My kind of town

sobota, 10 kwietnia 2010
Okrutny zart historii

Wymiar tej tragedii jest duzo wiekszy niz polityczne sympatie. Gdy przeczytalam smsa od M. oraz zobaczylam czarne strony "Wyborczej" dzis rano, to poplakalam sie, bo to jest tragedia narodowa. To takze ogromna strata dla rodzin tylu osob. Mysle o corce Kaczynskich, ktora stracila oboje rodzicow i o tych wszystkich, ktorzy oplakuja teraz swoich mezow, zony, braci, matki i ojcow. Mysle tez o ich ostatnich chwilach, kiedy wiedzieli, ze za chwile umra. Mysle rowniez o tym, ze stalo sie to w miejscu, ktore 70 lat widzialo jedna z najwiekszych tragedii w naszej historii. Walesa powiedzial, ze to "Katyn 2"

Maz wywiesil przed domem polska flage.

PS. Przepraszam za brak polskich liter, ale nie chce grzebac w komputerze tesciowej, zeby je ustawic.

czwartek, 23 lipca 2009
Powiedz mi skąd jesteś

Czymś, co mnie bardzo irytuje wśród Polonii jest ocenianie ludzi po tym skąd pochodzą. Przychodzi do mnie polski kontraktor, ja do niego "Dzień dobry, jestem Ania", a ten ani be ani me, ani go pocałuj, tylko pierwsze zdanie, które słyszę brzmi "A Ty to skąd jesteś?". Gdy mówię, że z Sokołowa Podlaskiego, pan radośnie odpowiada "A to ja nawet nie wiem, gdzie to jest". No i cholerę, nie musisz, bo to żadna aglomeracja, ale co ma piernik do wiatraka?

Wczoraj na basenie, do stojącego obok mnie pana podpływa jego znajoma i oświadcza, że powinien jakiemuś gościowi dać w mordę. Pan pyta się dlaczego, a pani wyjaśnia, że słyszała jak ten gość mówił, żeby uważać na tych z Tarnowa, bo to skurwysyny. Reakcja pana obok: "A on to skąd? Z tych cholernych Moniek?"

No właśnie. Co ludzi tutaj tak nastawia przeciwko sobie i dlaczego miejsce, z którego się pochodzi tak determinuje znajomości lub ich brak? Moja babcia zawsze mnie ostrzegała, żebym nigdy nie mówiła, że jestem z Warszawy, bo warszawiaków bardzo tutaj nie lubią. A mówiła mi to, myśląc, że może wzorem wielu rodaków, pytana o to skąd pochodzę, powiem, że z Warszawy, no bo przecież moje rodzinne miasto jest ledwie 100 km od niej i mieszkałam tam przez 4 lata. Prawie wszyscy są z Krakowa, Tarnowa, Poznania, a jak przychodzi co do czego, to z małych miast i wsi 12 albo 19 kilometrów spod tegoż Krakowa.

Babcia, w swoich niekończących się opowieściach polonijnych, podawała przykłady osób, które dowiedziawszy się, że mają pracować dla kogoś z np. Moniek, rzucały robotę albo w ogóle jej nie przyjmowały. No przecież to jakaś paranoja, jakaś rodzima odmiana ksenofobii. Nie lubimy "obcych", nawet gdy są z tego samego kraju. I wciąż słyszy się tutaj, że najgorzej jest pracować dla Polaków.

czwartek, 02 kwietnia 2009
Powrót taty

Drodzy rodzice,

Dzisiejszy tekt z Wyborczej niech będzie przestrogą dla tych, którzy liczą, że na starość dziatwa poda im szklankę wodę albo weźmie w opiekę na stare lata. Jak świadczy przykład pana Eugeniusza, zamieszkałego w Chicago przez dziesiątki lat, którego własna, sprowadzona do USA przed 20 laty córka wysłała do Polski z biletem w jedną stronę i opłaciła pobyt w schronisku dla bezdomnych, na własną krew nie zawsze można liczyć. Wniosek: dzieci robić w Ameryce, a nie sprowadzać je z Polski.

poniedziałek, 30 marca 2009
Rodaków przygody i konsularne niewygody

Nadeszła wiekopomna chwila, kiedy w końcu trzeba było ruszyć tyłek i zająć się wyrobieniem paszportu amerykańskiego oraz odnowieniem polskiego, przeterminowującego się w lipcu.

