My kind of town

piątek, 07 września 2012
Chyba już nie Obameryka

Pamiętacie, gdy cztery lata temu miałam przed domem tabliczkę popierającą Obamę? W tym roku takiej nie planuję. Nie dlatego, że nie będę na Obamę głosować (bo będę), ale chyba dlatego, że nie mam już serca do polityki jak miałam cztery lata temu, gdy namiętnie oglądałam debaty kandydatów na kandydatów obu partii, obie konwencje wyborcze i debaty telewizyjne Obamy i McCaina. Sądząc po braku jakichkolwiek znaków poparcia dla któregokolwiek kandydata w okolicy (a w poprzedniej kampanii było ich o tej porze pełno) nie tylko ja mam w nosie wybory. Wczoraj obejrzałam wystąpienie Obamy i pewnie obejrzę debaty z Romneyem. Potem w listopadzie marsz do remizy oddać głos i to by było chyba na tyle w tym temacie. Tym razem nie będzie imprezy w piwnicy i walenia w gary z radości. Myślę, że sam Obama i Chicago nie zrobią takiej fety jak cztery lata temu. Trochę szkoda, że gdzieś po drodze zawieruszyła się "hope" i "change". 

piątek, 01 kwietnia 2011
Co robimy w ciągu dnia

Pamiętam, że gdy w sierpniu ubiegłego roku wróciłam z Polski byłam trochę załamana, że w mojej okolicy nie ma zbyt wielu placówek oferujących programy dla dzieci w wieku Zosi. Wizja spędzania całych bożych dni w domu z Zosią, (zwłaszcza w perspektywie jesieni i zimy) średnio mi się podobała, bo raz, że ja dostałabym kota bez kontaktu z innymi, a dwa, że dziecko też potrzebuje zobaczyć, że są inni ludzie na tym świecie. Oczywiście, w Chicago nie brakuje rozrywkowych miejsc dla dzieci. Są place zabaw pod dachem, sale gimnastyczne dla maluchów, kawiarnie z miejscem do zabawy i tego typu atrakcje. Problem w tym, że większość takich miejsc znajduje się albo dość daleko ode mnie albo liczą sobie całkiem niezłe pieniądze za uczestnictwo. Mi zależało na czymś niedrogim i w okolicy. Jak się okazało, znalazło się parę miejsc, gdzie za darmo lub za niewielkie pieniędze można zabrać dziecko w ciągu dnia.

Przede wszystkim - biblioteki. W sąsiedztwie są dwie, które oferują tzw. story time, czyli czytanie książek dla najmłodszych. Jedna z nich ma program połączony z piosenkami, rymowankami i interkatywnymi mini-zabawami dla dzieci i rodziców. Na koniec bibliotekarka wyciąga wielką pluchową kaczuchę, koszyk z zabawkami i dzieci bawią się przez 15 minut. Program drugiej biblioteki jest przeznaczony dla większych dzieci i obejmuje tylko czytanie książek. Niby śpiewają jakąś tam piosenkę i maszerują wokół sali, ale jak Zosia miała ledwo ponad rok, to mało ją to interesowało. Nasza ulubiona biblioteka jest nieco dalej (10 minut autem), ale story time jest w niej najlepszy, więc chodzimy tam co tydzień od jesieni zeszłego roku. Każda z bibliotek oferuje swój program innego dnia, więc na upartego 3 poranki w tygodniu można mieć z głowy.

Kolejna darmowa opcja to lokalne kościoły, a dokładnie przykościelne szkoły podstawowe . Sama w życiu bym nie wpadła, żeby tam szukać, ale koleżanka powiedziała mi, że w jej okolicy jedna ze szkół organizuje cotygodniowe spotkania dla dzieci. Poszperałam w sieci, podzwoniłam i znalazłam dwie szkoły, które mają coś takiego w swoim planie. Jedna ze szkół prowadzi 40-minutowe zajęcia muzyczne dla maluchów, a druga udostępnia na półtorej godziny salę gimnastyczną, gdzie dzieci biegają do woli, bawią piłkami, hula hop i zabawkami. Dopóki nie znalazłam programów w parkach, każdego tygodnia chodziłyśmy na zmianę do jednej ze szkół i do bibliotek.

