My kind of town

środa, 06 kwietnia 2011
Zosia samosia

Może by tak parę słów o dziecku, bo jakoś dawno nic o niej nie pisałam.

Zosia uwielbia wozy strażackie, samoloty i autobusy. Ponieważ straż pożarna jest 3 przecznice od domu, wóz jeździ po ulicy kilka razy na dzień. W nielicznym słownictwie Zosi "łuuu-łu-łu", czyli dźwięk straży pożarnej był jednym z pierwszych słów. Zosia miała wczoraj swój przysłowiowy Dzień Dziecka, gdyż dwa razy była oglądać z bliska wóz strażacki. Wczoraj odbywały się w Chicago uzupełniające wybory samorządowe, a mój lokal wyborczy mieści się w pobliskiej stacji straży pożarnej. Na pytanie "Zosia, chcesz zobaczyć, gdzie mieszka wóz strażacki", Zośka błyskawicznie pobiegła po swoje buty i kurtkę. Dwa razy nie trzeba było jej powtarzać. Poszłyśmy więc oglądać wóz strażacki, który w takich dniach nie parkuje w garażu, ale stoi na ulicy.

Samochód był "taaaaaki duży!".


Był lśniący, czerwony i wart dziesięciu "wow-wow-wow".


Po południu głosować poszedł hazbend, a Zośka miała drugie spotkanie bliskiego stopnia z wozem strażackim. Ciekawe, czy gdzieś w Chicago są organizowane drzwi otwarte w ktorejś ze stacji straży. To by mała miała używanie, jakby zobaczyła z 5 wozów na raz.

Samoloty - druga miłość. Obserwuje z okna, bo lotnisko jest niedaleko i samoloty schodzą do lądowania na wprost naszego pokoju dziennego. Niemal każdy jest oczywiście "taaaaaki duży". Autobusy szkolne rozpoznaje po dźwięku silnika i gdy spacerujemy po okolicy po 3 po południu, gdy autobusy zabierają dzieci ze szkół, wie, że autobus jedzie zanim go zobaczy. Lubi też autobusy miejskie i tata czasem zabiera ją na przejażdżkę, ot, tak po prostu.

Nadal kocha psy i jakby mogła, to wyściskałaby i obśliniła każdego spotkanego czworonoga.

Uwielbia nowe ubrania (w szczególności jak mają np. psa z przodu). Ubrana w nową bluzkę, czy sukienkę pędem biegnie oglądać się w dużym lustrze w mojej sypialni. Lubi też korale, więc kupiłam jej zestaw 6 naszyjników żywcem jak z Mardi Gras, które zakłada jak tylko otworzy oczy i wyjmę ją z łóżka. Ostatnio dodałyśmy do kolekcji gadżetów torebkę (obejrzaną naturalnie w lustrze). Nie lubi natomiast spinek i kokardek we włosach, czego nie mogę przeboleć, bo wygląda ślicznie ze spiętymi włosami.

Hazbend zawsze twierdził, że nie ma jak dać dziecku coś ważnego (z punktu widzenia dziecka) do zrobienia wokół domu. Od jakiegoś czasu Zosia sama wyrzuca swoje pieluchy do kosza. Zużytą pieluchę, nieekologicznie zawiniętą w przezroczystą torebkę na warzywa, dumnie niesie do kosza w kuchni, a gdy otworzę klapę, wrzuca zamaszystym ruchem. Jedną z największych atrakcji są cotygodniowe niedzielne zakupy w supermarkecie. Z reguły staramy się tam jeździć około 9 rano, gdy nie ma jeszcze dużo ludzi. Zosia ma wtedy okazję pchać sklepowy wózek i pakować ziemniaki i pieczarki do torby. Zna sklep już tak dobrze, że wie, gdzie jest mleko, jajka i ulubione winogrona. W sklepie zaliczamy obowiązkową wizytę przy kurczakach z rożna, gdzie dziecko stoi i gapi się zafascynowane na pieczony drób.