Zaczęłam od amerykańskiego, bo miałam przeczucie, że będzie to proces łatwiejszy i przyjemniejszy niż wizyta w konsulacie. Znalazłam stronę, na której miałam do wyboru albo wypełnić online aplikację paszportową albo wydrukować ją i wypełnić odręcznie. Wybrałam wariant pierwszy. Czas wypełnienia: 15 minut. Potem szybki spacer na pocztę w centrum, odszukanie właściwego okienka, przy którym nie było żadnych interesantów, złożenie wniosku ze zdjęciami, zapłata i do domu, biura znaczy się. Czas całkowity z dojściem na pocztę i powrotem do firmy: 20 minut. Czas oczekiwania na paszport: 4 tygodnie, dostawa do domu.

Now, ladies and gentlemen, wizyta w polskim konsulacie. Tym samym dołączam w opowieściach konsularnych do Big Apple i Misekdomleka, którzy mieli (nie)przyjemność wizytować placówki w Nowym Jorku i Waszyngtonie. Na początek rozwiano moje nadzieje, że wniosek paszportowy wypełnię sobie online. Jak wyczytałam, wniosek drukowany jest na specjalnym papierze i dlatego nie jest dostępny w internecie, a tylko w konsulacie. No cóż. Co mi tam. Mogę śmigać trzy kopie tego samego wniosku odręcznie.

Docieram do konsulatu. Byłam w nim wcześniej tylko raz, zaraz po przyjeździe do Chicago i zapamiętałam jako ciemne i ciasne pomieszczenie w stylu późnego PRL-u. Pięć lat później - no nie pogadasz. Przeszklona sień, za nią poczekalnia ze skórzanymi fotelami i sofami, podwieszane sufity, nowoczesne żyrandole, plazma z TVN24, maszyna do numerków dla interesantów i ludzi w cholerę. Najpierw szukam wniosków. Specjalny papier okazuje się być czymś w rodzaju papieru technicznego. Ani żadnych znaków wodnych, ani zatopionych kłaczków materiału uniemożliwiających fałszerstwo, ot zwykły, grubszy papier. No ale przecież specjalny. Obok jakiś młody facet wypełnia swój wniosek i słyszę jak sobie pomaga na głos: "Kurwa, ja pierdolę, jeszcze ta franca". Od razu robi się swojsko. Wypełniam swoje i biorę numerek. Mój numer 07, numer aktualnie obsługiwanego interesanta 95. O w mordę.

Godzinę i kwadrans później, w końcu wyświetla się 07. Zgrzytam już zębami i myślę, jak czegoś się czepią, to nie wyrobię. Zdjęcia mojej gęby robione przez Ewę przechodzą. Wnioski przechodzą. Stary paszport zostaje, ja bulę 132 dolce za nowy i tymczasowy paszport i do domu, znaczy się do biura. Czas całkowity z dojechaniem i powrotem do firmy: 2 godziny, 35 minut. Czas oczekiwania na paszport tymczasowy: 1 miesiąc, na 10-letni: 5 miesięcy (?!). WTF?

I w sumie wszystko byłoby nawet cacy (przeżyję nawet jakoś te 5 miesięcy), gdyby nie to, że będę musiała tam jeszcze dwa razy jechać po odbiór obu paszportów i czekać w żółwio-wlokącej się kolejce. Bo tak poza tym, to "Rodaków przygody i konsularne niewygody" okazały się nie aż takie tragiczne (trochę szkoda, bo miałam nadzieję na jakiś pikantny wpis).
środa, 04 marca 2009
Chicagowska Polonia, czyli małpy kontra orły

Dostałam dziś rano mailem od Hjuston artykuł z "Polityki" o chicagowskiej Polonii, a zaraz potem przeczytałam, że ten sam artykuł zainteresował autora blogu resvaria.net w tym wpisie. Wypada więc napisać dwa słowa (okay, więcej niż dwa) w polemice z dziennikarzem "Polityki", który na początek artykułu przytacza słowa Stefana Niesiołowskiego nazywającego chicagowską Polonię "małpiarnią", głównie w odniesieniu do ostatnich kłopotów finansowych ministra Czumy.

