My kind of town

środa, 29 sierpnia 2012
Paznokieć

Wczorajszą, ósmą rocznicę przylotu do Chicago "uczciłam" niechcący zrywając sobie paznokieć u dużego palca lewej stopy. Paznokieć i ja mamy długą i bolesną historię. Kilkanaście lat temu ktoś mi na niego nadepnął podczas jakichś baletów w lubelskim klubie MC Cafe. Paznokieć zrobił się fioletowy i odrastał przez rok. Gdy już odrósł, koleżanka z pokoju w akademiku niechcący nastąpiła mi na niego po raz kolejny, tym razem dokonując permanentnego uszkodzenia tkanki pod paznokciem, ktory już nigdy nie odrósł gładki i normalny. Trzeci akt nastąpił ponownie MC Cafe, gdy ktoś mi tenże paznokieć praktycznie zerwał. Nawet nie bolało, a ja zorientowałam się, że coś jest nie tak, gdy krew zaczęła mi chlupać w bucie. Ah, to dobroczynne działanie piwa 10,5, EB albo czegoś innego, co wtedy piłam. Taksówka, pogotowie, chirurg, który wyglądał jak rzeźnik (190cm wzrostu, jakieś 130 kilo żywej wagi, łysa głowa i wielki brzuch) szybkie znieczulenie (choć doktor był mu bardzo niechętny) i paznokcia nie było. 

Dziś też poszło szybko (dziś, bo wczoraj było już za późno, żeby gdziekolwiek jechać poza ostrym dyżurem, a tam akurat jechać nie chciałam). Pan doktor dał mi dwa zajebiście bolesne zastrzyki znieczulające, tak że mi życie stanęło przd oczami, wyrwał gładko paznokieć, oczyścił ranę i powiedział, że jest szansa, że tym razem odrośnie lepiej niż poprzednio. Przynajmniej jakaś pociecha. Póki co, lata zostało mniej niż więcej, sandały niedługo pójdą w kąt i nie będę musiała chodzić z opatrunkiem na palcu. Nowy paznokieć, kolejne osiem lat przede mną.

19:45, aniabuzuk , Grrr
Link Komentarze (17) »
piątek, 08 kwietnia 2011
Nieaktywne konto na Facebooku

Nie wiem kto, co, jak, gdzie i kiedy, ale dziś w południe okazało się, że z jakiegoś powodu Facebook zdeaktywował moje konto. Wkurzyłam się na maksa, bo niby z jakiego ja sie pytam powodu, hę? Z tego, co szybko wyczytałam powodem mogą być jakieś obraźliwe treści, jakie niby zamieściłam, za dużo przyjaciół dodawanych za szybko (no ludzie, co ja jestem z podstawówki, czy co?), za dużo wcięcie w biuście na zdjęciu (taaaa...), nieprawdziwe imię i nazwisko, spamowanie i podobne bzdury. Nic takiego sobie nie przypominam. Czy ktoś z moich znajomych może sprobować wejść na mój profil i zobaczyć, czy jest tam coś podejrzanego? Czy w ogóle da się na profil wejść? Nie skontaktowałam się jeszcze z Facebookiem i szczerze mowiąc to jestem wkurzona, że pewnie będę musiała wysyłać 10 maili, żeby mi łaskawie odblokowali konto. Jak nie odblokują, to sayonara, nowego zakładać nie będę.

00:02, aniabuzuk , Grrr
Link Komentarze (29) »
sobota, 03 kwietnia 2010
Alarm

Ile czasu zdycha akumulator w samochodzie, w którym włączył się alarm, a właściciela szlag gdzieś trafił? Jak na razie 4,5 godziny tuż pod moim oknem. Normalnie zaraz dostanę kota i zacznę chodzić po ścianach! To ja już wolę kosiarki i dmuchawy do liści.

10:35 - Wróciłam z kina, a ten dalej napiernicza. Wcześniej było łuuu-łuuu-łuuu-iiii-ooo-iiiii-ooo-ęęęę, a teraz jest tak jak ktoś chce posłuchać mojej dzisiejszej kołysanki.