Po powrocie do domu Zośka rzuca się do rozpakowywania zakupów. Stawiamy siaty przy drzwiach i dajemy jej co lżejsze rzeczy, aby zaniosła do kuchni. To poczucie misji w jej oczach! Ten wiatr we włosach, gdy pędzi z kuchni po więcej! Oby jej to zaangażowanie zostało na przyszłość.

Została też nieświadomie uświadomiona ekologicznie i ktoregoś dani zaskoczyła mnie, gdy zaniosła starą gazetę do kosza na papier. Została więc specjalistą od recycklingu i zajmuje się junk mail.

Kilka dni temu przeszła samą siebie. Wrociłyśmy ze spaceru. Siadłam sobie na fotelu, żeby zdjąć buty, patrzę, a moje dziecko niesie mi japonki, w których chodzę po domu. No, jak jeszcze przyniesie mi szklankę wody, to jestem ustawiona na starość.

23:26, aniabuzuk , Zosia
Link Komentarze (10) »
niedziela, 31 października 2010
Na dobre i na złe

Doktor Zosia

i jej pacjent

19:45, aniabuzuk , Zosia
Link Komentarze (18) »
wtorek, 26 października 2010
Z drugiej ręki

Korzystacie ze sklepów z używanymi rzeczami? Na studiach łaziło się po szmateksach w Lublinie w poszukiwaniu ciuchów (największe znalezisko - dżinsowa kurtka Levisa na podpince), ale potem jakoś straciłam chęć na przewalanie sterty ciuchów. Nie mam oporów przed noszeniem cudzych ubrań, ale właśnie to grzebanie w szmatach doprowadzało mnie do szału i szkoda było mi czasu.

Może więc dlatego rok temu dość niechętnym okiem spojrzałam na wór dzięciecych ubranek, które dostałam od sąsiadki. Sąsiadka akurat wyprowadzała się z okolicy, więc moją pierwszą myślą, że pewnie nie ma co z tymi ubraniami zrobić, no a ja tu byłam pod ręką i do tego w ciąży. Ale jak jak pojawiła się Zosia i w przeciągu miesiąca wyrosła z ubrań na jej wiek, to sięgnęłam do wora. Potem jeszcze przyjaciółka z Anglii podesłała mi trochę ubranek po jej chłopakach, a dalej teściowa powiedziała mi o sieci sklepów Once Upon a Child, które sprzedają używane dziecięce ubrania dla dzieci tak gdzieś do piątego roku życia oraz wózki, łóżka, nosidełka, leżaczki, huśtawki, książki i zabawki. Nie wiem, czy czytające mamy znają tą sieć. Sklepy działają na zasadzie franchisingu i skupują rzeczy od praktycznie każdego, kto chce sprzedać coś po swoich dzieciach. Większość produktów jest bardzo dobrej jakości. Nie ma ubrań z dziurami czy jakimiś plamami Bóg wie po czym. Dużo jest ubrań z Children's Place, GAPu i Gymboree. Są ciut droższe od niemarkowych, no ale i tak bez porównania tanie. Bluzka dla Zosi z długim rękawem kosztuje około $5, bluzy z kapturem między 5 a 10, spodnie około 6-8. Do tego część rzeczy jest na przecenach. 3/4 ubrań dla Zosi kupuję właśnie tam. Sklepy nie przypominają typowych "dzionkarni", że użyję nomenklatury mojej babci, czyli thrift stores (sklepów z używanymi rzeczami), gdzie pół towaru wala się po podłodze, a do wózka na zakupy można się czasem przykleić. Ciuchy są posegregowane według wieku i płci, zabawki według tematyki - grające razem, lalki razem itd. W chicagowskim sklepie jest też wyznaczone małe miejsce, gdzie można zostawić dziecko, żeby się bawiło zabawkami.

