My kind of town

czwartek, 14 października 2010
Hilton Head Island

Gdy szukaliśmy miejsca na wakacje, myśleliśmy o innej okolicy w Południowej Karolinie - Myrtle Beach niedaleko Charleston. Teściowa powiedziała, że Myrtle Beach to taki Chevy, a Hilton Head Island BMW albo Jaguar. Zdaje się, że miała rację, bo wyspa jest utrzymana deluxe, a okolica - pełna palm, sosen, dębów, lagun i oczek wodnych - przepiękna.

Mam wrażenie, że tym razem zdjęcia wyjątkowo nie oddają tego, jak tu jest ładnie, no ale wrzucam parę. Może album na FB będzie lepszy.


Połowę wyspy zajmuje Sea Pines Resort, w którym my również się zatrzymaliśmy. Resort jest przeogromny - nie jakieś tam dwa leżaki na plaży i hotel przy boku, tylko dziesiątki, a może setki willowych domów, budynków z mieszkaniami i posiadłości, również prywatnych, a nie tylko na wynajem. Tak myślę, bo stoją przy nich skrzynki pocztowe z nazwiskami. Od głównego biura do miejsca, w którym mieszkamy jest jakieś 5 mil i jedzie się samochodem ponad 10 minut zalesioną drogą. Okolica to raj dla golfistow i tenisistów - jest kilka pól golfowych, a korty tenisowe są dosłownie wszędzie. W porcie (no bo port musi być, z wypasionymi jachtami) jest parę restauracji, sklepy z pamiątkami, ciuchami i tego typu atrakcje. Generalnie jest las, woda i plaża. Żeby kupić dziecku mleko trzeba zasuwać autem poza resort, bo na terenie nie ma żadnego spożywczaka. O, przepraszam, jest chyba jakiś malutki sklep w porcie. Zakupy zrobiliśmy na początku tygodnia tak, żeby z auta korzystać jak najmniej.

Ponieważ przyjechaliśmy nie w sezonie, więc ludzi jest niewiele. Więcej jest chyba ludzi koszących trawę i wysypujących sosnowe igły pod drzewami niż turystów. Widać głównie dziane z wyglądu babcie w daszkach na głowie z czerwoną szminką na ustach. Plaże pustawe, ścieżki rowerowe nie zapchane, a pogoda zapewne 10 razy lepsza niż latem, gdy jest tutaj 35 C albo i lepiej.  No i zapłaciliśmy za tydzień połowę tego, co w sezonie. Ścieżek rowerowych jest mnóstwo. Dostaliśmy beach cruisery, czyli rowery do leniwego jeżdżenia po plaży w cenie wynajmu mieszkania, więc śmigamy ile się da i ile tylko Zosia zniesie.

Zosia ma chyba time of her life. Plażę i ocean uwielbia. Z wrażenia zaczęła jeść piasek na plaży i nie mogła przestać. Do wody ciągnie ją non stop.


Ocean jest cieplutki. Widzieliśmy pływające delfiny. Normalnie prawie się popłakałam jak je pierwszy raz zobaczyłam. Wczoraj pojechaliśmy do stadniny pokazać jej kucyki. Obok kucyków, ktore same w sobie były dla niej atrakcją znajduje się tzw. petting farm, czyli część ze zwierzętami hodowlanymi. Dziecko po prostu zaniemówiło z wrażenia na widok kóz, kur, świń i królików. Odzyskała glos dopiero jak jelonek (bo też był - mam nadzieję, że może uratowany gdzieś od śmierci na drodze, a nie zabrany tylko po to, żeby siedzieć na farmie) polizał ją po nodze. Dziecku trzeba było smrodu końskiego nawozu i kurzych kup.

No nie mam się do czego przyczepić. Jest kurna zarąbiście. Warto było się tłuc 2 dni, żeby tu dojechać.

