My kind of town

środa, 29 sierpnia 2012
Ponadczasowa

Mam w szafie sukienkę, którą kupiłam dziewięć lat temu podczas wakacyjnego pobytu w Chicago. Kupiłam ją w sklepie Discovery, który sprzedaje ciuchy dla małoletnich dziewcząt. Dziewięć lat temu małoletnia nie byłam, ale do sklepu trafiłam, bo mogłam tam dojść na piechotę z mieszkania babci. Sukienka sięga lekko za kolano, jest na ramiączkach, z małym wiązanym "oczkiem" tuż nad biustem, w nieco poschizowany wzór odcieni niebieskiego, białego i beżu.  O, proszę. Mimo dziesięciu lat nie straciła koloru, fasonu i - w moich własnych oczach - jest ciągle na czasie. Jest jak stara, dobra przyjaciółka, z którą nie widziałam się od dawna, a kiedy się spotykamy, gadamy jakby nie minęły miesiące czy lata. Zakładam ją każdego lata (poza tymi w ciąży) i każdego roku czuję jakbym zakładała ją po raz pierwszy. Miałam ją na sobie podczas poprawin po weselu. Była ze mną w podróży poślubnej. Założę do niej sandały na obcasie i jestem gotowa do wyjścia na randkę. Założę płaskie sandały - gotowa iść do sklepu na zakupy. Założę japonki - gotowa na plażę. Co tu dużo gadać - uwielbiam ją. 

 Może za ileś lat moja sukienka będzie dla Zosi, tym czym dla mnie spódnica, którą kiedyś dostałam od mamy. Przechowuję ją niczym relikwię, bo jak inaczej można traktować zamsz w dwóch odcieniach brązu, zapinany na całej (krótkiej) długości na srebrne zatrzaski, z małym paskiem w talii. Była jedną z moich ulubionych spódnic na wieczorne wyjścia w trakcie studiów. Może moje niektóre koleżanki z tamtych lat nawet ją pamiętają. Dziś już bym jej pewnie nie założyła, bo z taką długością spódnic rozstałam się kilka lat temu. Ale trzymam ją nadal i kiedyś oddam Zosi. Może razem z ponadczasową sukienką w paski. 

21:16, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (7) »
czwartek, 09 sierpnia 2012
Kilka słów o Olimpiadzie

Zbieram się z wpisem o olimpiadzie od tygodnia, zdążyłam zapomnieć połowę tego, co chciałam na gorąco skomentować, no ale może uda mi się przed końcem. Dla mnie ta olimpiada ma wielu bohaterów. Jednym z nich jest Oscar Pistorius, biegacz bez nóg i wspaniały moment, gdy po nieudanym dla niego półfinale późniejszy mistrz olimpijski Kirani James wymienił z nim numer startowy. Jest Usain Bolt, ktory, gdy piszę ten post jest tylko kilka godzin od przejścia do historii jako pierwszy sprinter, który obronił złoto na 100 i 200 m w dwóch kolejnych igrzyskach. Jest Tomasz Majewski, który wytrzymał ciśnienie i zdobył złoto w pchnięciu kulą we wspaniałym stylu. Jest nasz ciężarowiec Bartek Bonk, który wskoczył na podium, choć nikt się tego po nim nie spodziewał.