Czy czuję się obrażona słowami Niesiołowskiego? I tak i nie. Tak, gdyż wedle mojego rozumienia tego słowa, chicagowskie małpy to ludzie niewykształceni, nieznający angielskiego, niezasymilowani z lokalną kulturą i bez chęci na zmianę. Nie, gdyż osobiście nie należę do żadnej z tych kategorii, a nie lubię gdy wszystkich wrzuca się do tego samego worka.

Jest w Chicago wielu Polaków, którzy osiągnęli tutaj sukces mierzony nie tylko miarą polską, ale i amerykańską: lekarze, prawnicy, czy przedsiębiorcy. Spotykając przypadkowych ludzi i mówiąc im, że jestem z Polski, często słyszałam, że jesteśmy hard working people (ciężko pracującymi ludźmi), że Wałęsa, że papież. Często jednak po zdaniu, że pochodzę z Polski zapadała cisza, a po przerwie padały grzecznościowe słowa o kiełbasie i pierogach. Nikt nigdy nie powiedział mi nic nieprzyjemnego o Polakach, ale myślę, że stereotyp Polaka w Chicago ma się dobrze, zarówno wśród Amerykanów, jak i samych Polaków.

Kim bowiem jest przeciętny Kowalski w Windy City? Pracuje albo "na kontraktorce", czyli fizycznie na budowach albo jeździ "trokami" (ciężarówkami), a jeśli jest kobietą najczęściej sprząta "domki" lub pracuje w sklepie. Nie każdy, oczywiście, kto pracuje fizycznie to tłumok i wieśniak i daleka jestem od takich stereotypowych uogólnień, ale stereotyp ma to do siebie, że utrwala powtarzane schematy, zwłaszcza wśród ludzi, którzy nie mają dużej wiedzy na temat. Trudno sobie wyobrazić, aby spośród kilkuset tysięcy żyjących tu Polaków wszyscy pracowali na budowach lub w serwisach sprzątających, ale taka opinia utrwaliła się przez dziesiątki lat i niewiele się zmieniło w tym, jak postrzegają nas inni. Sami też na tę opinię zapracowaliśmy.

Autor pisze, że Polacy tworzą zamkniętą enklawę skupioną wokół ulicy Milwaukee, zwaną Jackowem. Tam robią zakupy, tam rozliczają podatki, tam czują się jak u siebie, bez konieczności porozumiewania się po angielsku. Takie Jackowo istnieje i mimo iż kurczy się, funkcjonuje nadal. Ale podobne enklawy mają również inne nacje. Czy Meksykanie mieszkają masowo w Lakeview, czy może jednak podobnie jak Polacy głównie w północno-zachodniej części miasta? Gdzie mieszkają Hindusi i Chińczycy? Każdy wie, że pierwsi wzdłuż ulicy Devon, a drudzy w okolicach Chinatown. Polacy więc nie wyróżniają się pod tym kątem bardziej niż inne grupy, toteż ten argument uważam za nie do końca trafiony.

Autor artykułu wspomina, że Polonia tak naprawdę nigdy nie miała porządnej reprezentacji we władzach lokalnych, o szczeblu narodowym nie wspominając. Przy całym szacunku dla rodaków, czy nie bierze się to trochę stąd, że nie ma wśród chicagowskiej Polonii wielu osób z zapleczem intelektualnym, zdolnościami przywódczymi, chęcią zmiany wizerunku Polonii wśród Amerykanów oraz zwitalizowaniem środowiska polonijnego? Jakby nie patrzeć, przez lata napływali tutaj rodacy, którym w Polsce się nie przelewało - ludzie prości, bez gruntownego wykształcenia. Emigracja solidarnościowa przyniosła Polonii zastrzyk inteligencji, ale ze względu na zmiany historyczne, po krótkim okresie prosperity dla Polonii za rządów Reagana, nasze znaczenie jako grupy etnicznej ponownie spadło.