PS. A tak z innej mańki, to sorry, że się mało udzielam na znajomych blogach i niewiele komentuję. Ale czytam, choć mam też sporo zaległości. Dzięki za komentarze tutaj.

niedziela, 10 października 2010
Z drogi

Dziecko śpi za drzwiami, hazbend pojechał kupić jakiś junk food (niestety) na kolację, a ja mam chwilę, żeby coś w końcu napisać. Miałam pisać przed wyjazdem z zapytaniem, czy ktoś zna dobre sposoby na długie podróże samochodem z jednorocznym dzieckiem, no ale wyszło inaczej i dziś z rana, z lekkim godzinnym opóźnieniem wdepnęliśmy pedał do dechy (no prawie) i ruszyliśmy do Karoliny Południowej, a dokładnie Hilton Head Island. Dwa dni drogi, prawie 1000 mil i bagażnik wypchany po brzegi. Aha, no i dziecko z tyłu. Dziecko powinno chyba oficjalnie dostać tytuł najlepszego na świecie, bo zniosła pierwszy dzień bez żadnych problemów. Sprawdzone sposoby na rozweselanie dziecka podczas długiej jazdy nadal chętnie przyjmę. bo nie wiem jak długo będą się sprawdzać książki i instrumenta muzyczne w wersji mini. Zatrzymaliśmy się 3 razy, żeby rozruszać gnaty i zrobiliśmy połowę trasy.

Przyjechał hazbend z żarciem, więc przerwa.

Droga ja na razie nudna jak flaki. Jedyne atrakcje to farma wiatraków ciagnąca się przez mile w Indianie (Zosi bardzo się podobały), potem długo, długo nic, małe górki w Ohio i piękne jesienne drzewa. Śpimy w Kentucky. KFC na szczęście na kolację nie było, bo mąż znalazł jedyną chyba meksykańską restaurację w okolicy, więc raczymy się echilladas verdes a'la Kentucky i Coroną z zapasów własnych.

Jutro dojeżdżamy na miejsce, a poniedziałek jedziemy do Savannah spotkać się ze znajomymi. Na szczęście HHI jest tylko godzinę drogi do Savannah, bo trzeciego dnia w drodze bym już nie zniosła.

Idę spać.

wtorek, 04 maja 2010
Maumee Bay State Park

W weekend byliśmy w parku stanowym Maumee Bay nad jeziorem Erie. Weekend zafundowała nam i szwagrom teściowa jako prezent bożonarodzeniowy. Opłaciła hotel, śniadania i kolacje. Wszystko co musieliśmy zrobić, to dojechać na miejsce. To był chyba jeden z lepszych prezentów jaki kiedykolwiek dostałam. Pod koniec weekendu szwagry i my zgodziliśmy się, że może zamiast kupować sobie tradycyjne prezenty na święta, powinniśmy co roku zrzucać się na podobny wyjazd.


Pierwszy weekend maja okazał się bardzo dobrym czasem, aby odwiedzić park. Nie było jeszcze ani komarów ani tłumów turystów ani zbyt wielu wielbicieli ptactwa, którzy zjeżdżają do Maumee obserwować rozliczne gatunki ptaków. Wieczorami, gdy Zosia i córka szwagrów spały, a my siedzieliśmy na patio popijając wino, nie było słychać żadnych dźwięków. Kompletna cisza i niemal kompletna ciemność.

W hotelu były głównie rodziny z dziećmi w wieku przeróżnym, starsze pary z lornetkami na ptaki oraz grupy 30- i 40-letnich kobiet spędzających tam weekend z psiapsiółkami. Obok jest piękne pole golfowe (aż szkoda mi trochę było, że moje próby z golfem parę lat temu skończyły się rzuceniem kijów w kąt) oraz typowe dla takich miejsc rozrywki: basen kryty i na wolnym powietrzu, wypożyczalnia rowerów i sprzętu do kajakowania i łowienia ryb, spa i masaże, a w niedzielę wypasiony brunch w postaci bufetu z czym tylko dusza zapragnie. Pogoda trochę pokrzyżowała nam plany i nici wyszły z rowerów. Zostały więc spacery po plaży i basen.


