My kind of town

poniedziałek, 13 lipca 2009
Bruno nie dla homofobów

Pamiętacie scenę z "Borata", w której tarzał się on nago po pokoju hotelowym razem z obleśnym grubasem? No więc jeśli myśleliście, że była to najobrzydliwsza scena filmu, to przygotujcie się na to, że "Bruno" (bez kropek nad "u", bo nie wiem, jak je wstawić) to jeden ciąg tego typu obleśno-pornograficzno-obscenicznych sekwencji, po których inaczej spojrzycie na to, co dwóch facetów może razem wyprawiać w łóżku (albo i nie łóżku). "Największa austriacka gwiazda od czasów Hitlera" już na ekranach i jak nie cierpię chodzić do kina w weekendy otwarcia, to na "Bruno" poszliśmy.

Wydawało mi się, że już bardziej niż "Borata" przegiąć się nie da, ale w "Bruno" Sacha Baron Cohen przeszedł samego siebie. Gość naprawdę pojechał po bandzie. Golizny na ekranie jest w cholerę i szczerze mówiąc, to zastanawiam się, jak film dostał kategorię "R", a nie "NC 17", bo to co się dzieje w filmie, jest naprawdę hardcore. Jest oczywiście znane z "Borata" wkręcanie celebrities w absurdalne sytuacje oraz wiele momentów, których do końca nie można ocenić, czy zostały improwizowane na Bogu ducha winnych osobach trzecich, czy zagrane z aktorami. Pół niedzieli bolały mnie mięśnie od śmiechu.

"Bruno" rozbawił mnie i męża dużo bardziej niż "Borat", choć myślę, że film okaże się jednak zbyt obsceniczny jak na amerykańskie gusta. Niby jest na pierwszym miejscu w box office po weekendzie, ale już w sobotę liczba tych, którzy poszli do kina była mniejsza niż w piątek, co zresztą sama zauważyłam w kinie, w którym byliśmy, gdzie nie było żadnego problemu z dobrym miejscem, a sala była w połowie pusta. Może więc można szydzić z Ameryki (powinnam dodać Północnej, bo mnie zaraz ponownie ktoś uświadomi, że Peru to też Ameryka), antysemityzmu i ksenofobii, ale 20 penisów prosto w oczy może okazać się o 19 za dużo. Ciekawe, czy Cohen pójdzie kolejny raz tą samą ścieżką i za 2-3 lata wyskoczy z kolejnym borato-brunopodobnym wcieleniem.

17:50, aniabuzuk , Kultura
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 27 października 2008
Październik miesiącem koncertów

Po Tinie, wczoraj Madonna.

Miejsce miałam niezłe, choć ze zdjęć niestety tego nie widać, no ale musiałabym siedzieć pod samą sceną, żeby mieć dobre foty z mojego małego aparaciku.


A sam koncert - w porządku, ale bez obłędu. Jaka płyta, taki koncert. Uwielbiam Madonnę od lat, ale ostatni album jest tylko okay i to według mnie było widać wczoraj w United Center. Poprzedni koncert Madonny, który widziałam dwa lata temu był absolutnie fantastyczny: przemyślany, spójny, utrzymany w klimacie dyskotekowych „Confessions on a Dance Floor", a ja dostałam koncertowej histerii i mało brakowało, żebym wypadła z balkonu.

Tym razem zabrakło według mnie koncepcji i do jednego worka wrzucono wszystko: disco, hip-hop, r&b i ciężki rock. Na to mogę przymknąć oczy. Bardziej wkurzyło mnie coś innego. Madonna, która jest w życiowej formie fizycznej, tańczy, skacze, biega po scenie i jest to bardzo imponujące, bo kobita daje z siebie wszystko przez dwie godziny. Ale ponieważ trudno jest śpiewać, gdy się jednocześnie tańczy, połowa wokalu leciała z playbacku, głównie w najbardziej dynamicznych kawałkach. Dwa lata temu byłam pod wrażeniem jej głosu, gdyż mimo iż wielką piosenkarką nie jest, słyszana na żywo prezentowała się więcej niż dobrze. Gdyby wczorajszy koncert był moim pierwszym, podejrzewam, że moje rozczarowanie byłoby nawet większe.