No i jest Michael Phelps. Media napisały już o nim chyba wszystko, wyliczono mu skrupulatnie rozpiętość ramion przewyższającą wzrost, pojemność płuc dwukrotnie większą niż u przeciętnego człowiek, ba, nawet rozmiar stopy, który też mu pomagać w basenie. Z igrzysk olimpijskich w Pekinie zapamiętałam najlepiej dwa momenty z jego udziałem: pokonującego Milorada Cavica o 0,01 sekundy w finale 100 m motylkiem i wygraną pływackiej sztafety amerykańskiej na dystansie 4x100 m. Cztery lata później oglądałam znowu Phelpsa na pływalni. Po ośmiu nieprawdopodobnych złotych medalach w Pekinie, wyjeżdża z Londynu z mniejszym dorobkiem medalowym, ale jako najbardziej utytułowany olimpijczyk w historii. Przez media zdążyły już przewalić się dziesiątki komentarzy na temat tego, czy Phelps jest najlepszym olimpijczykiem wszechczasów, czy też tylko ilość konkurencji pływackich pozwoliła mu na zdobycie 22 medali igrzysk. Takie dywagacje mnie niespecjalnie obchodzą, choć lubię sobie poczytać, co dziennikarze myślą na ten temat. Dla mnie Phelps jest absolutnie genialny. Był przez wiele lat na topie i odchodzi jako legenda. Nie mogło być kolejnych ośmiu złotych medali, ale jego dorobek z Londynu jeszcze bardziej sprawia, że myślę o tamtych medalach z Pekinu jako wyczynie nie z tej ziemi. Mimo iż bardzo go lubię i podziwiam, to mam nadzieję, że nie wróci do pływania. Nie ma dla  mnie nic smutniejszego niż wielcy mistrzowie (patrz Otylia Jędrzejczak), którzy wracają do sportu z emerytury i próbują (najczęściej z dość słabymi rezultatami) wrócić do czołówki, która już dawno odpłynęła (odbiegła, odskoczyła, odjechała) poza poziom dawnego mistrza. Niech legenda Phelpsa skończy się tu i teraz. Jego mama podobno chce jechać z nim do Rio w 2016. Kochana pani, niech sobie pani jedzie, ale tylko i wyłącznie oglądać pływaków z trybun, a nie kibicować swojemu synowi.

Historia tych igrzysk, niestety, rzadko dzieje się z udziałem polskich sportowców. Nasza reprezentacja to dramat. Rozumiem, gdy zawodnik walczy i nie wychodzi, tak jak jedne z naszych kajakarek (lub wioślarek), który walczyły zażarcie o brąz i nie dały rady. No ale jak na bieżnię wychodzi Paweł Wojciechowski, mistrz świata sprzed roku w skoku o tyczce i nie zalicza żadnej wysokości, podobnie robi Anna Rogowska w tej samej konkurencji, pewniak do złota Marcin Dołęga pali wszystkie próby na pomoście, siatkarze dają ciała totalnie w rundzie eliminacyjnej, a później w ćwierćfinale, Radwańska zapomina jak się trzyma rakietę, to mnie po prostu trafia szlag. To nie są juniorzy bez doświadczenia i obycia międzynarodowego. To starzy wyjadacze stadionów, kortów i boisk, którzy doznają nagle katastrofalnej niemocy sportowej. Jak to możliwe, że Dołęga, który z tego co czytałam, o północy w piżamie mógł podnosić sztangę ze 190 kg, nie dał rady unieść jej ani razu w Londynie? Niech bedzie, że stres, że olimpiada, ale taka gleba i kompromitacja? Mi się to w głowie nie mieści.

No i te wyjazdy za zasługi. Jędrzejczak pojechała na olimpiadę bez wypracowanego minimum. Wojciechowski chyba też. Zamiast dać szansę jakimś młodziakom, ktorzy poprawialiby rekordy życiowe, gryzli trawę i młócili wodę w basenie, to wysyłamy ludzi bez formy albo takich, którzy na światowym poziomie startować nie bedą. 

O tym, jak telewizja tutaj pokazuje olimpiadę pisać już nie będę, bo niewiele różni się od tego, co było cztery lata temu. Dzięki Tranikowej, która powiedziała mi o BBC nadającej wszystko na żywo, oglądam głównie w internecie, a wieczorami w telewizorze co lepsze kąski. Zresztą, nie tylko ja. Wielu Amerykanów również korzysta z serwisu BBC, bo kto by chciał oglądać wszystko z powtórek. Kończę, bo właśnie zaczyna się sesja na stadionie. Bolt - poniżej 19?

