosz zasuwa na rowerze. Tata mi mówi, żeby kupić karmę dla kota w zoologicznym. Jakim zoologicznym? To przecież całe życie był sportowy! Pytam mamę, gdzie teraz kupuje kosmetyki, a ona na to, że są dwie drogerie w "Diamencie". Ki czort? Ano nowe sklepy, których ja nie znam, bo stoją dopiero od roku. Na szczęście lody "na kulki", na które chodziło się rodzinnie "po kościele" ciągle i nadal w tym samym miejscu.

Miasto stało się ekologiczne i w większości spożywczaków nie uświadczysz plastikowych toreb na zakupy. Ze swoimi trzeba ganiać, jak za komuny, gdy człowiek zbierał, co ładniejsze zagraniczne reklamówki na zakupy. A jeszcze 2 lata temu tata się zarzekał, że nie będzie chodził do sklepu z płóciennymi torbami, które przywiozłam rodzicom. No i przyszła koza do woza.

Zapomniałam też, że polskim zwyczajem jak się idzie do kogoś na 5 minut odebrać wiejskie jajka, to znaczy, że będzie kawa, herbata, lody i ciastka. Babcia (moja) naznosiła mi już drożdżowych babek, pierniczków, serniczków i cukierków, tak więc te spacery to chyba mi się przydadzą, oj przydadzą. Zdążyłam już zaliczyć dwa odcinki "M jak miłość", a śniadanie jem oglądając "Dzień dobry TVN". Został mi jeszcze "Klan" i "Plebania" he he. Dziś powiesiłam pranie na dworzu i poczułam się jak w domu jakieś 10 lat temu.

Aha, bociany też już widziałam.

poniedziałek, 17 maja 2010
Gdzie są skarpetki?

Podróż do kraju-raju przebiegła szybko, gładko i przyjemnie. Zaczęło się dobrze na lotnisku, gdy zapytałam przy stanowisku LOT-u o gate pass dla męża, aby mógł przejść przez bramki ze mną i pomóc mi z security. Zapytałam z głupia frant, bo zarówno TSA, jak i sam LOT, do którego dzwoniłam tuż przed wyjazdem z domu powiedzieli, że nie dają takich przepustek. Dali i mąż przeszedł ze mną aż do bramy, pomagając mi z Zosią i z wózkiem.

W samolocie Zosia oczarowała wszystkich uśmiechami, a bardzo uczynny steward załatwił nam kołyskę, mimo iż na infolinii LOT-u powiedziano mi, że przysługuje dzieciom do 6. miesiąca. Jak widać, dla chcącego nic trudnego. Kołyska wytrzymuje obciążenie do 10 kg (Zosia waży ledwie 7). Mogłam więc wyciągnąć nogi (w przenośni) i próbować spać, co pewnie jakoś by się udało, gdyby nie jakieś dwie przekupy za mną, które postanowiły pół nocy wymieniać się uwagami na temat ruskich pierogów, znaków zodiaku i malowania paznokci. Jezu, normalnie myślałam, że je strzelę, bo WSZYSCY wokół siedzieli cicho. Do tego panu siedzącemu obok mnie spadła na głowę butelka jakiejś wódy należąca do jednej z pań z tyłu, więc już w ogóle zrobiło się ciekawie, bo 30 cm dalej i byłaby to głowa Zosi leżącej w kołysce. Pan i tak był spokojny, bo kant opakowania butelki rozbił mu głowę do krwi (nie jakoś strasznie, no ale zawsze). No, ja bym nie zdzierżyła, ale widocznie musiał to być niespotykanie spokojny człowiek.

Zosia przez pierwsze dni była na czasie chińskiem i dopiero dziś, czyli w poniedziałek poszła spać o jakiejś ludzkiej godzinie, tj. 8 wieczorem, a nie o 2 w nocy albo 11:30 pm. Dziadek i babcia oczywiście zachwyceni wnusią, podobnie jak obie prababcie.Dostałyśmy już trzy grzechotki, pluszową żabę, zabawki do kąpieli i klocki. Grunt, że mam trzy walizki.


Zosia zaś oszalała na punkcie kota Jozina i na jego widok wydaje radosne piski i wrzaski. Kot dostał kota i jest w ciężkim szoku, a gdy widzi małą, wieje, gdzie pieprz rośnie. Hitem jest też pomidorowa z ryżem i w ogóle polskie gotowe zupki dla dzieci, które biją na łeb na szyję podobne produkty w Jueseju, przynajmniej te, które ja widziałam.


A jeśli chodzi o skarpetki, to pytanie "Gdzie są skarpetki?" słyszałam od wejścia na pokład samolotu, przez pół lotu, potem od pani celnik czy jak tam ją zwał, potem od pana z obsługi lotniska, który pomógł mi z walizkami no i oczywiście od całej rodziny. Zosia od niepamiętnych czasów ma skarpetki w głębokim poważaniu i ściąga je po minucie od założenia. Ja już dawno przestałam z nią walczyć, ale rodzina musi się jeszcze przystosować i przyjąć do wiadomości, że miejsce skarpetek jest na lodówce w roli ozdobnika.


A ja - wiadomo. Stay tuned, będzie więcej.