Na plus zaliczam, że Madonna nawiązała zdecydowanie lepszy kontakt z publiką niż 2 lata temu oraz absolutnie genialne wykonanie La Isla Bonita z cygańską kapelą i kapitalnie przerobione Like a Prayer. I tak bawiłam się pewnie lepiej niż para siedemdziesięciolatków (bez kitu) obok mnie, którzy, gdy leciały wściekłe riffy podrasowanego na rockowo Hung Up trzymali palce w uszach. Ja trzymam kciuki, że następna płyta i koncert będą lepsze.

18:29, aniabuzuk , Kultura
Link Komentarze (27) »
piątek, 26 września 2008
Jak maluje Marketa

Na odtrutkę o kryzysie finansowym (czworo koleżanek i kolegów właśnie opuściło okolice mojego biurka po półgodzinnej debacie), kilka zdjęć ze strony mojej ulubionej chicagowskiej artystki Markety Sivek, o której wspominałam przy okazji Artropolis. Gdybym miała pięć tysięcy dolarów na zbyciu, to z miejsca kupiłabym ze dwa płótna. Za każdym razem, gdy odwiedzamy jej studio przy okazji festiwalu artystycznego Around the Coyote zaskakuje nas ilość nowych prac.

Kolejny festiwal już niedługo, bo o d 17 do 19 października. Marketa oczywiście będzie. Polecam przejrzenie galerii na jej stronie.


         Zdjęcia ze strony www.marketasivek.com

20:27, aniabuzuk , Kultura
Link Komentarze (16) »
środa, 07 maja 2008
Randka z lokalną sztuką

Jak na razie realizacja planu atrakcji na wiosnę i lato idzie jak po maśle. Byłam na wystawie zrobionych 40 lat temu zdjęć dokumentujących pierwsze miesiące istnienia chicagowskiego Picassa. Na 17 maja udało mi się zarezerwować bilety na darmowy rejs statkiem po Chicago River. Przewodnikiem będzie pan z WTTW (lokalna stacja PBS), którego programy z pokładu statku można czasem oglądać w tejże telewizji. Rejs statkiem już kiedyś zaliczyłam, ale dla mnie jest to jedna z lepszych atrakcji w mieście, jeśli chce się zobaczyć Chicago nie z poziomu chodnika, więc cieszę się, jak młody pelikanik.

A pod koniec kwietnia poszłam na Artropolis, czyli coś w rodzaju targów artystycznych, podczas których swoje kolekcje pokazują galerie ze Stanów i Europy. Jedną z atrakcji Artropolis był projekt zwany Next, prezentujący innowacyjne dokonania artystyczne, choć tak naprawdę to chciałoby się napisać, że niektóre z nich były mniej innowacyjne, a bardziej zakręcone, dziwne, niezrozumiałe, a czasem po prostu śmieszne. Sztuka, prowokacja, kicz, tandeta, nazwijcie jak chcecie.





Więcej tutaj. Swoją drogą, to zastanawiam się, jak oni te dwa samochody tam wtarabanili.

Najbardziej przypadł mi do gustu projekt artysty, którego nazwiska z wrażenia nie zapisałam. Na pierwszy rzut oka miałam przed sobą chaotycznie poustawiane sztalugi z przymocowanymi do nich zdjęciami. Dopiero, gdy zrobiłam zdjęcie i spojrzałam na ekran aparatu, zobaczyłam to, co ominęłam gołym okiem. Sztalugi, mimo iż ustawione nie dalej niż metr w głąb, oraz umieszczone na nich zdjęcia tworzą niesamowitą głębię. Wydaje się, że można wręcz zanurzyć się w tą azjatycką uliczkę, wejść do pierwszej z brzegu knajpki i zamówić coś pysznego do jedzenia, popijając zieloną herbatą.


