My kind of town

czwartek, 08 stycznia 2009
Co mam wspólnego z Obamą?

Ano w zasadzie niewiele, poza tym, że braliśmy udział w tym samym programie (znowu Check, Please!). Obama wprawdzie 6 lat wcześniej niż ja, ale ja z lepszym skutkiem, bo mój odcinek wyemitowali, a jego nie he he. Nic straconego - zapomniany odcinek z Obamą będzie można zobaczyć 16 stycznia na WTTW o 8 wieczorem. Tutaj zajawka.

To ja teraz poproszę jakiś okolicznościowy zjazd wszystkich, którzy brali udział w programie. Może Hjuston spotykać się z burmistrzem na hibachi, to może i ja bym mogła z Barrym pogadać o knajpach w Chicago. No chyba że są inne propozycje tematów do obgadania?
czwartek, 04 września 2008
„Check, Please!” rok później

Między zdjęciami z San Francisco (bo mam jeszcze jedno, które muszę opublikować i na tym skończę maglować tydzień kalifornijski na blogu), mała dygresja na temat „Check, Please!”. Pamięta ktoś? No więc od emisji minął prawie rok, ale telewizja od czasu do czasu (tak średnio raz na miesiąc) powtarza ten odcinek ze mną. W robocie co raz ktoś mówi, że widział mnie w telewizorze, no więc opowiadam zainteresowanej osobie całą story (padają zawsze dwa pytania: jak się tam dostałam i czy mam jakieś profity po emisji). No ale szczęka mi opadła, gdy w piątek czekając na kolejkę na Midway, podszedł do mnie jakiś starszy pan i powiedział „You were on „Check, Please!”. Ah, ta sława. I będzie tak pięknie, wywiady będą, autografy, wizyty w zakładach pracy...

sobota, 27 października 2007
Pora na telesfora

Była kiedyś reklama zaczynająca się od słów “Aniu, czas na Colgate” i poza imieniem głównej bohaterki nie ma to w zasadzie nic wspólnego z dzisiejszym wpisem, ale tak jakoś mi się skojarzyło przy okazji mojego wczorajszego występu telewizyjnego. Nadeszła bowiem wiekopomna chwila i odcinek programu “Check, please!” z moim udziałem miał wczoraj wieczorem premierę. No, nie było źle, jak się obawiałam, a nawet w miarę nieźle. Ci, którzy nie widzieli mogą obejrzeć jeszcze raz dziś o 4:30 pm, jutro o 11:30 pm i w czwartek o 10 wieczorem na kanale 11, a na stronie programu nawet zagłosować na restauracje (i osobę), która podobała się najbardziej.

Na koniec tylko dwie uwagi: kamera zdecydowanie dodaje kilogramów, a mnie dziś boli głowa…

A oto, jak uwieczniła mnie Ewa w pierwszych minutach programu.



Spóźniony update: Tutaj można zobaczyć skrót z programu, gdy rozmawiamy o Friendship.

wtorek, 12 czerwca 2007
W szponach telewizji

Ta telewizja to nie przelewki, powiadam Wam. Kosztowało mnie to wczorajsze nagranie „Check, Please!” sporo nerwów i ból głowy na koniec dnia, który uśmierzyły dwie Corony wypite w towarzystwie Ewy. Niewątpliwie ta cześć dnia była najprzyjemniejsza, kiedy wsiadałam na rower z piwem w plecaku i poczułam się jak mój własny brat, który zawsze wieczorami jeździł z browarem na metę zwaną Ślimakowem. Ewa wylała swoje żale, a ja swoje. Czasem trzeba.

Bo cały dzień był stresujący już od rana. Pojechałam do fryzjera, w niemal samym centrum miasta, więc krążyłam jak głupia ze stadem mi podobnych naiwnych liczących na złapanie jakiegoś wolnego parkometru. Po dwudziestu minutach szczęście się do mnie uśmiechnęło i zaparkowałam, ale potem między farbowaniem a strzyżeniem musiałam biec z mokrym łbem dorzucić monet do parkometru.