W Chicago - nad czym ubolewam - jest tylko jeden sklep tej sieci, z 10 minut jazdy od mojego domu, a w takim Columbus kilka. Dlatego zawsze, gdy jestem u teściowej wstępuję do jednego z tamtejszych Once Upon a Child. Sklep w Columbus jest ze trzy razy większy niż ten w Chicago, choć ostatnio wyszłam stamtąd niemal z pustymi rękoma. Puste wieszaki, zabawki poprzebierane, ledwie parę książek udało mi się znaleźć. Po powrocie pojechałam do sklepu w Chicago i z miejsca kupiłam 3 zestawy puzzli Melissa&Doug, które to puzzle uwielbia Zosia, a którą to markę uwielbiam ja. Np. te dźwiękowe puzzle za $12.99 kupiłam za połowę ceny. Kostium halloweenowy dla Zosi kosztował mnie $2.50, a wybór był z 5 razy większy niż w Targecie. Dość powiedzieć, że ilekroć tam jestem, to ludzi jest pełno. Szkoda tylko, że sklep w Chicago jest nieduży i trochę ciasnawy i że najbliższy z pozostałych 5 sklepów w IL jest 20 mil od mojego domu.

22:29, aniabuzuk , Zosia
Link Komentarze (15) »
wtorek, 24 sierpnia 2010
365 dni później

i setki pieluch, litry mleka, stosy prania oraz niezliczone uśmiechy, piski i uściski dalej...

19:20, aniabuzuk , Zosia
Link Komentarze (21) »
poniedziałek, 09 sierpnia 2010
Ostatki

Trudno uwierzyć, że w najbliższą środę o tej porze będę dolatywać do Chicago. Tak jest, panie i panowie, wakacje w ojczyznie dobiegają końca, a ja od dziś rana usiłuję wepchnąć swoje skarby do trzech walizek. Nie powiem, chce mi się już wracać, bom się deczko stęskniła za hazbendem, ale z drugiej strony, gdzie ja w Chicago będę miała tyle chętnych rąk do noszenia Zosi i jej rozpieszczania? Bo dziadki rozpieszczały Zosię ile się dało, wskutek czego mi pewnie będą więdły ręce od noszenia. Pocieszam się tylko, że stęskniony tata przejmie z radością część obowiązków.

Zosia niewątpliwie miała trzy ekscytujące miesiące. Przywiozłam dziewczynkę, która potrafiła jedynie siedzieć, bawić się zabawkami w zasięgu ręki oraz jeść z łyżeczki podawanej do ust.


Wyjeżdżam z pannicą, która raczkuje po całym domu, staje i chodzi przy meblach, jest w stanie sama dojść na czworakach do kota i wytarmosić go za ogon, ma już swój własny język, pije z niekapka i je wszystko, co wyrosło w ogrodzie u dziadków: ziemniaki, marchewkę, buraki, fasolę szparagową, szpinak, śliwki, borówki, brzoskwinie i jabłka.


Dziecko trafiło mi się wyjątkowo niewybredne do jedzenia (przynajmniej na razie) i podejrzewam, że zjadłaby wszystko, co bym jej dała, oby tylko nie było za pikantne. Najbardziej lubi jeść sama, obiema rękoma na zmianę. Sądząc po zainteresowaniach, wyrośnie z niej weterynarz, ornitolog albo florystka. Psy, koty, konie - im więcej i głośniej miauczą albo szczekają, tym lepiej. Gołębie i wrony uwielbia, podobnie jak kwiaty, które wydziera z łodyg i triumfalnie obnosi potem w rękach. Jej własny ojciec pewnie jej nie pozna. Ona jego pewnie też nie, ale że dziecko nie ma żadnego lęku przed osobami, których nie zna, to myślę, że po dwóch rundach na barana wokół ogrodu, tata będzie jej best friend forever. O ile oczywiście się dogadają he he.

Dziadki podchlipują od tygodnia na myśl o wyjeździe, a ja słyszę teksty o tym, żebym może wracała sama, a dziecko zostawiła im. Taka opcja nie wchodzi tym razem w grę, ale za parę lat, pogadamy inaczej. Na razie, ponieważ nie będą obchodzić z nami pierwszych urodzin Zosi, to wyprawili jej własne.