22:35, aniabuzuk , Grrr
Link Komentarze (8) »
wtorek, 15 grudnia 2009
Poranek kojota

Z cyklu: koszmarne poniedziałki.

Zaczęło się od tego, że Zosia nie dała nam pospać, więc ruszaliśmy się rano jak muchy w smole i spóźniliśmy się na nasz regularny pociąg. No to pojechaliśmy następnym. Do tego siąpiła jakaś ohydna mżawka, a mój nowy szalik totalnie "oblazł" mi wełniany płaszcz, więc wyglądałam, jakby wylądowało na mnie kosmate ufo, cała w czerwono-pomarańczowych kłakach. Przy kontroli biletów okazało się, że mąż, po raz trzeci w ciągu ostatnich 10 dni, zapomniał portfela. Chwała Bogu, że poprzedniego wieczoru włożyłam $50 do swojego (byłam zupełnie bez gotówki), bo inaczej nie mogłabym mu nawet kupić biletu.

W pracy okazało się, że szef przeniósł stronę firmy na nowy serwer i wszystkie ustawienia, jakie miałam do zmian, szlag trafił. Szef należy do tych, którzy za dużo nie tłumaczą, bo sam nie wie za dużo i nie miał pojęcia, jak się zabrać do zmian konfiguracji, więc zostawił mnie z bałaganem i bez możliwości edytowania, mówiąc, że to na pewno nie jest trudne i że jak wejdę tu, poklikam tam, to na pewno wymyślę, jak to zrobić. Facet jest po prostu beznadziejny. Sam nie wie co robi, a żałuje paru dolarów, żeby kogoś zatrudnić na zlecenie, żeby nam takie pierdoły poprawiał. Dodam, że naszych dwóch IT gachów nawet palcem w tej sprawie nie kiwają. No po prostu pięknie. Walczyłam z gównem pół dnia i nadal jestem w lesie.

W drodze do domu (Boże, w końcu koniec tego dnia), mąż postanowił, że mnie "wyrzuci" pod domem, a sam pojedzie kupić paliwo do Baśki. Wrócił jakoś podejrzanie szybko - no bo przecież nie miał portfela ze sobą, żeby zapłacić. Później było jeszcze lepiej. Po kolacji pojechał do Trader Joe's na zakupy i zostawił skrzynkę wina na parkingu. Na szczęście wino jest całe i zdrowe i do odebrania dziś albo jutro. Na koniec dnia okazało się, że w domu nie ma ani grama ryżu potrzebnego do dzisiejszej kolacji. Robimy wołowinę w wolnowarze (slow-cooker, nie wiem, czy to się tak tłumaczy) i cała idea była taka, żeby przyjść do domu i mieć obiad gotowy, a nie lecieć do sklepu po ryż i czekać aż się raczy ugotować. A jeszcze później zabrakło pasty sezamowej potrzebnej do zrobienia hummusa, a mąż już zdążył wymieszać wszystkie pozostałe składniki razem.

A co do tytułu, to czekając na pociąg widzieliśmy najprawdziwszego kojota biegnącego środkiem torów Metry. Biedak był zupełnie zdezorientowany i przestraszony. Nie dziwne - z nasypu kolejowego nie ma praktycznie zejścia, obok autostrada i setki samochodów, a on nie ma gdzie się ukryć. Zadzwoniłam na 311 i zgłosiłam, że widziałam go tu i tu. Mam nadzieję, że dziś albo jutro nie przeczytam, że go zastrzelili (to się już zdarzyło), bo wtedy ten miniony poniedziałek, choc 14-go, zapamiętam jako bardzo pechowy. Boże, niech już będą te święta i Nowy Rok, bo mam dwa czterodniowe weekendy z tej okazji i już nie mogę się ich doczekać.