Na lokalnym podwórku odkryłam prace Hiroshiego Ariyamy. Ariyama obrabia cyforwe zdjęcia, tworząc z nich nieco komiksowe, może popartowe obrazy charakterystycznych obiektów z Chicago, jak kolejka CTA, czy słynny neon teatru Chicago na State Street.


Hiroshi Ariyama Untitled


Hiroshi Ariyama Artificial Color

Podczas Artropolis natknęłam się też na chyba moją ulubioną chicagowską artystkę Marketę Sivek (niestety, strona w przebudowie). I ilekroć patrzę na jej prace, myślę, że może za wcześnie postanowiłam przeznaczyć 1,200 dolarów od wuja Sama na własną emeryturę...

19:57, aniabuzuk , Kultura
Link Komentarze (19) »
środa, 02 kwietnia 2008
Spacer po dystrykcie teatralnym

Po sobotnim weselu, na którym nie miałam okazji umieścić nóg na stole, w niedzielę wybraliśmy się do teatru Goodmana.

 


W teatrze w Chicago jeszcze nie byłam. Widziałam parę razy balet, koncerty, musical, ale do teatru nie dotarłam, więc z przyjemnością poszłam na „The Trip to Bountiful”. Sama sztuka, zupełnym przypadkiem rozgrywająca się w Houston, z bohaterami mówiącymi z charakterystycznym teksańskim akcentem, nie porwała mnie całkowicie (zbyt jednowymiarowe postacie i główna bohaterka za bardzo przypominająca Jessikę Tandy ze „Smażonych zielonych pomidorów”), ale obejrzałam w sumie z zainteresowaniem.

Teatr Goodmana, w którym byliśmy mieści się w tzw. dystrykcie teatralnym, gdzie znajduje się kilka innych teatrów, grających głównie musicale.

Jakoś nie czuję mięty do tej formy rozrywki. Poza muzycznym przedstawieniem o życiu Buddy’ego Holly w małym teatrze na Southport, nie widziałam żadnego musicalu w broadwayowskim stylu (światła, pióra i jupitery). Może więc za wcześnie się uprzedzam, ale jednak jak mam wybierać rozrywkę, to pewnie prędzej pójdę do kina, czy na koncert niż na musical.

W Chicago niezmiennie od wielu sezonów triumfy święci „Wicked” o czarownicach z Oz.

 

Zaś co wtorek, gdy przechodzę obok teatru LaSalle w drodze na hiszpański, słyszę tę samą piosenkę „Cherie Lady” (nie mylić z Modern Talking) z jakiejś zupełnie nie przemawiającej do mnie produkcji „Jersey Boys”. Nie wiem, czy nadal grają „Mamma Mia”, ale pamiętam, że laski w pracy mówiły, że niezłe. Jedyny musical ostatnich lat, który chętnie bym zobaczyła to „Producenci”, ale został on zdjęty z afisza już jakiś czas temu. I nawet, gdyby jakimś cudem w obsadzie był Will Ferrel, to bym przeżyła.

 


17:39, aniabuzuk , Kultura
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 18 lutego 2008
Nocne jastrzębie

Macie czasem tak, że gdy stoicie przed dziełem sztuki to chce się Wam prawie płakać z wrażenia? Mi się zdarza, a ostatnio w sobotę.

Co tu pisać. To trzeba zobaczyć. Wystawa nasłyniejszych płócień i akwareli Edwarda Hoppera oraz Winslowa Homera wyrywa z butów (wiem, że to nieeleganckie określenie, ale na nic lepszego mnie dziś nie stać). I nie tylko tytułowe Nighthawks robią wrażenie; inne pełne kontrastu obrazy Hoppera, ukazujące życie Nowego Jorku oraz cykl poświęcony latarniom morskim zostawiły mnie w stanie zachwytu. Dzięki Bogu za Art Institute i jego kuratorów. Przedłużam członkostwo.