W sobotę pojechaliśmy do pobliskiego Toledo odwiedzić kultową restaurację Tony Packo's, unieśmiertelnioną w M.A.S.H-u. Pamiętacie Klingera - tego, który przebierał się w sukienki? No więc Klinger był z Toledo (podobnie jak grający go aktor) i w siedmiu odcinkach, o czym dokładnie informuje krótki opis w menu, wspomniał właśnie o Tony Packo's. A w samej restauracji roi się od odniesień do serialu.


Tony Packo's specjalizuje się w hot dogach, więc można powiedzieć, że czułam się tam jak ryba w wodzie. Oprócz hot dogów z chili (w końcu spróbowałam) serwują węgierski paprikas oraz właśnie chili, które można również nabyć w ilościach dowolnych na wynos.

Aż szkoda, że weekend ma tylko dwa dni.

wtorek, 27 kwietnia 2010
Przed podróżą do Polski

Matko, jak to zleciało. Gdy kupowałam bilet do Polski, do wylotu było 3,5 miesiąca. Teraz zostało niecałe trzy tygodnie, a mnie zaczyna powoli ogarniać przedwyjazdowa nerwówka. Całe szczęście, że kupiłam bilet przed 15 lutego, bo od tego dnia LOT zmienił zasady przewożenia bagażu i w cenie biletu jest tylko jedna darmowa sztuka bagażu do 23 kg+bagaż pokładowy. Drugą sztukę oczywiście można wziąć za opłatą, a jakże, bodajże 60 dolców. No ja to kicham na taki układ, zwłaszcza, że lecąc na 3 miesiące zabieram pół domu, więc ta dodatkowa walizka może mi się przydać. Zosia tez ma swoją walizkę, więc jakby co to, to mam możliwość zabrania 3 sztuk po 23 kg. Jezu.

No ale ponieważ lecę sama z Zosią i nie będzie męża do pomocy, to powoli logistyka lotu zaczyna mnie przerażać. Wiadomo, że na lotnisku bagaże będzie targał hazbend. Walizki się odprawi i po kłopocie. No ale już dalej będę zdana sama na siebie. Jak mi poradziła Hjuston, dobrze byłoby jakbym miała ze sobą nosidełko, żeby Zosię w nie wsadzić przy przejściu przez security, bo wiadomo, tu torba, tu Zosia, tu wózek i brakuje rąk. Może się też przydać później, na lotnisku, jakby mała zaczęła nudzić się długim pobytem w wózku, czy w samolocie. No dobra, na lotnisku jakoś to będzie. Najgorsze, a może raczej najmniej komfortowe, co mi się może przytrafić to konieczność nakarmienia Zosi w miejscu publicznym.

No ale w samolocie to już coraz mniej to sobie wszystko wyobrażam. Zosia leci moich kolanach i do tej pory tak jakoś łatwo mi się o tym mówiło. A teraz, jak myślę, że mam ją trzymać przez 10 godzin na rękach, to mi słabo. Co robić, jak mi przyniosą kolację? Gdzie dać małą? Nie jeść? A wyjść do toalety? Niby są stewardesy, ale jeśli Zosia uśnie, to każda taka operacja pewnie skończy się jej obudzeniem i rykiem. Jezu, jak ja współczuję ludziom obok mnie. Serio. Myślałam, żeby zabrać na pokład poduszkę do karmienia, to przynajmniej mogłabym małą nakarmić po ludzku (bo na pewno będę musiała ją w samolocie nakarmić przed snem), a i spać by na poduszce mogła. No ale poduszka kurna jest spora i wcale mi się nie uśmiecha jej targać. Do tego lądujemy w Warszawie o 3 rano czasu chicagowskiego, więc już sobie wyobrażam, jak wyrwane ze snu dziecko zniesie wyjście z samolotu, czekanie na bagaże, a potem jazdę 100 km do Sokołowa. Choć o ten ostatni element to martwię się jak najmniej, bo Zosia na bank w samochodzie uśnie.