20:21, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (14) »
niedziela, 15 lipca 2012
Kanały to nasza specjalność

W nocy z czwartku na piątek obudził mnie ból w lewej piersi. "Za ostro się napływałam", pomyślałam i próbowałam spać dalej. No ale ze spania nic już nie wyszło, bo ból narastał, dołaczyły do niego dreszcze, ból głowy i chęć na wymioty. A rano wyczułam całkiem pokaźne nabrzmienie. Brzmi groźnie, ale to nie rak ani ciąża. To "tylko" niedrożny kanalik mleczny, który spowodował infekcję i objawy jak przy grypie. Po prostu fantastycznie. To już nie moje pierwsze zetknięcie z takim problemem, ale ostatni raz przytrafiło się więcej niż dwa lata temu, gdy karmiłam piersią Zosię. Przy Antosiu wszystko było okay. Aż do czasu, jak się okazało. Piątek przeleżałam jak nieżywa w łóżku, jak z najgorszą grypą, a hazbend robił za matkę i ojca. Zadzwoniłam do swojej ginekolog i dostałam antybiotyk, bo tylko tak można pozbyć się tego świństwa i zapobiec dalszej infekcji.

Swoją drogą, czyż to nie genialne rozwiązanie, że lekarz dzwoni do mojej apteki i zamawia dla mnie lekarstwo, a ja za godzinę odbieram je w Walgreensie dwa bloki dalej? Genialne, zaiste. 

Dziś wcale nie jest lepiej. Kanalik jest nadal zablokowany, antybiotyk pomaga tylko na tyle, ze jakoś trzymam się na nogach. Zablokowany kanalik trzeba masować i przypomina to masowanie wielkiego siniaka z całej siły. Uroczo.

Uroczo będzie też w czwartek, bo Antoś też ma problem z kanalikiem. Nie mlecznym, a łzowym, który jest niedrożny od urodzenia. Jak to mówia, no big deal i do 9 miesiąca życia Antosia miałam tym się nie przejmować zanadto, bo większość takich zablokowanych kanalików udrażnia się z czasem. Dla dziecka nie ma to chyba większych skutków ubocznych, poza tym, że oko jest załzawione i gromadzi więcej tzn. śpiochów z rana albo po drzemkach. Dziewięć miesięcy minęło, kanalik dalej zablokowany, pediatra wysłała nas do okulisty. Okulistka zrobiła czary mary, wlała małemu do oka krople z kontrastem, po czym przystawiła do buzi lampę fluorescencyjną i voila, widać gołym okiem, że lewe oko nie odprowadza łez. Kanalik trzeba więc udrożnić. Nie pytajcie mnie dokładnie jak, bo nie chcę o tym czytać, żeby się więcej nie stresować, w każdym bądź razie, mały ma być pod narkozą, żeby mogli przeprowadzić zabieg. Do tego, jak przy jakimkolwiek zabiegu chirurgicznym wymagającym znieczulenia, ma być na czczo, więc słabo sobie wyobrażam zawiezienie go do centrum z pustym żołądkiem. Podobnie słabo widzę oddanie go w ręce lekarzy i czekanie aż przyniosą go z powrotem. Gdyby tak na ten jego kanalik mógłby być jakiś antybiotyk...Trzymajcie kciuki.

03:36, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (21) »
piątek, 13 lipca 2012
Obiecanki cacanki

Obiecanki: 

I cacanki:

Własnych truskawek się w tym roku nie najem. Wszystkie zawiązki owoców zeżarły króliki mimo iż hazbend opryskał rośliny jakimiś sikami kojota czy czymś, co mialo niby je odstraszyć. Nie odstraszyło, a kwiatki z truskawki ze zdjęcia powyżej też pewnie się nie uchowają, bo i to królikom smakuje. Za rok postawię płot wokół truskawek. 

04:25, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (13) »
wtorek, 26 czerwca 2012
Mydło i powidło

Odkąd wróciłam do Chicago, jestem wypompowana wieczorami, że nawet gdy mam w głowie jakiś pomysł na nowy wpis, to wolę się oddać leniwemu oglądaniu jakiegoś serialu czy czytaniu książki. Chyba więc moje przyszłe wpisy będą zlepkiem tego, co mi leży na wątrobie i co po iluś tam tygodniach w końcu udaje mi się przenieść na bloga. Stąd też moja dość nikła obecność na innych blogach. Czytam na bieżąco i kibicuję rosnącym brzuchom, rosnącym dzieciom, wycieczkom, piknikom, zmianom w pracy, ale gorzej z komentowaniem, więc mam nadzieję, że wybaczycie i rozumiecie.