Dojazd do studia też był z przygodami, bo droga w którą miałam skręcić była akurat w remoncie, więc objeżdżałam, skręcałam, zawracałam i pociłam się ze stresu, że się spóźnię. Dojechałam na czas. Pani z produkcji zaprowadziła mnie do garderoby, która wyglądała jak w filmach – na ścianach lustra i rzędy żarówek wokół nich. Potem przyszła wizażystka i zabrala mnie na makijaż. Gdy ją zobaczyłam, to zwątpiłam i zaczęłam się modlić w duchu, żeby tylko przypadkiem nie umalowała mnie na swoje podobieństwo, bo przepadłam. Shirlene miała na sobie plastikowe zielone buty (tzw. lakierki), biało-zielone rybaczki, czerwony top, biało-czerwony żakiet, czerwony wisiorek na szyi, zielone kolczyki, karminowe usta, czarne krechy nad i pod oczami i krótkie włosy, z których góra była biała, a boki brązowe. Zjawa w ludzkiej skórze. Ale na szczęście mój makijaż była daleki od tego, co ona miała na twarzy, choć jak się sobie przyjrzałam z bliska to się przeraziłam, bo tyle tapety to chyba nigdy nie miałam na sobie. Mam nadzieję, że to tak musiało być.

Przed samym nagraniem dostałam kieliszek wina (bardzo dobre nowozelandzkie sauvignon blanc) dla kurażu, po czym ja, dwójka pozostałych uczestników i prowadząca zasiedliśmy na planie. I zaczęło się. Nie wiem, ile nagrywaliśmy, myślę że nie dłużej niż półtorej godziny. Na początek rozmawialiśmy o miejscu z owocami morza, potem o tym drogim steak housie, a na koniec o mojej Friendship. I tu cios prosto w serce – pinda, która polecała steak house powiedziała, że w czasie jej wizyty we Friendship WSZYSTKO (poza przystawkami), co ona lub jej znajomi zamówili nie nadawało się do jedzenia. Ludzie!!! Zaskoczyło mnie to bardzo i wytrąciło z równowagi, więc mam teraz coś w rodzaju kaca moralnego, że nie opowiedziałam o mojej knajpie wystarczająco przekonywująco, bo zdenerwowałam się jej słowami. Po nagraniu byłam wściekła i rożalona na tę...(tu sobie coś wstawcie), miałam różne myśli, jakby się tu odegrać (przeciąć opony w samochodzie? wydrapać oczy?), no ale wiadomo, że nic nie zrobiłam. Przyjechałam do domu bardzo nieszczęśliwa i rozczarowana, że ktoś tak zjechał „moją” restaurację, że źle wypadłam i w ogóle nie chcę, żeby ktokolwiek i kiedykolwiek oglądał program z moim udziałem. Całe szczęście, że trzeci uczestnik bardzo pochlebnie wyrażał się o Friendship, więc może jeden głos tej...nie będzie miał znaczenia. A żeby ją jakaś anakonda zeżarła w tej Brazylii albo pirania ugryzła (bo ona jedzie niedługo do Brazylii, jak zdążyła się pochwalić).

No ale już z głowy, dostałam czek na $150 dolarów jako zwrot kosztów i przygodę z telewizją można prawie uznać za skończoną. Prawie, bo czeka mnie jeszcze emisja programu i oglądanie się na ekranie oraz pewnie z pięć powtórek w trakcie sezonu. Żesz kurna no. Program będzie na antenie za kilka dobrych miesięcy, więc mam nadzieję, że mi ciut przejdzie.