Przed wyjazdem czeka mnie jeszcze wizyta w konsulacie, aby odebrać paszport, który leży tam od sierpnia, załatwienie międzynarodowego pozwolenia na kierowanie autem (IDP), wyrobienie apostille do świadectwa urodzenia Zosi no i oczywiście spakowanie zabawek, książeczek, śpiochów, bodziaków i stosu pierdół dla Zosi. O sobie to już nawet nie wspomnę. Czasy, kiedy moja torba na pokład zawierała słuchawki wyciszające hałas, iPoda, książki, brukowce do zabicia czasu, kremy nawilżające do twarzy i rąk, zestaw do makijażu i inne "niezbędne" rzeczy mam już za sobą. Teraz to zabiorę co najwyżej szczoteczkę do zębów, bo resztę torby wypełnią słoiczki z jedzeniem, sztuczne mleko na wszelki wypadek, butelka na mleko, pieluchy, chusteczki do wycierania tyłka Zosi, śliniak, zapasowe ubrania, ulubione zabawki małej i Bóg wie co jeszcze. Ludzie, trzymajcie mnie.

sobota, 17 kwietnia 2010
Nie ma jak u babci

Jakby mi ktoś jeszcze ze dwa lata temu powiedział, że będę się zastanawiać nad przeprowadzką na przedmieścia albo do innego miasta, to pewnie popukałabym się w głowę. Nie, na razie się nie przeprowadzam, ale po tygodniu spędzonym u teściowej na przedmieściach Columbus, stwierdziłam, że w takim miejscu to mogłabym mieszkać. Ha! Ja, zdeklarowana chicagowianka! Fakt, że Chicago od pewnego czasu zaczęło mnie trochę męczyć, a z pojawianiem się Zosi uwypukliły się jego wady: zatłoczone, niemiłosierne korki (przejazd przez miasto od południowej strony do naszego domu na północnym zachodzie zajął nam wczoraj ponad godzinę), kiepskie szkoły publiczne, kierowcy nie zatrzymujący się na stopach, hałas itd. A w Worthington ćwierkają ptaki, sąsiedzi staromodnie i ekologicznie wieszają pranie na sznurkach, zielono, cicho, spokojnie, korków nie zauważyłam ani tam ani w samym Columbus (te autostrady! - nie to, co tutaj), biblioteka oferująca darmowe programy dla dzieci w wieku Zosi (a nie jak chicagowska w mojej okolicy od 18 miesiąca), centrum fitness z super basenem dla małych dzieci i praktycznie nielimitowanymi godziny wejść dla członków, no słowem, zapachniało mi małym miastem, gdzie życie toczy się leniwie i powoli.

Żeby oczywiście nie było, że już jestem przechrzczona na przedmieścia, to przejeżdżając wczoraj przez downtown, mówiłam do męża jakie to nasze Chicago ładne, zielone i z kulturą na poziomie (patrząc na rzeźby Magdaleny Abakanowicz w Grant Parku). Ale zachciało mi się małomiasteczkowej ciszy. Na pewno ma na to wpływ, że miałam w Worthington mini-wakacje i czas na kino, zakupy, czytanie książki i wypad na lunch ze szwagrami. Do tego teściowa poznała mnie wcześniej z Małgosią (pozdrawiam), więc miałam okazję wyskoczyć z nią oraz jej przyjaciółką Anią na piwko. No i oczywiście jedzenie. Jej lodówka to taki mini sklep spożywczy. Czego ona tam nie ma! Przeróżne rodzaje oliwek, serów chyba z dziesięć rodzajów, dipy, sosy, ze trzy albo cztery rodzaje lodów, a do tego wypieki: domowej roboty brownies, cupcakes i chocolate chip cookies. A wczoraj na odjezdne usmażyła nam nowoorleańskie beignety. I serwowała je oczywiście z kawą z Cafe Du Monde. Do tego odprawiła nas z trzema daniami obiadowymi, żebyśmy nie musieli gotować przez następne parę dni. Aż żal było wyjeżdżać.

wtorek, 10 marca 2009
Wiosna w Houston

Już gdzieś to pisałam, ale bardzo lubię wyjazdowe dwu- albo trzydniowe weekendy, po których czuję, że ostatni dzień pracy przed wyjazdem był bardzo, bardzo dawno temu. Tak też było i tym razem przy okazji drugiego wyjazdu do Teksasu (pierwszy można sobie obejrzeć tutaj, a poczytać tutaj).

