My kind of town

środa, 30 grudnia 2009
Jak to drzewiej na Sylwestra bywało

W Chicago.


Zdjęcia pochodzą z Chicago Tribune. Pełna kolekcja tutaj

Pomyślnego 2010!

PS. Na Bez popcornu jest nowy wpis. Nie wiem jeszcze, czy do powrót do blogowania, ale mam nadzieję, że tak.

piątek, 10 kwietnia 2009
Drukarnia w West Loop

Byłam dziś rano w drukarni, która drukuje papeterię dla mojej firmy. Firma świętuje 150-lecie istnienia i z tej okazji do papieru firmowego i kopert dodajemy specjalne jubileuszowe logo. Poszłam więc zatwierdzić ostateczny wygląd. Drukarnia mieści się w West Loop, czyli zachodniej części centrum, na lewym brzegu rzeki w dość staro (jak na Amerykę) wyglądającym budynku. Po latach zamawiania papieru i wizytówek, rozmów z pracownikami zawsze chciałam zobaczyć, jak wygląda to miejsce. W środku open space biuro, pracownicy w różowych spodniach od dresów (casual Friday), a po drodze do samej drukarni nieco obdrapana klatka schodowa, z dziesiątkami kabli wiszących po bokach i nagimi żarówkami. W drukarni zaś charakterystyczny zapach farby drukarskiej i szum maszyn. Dokładnie jak sobie wyobrażałam. Zapach świeżo kupionej książki to chyba jeden z lepszych przemysłowych zapachów, jakie lubię.

A propos papieru. Czy ktoś ogląda "The Office" na bieżąco? Bo ja nie (głównie powtórki), ale wczoraj widziałam odcinek. Dlaczego Michael Scott nie jest już szefem Dunder Mifflin?

Wracając do West Loop. Dwadzieścia lat temu, gdy drukarnia kupiła swój obecny budynek, okolica należała do takich, po których lepiej nie zapuszczać się po zmroku. Nawet dalej na wschód, w okolicach gdzie stoi Sears Tower, kilkanaście lat temu było niebezpiecznie, co potwierdził mój tata, gdy pod koniec lat 80. przyleciał po raz pierwszy do Chicago. Okolica miała bardziej posmak getta niż świata szkła i betonu należącego do wielkich korporacji.

Miejsce, gdzie mieści się drukarnia to teraz dość modna okolica do mieszkania - kamienice, lofty w starych fabrykach, okolice rzeki i starych, żelaznych zwodzonych mostów z drewnianymi kładkami dla pieszych (muszę je kiedyś sfotografować, bo chodzenie po nich przyprawia mnie o dreszcze). Nadal czuć i widać tu post-industrialną atmosferę, potęgowaną sąsiedztwem stacji Metry, nadal ruch pieszy jest tu mniejszy niż w samym centrum. Obecnie jednak to bardziej sypialnia dla ludzi z downtown niż dzielnica przemysłowa.


View Larger Map

Getto z okolic Sears Tower też zniknęło. Przy Wacker Drive, gdzie mieści się Sears, stoi szereg drapaczy chmur. Gwarno w ciągu dnia, spokojnie wieczorem.

Takich dzielnic, które kilkanaście lat temu bardziej odstraszały niż zapraszały, jest wiele w Chicago. Wiele z nich, typowo przemysłowych, popadło w niełaskę wraz z upadkiem okolicznego przemysłu. Inne wyszły z mody, aby stać się trendy 15 lat później. Jeśli dostaniemy olimpiadę w 2016, na pewno dla wielu szemranych okolic wokół planowanych aren sportowych zacznie sie okres prosperity.

PS. Próbuję wstawić z Google Street View widok na okolicę drukarni, ale za cholerę nic mi sie tu nie pojawia poza linkiem.  

niedziela, 22 lutego 2009
Chicago znalezione na strychu

Podczas grudniowego ocieplania strychu (wspominałam tutaj), hazbend wraz z kolegą przytargali stos starych gazet, które służyły jako izolacja. Mówiąc stare, mam na myśli osiemdziesięcioletnie, przeżarte starością i wilgocią chicagowskie gazety z 1931 i 1932 roku, czyli z czasów, gdy w Stanach obowiązywała prohibicja, a Al Capone właśnie siedział w pierdlu za niepłacenie podatków.