Zosia musiała oczywiście spróbować tortu. O zjedzeniu później kolacji przez dziecko mogłam zapomnieć, bo na jednej łyżeczce się nie skończyło.

Teraz nie pozostaje mi nic innego, jak przeżyć dziesięciogodzinny lot z dzieckiem, które ostatnio nie daje sobie założyć pieluchy i lata z gołym tyłkiem po łóżku, próbę włożenia w śpiochy oprotestowuje krzyczeniem i uciekaniem, a oddanie z rąk dziadka do moich wrzaskiem, bo krzykiem to już chyba nie można nazwać. Czy leci z nami dziadek?

22:09, aniabuzuk , Zosia
Link Komentarze (9) »
czwartek, 29 lipca 2010
Sezon ogórkowy

Najlepszy ostatnio sposób na "pozbycie się" dziecka na pół godziny.

14:15, aniabuzuk , Zosia
Link Komentarze (12) »
środa, 16 czerwca 2010
Gu gu gu, ga ga ga

Pisała Tracy Hogg, żeby do niemowlaków mówić jak do ludzi, dwudniowego delikwenta oprowadzić po domu i wytłumaczyć mu co gdzie jest, a zmieniając pieluchę zapytać się go/jej o pozwolenie. Zawsze się trochę z tego z mężem śmialiśmy, ale coś nam jednak po lekturze zostało, gdyż rzeczywiście sporo rzeczy Zosi tłumaczyliśmy i unikaliśmy mówienia do niej samymi zdrobnieniami, co zresztą w przypadku męża jest raczej trudne, gdyż angielski nie daje chyba takich możliwości jak polski.

Tymczasem w kraju-raju babcie, ciocie i wujkowie mówią językiem gu gu gu, ga ga ga. Niech się babcie i ciocie nie obrażają, broń Panie Boże. To bardziej moja obserwacja niż krytyka. Pewnych przyzwyczajeń nie da się zapewne zmienić. W każdym bądź razie, dzień Zosi w gwarze rodzinno-sokołowskiej wygląda tak:

Tuż po obudzeniu Zosia dostaje cyca. Po cycu dobrze by było, aby Zosia zrobiła beku beku. Potem następuje zmiana pieluchy. Jeśli pieluchę zmienia babcia, nie omieszka zapytać się Zosi "A kto tu tak naciciał?", "A kto tu tak naciciał?", "A kto tu tak naciciał?" (ctrl + V mi się nie zacięło). Kilka razy w ciągu dnia Zosia robi am am. Trzeba uważać, żeby nie było si. Nawet przy najlepszych chęciach Zosia zawsze się ubarduni robiąc am am. Trzeba wtedy zrobić chlastu chlastu twarzy i rąk. Po am am jest czas na zabawę, ostatnio przy użyciu pisu pisu. Chodzimy też lalu. Jak jesteśmy lalu, Zosia często widzi brum brum. Wieczorem Zosia bardzo lubi kąpku kąpku, a potem idzie spakulać.

Wpisane już chyba jest w nasz język i podejście do małych dzieci używanie zdrobnień jak rączka, nóżka, główka, czy syneczek. Zresztą, chyba nie tylko do dzieci, bo siedząc wczoraj na pedicurze, byłam proszona o zgięcie nóżki i założenie klapeczków. Paznokietki wyszły bardzo ładnie.

21:58, aniabuzuk , Zosia
Link Komentarze (19) »
piątek, 05 marca 2010
Wind of change

1977

2010

03:30, aniabuzuk , Zosia
Link Komentarze (15) »
piątek, 25 grudnia 2009
Po raz pierwszy

Pierwszy guz, nabity w poniedziałek po zderzeniu z podłogą.


Pierwsze święta (co Zosia o tym myśli, tutaj).


Pierwsze prezenty (niektóre większe od zainteresowanej).


Pierwszy stały pokarm w postaci rozmamłanego z mlekiem opłatka (zdjęć brak). No nie mogłam się oprzeć pokusie, aby pierwszą rzeczą, której zasmakuje Zosia będzie podany w wigilę i w jej czterosmiesięczne urodziny opłatek. Nie bardzo wiedziała, co robić z podejrzaną papką w ustach, ale jakoś zjadła.