****

Patrzę czasem na innych rodziców i szlag mnie trafia, gdy widzę, jak wychowują swoje dzieci. Może mnie jako nieliczną to bulwersuje, ale nie moge, no po prostu nie mogę, gdy widzę o 9:30 wieczorem w Targecie rodzinę z powiedzmy rocznym czy dwuletnim dzieckiem. Czy ludzie naprawdę nie wiedzą, o której godzinie kłaść dzieci spać? Ja rozumiem, że rodzice pracują, że po pracy mają mało czasu dla swoich dzieci, no ale kurna, czy naprawdę trzeba to dziecko ciągnąć do sklepu na godzinne zakupy, gdy jest tak późno? Czy jedno z rodziców nie może zostać w domu, położyć dziecko spać, a drugie robić zakupy? Ostatnio usłyszałam o dwójce naprawdę małych dzieci, które razem ze swoimi rodzicami były na spotkaniu ze znajomymi do północy. No i co tu powiedzieć takiej mamie? Przecież to nie moja sprawa. Eh...

****

Odkąd jestem mamą, nie mogę czytać o przykładach przemocy i zaniedbań wobec dzieci, zwłaszcza tych zakończonych śmiercią dziecka. "Pobił, uderzyła, nie upilnowali, byli pijani, dziecko zmarło, dziecko z ciężkimi obrażeniami..."Nie można uleczyć zła wyrządzanego dzieciom na świecie i boli mnie to jak cholera. Człowiek stara się zapewnić swoim szczęśliwe dzieciństwo, a gdzie indziej jest skrajna nędza, wyzysk, patologia i potworne zaniedbania. Martwi mnie, że ludzie tak naprawdę żyją tylko dla siebie i wiodą w sumie puste życie, a tylko niewiele osób robi coś dla innych. Przepraszam za taki pesymistyczny ton, ale chyba dopiero niedawno zrozumiałam mojego męża, który nie chce przeżyć swojego życia tylko dla siebie i chciałby coś po sobie zostawić, ujmując to krótko i bez zbędnego rozpisywania się. I chyba mam nadzieję, że może kiedyś coś takiego mi się uda wcielić w czyn. Nie chce mi się teraz nad tym rozwodzić, żeby nie wpaść w jakiś tani sentymentalizm (o ile już nie wpadłam). Nie wiem co, jak i gdzie, ale mam nadzieję, że zostanie mi w głowie ten idealizm i że proza życia go nie zabije. 

****

No to żeby nie było tak zupełnie ciężkostrawnie, to może coś z tej prozy życia. Zosia zaczęła przedszkole 5 razy w tygodniu, w tym samym miejscu, do którego chodziła 2 razy w tygodniu przed naszym wyjazdem do Polski. Trochę się borykałam z tą decyzją, bo jestem przecież w domu, no i względy finansowe, ale na razie mała jest zadowolona, nie marudzi, chodzi chętnie i ma kontakt z dziećmi oraz polskim, bo przedszkole prowadzi Polka. A ja mam więcej czasu dla Antosia, bo dla siebie to chyba nie he he. Antoś chyba szykuje się do postawienia pierwszego kroku przed pierwszymi urodzinami, bo już od długiego czasu umie stać w łożeczku i przy meblach. Obstawiam, że zacznie chodzić w wieku 11 miesięcy.

****

Za dwa tygodnie jedziemy do Maumee Bay. Byliśmy tam 2 lata temu i wracamy spotkać się z teściową oraz szwagrami. Wtedy było fajnie, myśle, że i tym razem też tak będzie. Może uda się mi i hazbendowi wyrwać na mini-randkę w hotelowej restauracji i zostawić dzieci pod opieką teściowej. Mam nadzieję, że teściowa bedzie też nas częściej odwiedzać w Chicago, bo nie będę ukrywać, że jej pobyt u nas pozwala mi i mężowi na wyjście gdzieś razem bez dzieci. Ah, małe przyjemności...