 

O tym, że kilkanaście lat zakazu sprzedaży alkoholu dało się we znaki Ameryce, świadczą poniższy nagłówek i artykuły o potrzebie reformy aktu prohibicyjnego. Ja sobie nie wyobrażam, jak oni wytrzymali tyle lat.

Chicago Daily News, których zachowało się najwięcej, dziś już nie istnieje, podobnie jak Chicago Herald-Examiner i Chicago American. Znalazłam też kilka ulotek ze sklepów spożywczych oraz z Walgreensa. Ceny powalają.

Gazety rozsypywały mi się w rękach, gdy je przekładałam, więc może dobrze, że utrwaliłam je zdjęciami, bo następnych osiemdziesięciu lat raczej nie przetrzymają. Nie bardzo wiem, co z nimi zrobić, bo zaśmiecają mi werandę, a do tego są brudne. Szkoda wyrzucać. Biblioteka ich raczej nie weźmie, bo są w kiepskim stanie. Może powinnam wrzucić je z powrotem na strych dla potomności.

Więcej zdjęć na Picasie.

wtorek, 21 października 2008
Chicago wczoraj i dziś

Ewę wzięło ostatnio na wspominki i archiwalne zdjęcia Portage Parku (część pierwsza i druga), a mi przypomniał się album poświęcony miastu zatytułowany "Chicago - Then and Now", który zawiera kapitalny zestaw zdjęć przedstawiających Chicago w początkach ubiegłego wieku. Ze względu na prawa autorskie nie bardzo mogę je tutaj wrzucić, ale na szczęście w sukurs przychodzi Amazon, gdzie można pooglądać parę fotografii.

Zaczyna się tutaj. Polecam najpierw kliknąć na Front Cover, a potem na Back Cover, żeby zobaczyć, jak to samo miejsce zmieniło się w ciągu kilkudziesięciu lat. Potem można kliknąć w Excerpt, gdzie znajduje się kilka zdjęć, a na koniec zostawić sobie Surprise Me! Podobnych zdjęć jest w książce kilkadziesiąt. Dla mnie najciekawsze są te z centrum, na których widać panie w długich sukniach, kapeluszach, panów w cylindrach oraz tramwaje, które kiedyś jeździły w Chicago. Niezwykłe jest też zdjęcie Lake Shore Drive kilkadziesiąt lat temu, gdzie zamiast znanej wszystkim obecnej autostrady była ubita ziemia, a wokół tylko parę drzew i ze dwa budynki. Trochę się przez lata pozmieniało...

wtorek, 25 marca 2008
Made in Chicago

Pisałam kiedyś o osiągnięciach naukowych, którymi może pochwalić się Chicago. Dziś część druga, ale tym razem wynalazki mniej naukowe, a bardziej życiowe. W Wietrznym Mieście wyprodukowano pierwsze rolki, na których może potem jeździć Lonelystar. Nie wiem wprawdzie, czy przypominały te obecne, bo powstały już w 1884 r., więc może koleżanka miała by więcej problemów z jazdą, choć – jak wielokrotnie widziałam na ulicach – kobiety przemieszczające się starymi środkami transportu, np. mercedesem kabrio z lat 60. wzbudzają żywe zainteresowanie płci przeciwnej, więc zapewne i rolki były dobrą metodą na podryw.