środa, 06 czerwca 2007
Krewetki i inne ośmiornice

To teraz wrażenia z dwóch pozostałych do zrecenzowania lokali do „Check, Please!” Jednym z nich jest miejsce, które polecam, czyli „Friendship Restaurant”. Poszliśmy tam wczoraj, korzystając z tego, że we wtorki każde entree kosztuje tylko $8.95. Restauracja była pełna. Widać, że wieść o tanich wtorkach rozeszła się szybko po okolicy i myślę, że pomysł, choć nieoryginalny, był strzałem w dziesiątkę. Personel nie nadążał z przyjmowaniem zamówień i nawet sam właściciel robił za kelnera. Zaczęliśmy od mojej ulubionej przystawki crab rangoon (chrupiące smażone ciasto z kawałkami kraba i słodkiego topionego sera w środku), a potem poprawiliśmy hot and sour soup. Taką zupę serwuje każda chińska knajpa, ale ta z Friendship jest po prostu rewelacyjna – kawałki krabów i tofu z krewetkami w gęstym bulionie. Jako główne danie wzięłam popisowe danie szefa kuchni honey walnut shrimp, czyli krewetki z sosie z miodu i ananasa z kandydyzowanymi orzechami włoskimi. Adam zamówił mango duck – tak dobrej kaczki chyba w życiu nie próbowałam. Friendship jest BYOB (Bring Your Own Beverage), co oznacza, że z braku licencji na sprzedaż alkoholu, klient może przynieść swój własny alkohol, co też skwapliwie uczyniliśmy i raczyliśmy się Lakeshore Fume z winiarni w Wisconsin. Uwielbiam miejsca BYOB.

Ale jeszcze bardziej uwielbiam Friendship. Od pół roku, za każdym razem, gdy przychodzimy, zauważamy coś nowego w wystroju. Wczoraj były to małe lampki zawieszone nad stolikami. Widać, że właściciel nie tylko myśli o tym, jak ucieszyć nasze podniebienia, ale również oczy. To nie jest chińska jadłodajnia, jakich wiele. Miejsce ma orientalny wystrój, klasę i styl. Polecam miejsce mieszkańcom Chicago – nie zawiedziecie się na pewno.

Natomiast miejsca, które odwiedziliśmy w niedzielę, już tak bardzo bym nie poleciła, choć specjalizują się w rybach i owocach morza, czyli tym, co tygrysy lubią najbardziej. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że jest to bar, z łupiącą z głośników rockabilly, koszulkami baseballowymi na ścianach i atmosferą, która jakoś mi nie pasowała do kolacji za 30 dolarów od łebka. Jak idę do baru, to na piwo, drinka i ewentualnie hamburgera, a nie porządną kolację. Jedzenie było jednak dobre. Zjedliśmy 6 ostryg i fried calamari (smażone kawałki ośmornic i kałamarnic z sosem chrzanowo-keczupowym) na przystawki, popijając Zinfandelem. Jako główne danie zamówiłam grilowane krewetki z cytrynowym pieprzem, które okazały się delikatnie za słone. Do tego podano sałatkę,  grilowane ziemniaki i szparagi. Brzmi całkiem nieźle, wyglądało przyjemnie i smakowicie. Rachunek był znośny, zwłaszcza, gdy pomyślałam, że płacę za porządną kolację ponad trzy razy mniej niż za poprzedni czekpleasowy lokal, w którym pożegnaliśmy się z dwiema stówkami. Ale szczerze mówiąc, wolałam jeden, pioruńsko drogi obiad tam niż dajmy na to trzy w tym ostatnim lokalu. Gdy zapytają się mnie w programie, czy poleciłabym to miejsce, powiem, że tak – ale tylko osobie, która lubi seafood i nie chce przegapić meczu baseballa.

Następny krok – nagranie programu w najbliższy poniedziałek. W niedzielę manikury i pedikury, w poniedziałek o 9:30 rano wizyta u fryzjera, a potem jadę do studia z dwoma zestawami ciuchów, na wypadek, gdyby któryś okazał się nietwarzowy. Pytanie oczywiście nadal brzmi – w co się ubrac?? Będzie mnie widać od pasa w górę, więc co na tyłku nie jest tak ważne, jak to co pod szyją. Na razie w planach zielona koszula z dekoltem „V” lub czarna prosta kiecka z takim samym wcięciem.