****

Na razie cieszę się z lampki wina i kolacji na dworzu, gdy dzieci śpią, weekendowego grillowania, pięknej pogody i paru nowych ciuchów w szafie. Czekam aż w końcu wleją wode do pełnowymiarowego basenu w Portage Parku, żebym mogła przepłynąć go kraulem (na razie pływam pod dachem). Czytam "Draculę" Brama Stokera, bo nigdy nie miałam okazji. No i mam nadzieję, że Niemcy wygrają Euro. 

03:57, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (9) »
niedziela, 11 marca 2012
Jak Feniks z popiołów

Męczyliście, męczyliście i wymęczyliście nowy wpis, prawie po roku jak słusznie zauważyła Ola w komentarzu pod ostatnim wpisem. Piszę więc sprawozdanie z tego, co się przez ostatni rok zdarzyło i co z tego pamiętam.

Maj-czerwiec 2011:

W Polsce, z brzuchem i Zosią. Tym razem, mimo ciąży, czuję się jak na wakacjach. Zośkę zostawiam na weekendy z dziadkami, a sama zażywam błogiego wypoczyku w Warszawie w mieszkaniu brata i bratowej Eweliny, racząc się lodami (no bo piwem i winem nie mogę), spaniem do dziesiątej rano i spotkaniami ze znajomymi blogowymi i nieblogowymi. Jak mi przypomniała Tranikowa w komentarzu (nie, nie staram się zapomnieć) udało mi się z Zośką odwiedzić ja w Stavanger. Padało po norwesku, Marit Bjoergen nie spotkałam, łosoś był przepyszny. Kolejny raz planuję, kiedy żadna z nas nie będzie w ciąży albo karmiąca, żebyśmy w końcu mogły się razem napić wina. Na ostatnie dwa tygodnie w Polsce przyjeżdża hazbend i zupełnie na wariackich papierach organizujemy weekend we dwoje w Trójmieście. Zośka ponownie z dziadkami, a my wdychamy jod i łazimy po Mariackiej w Gdańsku, Monciaku w Sopocie i Skwerze Kościuszki w Gdyni. Pogoda była wprawdzie beznadziejna, a mi trochę dawały się we znaki hormony ciążowe, ale za to dzięki wyczulonemu zmysłowi powonienia byłam w stanie wyczuć z 200 metrów gofry i dotrzeć do miejsca sprzedaży wiedziona jedynie własnym nosem (ah, co to były za gofry...). W drodze do i z Gdańska mieliśmy okazję zobaczyć oblicze polskich kolei od najlepszej strony (pociąg nówka z klimą i kosmicznymi toaletami), jak i najgorszej, gdy w drodze powrotnej okazało się, że najprawdopodobniej będziemy stać 7 godzin na korytarzu albo w śmierdzącej łazience (w końcu nie staliśmy tylko dlatego, że byłam w ciąży). Osiem tygodni w Polsce to zdecydowanie za krótko. Na lotnisku łzawe pożegania, no bo wiadomo, że za rok z dwójką dzieci nie polecę.

Lipiec-sierpień 2011:

Kilka dni po przyjezdzie wkładając Zosię do felika w samochodzie uszkodziłam sobie jeden z mięśni pleców. Po tygodniu na prochach przeciwbólowych hazbend wysłał mnie na fizykoterapię, którą kontynuowałam do ostatnich dni w ciąży plus dwa zestawy ćwiczeń dziennie w domu. Letnie spacerki z Zosią do parku zostały zastąpione jazdą samochodem, bo więcej niż 4 przecznice nie dałam rady przejść. Lato było gorące, więc było znowu dużo lodów i jeszcze więcej żeberek z grilla (nie samymi lodami kobieta w ciąży żyje). Plan odpieluchowania Zosi przed urodzeniem młodego/młodej nie dochodzi do skutku (do tematu jeszcze wrócę). 