No i jak poprzednio, żyć, nie umierać w tym Teksasie (w marcu albo kwietniu hehe). Kwiatki zaczęły kwitnąć, ptaki świergolić, pogoda idealna na to, żeby pochodzić wśród azali i popozować do zdjęć dla mam i babć.

 

Hazbend akurat obchodził urodziny, więc w piątek była tarta ze świeczkami i popijanie dwudziestoletniej whiskey po pysznych fajitasach a'la pan Hjuston. W sobotę pojechaliśmy obudzić aligatory w Brazos. Franek był chyba trochę rozczarowany, że w większości spały albo chowały się na przeciwległym brzegu, ale za to piknik udał się przednio. Na świeżym powietrzu jedzenie smakuje dwa razy lepiej.

W niedzielę Hjuston podrzuciła nas do Menil, gdzie w tamtym roku zdążyliśmy tylko zajrzeć i zachwyciła nas ta wspaniała prywatna kolekcja malarstwa i etnicznych rzeźb. Zrobiliśmy więc postanowienie, że do Menil przyjedziemy na dłużej.

Ah, ah, ah. Pierwsza galeria (nasza zdecydowanie ulubiona) i surrealistyczne obrazy Rene Magritte (Pyza, co za używanie), do tego mój coraz bardziej ulubiony Fernand Leger, Matisse, Gris i tradycyjnie koślawy Picasso mogłyby wystarczyć za śniadanie, lunch i kolację. Ale było więcej i smaczniej. Państwo de Menil przez lata zgromadzili arcydzieła sztuki nowoczesnej, etniczne figury z najdalszych zakątków świata, aby w końcu udostępnić to wszystko za darmo zwykłym zjadaczom chleba. Prawdziwi marszandzi, filantropi i humaniści. Do tego ich kolekcja została zgromadzona w budynku, który ma w sobie coś urzekającego i niemal magicznego. Może to biało-szary, kojący kolor budynku, jego prostota, może okolica i zieleń.

Oprócz głównego budynku, w skład kolekcji wchodzi galeria Cy Twombly'ego, którą widzieliśmy rok temu i trzy inne budynki, z których zajrzeliśmy do dwóch. Pierwszy to Richmond Hall i instalacja Dana Flavina, którego parę projektów znajduje się również w chicagowskim MCA. Całkiem spory budynek został oddany tylko i wyłącznie na potrzeby projektu wyglądającego w skrócie jak 30 kolorowych jarzeniówek po jednej stronie budynku i 30 po drugiej. Pośrodku zupełnie nic, poza chłodnym powietrzem z naparzających klimatyzatorów i dwoma turystami (mną i mężem). Miałam mieszane uczucia. Z jednej strony cóż za oddanie sztuce, a z drugiej cóż za marnotrawstwo przestrzeni.

                                       Zdjęcie ze strony menil.org 

Jeszcze bardziej zmieszała mnie Kaplica Rotho, wyglądająca z zewnątrz, jak bunkier, a w środku jak więzienie. W rzeczywistości wygląda to gorzej niż na zdjęciu - ciemno i klaustrofobicznie. Mnie osobiście wygląd kaplicy nie przekonał i miałam wrażenie, jakby autor chciał powiedzieć, że w dzisiejszych czasach nie ma czasu na modlitwę, stąd po co zdobienia i ozdoby, skoro można swoją prośbę do Boga wyklepać na betonowej podłodze i szybko wyjść. Może dlatego, że miałam akurat sporo czasu, nie przyszło mi do głowy modlić się o cokolwiek.