środa, 30 maja 2007
Kickin’ doughnuts strike back

W niedzielę poszłam z mężem do pierwszej z checkpleasowych restauracji, o której będę, oprócz mojej Friendship rozmawiać w telewizorni. Przyoblekłam się więc w czarną kieckę i szpilki, mąż założył buty z Baty i pojechaliśmy. Pani producent zaleciła zrobienie rezerwacji, gdyż miejsce podobno jest dość popularne. Mieści się w downtown, na prawo Sheraton, na lewo inny Hilton, a w środku restauracja, specjalizująca się w befsztykach, czyli steakach. Wewnątrz dość nowocześnie – stoliki nakryte czerwonym obrusem ze skóry, pod sufitem karykatury amerykańskiego establishmentu, na ścianach jakieś współczesne malarstwo. Całość w dobrym guście – ani za dużo tej nowoczesności, ani za mało. Atmosfera jakby to miejscowi powiedzieli very laidback, czyli wyluzowana. Ceny za główne danie zaczynały się od czterdziestu dolarów w górę, a ja od producentów dostałam prikaz, że mam spróbować przystawkę, danie główne, deser i do tego jakiegoś drinka. Wiadomo było, że nie będzie to tania przyjemność.

Nasz kelner był chyba najlepszym kelnerem, jakiego zdażyło mi się mieć. Wprawdzie drink, którego mi polecił był ohydny, ale to wynikło raczej z małego nieporozumienia, gdyż powiedziałam, że lubię wódkę, więc przyniósł mi niemal samą wódę na lodzie z lekką nutą truskawkowej zielonej herbaty. Nie wiedziałam, że takowa istnieje. Teraz już wiem i nie lubię. Potem było już znacznie lepiej. Z reguły, gdy kelner poleca specjały dnia, to w ogóle nie słucham, bo najczęściej słowa wystrzeliwane są z szybkością karabinu maszynowego i nie sposób jest mi spamiętać, czy dzisiaj dają sałatę z kaparami, rybę w galarecie czy rosół bez klusek. Nasz kelner, dowiedziawszy się, że jesteśmy tutaj po raz pierwszy wyjaśnił nam bez pośpiechu wszystkie specials. Do tego dowiedzieliśmy się, że restauracja ma swoje własne stado krów w Kentucky hodowane specjalnie dla sieci (bo takich restauracji, jak ta w Chicago jest więcej w Stanach, choć pod różnymi nazwami). Ponadto mięsko jest poddawane wymyślnemu procesowi dojrzewania, aby miało lepsze walory smakowe, a dwa specjalne kawałki dostępne są a la carte. Już nawet nie pytałam, ile taki kawałek kosztuje, skoro „normalny” filet mignon z menu był po średnio czterdzieści dolców.

Zaczęłam od zupy z homara (lobster bisque) – niebo w gębie, lekka kremowa konsystencja z kawałeczkami homara. Mąż wziął sałatkę dnia i to był strzał w dziesiątkę, choć w życiu bym nie przypuszczała, że arbuz z sosem vinegrette, szynką parmeńską i serem pleśniowym może być tak smaczną kombinacją. Jako główne danie oboje zamówiliśmy wołowinę, którą normalnie jem rzadko, ale jak jest się w steak house, to grzechem byłoby nie spróbować. Kelner przyniósł mi także próbkę wina, co było dość zaskakujące, bo nie zamawiałam butelki, tylko kieliszek. No, ale jak kieliszek kosztuje 16 dolarów, to sami przyznacie, że dobrze byłoby wiedzieć, że się nie zamówi jakiegoś octu.

Winko było przednie. Mój classic filet mignon również, choć mąż znowu zamówił lepiej, bo jego ribeye wjechał na stół z sosem z sera pleśniowego i chrzanu, który znakomicie podkreślił smak krowy z Kentucky. Do tego szpinak i szparagi i w rezultacie nie mogłam się ruszać. A tu jeszcze deser przede mną i wyraźne polecenie od produkcji, aby spróbować kickin’ doughnuts. Ki czort? Donuty okazały się nie tylko smaczne, ale także zabawne. Podano je w papierowej torbie i nie były to tradycyjne amerykańskie pączki z dziurką w środku, ale małe kuleczki ciasta, tak ze 4 centymetry średnicy i bez nadzienia. Do zestawu obowiązkowego podano dodatkowo pojemniki z czekoladą, kremem waniliowym i masłem orzechowym. Każdy pojemnik miał na końcu jakby małą strzykawkę, której koniec wkładało się w pączka i nadziewało go wybranym kremem. Interaktywny deser - dużo śmiechu, zwłaszcza gdy nadzienie wstrzykiwane jedną dziurą “wyłazi” drugą.