Wrzesień 2011:

W połowie miesiąca przyjechała ciocia Ewelina i mimo bólu pleców życie od razu nabrało kolorów. Nie ma jak mieć przyjaciółkę w domu i razem malować sobie paznokcie albo pić kawkę w ogrodzie. Tydzień przed porodem udaje mi się nawet zabrać ciotkę do centrum i połazić po Millennium Parku, a także pojeździć turystycznym piętrusem. Podczas przerwy na soczek w barze na 96. piętrze Johna Hancocka zaskakuje nas alarm przeciwpożarowy. Było nerwowo, ale nie urodziłam z wrażenia. Dwudziestego trzeciego września (piątek) mówię mojej fizykoterapeutce, że nie umawiam się na następny tydzień, bo wiem, że urodzę w weekend. W tenże sam piątek wyciągam męża do kina na "Drive" (ah, ten Ryan - po co ja męża zabrałam?) i oglądam z próbnymi skurczami, które nawet nieźle dały mi popalić. Młody/a nie spieszy się jednak i daje fałszywe sygnały całą sobotę, aby w końcu ruszyć z kopyta w sobotę wieczorem i po ośmiu godzinach od pierwszych, prawdziwych bóli i pięciu minutach parcia w końcu rodzi się rankiem 25 września, 4 dni przed terminem. Anthony Stefan, zwany przez Zosię baby Antu, mierzy 7 lb 2 oz (3245 g) i 21 cali (53 cm). 

Październik 2011:

Jesień rozpieszcza nas piękną pogodą i choć ledwo patrzę na oczy, mam czas na kawę z ciotką, a nawet jakieś zakupy. W poniedziałki oglądamy "Dancing with the Stars" (jakaś rozrywka mi się należy, nie?) Wszystko dobre, co się szybko kończy i z końcem miesiąca ciocia Ewelina wyjeżdża do Polski, a my zaczynamy odliczać dni do przylotu babci pod koniec listopada. 

Listopad 2011:

Babcia wybiera sobie na przylot jeden z najbardziej wietrznych dni, jakie pamiętam. Tak wiało, że wiatr otworzył nam drzwi sztormowe, trzasnął nimi o balustradę i połamał szybę. Przez 3 tygodnie dom wyglądaliśmy jak dziady z połową drzwi zabitych dyktą (przy dwójce dzieci to, co dałoby się naprawić w 3 dni, zajmuje 3 tygodnie). Motywuje nas przyjazd teściowej na Boże Narodzenie.

Grudzień 2011:

Babcia dostaje za zadanie odpieluchować Zosię. Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Rzucamy się więc na głęboką wodę i puszczamy Zośkę w samych majtkach po domu. Mąż naiwnie wierzy, że dziecko samo zawoła, jak będzie chciało sisi albo kupę. Po sześciu wypadkach przy pracy pierwszego dnia, dzwonię do hazbenda na pograniczu załamania nerwowego, że niech ona sobie z tą pieluchą chodzi do końca świata i jeden dzień dłużej, bo ani ja ani babcia więcej nie zdzierżymy. Na drugi dzień są już tylko 2 wypadki, po tygodniu są postępy w wołaniu, a po dwóch jest sukces. Na święta Zośka jest odpieluchowana. Zostaje tylko pielucha na noc. Boże Narodzenie spędzamy z teściami, Sylwestra w domu z babcią zajadając się sushi zrobionym przez hazbenda.

Styczeń 2012:

Antu zaczyna spać jak człowiek, a ja wracam do kina (patrz Bez popcornu) i nadrabiam zaległości z pierwszych miesięcy po porodzie. Babcia wraca do Polski w drugiej połowie stycznia, a ja w przypływie emigranckiej dżumy kupuję bilety do Polski dla siebie, Zośki i Antu. Lecimy 22 marca, zostajemy do 7 czerwca, a 25 maja dolatuje do nas hazbend na ostatnie 2 tygodnie. Módlcie się za mnie, jak będę sama lecieć z dwójką dzieci, bo to mogą być najcięższe godziny mojego życia. Cała nadzieja, że dostaniemy kołyskę dla Antu, a Zośce nie wysiądą baterie w dvd.

Luty 2012:

Smutne wieści z Ohio. Niespodziewanie umiera ojczym Adama. Spędzamy tydzień z teściową po pogrzebie i planujemy kolejną wizytę w marcu. Antu zaczyna spać gorzej (patrz brak aktywności na Bez popcornu) i tak już niestety zostaje - pobudka każdej nocy.