                                            Zdjęcie ze strony menil.org 

No i ani się człowiek nie obejrzał, a już była niedziela i trzeba było zbierać graty. I tak jak napisała Hjuston, następny raz będzie w Chicago, może latem, kiedy będzie można popływać w Michiganie i zrobić na grilu żeberka a'la mąż i hot dogi w stylu chicagowskim. See ya later, alligator.
wtorek, 06 stycznia 2009
Z ziemi polskiej do amerykańskiej

Wot i prijechali, czyli wróciłam na chicagowskie śmiecie po dwóch tygodniach lenienia się w Polsce. Niestety, oprócz lenienia doszło także leżenie, gdyż mój na własnej piersi wyhodowany mąż postanowił podzielić się ze mną przeziębieniem i pół wigilii oraz drugiego dnia świąt spędziłam w łóżku, przeklinając na czym świat popadnie. Wskutek tego nie spotkałam się ze wszystkimi osobami, z którymi miałam, no ale cóż.

A w kraju-raju małe, ale przyjemne zmiany. Poprawiają się drogi i infrastruktura. W Warszawie przyjemnie zaskoczyły mnie tablice na przystankach informujące o czasie przyjazdu kolejnego tramwaju. Komunikacja miejska w stolicy jest naprawdę dobra i autobus z godziny 18.51 pojawia się na przystanku o 18.51. Nowy Świat i Krakowskie Przedmieście, zawsze moje ulubione, teraz wyglądają jeszcze lepiej, słodko pocztówkowo. W rodzinnym mieście nowe tablice z nazwami ulic oraz urzędów, tak wyraźne, że i ślepy by nie zbłądził. Miasta i miasteczka odświętnie ubrane. W jednym z warszawskich urzędów stanu cywilnego, w którym dokonałam zmiany z panny Anny Buzuk na panią Annę G. przyjęto mnie i męża szybko, fachowo i z uśmiechem. Brakowało tylko zestawu obowiązkowego, czyli wuzetki i kawy. Do tego bez problemu upoważniłam brata do odbioru aktów ślubu.

A w domu u rodziców był pasztet, który mąż kręcił z mamą, ozorki w galarecie, na które się krzywił, ale spróbował, pieczony boczek, który rozszedł się w tempie błyskawicznym, barszcz, śledzie i inne frykasy. Mąż próbował wszystkiego, co było na stole, włącznie z marynowanymi grzybami - których, jak się okazało - normalnie nie lubi (jak można nie lubić grzybów w occie?) oraz dwoma rodzajami pasztetu, zwanego w nowomowie rodzinnej cat food, czyli jedzeniem dla kota (z racji zapachu wątroby). Najlepiej szło mu picie wódki, której nie odmawiał nikomu i zupełnie niepolsku pił bez popitki (bez negatywnych skutków). Mama specjalnie dla zięcia zrobiła faworki, a zamieszkały z rodzicami kot Jozin został na czas naszego pobytu specjalnie wyeskmitowany do garażu, z czego nie był zadowolony, ale został przekupiony zabawkami, które dla niego zakupił hazbend.

Chicago z domem, pracą i zimą zrobiło się chyba jeszcze dalsze niż te kilka tysięcy kilometrów dzielących ich od Polski. Na szczęście, jakby przewidując, że powrót może być trudny, przezornie kupiłam bilet powrotny na sobotę po Nowym Roku i niedzielę przeznaczyliśmy na spanie, gotowanie, pranie i obijanie, a hazbend w ramach walki z jet lagiem posprzątał lodówkę o 6 rano. Na deser parę zdjęć okolicznościowych.

środa, 03 grudnia 2008
Jamaica - no problem

Chiara76 pytała się niedawno, jak pachną Karaiby. Za całe Karaiby mówić nie mogę, ale za to na pewno wiem, że Jamajka pachnie maryśką. Jak ktoś lubi sobie zapalić zioło, to szczerze polecam wyprawę na wyspę (sama nie palę, jakby się ktoś pytał), bo dostępność i jawność marihuany są zaiste zaskakujące, mimo iż oficjalnie jest nielegalna. Byłam z mężem nagabywana o zakup skręta średnio co 50 metrów na plaży wieczorową porą. Gdyby mało mi było maryśki, mogłabym do towarzystwa zakupić grzybki oraz brownies.