O Polonii można powiedzieć wszystko, ale nie to że jest to grupa postępowa i liberalna. W wyborach zawsze wygrywają tutaj kandydaci prawicy, czasem nawet z odchyleniem ultraprawicowym. W ostatnich wyborach parlamentarnych w cuglach wygrał PiS. Zmiana status quo interesuje niewielu. Skąd ma więc przyjść rewolucja polonijna? Od ludzi takich jak były prezes Kongesu Polonii Amerykańskiej, wykrzykujący antysemickie hasła? Żadna organizacja polonijna nie ma tak naprawdę znaczenia ani dla samych Polaków ani dla środowiska amerykańskiego. Zrzeszają one bowiem głównie ludzi, dla których liczy się "konik i szabelka", ciągła i nieustająca walka z komuną (lub innym wrogiem narodu) i mity o wielkiej Polsce. Ktoś, kto ma głowę na karku, a w w niej trochę oleju trzyma się od takiego towarzystwa z daleka. Koło się zamyka, zostajemy w naszym Ciupago z prawicowymi oszołomami. Czasem ktoś polskiego pochodzenia próbuje przebić się do władz, jak wczoraj w wyborach uzupełniających do Kongresu dr Foryś (bez powodzenia), ale to tylko woda na młyn. Brakuje wśród Polonii świeżej napływowej krwi, takiej która dotarła do Wielkiej Brytanii po 2004 r. Problem polega na tym, że taka grupa nigdy tutaj nie dotrze. Bez możliwości legalnej pracy, ubezpieczenia zdrowotnego na emigrację do Stanów decydują się nieliczni lub tacy, którzy mają tutaj albo perspektywy zawodowe gwarantowane przez potencjalnego pracodawcę albo ze względów osobistych.

Choćbym więc nie wiem, jak bardzo chciała i wytrzeszczała oczy, to za cholerę nie mogę zobaczyć, że chicagowska Polonia jest inna niż ta opisana w artykule "Polityki". Parę jaskółek wiosny nie czyni. Może nie "małpiarnia", ale na pewno i nie woliera dla polonijnych dumnych orłów.
środa, 04 lutego 2009
Anka Amerykanka

Gdybym wszystkie testy, jakie przyszło lub przyjdzie mi w życiu zdawać były tak proste, jak ten na obywatelstwo USA, który zdawałam dziś, życie było dużo mniej stresujące i przyjemniejsze. No tak banalnego testu jeszcze nie miałam. Pytania były na poziomie "Jakie są kolory flagi Stanów Zjednoczonych" i "Kto jest prezydentem?". W następny czwartek przysięga i nareszcie koniec wypełniania formularzy, kserowania zeznań podatkowych, oddawania odcisków palców i pokazywania zdjęć weselnego tortu. Alleluja.

Update po przysiędze: Poszło w miarę szybko, choć sędzia spóźnił się pół godziny, ale za to powiedział mowę, przy której się popłakałam. Hymnu nie śpiewaliśmy, na szczęście, bo jeszcze nie znam słów. Teściowa nie dojechała, choć bardzo chciała być, ale za to podesłała mi patriotyczną broszkę, którą zdecydowałam się włożyć tylko do zdjęcia, aby nie oślepić pozostałych uczestników (błyszczy się jak wiecie co). Honory fotografów pełnili hazbend i Evek, którym dziękuję za wstanie o wczesnej porze, aby ze mną być w tym, jakby nie patrzeć, ważnym dniu. Od firmy dostałam piękny bukiet tropikalnych kwiatów i mnóstwo gratulacji. To teraz, jak to śpiewał Kukiz, my już są Amerykany.  

czwartek, 11 grudnia 2008
Duperele

Jest kilka rzeczy, do których nigdy się w Ameryce nie przyzwyczaję. Niektóre stoją mi ością w gardle, inne ledwie drażnią bądź śmieszą. Do pierwszej kategorii zalicza się ilość urlopu przysługującego na rok. Podobnie jak miliony mi podobnych, mam standardowe 10 dni wakacji na rok i 10 dni osobistych/chorobowych, które mogę wykorzystać jako urlop, jeśli się nie pochoruję wcześniej. Dla Amerykanina może i jest to ilość wystarczająca, ale dla kogoś z rodziną w Polsce to kropla w morzu potrzeb. Niby po pięciu latach pracy w mojej firmie dostanę dodatkowy tydzień urlopu, ale i tak do końca świata i jeden dzień dłużej będę tęsknić za europejskimi rozwiązaniami.