Marzec 2012:

Weekend w Ohio. W drodze powrotnej rzucało nami jak ulęgałkami w samolocie (nie ma jak ciepłe powitanie w Windy City). Byłam zielona ze strachu, Zośka miała radochę, a Antu był uprzejmy na tyle, że nie zwymiotował. Dzięki, synku. W ostatni piątek dopada mnie "pamiątka" od szwagrów, czyli jakiś syfiasty wirus wymiotno-biegunkowy. Pół piątku w łazience, 3/4 soboty w łóżku. Dziś nadal czuję się jakbym miała kaca. Gdyby nie dwójka dzieci, leżałabym w łożku, oglądała komedie na Netflixie, a mąż donosiłby orientalną zupę hot&sour z pobliskiej knajpy. Mam nadzieję, że na mnie się skończy ten łańcuszek szczęścia. Antu odkąd skończył 5 miesięcy przewraca się z pleców na brzuch. Chyba będzie szybko chodził. Od jakiegoś miesiąca, może półtora mieszczę się w swoje normalne spodnie. Z boków jeszcze ciut za dużo, ale nie jest źle. W ogrodzie przekwitły krokusy (tak, tak, przekwitły), a dziś pojawił sie pierwszy żonkil. 

Na koniec zdjęcia dzieciaków, bo jak nie dam zaraz będzie "A gdzie zdjęcia?": Antu z wiecznie podrapanym czołem i Zośka striking a pose. No to teraz już wiecie, gdzie byłam, jak mnie nie było.

22:31, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (27) »
środa, 17 listopada 2010
Co na prezent dla panny młodej

Dostałam dziś zaproszenie na wedding shower, czyli wieczór panieński i cieszę się jak diabli, bo hajta się moja dobra kumpela, która praktycznie zeswatała mnie i hazbenda. Zaproszenie jest właściwie na popołudnie panieńskie, bo impreza zaczyna sie o 3 po południu i podejrzewam, że raczej nie skończy się o 3 nad ranem. No ale kto wie. Może będziemy biegać od knajpy do knajpy z panną młodą w welonie? W każdym bądź razie, ostatni wieczór panieński na jakim byłam, to był mój własny w Polsce, więc tak dokładnie to nie wiem, jakie zwyczaje panują na takich imprach tutaj. Kurna, wszyscy się już pożenili, czy jak.

Nie znam ludzi, którzy wyprawią imprezę kumpeli, ale na zaproszeniu figurują jako "Pan i Pani X i Y". Myślałam, że wedding shower to bardziej impreza dla samych kobitek, no ale może będą też faceci, skoro pan Y jest organizatorem. Co się przynosi przyszłej pannie młodej? Ja dostałam bieliznę, zapas prezerwatyw, pseudo-poradniki w stylu "Orgazm na 100 sposobów" i jakieś erotyczne gadżety, które wyciągałam zdaje się z torebek z zamkniętymi oczami. Podejrzewam, że kumpela dostanie mnóstwo prezentów z Victoria's Secret, więc może niekoniecznie muszę kupować kolejne majteczki w kropeczki. Gdzie tu w tym mieście są jakieś sex shopy? Był ktoś? W Warszawie to od razu wiedziałabym, gdzie pójść he he. No i co jest modne na takich imprezach?

04:26, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (14) »
sobota, 18 września 2010
Spadek

Spadek przyjechał w dziś rano semi truckiem lub TIRem, jak kto woli. Na szczęście było gdzie zaparkować na ulicy, bo w "elę" na pewno by nie wjechał. Zdjęć nie zrobiłam, bo TIR pojawił się dwie godziny wcześniej niż było ustalone, a ja byłam w piżamie. Jak ktoś ciekawy jak wygląda taki pojazd na wąskiej ulicy, może zajrzeć tutaj hehe.

Spadek został ostrożnie (co by się nie rozleciał) wniesiony do garażu, bo nigdzie indziej by się nie zmieścił, co oczywiście rodzi pytanie, gdzie go ulokujemy, jak przyjdzie zima i stanie się oczywiste, że coś takiego, pochodzącego z 189 któregoś tam roku w garażu stać nie może.