Lokalsi palą na maksa wszędzie i w ilościach powalających. Przewodnik, który oprowadzał nas po jamajskiej wiosce w ciągu dwóch godzin wypalił 4 skręty. Wsiadasz do taksówki - marycha. Wchodzisz do restauracji - marycha. Gdy dotarliśmy do hotelu o północy, dwaj panowie, którz uprzejmie ciągnęli nasze walizki, byli tak najarani, że to my ich prowadziliśmy do naszego pokoju, a nie oni nas. Po podobnych akcjach zrozumieliśmy dlaczego narodowe hasło kraju Jamaica - no problem ma w sobie tyle prawdy. Wypalasz sobie dwa do śniadania, za oknem słoneczko, pod bokiem plaża i zero stresów.

My też generalnie nie mieliśmy zbyt wielu stresów. Do morza mieliśmy 15 sekund. Woda była tak czysta, że stojąc w niej po pas sprawdzałam, czy lakier na palcach stóp dobrze mi się trzyma. Na plaży, długiej na 7 mil, do wyboru do koloru barów i restauracji. Wstrzeliliśmy się tuż przed samym rozpoczęciem sezonu, bo turystów w zasadzie jak na lekarstwo, głównie Amerykanie i Niemcy. Adrenalina podnosiła się nam ilekroć wybraliśmy się do centrum miasta na zakupy i do bankomatu. W spożywczym dylematy szekspirowskie: kupić jajka leżące luzem na półce w upale (z jakiegoś nieznanego mi powodu nie trzymają ich w lodówce), czy nie kupić. Pod bankomatem obowiązkowo staliśmy średnio 15 minut. Regularnie bez kolejki wpychali się rośli panowie ze złotymi łańcuchami na szyi. Luzik. Zaraz też pojawiali się lokalni i zaczynali wciskać coś do sprzedaży albo prosić o pieniądze. Jamajka bowiem, poza pięknymi plażami, bujną roślinnością i turystyką, która ją napędza, to kraj biedny, a w miejscowościach turystycznych takich, jak Negril, miejscowi żyją głównie z tego, co wyciągną od turystów. Okolica w rejonie nieturystycznym wygląda jak państwo Trzeciego Świata, co mieliśmy okazję zobaczyć na własne oczy, gdy wypożyczyliśmy samochód i zrobiliśmy objazd okolicy, gdzie domy zbudowane są z desek, dykty, blachy, a nawet gazet, psy wałęsają się bezpańsko, przy drogach pełno śmieci, odpadków i wszelkiego badziewia. Najbardziej depresyjnym widokiem był wrak starego statku leżący na boku w płytkiej wodzie u wybrzeży jednego z miasteczek, niczym wypatroszona ryba, zżarty rdzą, opuszczony. Był to obraz tak dołujący, że nawet nie miałam siły robić zdjęcia.

Dzień w samochodzie zapisał się w naszej pamięci na długo nie tylko z powodu widoków. Zaczęło się od tego, że na Jamajce panuje ruch lewostronny, więc mąż miał po raz pierwszy w życiu okazję pojeździć po tej drugiej stronie. Ciekawie było zwłaszcza, gdy dojeżdżaliśmy do rond. Równie ciekawie zrobiło się, gdy złapaliśmy pierwszą gumę dnia. Wspominam ją prawie z rozrzewnieniem, bo był środek dnia, słoneczko świeciło, mieliśmy zapas, mąż szybko go założył, a i tak udało nam się dojechać na czas na pseudo-safari po mokradłach. Wracając z safari, dobrze po zmierzchu, zadowoleni po naoglądaniu się krokodyli, złapaliśmy gumę numer 2. To trochę dziwne uczucie, gdy jesteś 100 km od hotelu, na jakimś totalnym, jamajskim zadupiu, z dwoma dziurawymi oponami i nie masz internetu, żeby wygooglać, gdzie jest wulkanizator. Komórki, żeby zadzwonić po pomoc też nie (w końcu jak wakacje, to też od technologii). Znalazł się na szczęście jakiś dobry człowiek, który wziął flaka, zawiózł do pobliskiego mechanika i 20 minut później byliśmy znowu na drodze. Oczywiście za usługe zażyczył sobie parę jamajskich dolarów, bo na Jamajce wszyscy życzą sobie kasę na wszystko. Kiedy 10 kilometrów dalej wpadliśmy w kolejną dziurę-krater i załatana opona poszła się chrzanić, poczuliśmy, że jest źle, a nawet bardzo niedobrze. Mąż zwątpił, ja zaczęłam się jąkać ze stresu i poczuliśmy, że przygoda trochę wymknęła się spod kontroli. Dzięki Bogu, ponownie znalazł się człowiek, który prawie charytatywnie nam pomógł, ale tym razem zajęło to dwie godziny, w trakcie których pożarły mnie komary i to tak że przez następne dni wyglądałam jak nastolatka z pryszczami na dupie.