Na sam już koniec przyjechał rachunek. 201 dolarów  i 76 centów, do tego napiwek 18%. Machnęliśmy ręką, bo co innego nam pozostawało? Jedzenie było wyśmienite, wino również, serwis pierwsza klasa, a my bawiliśmy się dobrze. Ja wymyśliłam, że kolacja to nagroda za nasz piwniczny horror, a mężowi ta wymówka się bardzo spodobała. 150 dolarów zwróci mi producent, więc pokryje to jakieś 60 procent kolacji. Warto było.

Następna restauracja na liście specjalizuje się w owocach morza, więc już czuję, że będę pływać jak ryba w wodzie.

wtorek, 22 maja 2007
Przed telewizyjnym debiutem

No to teraz coś o tej telewizji, gdzie będę lansować Friendship Restaurant. Dobrze trzymaliście kciuki – dziękuję pięknie. Plan jest taki – mam pi razy oko 3 tygodnie, aby odwiedzić 3 restauracje, które pojawią się w programie. Jedną jest ta, którą ja polecam, czyli wymieniona powyżej Friendship oraz dwie, które są wyborem pozostałych uczestników programu. W żadnej z tych dwóch wcześniej nie byłam. Od programu dostanę $150 na pokrycie kosztów, co może wystarczy na połowę, gdyż jedna z tych restauracji jest pioruńsko droga, druga też nie najtańsza, a wiadomo, że nie pójdę sama, tylko z hazbendem. Kolacji we Friendship już nawet nie wliczam. Taka jest widać cena sławy – nie posmarujesz, nie pojedziesz. W restauracjach muszę zachować pełną konspirę i nie mogę się zdradzić, że przyszłam obceniać lokal do programu „Check, please!”, ale mam mieć uszy wokół szyi i oczy wokół głowy i obserwować wszystko bacznie. Notatek przy stole nie powinnam robić, bo wyda się podejrzane. Muszę więc zacząć jeść obrzydliwe tabletki z tranem, bo pomagają na pamięć (przetestowane na mężu).

Po każdej wizycie w restauracji, wypełniam formularz, który wraz z oceną jedzenia, picia oraz serwisu odesłyłam do producentów. Jak już sobie pojem i popiję w tych trzech lokalach, to ustalonego dnia stawiam się w telewizji na nagranie. Znam już dzień nagrania, daty emisji jeszcze nie. Dostałam mailem parę instrukcji na temat ubioru i wyglądu. Nie mogę mieć na sobie nic w paski albo białego. Czort z paskami, ale tym białym trochę się podłamałam, bo kupiłam sobie niedawno zarąbisty biały garnitur, który jak mąż zobaczył, to od razu powiedział, że będę wyglądać jak Travolta z „Gorączki sobotniej nocy”. Już nuciłam „Fever night, fever night, fever...”, a tu klapa. Mam też przynieść drugi zestaw ubraniowy – na wszelki wypadek, jakbym się winem zalała albo mieliby gdzieś guacamole pod ręką. Stres więc już podwójny, bo muszę dwa stroje przygotować. Na miejscu będzie pani od makijażu, więc przynajmniej o to nie muszę się martwić. O włosach nic nie było, więc pewnie umówię się z fryzjerką na czesanie.

To tak jakby łatwiejsza część tej imprezy, bo oczywiście czeka mnie na sam koniec nagranie, gdzie będę się musiała produkować przed kamerą. Do tego myśleć, żeby wysławiać się wyraźnie, aby nie dali podpisów pod moimi wypowiedziami, bo odczytam to jako zniewagę i nie wybaczę im, że nie mają w poważaniu mojego pięknego polskiego akcentu. Zwłaszcza w Chicago, gdzie co drugi to Polak albo z polskimi korzeniami.