Z innych spraw drażni mnie na przykład, że w Stanach korzystając z komórki płaci się nie tylko za rozmowy przychodzące (normalka), ale również za przychodzące (?!). Dla mnie zupełnie bez sensu.

Do funtów, uncji, mil, stóp i cali i Fahrenheitów przysparzających nieco zamieszania po przeprowadzce idzie się przyzwyczaić, choć w początkach przeliczałam wszystkie nieznane mi jednostki na wartości metryczne. Teraz, gdyby ktoś się mnie zapytał, ile ważę (w kg), to pewnie nie udzieliłabym dokładnej odpowiedzi, gdyż operuję funtami.

W hotelach nie cierpię sposobu ścielenia łóżek. Każdego dnia po tym, jak pokojówka pościele łóżko, ja muszę szarpać się z kołdrą, która zostaje wciśnięta głęboko pod materac, a ja akurat lubię kołdrą dokładnie się owinąć, like a bug in a rug. No i zupełnie dla mnie durna instytucja flat sheet. Dla niezorientowanych, jest to prześcieradło, które podkłada się pod kołdrę albo koc i śpi pod oboma. Rzekomo dlatego, aby kołdry, które tutaj nie mają poszewek, nie brudziły się i nie trzeba było ich prać za często, aczkolwiek ja z tym plączącym się między nogami prześcieradłem walczę i w swoim domu nie używam. Kupić poszewkę na kołdrę to też sztuka, skoro wszyscy używają tych cholernych prześcieradeł. Na szczęście jest Ikea i np. takie romatyczne zestawy (bez prześcieradeł!).

No i nie rozumiem, dlaczego oni nie mają tutaj drugiego dnia Bożego Narodzenia.
poniedziałek, 22 września 2008
Zostań obywatelem

Całkiem przypadkowo dowiedziałam się kilkanaście dni temu, że wszystkie aplikacje o naturalizację, które napłyną do USCIS po 1 października będą kwalifikowane do nowego testu na obywatelstwo. Podobno ma być trudniejszy, ale tak naprawdę czort wie do końca, jaki będzie. Najnowsza polityka USCIS zdaje się zmierzać do tego, aby zaostrzyć warunki przyznawania obywatelstwa, stąd całkiem możliwe, że nowy test uderzy głównie w osoby, które z angielskim i wiedzą o USA są na bakier. 

Szczerze mówiąc, nie mogę tak całkowicie nie zgodzić się z tym, co proponuje USCIS. Coś w tym jest, że obywatelstwo powinno być dla osób, które wykazują pewien stopień asymilacji z krajem, a znajomość języka jest jednym z głównych wyznaczników. Ręce mi opadły, gdy poszłam w sobotę na spotkanie w sprawie obywatelstwa, gdzie można było uzyskać darmową poradę prawną w wypełnianiu aplikacji, a także z pomocą pracowników i woluntariuszy New Americans Initiative złożyć takową aplikację. Na spotkaniu przyszli głównie Polacy i Latynosi. Każdy, kto chciał porozumiewać się z doradcą po polsku lub hiszpańsku miał taką możliwość. Problem polegał na tym, że takich osób było prawie 100% Gdy kolejka oczekujących na konsultację zaczęła się wydłużać, woluntariuszka zapytała, kto mówi po angielsku i mógłby w tym języku porozmawiać z konsultantem. Odpowiedziałam tylko ja. Pytam się więc, jak pozostali mają być obywatelami, gdy nawet w sprawie swojej aplikacji nie umieją porozumieć się w innym języku niż ojczysty? A jak dodać, że aplikacja, choć upierdliwa, to nie jest trudna i wymaga podstawowej znajomości angielskiego, to ręce opadają po raz wtóry.

Dobrze więc podsumowała to wczoraj Ewa, że na osobach nie znających języka zarabiają adwokaci imigracyjni. Ja od siebie dodam wszelkie biura, które organizują kursy na obywatelstwo, gdzie wtłaczają kandydatom na obywateli, ile stanów ma Ameryka i kto jest wiceprezydentem. Nie mam wielu powodów, żeby narzekać na Amerykę, ale aż mi się ciśnie na usta, że jaki kraj, tacy obywatele.