Po wyczerpującej jeździe można posilić się hamburgerem ze stołówki. Stołówki, zwane tutaj cafeteria to również wynalazek chicagowski z 1895 roku. Parę lat po powstaniu stołówek ktoś musiał wykumać, że do krojenia mięsa na masową skalę przydałaby się maszyna i wymyślił pierwszą w Ameryce krajalnicę, na której z pewnością parę osób obcięło sobie place albo i inne organy. No ale nic to, bo zaraz w potrzebie był pierwszy bank krwi (1937), gdzie można było dostać odpowiednią krew dla delikwenta bez palców. Albo innych organów. Oczywiście do banku trzeba było najpierw dojechać, więc tu w sukurs przyszła pierwsza kolejka naziemna, w Chicago zwana „L”, z której do dnia dzisiejszego korzystają setki tysięcy ludzi. Widzi się czasem pomazane farbą wagony kolejki, co jest zasługą farby w sprayu, wyprodukowanej w Chicago w późnych latach 40. ubiegłego wieku.

Chicago jest też miejscem powstania pierwszej telewizyjnej opery mydlanej w 1949, więc na dobrą sprawę można powiedzieć, że stąd wywodzą się seriale-tasiemce, jak „Moda na sukces”, „Santa Barbara”, czy uwielbiany w porze lunchu w pracy „All My Children”. No i nie pozostaje nic innego, jak zasiąść w fotelu przed telewizorem i rozpiąć spodnie niczym nieodżałowany Frank z „Everybody Loves Raymond”. Zamek błyskawiczny wyprodukowano w Chicago w 1896.

poniedziałek, 08 października 2007
TransAmerica Trail

Przejechanie Ameryki wzdłuż i wszech samochodem, nie jest w dzisiejszych czasach niczym wyjątkowym, choć niewątpliwie nadal dostarcza niezapomnianych wrażeń i widoków. Romatyczne czasy pionierów przemierzających legendarne amerykańskie prerie w drabiniastych wozach zaprzężonych w konie, minęły bezpowrotnie. Dziś, choć przejechanie kontynentu od oceanu do oceanu nadal ma posmak przygody (stąd ciągle popularny w Hollywood gatunek filmów zwany filmami drogi), to w zasadzie maszyna robi to za nas.

Dla tych, o których mówi przysłowie „kto nie ma w głowie, ten ma w nogach” i woleliby pokonać kontynent siłą własnych mięśni, w 1976 roku, z okazji dwusetnej rocznicy powstania USA, powstał szlak rowerowy zwany TransAmerica Bicycle Trail. Ciągnący się od Atlantyku do Pacyfiku szlak ma niemal 7 tysięcy kilometrów długości i biegnie przez dziesięć stanów, z dala od duzych miast, głównie przez amerykańską prownicję.


www.biketrip2001.com

Na szlak natknęłam się podczas weekendu na południu Illinois miesiąc temu. Przebiega przez Carbondale i jest zapewne jednym z łatwiejszych odcinków. O ile bowiem atlantycka część szlaku jest stosunkowo płaska, to biegnie on również przez górzyste tereny Rocky Mountains. Rowerowa trasa przez Amerykę zahacza o Yellowstone i Grand Teton National Parks, tereny pustynne, leśne, płaskie i strome. Najwyższe wzniesienie ma wysokość prawie 4 kilometrów ponad poziom morza.

Pokonanie całej trasy zajmuje, według Wikipedii, 3 miesiące. Mnie tyłek boli już po 3 godzinach jazdy, a tu 3 miechy zasuwać. I to jeszcze pewnie z niezłym bagażem. Do tej pory trasą przejechało 12 tysięcy rowerzystów. Szacuneczek.

Tutaj, tutaj i tutaj można poczytać dzienniki z podróży.

wtorek, 07 sierpnia 2007
412 metrów nad ziemią

Czyli spoglądając na Chicago spod chmur. Platforma widokowa Skydeck w Sears Tower, zlokalizowana na 103 piętrze budynku, przyciąga 1,5 miliona turystów rocznie i pozostaje jedną z żelaznych atrakcji Windy City. Sam Sears, zdetronizowany w 1996 r. z pozycji najwyższego budynku świata przez malezyjskie bliźniaki Petronas Tower, pozostaje nadal najwyższy w Ameryce. Wybudowany dla Sears Roebuck & Co., w 1995 r. przestał być siedzibą tej korporacji, która z powodów finansowych przeniosła się na przedmieścia Chicago.