Mam nadzieję, że świętujecie, prezenty okazały się udane, rybka pyszna, a za oknem nastrojowo prószy śnieg. U nas pada deszcz niestety, więc ze spaceru nici. Wesołych Świąt dla wszystkich odwiedzających Windy City.

20:21, aniabuzuk , Zosia
Link Komentarze (14) »
wtorek, 24 listopada 2009
Narzekania młodej matki

Normalnie czasem trafia mnie szlag, gdy uzmysławiam sobie, że kraj, którego każdy prezydent, polityk, czy to na szczeblu lokalnym, czy federalnym, a także zwykły Smith czy Johnson podkreśla, jak ważna jest rodzina, dzieci oraz czas z nimi spędzony, traktuje matki. Wszyscy pieprzą o tej cholernej reformie służby zdrowia, a nikt chyba nie zająknie się, jak państwo traktuje matki z małymi dziećmi. Wspominałam o tym nie raz i u siebie i na innych blogach, że 12 tygodni urlopu macierzyńskiego to jest granda i skandal. Najgorsze jest chyba to, że Amerykanie, przyzwyczajeni do 10 dni urlopu na rok, w ogóle nie widzą problemu. Siedzę sobie wczoraj u dentysty i w przerwach między zdejmowaniem kamienia, mówię pani dochtór, że no niestety wracam do pracy w najbliższy poniedziałek. Pani się mnie pyta, ile macierzyńskiego dał mi mój pracodawca. Mówię, że 12 tygodni (choć w zasadzie to 14), a dentystka, że to całkiem nieźle. No ludzie, trzymajcie mnie. Ona chyba nie ma dzieci albo dawno nie widziała trzymiesięcznego dziecka. Oczywiście, w świetle tego, że jakaś jej znajoma miała 4 (słownie cztery) tygodnie macierzyńskiego, moje 14 tygodni wydaje się wiecznością.

W jakim normalnym kraju, ja się pytam, pracodawca daje świeżo upieczonej matce, 4 tygodnie urlopu na to, żeby "odchować" dziecko i dojść do siebie? Co z tego, że federalna family leave daje te ustawowe 12 tygodni, skoro dotyczy to tylko pracowników z firm zatrudniających powyżej 50 osób. A co z resztą, która nie ma wyboru i musi wracać do roboty po 4 czy 6 tygodniach? Gdzie tu jest poszanowanie rodziny, matki i dziecka? Kurna, chyba napiszę do Obamy, czy gdzie, bo po prostu mną trzęsie, ale może choćby po to, żeby sobie ulżyć.

Na koniec, żeby już nie było tak bardzo pesymistycznie, powiem tylko, że od czwartku jest z nami babcia prosto z importu. Zachwycona wnuczką, wnuczka nią również, bo cieszy się i śmieje na jej widok. Jutro zaś zabieramy Zosię w pierwszą podróż i jedziemy na indyka do Ohio do drugiej babci, która już nie może się nas doczekać.



PS. Jak ktoś zainteresowany, co Zosia ma do powiedzenia, może odwiedzić jej bloga crybag.com Od razu mówię, że to nie był mój pomysł, ale hazbenda, który podobnoż ma wzgląd w jej myśli i przekłada je na klawiaturę. Normalnie umarłam ze śmiechu, jak mi powiedział o tym blogu i zosinych recenzjach produktów dla dzieci ocenianych w kategoriach Śmierdzących Pieluch bądź Wesołych Uśmiechów. Zobaczymy, na ile starczy tacie (znaczy się Zosi) zapału do blogowania. Autorka (he he) może odpowiedzieć na komentarze dopiero, gdy nauczy się czytać. Profilu na Naszej Klasie albo innym Babybooku (jeśli takowy istnieje) nie będziemy jej zakładać, bez obaw.

16:09, aniabuzuk , Zosia
Link Komentarze (23) »
 
1 , 2