Ok, fun begins.

czwartek, 17 maja 2007
Breaking news

Wygląda na to, że mnie wybrali i będę w "Check, Please!". Szczegóły wkrótce. O matko.

środa, 25 kwietnia 2007
I po interview

No moi mili państwo – byłam i przeżyłam to interview. Impreza odbywała się w latynoskiej restauaracji, toteż gdy dotarłam na drugie piętro zarezerwowane dla uczestników castingu, to co zobaczyłam zewsząd i dokoła? Guacamole! Chyba z siedem misek, na szczęście prawie już wyskrobanych do cna, więc dla mnie zostało niewiele. Ryzyko rozpaćkania go na mojej kremowej bluzce było niewielkie, a zresztą muszę się przyznać, że w przedtelewizyjnym stresie zapomniałam Wasze drogocenne rady i bez namysłu zjadłam te guacamole. Po czym dopiero do mnie dotarło, że przecież miałam się trzymać z daleka. Po czym wjechały inne, bardziej bluzkoprzyjacielskie przystawki. Wypiłam kieliszek wina dla kurażu i siedziałam sobie czekając, aż mnie zawołają przed kamerę.

Część uczestników popijała sobie margarity i plotkowała z innymi, inni siedzieli i czekali na swoją kolejkę. Nie jestem aż tak specjalnie wyrywna do nawiązywania znajomości z ludźmi, których już nigdy nie zobaczę na oczy, więc się towarzysko specjalnie nie udzielałam. Co innego, gdy muszę uprawiać networking na potrzeby zawodowe, wtedy mogę kląskać do nieznajomych wszystkie te hihowareyoudoing, whatdoyoudo i niecetomeetyou. Obok mnie siedziała jakaś Amerykanka polskiego pochodzenia – wiem, bo widziałam na formularzu, że miała na imię Beata. Poza tym jedną z restauracji, która polecała była Podhalanka. Nigdy tam nie byłam, ale przejeżdżałam parę razy i szczerze wątpię, aby ludność chicagowska waliła drzwiami i oknami do tego miejsca, które zewnątrz wygląda, jakby czasy świetności miało trzydzieści lat temu.

Pan z „Check, Please!” chodził i robił zdjęcia, a pani, która mogłaby być młodszą siostrą Sarah Jessica Parker wywoływała uczestników, aby zgłaszali się po przenośny mikrofon i czekali aż ich zawezwą do pokoju z kamerą. Po dobrej godzinie czekania, gdy co poniektórzy byli już całkiem weseli po darmowych margaritach, a na podłogę poleciały talerze z guacamoli, wreszcie nadeszła moja kolej. Weszłam więc do pokoju, gdzie przywitał mnie kolejny pan z produkcji programu oraz kamerzysta. Światło było na szczęście bardzo delikatne, więc żadne lampy nie świeciły mi prosto w twarz. Sama kamera stała z boku, więc tak naprawdę w ogóle nie myślałam, że ktoś właśnie mnie filmuje. Pan z produkcji zapytał mnie dlaczego poleciłabym Friendship, co tam jadłam i na koniec, abym króciutko podsumowała restaurację. Trwało to pewnie mniej niż pięć minut. Jedyne, co mogę sobie zarzucić, to to że mówiłam chyba ciut za szybko, ale to pewnie z emocji. Powiedziałam parę zdań na temat jedzenia, wystroju, lokalizacji, przemyciłam żart o wazach z dynastii Ming, po czym na koniec usłyszałam „wonderful job” i tyle. Mają nam dać znać w maju, choć oczywiście nie wiadomo, czy tylko tym, którzy się zakwalifikują, czy wszystkim uczestnikom. Trzymajcie dalej kciuki.

piątek, 20 kwietnia 2007
Check, Please!