Pracownicy najwyższych pięter mówią, że podczas silnych wiatrów (a takich nam tu nie brakuje) słychać, jak budynek skrzypi i wydaje przeróżne niepokojące odgłosy. To musi przyprawiać o gęsią skórkę. Średni odchył budynku od jego środka wynosi około 15 centymetrów.

Po lewej stronie budynek dziennika Chicago Sun Times, po prawej majestatyczny Merchandise Mart. Żółty prostokąt na dole zdjęcia to wodna taksówka, widoczna także u góry bloga.


Kto znajdzie Millennium Park (Evek wykluczona)?


Autostradowy ślimak


Downtown


Sears Tower widziany od strony Lake Shore Drive


Nadal jeden z moich ulubionych chicagowskich drapaczy. 

środa, 18 lipca 2007
Śmierdzące początki

Czyli krótki wpis informacyjny.

Pisałam kiedyś o tym, że według mnie Chicago pachnie czekoladą. Tymczasem, kilka stuleci temu wcale nie było tutaj tak pachnąco. Nazwa miasta pochodzi albo od francuskiego tłumaczenia słowa shikaakwa lub checagou, które w języku Potawatomi (Indian z górnej części rzeki Mississippi) oznaczało dzikie pory (według innej teorii dziką cebulę) bądź skunksa. Zanim na terenach dzisiejszego miasta rozpoczęło się osadnictwo, ziemie te porastały pory, a gdy gniły wydzielały smrodliwą woń, od której pochodzi nazwa miasta. Pierwszym osadnikiem przybyłym do Chicago około 1770 r. i znanym z nazwiska był Haitańczyk Jean Baptiste Pointe du Sable, który poślubił Indiankę z plemienia Potawatomi i założył tutaj faktorię. Chicago uzyskało prawa miejskie w 1837 r.

I pomyśleć, że ledwie dwieście czy trzysta lat temu teren miasta mógł być tłem jak z książek Karola Maya lub z powieści Szklarskich, którymi zaczytywałam się jako nastolatka (czytaliście?). Ale o gnijących porach nic nie było.

czwartek, 14 czerwca 2007
Harold Washington

Dziś w „Powiewie historii” słów kilka o fakcie ze współczesnej historii Chicago, o którym mało kto wie poza mieszkańcami miasta. Harold Washington nie jest z pewnością postacią tak znaną jak Michael Jordan czy taka choćby Oprah Winfrey. Zapisał się jednak w annałach historii jako kontynuator tego, co zapoczątkowała Rosa Parks, gdy nie ustąpiła miejsca białemu mężczyznie w autobusie i Martin Luther King, gdy miał swój sen o równości obywateli amerykańskich. Washington był pierwszym czarnoskórym burmistrzem Chicago, a co za tym idzie pierwszym, który rządził jednym z największych miast Ameryki.

Uczestnik II wojny światowej, zaczynał karierę jako prawnik, aby później zostać reprezentantem demokratów w legislaturze stanu Illinois, a następnie stanowym senatorem. A wszystko to działo się w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, gdy segregacja rasowa kwitła w najlepsze, a ludziom o odmiennym kolorze skóry niż biały odmawiano prawa do edukacji, innej niż fizyczna pracy i dostępu do urzędów publicznych. Potrzeba było Martina Luthera Kinga, marszu obywateli do Waszyngtonu oraz batalii legislacyjnej, aby niemożliwe stało się możliwe, a Washington w 1983 r. wygrał wybory w Chicago, pokonując m.in. obecnego burmistrza Richarda M. Daleya.

W 1987 r. Washington ponownie tworzył historię, wygrywając urząd na drugą kadencję. Nie przyszło mu cieszyć się długo z reelekcji. Po kilku miesiącach od ponownego wyboru, Harold Washington zmarł przy swoim biurku w Urzędzie Miejskim na rozległy zawał serca. Dziś o burmistrzu przypomina budynek biblioteki publicznej w centrum miasta (ten ze smokami na dachu), nazwany jego imieniem oraz jeden z miejskich collegów, również noszący jego imię.