18:37, aniabuzuk , Grrr
Link Komentarze (26) »
środa, 10 czerwca 2009
Dym bez ognia jednak jest

Nic tak nie podnosi ciśnienia w mało ekscytujące wtorkowe popołudnie, jak telefon od firmy alarmowej, że odebrali sygnał z czujnika dymu/ognia pochodzący z mojego domu i wysyłają wóz strażacki na miejsce. Najpierw zamarłam, potem zapytałam się pani, czy się naprawdę pali, potem, czy ten wóz naprawdę jedzie, a potem podziękowałam, rozłączyłam się i zadzwoniłam do hazbenda, żeby ustalić szczegóły akcji ratunkowej. Mąż, szczęśliwym trafem, zgubił ostatnio swoją komórkę z powodu dziury w kieszeni marynarki, którą to dziurę powinnam zapewne wykryć szóstym zmysłem żony i zaszyć prewencyjnie. No ale nie zaszyłam, więc komórka została zgubiona gdzieś w drodze między domem a Ikeą parę dni temu, a ja sobie mogłam dzwonić na stacjonarny telefon męża w pracy i pisać głuche maile bez odzewu, widząc oczami wyobraźni czerwonego kura pożerającego chałupę.

Po prawdzie w to w ten pożar nie wierzyłam, bo tak się składa, że mamy od dwóch dni panów łatających nam plaster, czyli tynk w domu (efektownie odpadający w niektórych miejscach) i jakoś nie umiałam poskładać tumanów białego kurzu ze szlifowania z zaprószeniem ognia. Czekając na znak od męża, znalazłam numer do jednego z panów kontraktorów, nagrałam się i czekałam dalej. Pan oddzwonił za 5 minut, że i owszem straż przyjechała (daleko nie mieli - 3 przecznice), ale pojechała z powrotem, gdyż ognia nie ma, a czujnik włączył się z powodu pyłu z przycierania tynku. W jednej chwili bardzo się ucieszyłam, że nadal mam dach nad głową, a z drugiej pomyślałam, że skoro od kurzu włączył się alarm, to ILE tego musi być w domu. Dom już wczoraj wyglądał jak po bombardowaniu - meble niby nakryte folią, ale na folii biały osad, nachlapane nowym tynkiem, wszędzie białe ślady, a weranda z przodu mogłaby robić za pełnoprawny sklep kontraktorski z tą ilością narzędzi, gipsów i tynków. Kurna, żeby nie użyć innego podobnego słowa z "w" w środku, tak to jest jak się ma stary dom i robi się remonty razem z całym inwentarzem.

No i ciekawe, czy firma obarczy nas kosztami fałszywego alarmu. Oraz kiedy hazbend kupi sobie nową komórkę.

Następnego dnia: Wiecie co, jak usłyszę słowa "kontraktor w moim domu" to nie ręczę za siebie. Wczoraj nie ręczyłam i powiedziałam hazbendowi, żeby lepiej poszedł z jednym panów porozmawiać, bo jak ja to zrobię, to w powietrzu będą latać pióra. Panowie kontraktorzy w swojej niefrasobliwości postawili jakiś mokry przedmiot na antycznym bufecie, który hazbend odziedziczył po swoich dziadkach. Mówimy więc o meblu, który ma kilkadziesiąt lat i przez te wszystkie lata nie dorobił się ani większych rys ani zniszczeń. A te dwa barany postawiły jakieś mokre wiadro na nim! Ludzie, trzymajcie mnie! Pół bufetu jest zniszczone. Nie wiem, co mąż ustalił z panem kontraktorem, bo nie byłam w stanie wczoraj słuchać. Do tego podłoga po dwukrotnym umyciu wygląda tak samo jak przed myciem. Kurz wyłazi z każdego kąta. Nigdy więcej łatania tynków. Trudno, najwyżej będzie mi spadać na łeb.

00:07, aniabuzuk , Grrr
Link Komentarze (17) »
wtorek, 03 marca 2009
XI przykazanie: abyś taśmę ze sobą w aucie woził(a)

Pojechałam ci ja sobie w niedzielę do centrum handlowego Old Orchard na przedmieściach. Dzień wybrałam idealny do chodzenia alejkami na świeżym powietrzu między GAPem, Zarą i Benettonem - rześkie -10C, padający w oczy śnieg i tradycyjny chicagowski zimowy zefir. Około 6 po południu skończyłam kupowanie i ruszyłam do samochodu. No i widzę, że zdążyło już tyle napadac śniegu, że muszę odśnieżać. No to cóż, otwieram tylne drzwi, biorę szczotkę i odgarniam. Po czym wrzucam szczotkę z powrotem na tylne siedzenie i zamykam drzwi. No i zonk. Drzwi się nie zamykają. No choćbym nie wiem, jak je pchała i nimi trzaskała nie dadzą się zamknąć. Przeklinanie po polsku i angielsku na zmianę też nie pomaga. Zaczyna się robić wesoło.