No ale na szczęście następnego dnia można było wrócić na plażę, rozwalić na leżaku, wystawić gębę do słońca, zastanawiać się, czy równo się opalam, w przerwach między czytaniem literatury klasycznej, poczytać o o problemach  Angeliny Jolie z Jenifer Aniston i zamówić drina z rumem. 


Więcej zdjęć tradycyjnie na Picasie. W następnym odcinku - zoologicznym - o wyższości owcy nad kozą oraz dlaczego matematyka nie sprzyja ślimakom.

środa, 03 września 2008
San Fran w trzy dni

Dzień pierwszy:  

Ania K śmiała się w komentarzach, że boję się trzęsienia ziemi w San Fran. No, oni tam też się boją, ale przynajmniej są przygotowani. Niczym PZU, przezorny zawsze ubezpieczony.

Już od rana trudno mi było utrzymać równowagę.

Potem dostałam kręćka.

Sezamie, pokaż się i ukazały się Złote (choć czerwone) Wrota do raju. Wiało gorzej niż w Chicago.

                   

Bohaterowie filmu „The Bridge” z tego telefonu niestety nie skorzystali.

                  

Dzień drugi  - ucieczka z Alcatraz:

 

Prawie nigdy nie korzystam ze słuchawek w muzeach, ale audio touru po Alcatraz, którego przewodnikiem byli pracownicy oraz więźniowe, słuchało się niczym najlepszego słuchowiska radiowego. Do tego naprawdę niezły sklep z pamiątkami (a te obchodzą mnie normalnie jeszcze mniej niż tour ze słuchawkami na uszach). A samo więzienie ponure niczym jego mieszkańcy. Cóż za psychiczna katusza dla skazańców widzieć miasto odległe ledwie półtorej mili od więzienia, a tak niedostępne.

Dzień trzeci

Kolejny Calder do kolekcji.

Chińczycy też kochają Obamę (mam nadzieję, bo czort wie, co tam jest napisane).

Lenina wciąż.

Że o świniach nie wspomnę.

Tramwaje nadal jeżdzą.

A mi przypominał się boski Steve i „Bullit”.

                

A więcej zdjęć z San Fran w galeriach na Picasie

wtorek, 02 września 2008
Ulice San Francisco

Oprócz cierpienia psychicznego spowodowanego powrotem do pracy, doświadczam cierpienia fizycznego, bo boli mnie tyłek, stawy biodrowe, łydki, uda, mam odciski na palcach, a dziś rano nie zmieściłam się w normalnie dość luźne baleriny, które zdają się być o przynajmniej numer za małe. Obecnie moje stopy przypominają płetwy i gdybym była więźniem Alcatraz, to pewnie miałabym większe szanse na przepłynięcie tej póltorej mili dzielącej więzienie od lądu. Chodzę połamana kuśtykając jak kulawy kot, którego kiedyś dokarmiałam i myślę o ludziach, którzy decydują się np. na dwutygodniową pieszą pielgrzymkę do Częstochowy. Nie wiem, ile kilometrów dziennie przechodziliśmy (oceniam na jakieś 15), ale te ulice San Francisco to dają w dupę. No ale przejść Golden Gate na własnych nogach – priceless.

Relacja fotograficzno-opisowa wkrótce.

 
1 , 2 , 3 , 4