środa, 25 czerwca 2008
Co zrobić z dziewięcioma dniami wolnego?

Właśnie odkryłam, że chyba jednak musiałam się przez te cztery lata zamerykanizować. Wzorem Amerykanów, których nikt nie rozpieszcza po europejsku sześcioma tygodniami wakacji i w związku z tym często nie wiedzą, co zrobić ze swoimi dziesięcioma dniami urlopu na rok, mam ten sam problem. Nie z dziesięcioma wprawdzie, a z trzema (czyli dziewięcioma), które planuję wziąć w listopadzie tuż przed Świętem Dziękczynienia i razem z niepracującym "indykiem" oraz wolnym po nim piątkiem mieć ponad tydzień wolnego. Jeszcze w poniedziałek leciałam do Meksyku albo na Hawaje. Wczoraj na Key West na Florydzie, dziś rano na objazd po Miami i parkach narodowych w okolicy, a teraz po przejrzeniu listy parków narodowych w Kalifornii, Utah i Arizonie skłaniam się ku powrotowi do pierwotnego planu sprzed miesięcy, czyli road trip po zachodzie, który to plan zdaje się najbardziej podobać hazbendowi.

Mój szef, który za wakacje uznaje czterodniowy weekend w Wisonsin raz na rok, na moje utyskiwania o małej ilości wolnych dni, odpowiada, że on by nie wiedział, co z nimi zrobić. Normalnie jak ja.

poniedziałek, 02 czerwca 2008
Prezent od rodziców

Ilekroć ktoś z mojej rodziny wyjeżdżał w odwiedziny do kogoś mieszkającego zza granicą (a mówię tutaj o latach 80. bądź wczesnych 90.) zabierał ze sobą patriotyczno-polskie prezenty, na widok których wygnaniec na obczyźnie miał uronić łzę i wspominać nasz piękny kraj. Najlepszym miejscem, aby kupić takowy prezent była Cepelia, specjalizująca  się w takich właśnie pamiątkach. Na pierwszy ogień szły więc lalki w ludowych strojach. Nie wiem, kto wpadł na pomysł, że gumowa lala w pasiaku może być dobrym, polskim prezentem, ale pamiętam, że obdarowywano nimi również gości zza granicy, którzy przyjechali do Polski w odwiedziny. Jeśli nie lala, to kupowało się obrusy, robione szydełkiem, wyszywane – o ile pamiętam – haftem  Richelieu albo lniane. Rękodzieło też było popularne. Mojej babci, która mieszkała w Chicago ktoś kiedyś zawiózł rzeźbiony w drewnie obraz („Ostatnią wieczerzę", zdaje się), możliwe, że też z Cepelii.

Tradycje obrusowe są nadal żywe i moja mama przy każdej okazji próbuje dać mi ze dwa, a ja grzecznie odmawiam, bo obrusów z reguły nie używam, podobnie jak firanek i zasłon, których nie mam wcale. Jedyną rzeczą, którą obecnie przywożę z Polski jest wódka marki Zawisza, której nie widuję w lokalnych monopolowych, a mam sentyment, gdyż taką miałam na swoim weselu w Polsce. Swego czasu przywoziłam też gąbki do kąpieli, bo tym, co oni tutaj mają – mam na myśli plastikowe pompony – myć się nie da. Gąbek mam zapas na dwa lata, wódki dowiózł brat, więc na razie jestem ustawiona.

Mama chyba jednak poddała się ostatnio z obrusami, bo brat nie przywiózł mi żadnego, za to dostałam od rodziców wyrób drewniany, biało-czerwony, patriotyczny, który jeśli nawet nie kupiony w Cepelii, z powodzeniem mógłby stamtąd pochodzić. Na razie stoi na honorowym miejscu w jadalni i każdego ranka przypomina mi o zielonych, polskich łąkach. Czasem jednak zastanawiam się, czy aby przypadkiem nie było zamysłem moich rodziców było, abym postawiła ów prezent w sypialni? Gdzie w takim razie trzymano te gumowe lale, to już nawet nie pytam.

 
1 , 2 , 3