Jest sobie taki program “Check, Please!” nadawany na kanale telewizji publicznej w Chicago (w piątki o 8 pm, kanał 11). Prowadząca wraz z trójką zaproszonych gości rozmawia o trzech restauracjach z Chicago i okolic. Każdy może wysłać zgłoszenie do programu wraz z opisem swojego ulubionego miejsca. Następnie, gdy kandydatura restauracji i zgłaszającego zostaje zaakceptowana, delikwent(ka) idzie na lunch bądź kolację do dwóch miejsc poleconych przez pozostałych uczestników, a potem wszyscy siadają przed kamerami i dzielą się wrażeniami. Restauracje z założenia nie wiedzą, że ludzie przychodzą tam na potrzeby programu.

Jakiś dobry rok temu z głupia frant wysłałam swoje zgłoszenie do programu. Poleciłam nasze ulubione chińskie miejsce Friendship Restaurant, gdzie zabieramy wszystkich odwiedzających nas gości. Miejsce jest świetne, z charakterem, ładną oprawą wnętrza, orientalną muzyką, no i pysznym jedzeniem, reklamowanym jako „180 degrees from ordinary Chinese”. O dziwo, załoga „Check, Please!” odezwała się do mnie w ekspresowym tempie. Nie pamiętam już, jak to dokładnie było, ale po serii maili pani z castingu przeprowadziła ze mną krótką rozmowę telefoniczną. A kto ja, a co ja, a czemu to miejsce, a gdzie jeszcze chodzę jeść, a dlaczego bym się nadawała do programu, słowem krótkie interview na potrzeby programu. No a potem długo nic. Grobowa cisza. Sama uznałam, że się nie sprzedałam podczas tej rozmowy. Wiecie, czasem człowiek wie, że poległ na rozmowie kwalifikacyjnej i ja się tak czułam.

Po jakichś trzech miesiącach dostałam od nich maila, czy mam czas tego i tego dnia, bo oni będą nagrywać program. No, myślałam, że z krzesła spadnę. Akurat mieliśmy jechać do Ohio, więc stawałam na łbie, żeby wziąć urlop, jechać do Ohio i wrócić na czas nagrania. Gdy dzień nagrania się zbliżał, a nikt się ze mną nie kontaktował, aby podać mi, gdzie mam się udać, zaczęłam się denerwować. Zadzwoniłam wiec do nich i dowiedziałam się, że tym razem mnie nie potrzebują. O żesz wy. Potem w którymś z programów zobaczyłam jakąś polską dziewczynę zachwalającą Szałas i wpadłam w depresję, bo myślałam, że będę oryginalna polecając chińskie jedzenie, a tu trzeba było o o kapuście i pierogach gadać.

Toteż, gdy we wtorek (ten właśnie miniony) dostałam kolejnego maila, że robią casting do siódmej edycji programu, to znowu prawie spadłam, bo sądziłam, że to już zamknięty rozdział. Tym razem organizują coś jakby wstępną selekcję kandydatów i chcąc sprawdzić, jak zachowują się oni przed kamerą, zapraszają setkę na zdjęcia próbne. Napisali tak: „Not only will you audition for the TV show, but you will also have a chance to appear on our new and exciting website, which will premiere very soon.” Wypełniłam więc kolejny formularz, wysłałam, a następnego dnia – ta dam – dostałam potwierdzenie, że zostałam zakwalifikowana i idę na zdjęcia próbne we wtorek. O matko.

Od środy więc mam w głowie dziesiątki pytań, z których najważniejsze brzmi „w co się ubrać???” Co wygląda dobrze na ekranie? Czy czarny może być? A mój kochany zielony? Paznokcie z french manicure czy w kolorze? Mam się umówić do fryzjera na czesanie? Czy mam założyć spodnie czy spódnice? A do tego – co będzie, jak zrobię z siebie kretynkę? Mają być koktajle i przystawki na tym castingu – a jak coś zrzucę na podłogę albo rozciapkam awokado na bluzce? A jak mnie nie wybiorą, to co poszło nie tak? A jak mnie wybiorą, to naprawdę będę w TV?! Jakieś rady???