                                   Zdjęcie ze strony Art Institute www.artic.edu/aic/ 

20:53, aniabuzuk , Kultura
Link Komentarze (10) »
wtorek, 20 listopada 2007
Sztuka z puszki

Mówią, że jeden obraz wart jest tysiąca słów, więc dziś fotograficzna relacja z wystawy The Art of Can, będącej projektem niezmordowanego Red Bulla. Wystawa jeździ po Stanach od dwóch lat, a przez ostatnie dwa tygodnie była w Chicago. Wszystkie eksponaty zostały wykonane z puszek po Red Bullu. Sztuka czy PR? Zdjęcia również na stronie wystawy.











17:32, aniabuzuk , Kultura
Link Komentarze (15) »
piątek, 17 sierpnia 2007
Chicago na filmowo

Czyli o filmach w starym kinie i pod gwiazdami. Zapraszam na Bez popcornu.

21:01, aniabuzuk , Kultura
Link Komentarze (4) »
wtorek, 14 sierpnia 2007
Sztuka samochodowa

Czytelnicy, którzy widzieli w zamierzchłej przeszłości komedię „Świat Wayne’a”, być może pamiętają z filmu oryginalny obiekt: wysoką na kilkanaście metrów metalową iglicę z nadzianymi na nią ośmioma samochodami. Nie była to bynajmniej metoda składowania wraków samochodowych, ale rzeźba autorstwa Dustina Shulera, która w 1989 r. została ustawiona w Berwyn, niewielkim miasteczku na zachód od Chicago. Wzbudzająca od początku liczne kontrowersje rzeźba, zwana Spindle, wrosła jednak w klimat miasta, a kilka lat później zobaczył ją cały świat we wspomnianym już filmie.


(Zdjęcie Joe M500)

Po osiemnastu latach istnienia zakłócanego jedynie rdzą oraz odchodami gołębi, Berwyn oraz pobliskie Chicago zelektryzowała wieść, że Spindle ma zostać rozebrana, a na jej miejcu ma powstać Walgreens. Dla tych, którzy nie wiedzą, co to Walgreens, wyjaśniam, że jest to sieć sklepów, w których można zaopatrzyć się niemal we wszystko, co potrzebne do domowego i osobistego użytku: od mleka przez ekspres do kawy po papier toaletowy i tusz do rzęs. Niewielkie sklepy Walgreens są dosłownie wszędzie. W promieniu trzech bloków od mojego biura jest ich przynajmniej trzy. No a teraz ma powstać kolejny i to w miejscu, jeśli nie dzieła sztuki przez duże „S”, to przynajmniej projektu artystycznego, który przez lata stanowił jedną z atrakcji miasteczka.

Mojego zdania na ten temat możecie się zapewne domyślać. Podpisuję się pod wszelkimi projektami, które przybliżają sztukę niechętnym muzeom i galeriom widzom. Dlatego tak dużą estymą darzę Flamingo Caldera czy Picassa z Daley Plaza. Dlatego rzeźba Cloud Gate w Parku Milenijnym, zwana „fasolką” stanowi najlepszy przykład, jak prosta w formie i przekazie sztuka tworzy niesamowitą interakcję z widzami. Oczywiście, gdzie Spindle do „fasolki”, ale w tym momencie nie chodzi o siłę oddziaływania ani jakość artystyczną. Chodzi o to, że konsumpcja bezczelnie wkracza na terytorium zarezerwowane dla sztuki, nawet jeśli ta sztuka to osiem starych samochodów. Po co komu kolejny Walgreens?