Zapomniałam bowiem, że gdy jest bardzo zimno, tak właśnie sie dzieje z tylnymi drzwiami w Baśce. Przy większym mrozie drzwi sie nie zamykają, choćby nie wiem co. Ponieważ od ostatniego incydentu z drzwiami, kiedy to w grudniu byli u nas teściowie i teść musiał je trzymać przez pół godziny dojazdu do domu z knajpy, minęło 3 miesiące, zdążyłam zapomnieć, żeby pod żadnym pozorem ich nie otwierać, gdy na dworzu popierducha. No wiec wygląda to tak, że jestem na przedmieściach w centrum handlowym, kawałek od domu, pada śnieg, na dworzu -10, godzina szósta po południu, robi się coraz zimniej, chce mi sie sikać i jeść i nie ma szans, żeby te cholerne drzwi się zamknęły.

Pierwsza rozwiązanie, jakie przychodzi mi do głowy, to ma się rozumieć duct tape. Obkleić drzwi taśmą z góry, z boku i podskoku i furda do domu. A jakie zdjęcie bym miała na bloga. No ale oczywiście, ja pierwsza fanka taśmowa nie mam za sobą nawet kawałeczka taśmy i oczami wyobraźni widzę piękną rolkę leżącą w domu. Aaaaaaa! Jako rozwiązanie numer dwa, zadzwoniłabym po hazbenda, żeby przyjechał i trzymał drzwi w drodze do domu. Ale mąż akurat w weekend pojechał do Ohio odwiedzić chorą ciotkę i znajomych. No pięknie. Dzwonię do niego mimo wszystko, bo może coś mi powie o tych drzwiach, czego ja nie wiem. Oczywiście telefonu nie odbiera. Dzwonię raz, drugi, trzeci. W końcu przypominam sobie, że chyba mam w komorce numer do jego kolegi, którego on miał odwiedzić. Alleluja, jest numer. Dzwonię. Zrzadzeniem losu mąż akurat jest razem z kolegą. No wiec wściekła jak osa mówię, że "F..ing doors are not closing and what the f..ck am I suppose to do"? On, że pogada z kolegami (bo okazuje się, że drugi dobry kolega też jest z nimi jest) i do mnie zadzwoni za 5 minut.

W miedzyczasie, ja otwieram bagażnik i szukam jakiegos sznurka. Sznurka nie ma, ale są bangee cords, mocne gumy ze 30-40 cm długości, zakończone hakami. Dobra moja, lepsze niż sznurek. Cieszę się jak dziecko. Dzwonię do męża powiedzieć mu, że spróbuję je jakoś zamocować. Ale nie bardzo mam gdzie te haki zaczepić, chyba że zrobię dziurę w tapicerce drzwi, co mi się średnio uśmiecha. Jedyne miejsca, gdzie jako tako mogę je zamocować, to schowki na dole drzwi. Wiążę oba bungee i zahaczam je o obie pary drzwi. Gumy napięte, ale drzwi trzymaja się na słowo honoru. Wpadnę w dziurę albo przy skręcie otworzy je siła odśrodkowa i po drzwiach. Hazbend oddzwania z planem, zaczyna mi tłumaczyć, jak zaczepić te gumy, aby lepiej trzymały i...
1. pada mi bateria w komórce,
2. widzę znajomego na parkingu, więc drę się do niego, żeby mnie zauważył,
3. powiewa silny wiatr (Windy City w końcu) i podtacza mi pod koła rolkę taśmy,
4. wszystkie powyższe,
5. a jeśli nie żadna z powyższych, to co?
16:49, aniabuzuk , Grrr
Link Komentarze (18) »
poniedziałek, 17 listopada 2008
Końcówka roku

Ten poniedziałek zaczął się wyjątkowo paskudnie. Hazbend uszkodził sobie plecy, ja z jęzorem na pysku biegłam do pociągu (kozaki na obcasie, torba, płaszcz, szalik i temperatura zerowa - trzymajcie kciuki, żebym się nie rozłożyła), spadł pierwszy śnieg (wprawdzie tyle go było, co kot napłakał, no ale był), a do tego czytam, że zmarł Janusz Christa, twórca legendarnego dla mnie komiksu "Kajko i Kokosz", przy czytaniu którego miałam zawsze ubaw po pachy.