Pamiętam jak przez mgłę, że gdy mój tata przyjechał do Chicago w 1986 r., to opowiadał mi przez telefon, że na czele miasta stoi Murzyn, co jak sądzę, 20 lat temu było czymś niezwykłym i dla taty i dla mieszkańców. Dwadzieścia lat później Barack Obama staje przed szansą dokonania czegoś, co Washington i jego poprzednicy zapoczątkowali. Za półtora roku zobaczymy, czy uda mu się zostać pierwszym czarnoskórym prezydentem Ameryki. Myślicie, że wygra?

piątek, 04 maja 2007
The best number 23 ever

Chicago Bulls radzą sobie w tym sezonie wyjątkowo dobrze. W pierwszej rundzie play-offów zmietli obrońców tytułu Miami Heat, nie dając im wygrać żadnego z czterech meczów, a jutro zaczynają drugą rundę z odwiecznymi wrogami z parkietu Detroit Pistones. Pamiętam, że kilkanaście lat temu pojedynki Michaela Jordana z Chicago z Isiah Thomasem z Detroit były ozdobą play-offów i finałów. Dziś obaj już nie grają, ale legenda tego pierwszego jest nadal żywa w Wietrznym Mieście.

Najlepszy koszykarz w historii NBA już za swojego życia doczekał się pomnika. Wyrzeźbiona z brązu postać Michaela Jordana stoi przed United Center, gdzie Chicago Bulls rozgrywają mecze. Choćby nie wiem, jak doceniać Scottiego Pippena, Denisa Rodmana, Johna Paxsona i paru innych zawodników chicagowskiego teamu z lat 90., to nie ulega wątpliwości, że nie byłoby sześciu tytułów mistrzowskich NBA dla Chicago Bulls bez fruwającego Mike’a.

Jordan przyczynił się do moich wielu nieprzespanych nocy. Gdy on zaczynał swoją wielką karierę, polska telewizja rozpoczęła regularne nadawanie meczów koszykówki z NBA. Finał zawsze nadawny był na żywo, a różnica czasu sprawiała, że początek meczu wypadał w środku nocy. Od czasów licealnych aż do studenckich zarywałam noce, oglądając jak MJ fruwa pod koszem. To była sama poezja i muszę przyznać, że odkąd wielki Mike już nie lata, to i koszykówka przestała mnie tak interesować.

Jordan wywołał narodową, a później światową histerię na swoim punkcie. Uznanie, które w amerykańskiej kulturze zarezerwowane było głównie dla graczy baseballu takich, jak Babe Ruth czy Joe DiMaggio, on przekuł na zainteresowanie swoją osobą oraz koszykówką. Prasa wielokrotnie podkreślała, że Jordan nigdy nie gwiazdorzył i mimo „jordanomanii” pozostał normalnym człowiekiem, który po prostu wykonywał „the easiest job in America”, jak to on sam określił. Od 1991 do 1998 Chicago Bulls zdobyli sześć tytułów mistrzów NBA, zwanych nierzadko tytułami mistrzów świata. W połowie lat 90. MJ zrobił sobie krótkie wakacje od koszykówki (wtedy Bulls nie zdobyli żadnego tytułu) i zaczął profesjonalnie grać w baseball. Gdy jednak po dwóch latach, raczej skąpych w sukcesy na baseballowym boisku, wrócił na parkiet, sportowy świat przywitał go z otwartymi rękoma.

Po odejściu na emeryturę nie rozstał się jednak z koszykówką. Kupił klub Washington Wizzards i powrócił do koszykarskiego świata, tym razem już nie w koszulce z numerem 23, ale w garniturze. Numer 23 został zastrzeżony i o ile się nie mylę, żaden zawodnik nie może z takowym grać.

On naprawdę latał.

      

 
1 , 2