Chicagowskie parki są naprawdę fajnym miejscem dla dzieci, ponieważ nie tylko mają bardzo dużą ofertę, ale także cenowo są nie do pobicia. Semestr zajęć raz albo dwa razy w tygodniu (zależy od parku), czyli 10 tygodni kosztuje przeciętnie 30 dolarów. Zosia obecnie chodzi na parkowe zajęcia 4 razy w tygodniu. Wtorki i czwartki są naszymi ulubionymi, bo i program jest bardzo fajny. Dzieci nie tylko bawią się zabawkami przez półtorej godziny, ale spędzają czas przy tzw. art projects. Projekty są różne - lepienia plasteliny, rysowanie kredkami i malowanie farbami, wycinanki, po bardziej zaawansowane projekty typu klejenie kapelusza na dzień św. Partyka, czy naszyjnik. Z tymi ostatnimi Zosia sobie jeszcze nie radzi, więc to ja wycinam, wklejam, nawlekam i spinam. Po części artystycznej maluchy dostają piłki i biegają z nimi po sali. Potem są hula hop, a na koniec wszyscy siadamy i śpiewamy "Wheels on the Bus", "ABCs" i inne tradycyjne amerykańskie piosenki dla dzieci. W środy i piątki chodzimy na zajęcia do innego z parków, gdzie w sali gimnastycznej znajdują się gromada większych zabawek: samochodów, rowerków, mini zjeżdżalni i koni na biegunach. Ten program jest bardziej monotonny niż zajęcia z wtorku i czwartku i przydałby się jakiś art project w międzyczasie. Na szczęście, ostatnio przyuważyłam, że naprzeciw sali gimnastycznej jest druga, gdzie odbywają się zajęcia gimnastyczne dla dzieci w wieku Zosi i myślę, że latem zapiszę ja właśnie na ten program.

Latem oferta parków dla dzieci jak Zosia nieco kuleje, gdyż większość z nich organizuje kolonie i obozy dla dzieci w wieku szkolnym. Ceny są bardzo konkurencyjne (około $200 za pół dnia 4-5 razy w tygodniu przez 10 tygodni), więc w najbliższy poniedziałek, gdy o 9 rano online otwiera się letnia rejestracja rodzice zaczynają walkę na noże, aby zarejestrowac swoje dzieci. Obozy sprzedają się jak ciepłe bułeczki i założę się, że o 9:05 wszystkie miejsca są zajęte. Podobnie zresztą jest przy rejestrowaniu zajęć Zosi. Wolne miejsca sprzedają się błyskawicznie. W poniedziałek mogą się wyprzedać jeszcze szybciej niż zwykle, bo programów jest mniej, więc hazbend będzie czatował przed kompem o 9 rano i próbował nas zarejestrować na to, co się da (w końcu jako geek klika szybciej niż ja).

środa, 23 marca 2011
Dżarek Łysaki, czyli jak polubiłam Jarka

Przysięgam z ręką na sercu, że nie miałam zamiaru ponownie robić tak długiej przerwy. No tak wyszło, o czym może kiedy indziej. Wpis o Dżarku chodzi za mną już od dawna, a dzisiaj pani Tranikowa podstępnie połechtała moją ambicję na Facebooku, mówiąc, że lubi ludzi z Chicago, czyli mnie i Dżarka. Ah, starym znajomym się nie odmawia, więc mówisz Tranikowa i masz. Dziś będzie o nowym hero z Chicago, czyli Dżarku Łysakim.

Fox wystartował parę tygodni temu z nowym serialem "The Chicago Code". Wcześniej widziałam artykuł w Tribune, że Polish cop jest głównym bohaterem. No i to właśnie jest nasz Dżarek Łysaki: niepokorny i niestandardowy glina z Chicago. Ulepiony z polskiej gliny, ma się rozumieć, stąd to bardzo polskie imię i nazwisko*. Dżarek to chicagowski twardziel o gołębim sercu, który oczywiście prędzej umrze niż to okaże. Do tego niezły babiarz - zaręczony z młodszą o kilkanaście lat dziewczyną, a na boku bzykający się z byłą żoną. No bardzo nie po polsku i katolicku, proszę pana. Oprócz skomplikowanego życia prywatnego, Dżarek ma też skomplikowane życie jako policjant, gdyż pracuje dla bardzo atrakcyjnej pani nadkomisarz (czekam oczywiście, czy coś z tego będzie), niejako poza nadzorem innym policjantów. Nadkomisarz Teresa Colvin chce bowiem przygwoździć jednego z chicagowskich radnych, skorumpowanego Gibbonsa i do tego potrzebuje swojego dawnego kolegi z patrolu, czyli naszego polskiego bohatera. No i wokół tego oraz wokół typowej policyjnej roboty kręci się serial.