Jedynym pozytywem jest to, że to mój ostatni tydzień przed wyjazdem na urlop. W sobotę "biere manatki i cześć" na tydzień pod palmami. Gdyby nie to, to nic tylko wpaść w jesienną deprechę z powodu coraz gorszej pogody i szarych, beznadziejnych niedziel. A w grudniu na dwa tygodnie na święta do Polski. Mama już odlicza dni do przylotu.
17:53, aniabuzuk , Grrr
Link Komentarze (21) »
wtorek, 10 czerwca 2008
Miłe złego początki

Jakby to powiedział Earl z ulubionego serialu „My name is Earl”, karma musiała się na mnie wkurzyć i odpłaca pięknym za nadobne. Pomijam już pomidory, bo jakoś się nimi nie przejęłam i dziś rano zjadłam kanapkę z jednym. Gorzej, że w piątek wieczorem wracając samochodem spod pewnej znanej polskiej dyskoteki, do której odwoziłam brata, spragnionego polonijnych wrażeń, zagapiłam się na drodze i stuknęłam swoją toyotą inną toyotę. No i moje czyste konto kierowcy już nie jest czyste. Pani z toyoty była miła i przejęła się bardziej tym, że ja byłam przejęta niż swoim autem. „Kurturalnie" wymieniłyśmy się danymi i szczerze mówiąc to sądziłam, że więcej nie będę słyszeć o sprawie, zwłaszcza że to mój samochód ucierpiał bardziej, a jej właściwe wcale, nie licząc małego wgniecenia o średnicy 1 cm, które powstało w zderzaku po tym, jak ją pierdyknęłam.


Oczywiście, w poniedziałek rano loguję się na stronę swojego banku, ktory jest również moim ubezpieczycielem i widzę, że baba już zgłosiła kolizję. Szlag mnie trafił na miejscu. Tak, moja wina, że ja stuknęłam, ale żeby kurna jego mać wymieniać od razu cały błotnik z powodu jednego wgniecenia? Nie było dziury, nie było pęknięć, obtarłam jej błotnik i wgięłam lekko. Żeby to była nówka, to rozumiem, ale sądząc po roczniku samochód był gdzieś z 2000-2002 roku. No ale ona przecież za to płacić nie będzie, więc co jej szkodzi nowy błotnik na mój koszt. Zła jestem okrutnie, na siebie, na babę i na świat. Na dokładkę wczoraj fryzjerka totalnie spieprzyła mi włosy i wyglądam, jak pół dupy zza krzaka. Do tego mój brat opiernicza się równo i zamiast wspomóc siostrę w niedoli i pisać swoje wspomnienia z pobytu w Chicago, korzystając z gościny na moim blogu, łazi po muzeach, czy Bóg wie gdzie, a ja tu muszę wypisywać niewiadomo co. Jakieś pozytywy, anyone?

17:16, aniabuzuk , Grrr
Link Komentarze (23) »
czwartek, 01 maja 2008
Tego jeszcze nie było

Obesrał Was kiedyś gołąb w drodze do pracy? Na rzadko, zielono, śmierdząco, po jasnym płaszczu, iPodzie, torbie i spódnicy? Podobno to na szczęście, ale mam w dupie takie szczęście. Nie polecam.

Wystrzelać wszystkie gołębie w Chicago!!!

16:48, aniabuzuk , Grrr
Link Komentarze (20) »
czwartek, 13 marca 2008
Nieczynne do odwołania

Książka skarg i zażaleń u koleżanki grypy. Znowu ominie mnie parada z okazji św. Patryka.

18:40, aniabuzuk , Grrr
Link Komentarze (14) »
 
1 , 2 , 3