Zbliżenie na szuflady

I na środek


Piękny, co nie? Taki oto antyk dostaliśmy w spadku po wuju Adama. Wuju, który był mężem ciotki, która zmarła w tym roku, a który to wuj umarł wiele, wiele lat temu i Bóg jeden raczy wiedzieć dlaczego spadek po nim dostał nam się właśnie teraz, a nie gdy wuj opuścił ziemski padół. Ciotka zaś umarła niedawno i z tego, co wiem zostawiła mężowi złoty sygnet po wuju, który to sygnet mąż przez parę miesięcy woził w swojej starej Hondzie, którą to Hondę rąbnęli nam spod domu tego lata. No ale zanim gwizdnęli nam auto, hazbend zdążył sygnet wyjąć z auta po tym, jak mu nagadałam o wożeniu złota w samochodzie, więc nie napiszę tu, że jakiś szemrany lokals obnosi się po okolicy z naszym klejnotem rodowym.

Ale wracając do wujka, czyli cioci. Resztę zaś majątku ciocia zostawiła swojej córce i tu dopiero zaczęłaby się prawdziwa historia do opisania, no ale choć rodzina nie kuma po polsku, to mimo wszystko nie mogę jej robić więcej koło pióra niż już zrobiłam, więc z żalem spuszczam zasłonę milczenia na rodzinne dzieje i klechdy.

Kredens stoi więc sobie na razie w garażu i diabli wiedzą, co z nim zrobić. Mamy już w domu parę podobnych antyków: stół w jadalni, niemiłosiernie skrzypiące krzesła do kompletu, przeszkloną witrynę, bufet i jeszcze jedną witrynę. Aha, i drewnianą skrzynię, którą z tego całego towarzystwa najbardziej lubię. Do wyżej wymienionej reszty zdążyłam się przyzwyczaić, choć nie są w moim stylu. Kredensik zaś jest najbardziej obciachowy z nich wszystkich i poza faktem, że NAPRAWDĘ nie mam gdzie go podziać, to jak patrzę na niego, to mi z lekka słabo. Ja nie wiem, co ten wuj myślał, jak nam zapisywał ten kredens. Nie zrozumcie mnie źle - bardzo miło z jego strony, no ale co tu ściemniać - ni w pięć, ni w dziewięć nam ten prezent.

Amerykanie mają jakąś manię z antykami. Nawet wymyślili sobie czasownik na określenie oglądania i kupowania antyków, czyli antiquing. Chyba każde miasteczko po drodze do Columbus ma sklep z "antykami". Widzieliście kiedykolwiek "Antiques Roadshow" na PBS, gdzie rzeczoznawcy oceniają wartość wyciągniętych z szaf, strychów i piwnic rupieci?

Oczywiście, że jestem ciekawa ile kredens może być warty. Nie mam zielonego pojęcia, ale jak zobaczyłam, że wysłanie go do nas kosztowało prawie 900 dolców, to na razie chyba wzięłabym w ciemno te 9 stów i wolała mieć miejsce w garażu.

Jak to mówią, z rodziną wychodzi się najlepiej na zdjęciu.

23:16, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (22) »
wtorek, 24 sierpnia 2010
Welcome home

Odkąd przyleciałam, nie mam czasu na nic. Ledwo się rozpakowałam, a już się pakowałam od nowa na wyjazd do teściowej i szwagrów do Ohio. Bardzo się tam za mną i Zosią stęsknili. Nie tylko oni. Wuj Sam też się za mną stęsknił i w piątek przysłał pismo zaczynające się jak poniżej:

"By order of the Circuit Court of Cook County, Illinois, you are hereby designed as a stanby juror."

Wygląda więc na to, że 15 września mogą mnie wybrać do ławy przysięgłych. Diabli  nadali. Migać się nie będę, no ale kurna nie mogli mi tego przysłać rok temu jak byłam w ciąży (wtedy zdaje się można zostać z tego obowiązku zwolnionym)?Muszę chyba wrzucić "Dwunastu gniewnych" do Netflixa.

00:26, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (10) »
czwartek, 17 czerwca 2010
Usłyszane

Wchodzi kogut do łazienki, a tam wszystkie kurki pozakręcane.

16:13, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9