Spindle ma być podobno rozebrana, poddana konserwacji i ustawiona ponownie 100 metrów od placu, gdzie aktualnie się znajduje. I nie byłoby w tym może nic złego, gdyby nie to, że koszt takiej operacji szacowany jest na około 350 tysięcy dolarów. Istnieje więc realna szansa, że Spindle skończy cichaczem na złomowisku, a mieszkańcom Berwyn pozostanie co najwyżej „Świat Wayne’a” z wizerunkiem iglicy.

W międzyczasie, Museum of Contemporary Art w Chicago bez obaw zagospodarowuje przestrzeń publiczną, a nawet ją nieco demoluje na potrzeby sztuki, a wysłużony Yugo robi za atrakcję muzeum zanim jeszcze przyjdzie nam oglądać, to co w środku.


Zawsze mówię, że chcieć to móc. Jak widać, komuś w Berwyn nie bardzo się chce. 

21:00, aniabuzuk , Kultura
Link Komentarze (13) »
czwartek, 26 lipca 2007
Art matters

Widzę, że niektórzy czytelnicy pospieszyli już z życzeniami (serdecznie dziękuję), ale dajmy szansę innym. Jako że okoliczna ludność nie wie, co to imieniny i poza mężem oraz teściami nie mam co liczyć na życzenia od amerykańskich sąsiadów, kolegów i koleżanki z pracy oraz znajomych, więc spada na Was drodzy czytelnicy ciężar podbudowania mojego imieninowego morale. Żeby Was dodatkowo zmotywować, dodam, że dwa dni temu mieliśmy trzecią rocznicę ślubu.

Ale nie o imieninach miało być dzisiaj . W czasie pobytu w Ohio odwiedziłam Columbus Museum of Art (CMA), które choć nieduże, zrobiło na mnie wrażenie spójną i przemyślaną koncepcją. CMA zapewne nie dysponuje funduszami na zakup światowych dzieł, jakie są udziałem chicagowskiego Art Institute czy nowojorskiej MoMA, więc skupiło się na współczesnej i nowoczesnej sztuce amerykańskiej, przeważnie mniej znanych artystów, choć nie zabrakło Roya Lichtensteina czy mojego ulubionego Caldera (następny do kolekcji). Największe wrażenie zrobiła na mnie wystawa Evana Pennego. Artystycznym konceptem Pennego są wykonane z silikonu rzeźby ludzkich głów i twarzy, powiększone do ponadnormalnych rozmiarów, niektóre z nich nienaturalnie rozciągnięte. Ozdobione prawdziwymi włosami są fascynująco przerażające, gdyż z jednej strony wyglądają tak naturalnie, że gdyby nie ich wielkość można byłoby sądzić, że to prawdziwe ciała (zwłaszcza z bliska), a z drugiej poprzez deformację i zmianę kształtu dalekie od bycia prawdziwymi. Zdjęć ekspozycji nie można było robić, więc pozostaje strona Pennego, jeśli kogoś interesują jego rzeźby.

W CMA odbywała się także wystawa prac nieznanego mi wcześniej George’a Bellowsa, który gdy w początkach XX wieku wykładał w szkole Art Institute w Chicago, zadawał swoim studentom zadanie narysowania portretu człowieka w dwie minuty. Muzeum postanowiło się sprawdzić teorię Bellowsa i przygotowało sztalugi z papierem, zegarki do gotowania jajek odmierzające czas oraz ołówki i zaprosiło zwiedzających do zmierzenia się z koncepcją Bellowsa. Szwagier skwapliwie skorzystał, a ja posłużyłam za obiekt.

Po dwóch minutach mogłam oglądać swój portret.


Szwagier nie był zbytnio zadowolony z osiągniętego efektu, no ale jak głosi napis nad drzwiami muzeum Art Matters, więc nawet ta koślawa produkcja, na której wyglądam jak żona neandertalczyka, ma jakieś tam znaczenie. A skoro art matters, to w takim razie może spróbujecie pozgadywać kogo albo co przypomina Wam mój portret?  

18:04, aniabuzuk , Kultura
Link Komentarze (18) »
 
1 , 2