Kręci się całkiem nieźle. Na początku myślałam, że jak cały serial będzie tylko wokół Gibbonsa, to będzie nuda, no bo ile można rozpracowywać szemranego polityka. No ale okazało się, że w akcję wpleciono inne wątki i "The Chicago Code" ogląda się bardzo fajnie. Dla kogoś z Chicago lub znającego miasto są piękne widoki z centrum, mniej piękne z mniej okazałych dzielnic, zawsze dobre chicagowskie hot dogi oraz specjalność Wietrznego Miasta, czyli korupcja, mafie i lewe interesy, słowem welcome home. Dżarek, grany przez rodowitego Australijczyka, wygląda jakby urodził się na Jackowie, choć z tego, co pamiętam w serialu urodził się chyba na Saucie w Chicago, cytując rodzimego artystę. Ba, raz nawet poszedł do jakiegoś kościoła w południowej stronie miasta. Polską chłop ma gębę, nie sądzicie?


Wprawdzie jak mu nie obetną tych kędzierzawych loków w następnych odcinkach, to nie wyrobię, no ale ogólnie chłop wygląda całkiem nieźle. Dżarek ma bratanicę o równie polsko brzmiącym imieniu Vonda, która również pracuje jako glina. Dżarek trochę jej ojcuje, po tym jak jej ojciec, czyli brat Dżarka - także policjant - zginął na służbie. W każdym odcinku Polish hero pakuje się w jakieś kłopoty, a wraz z nim jego młody partner Caleb Evers, po którym Dżarek jeździ za to, że woli Cubsów od Soxów (Dżarek, jak prawdziwy Polak wychowany na południu, kibicuje White Sox).

Dżarka najłatwiej spotkać w poniedziałkowy wieczór na Foxie. Można też na stronie Foxa, niezależnie od pory dnia i nocy, ale jak znam życie to tylko ci po tej stronie kałuży mogą go oglądać, bo w Europie pewnie już się nie da. Tzn. pewnie się da, ale nie ze strony Foxa.

*Dżarek Łysaki, czyli po naszemu Jarek Wysocki. Bardzo po polsku, prawda?

środa, 10 listopada 2010
Ulica Lecha Kaczyńskiego w Chicago

Parę dni temu gazeta.pl ogłosiła, że część chicagowskiej ulicy Belmont Central, w okolicach skrzyżowania z Central Belmont Avenue, zostanie nazwana imieniem Lecha Kaczyńskiego. No i zaiste, taka uroczystość ma się odbyć jutro. Nie oznacza to, że Belmont Central przemianują na Kaczyńskiego, a tylko, że część ulicy zostanie honorary street, czyli taką jakby honorową aleją. Mi, to szczerze mówiąc, zwisa. Wkurza mnie tylko trochę, że Tom Allen, radny mojej dzielnicy, który swego czasu chciał ustawy ograniczającej nazywanie bez umiaru ulic imieniami zasłużonych osób, sam zgłosił tą propozycję.

Oczywiście, rodacy nie byliby rodakami, gdyby nie zaczęli typowego polskiego narzekania. Otóż Belmont i Central, polska okolica od nie wiem, jakiego czasu, okazuje się być niegodna prezydenta. Naczelna nawiedzona chicagowskiego radia Łucja Śliwa rzekła, że wybór dzielnicy "kupieckiej, z opuszczonymi biznesami i pustymi witrynami" jest niedpowiedni. Pani Śliwa chciałaby, aby tę sprawę publicznie przedyskutować. No tak, może zrobić kolejne wybory. Albo najlepiej, jakby miasto zatrudniło ankieterów chodzących od domu do domu i pytających, czy my Polacy z Chicago łaskawie się zgadzamy, żeby dość dziadowsko wyglądające skrzyżowanie Belmontu i Central nazwane zostało nazwiskiem Kaczyńskiego. O tak, bo z Polonią w Chicago to trzeba się przecież liczyć i nie można tak sobie nazywać do szpiku polskiego skrzyżowania imieniem zmarłego polskiego prezydenta.

Nazywanie ulic w Chicago honorary street już nie raz wzbudzało kontrowersje. Kiedyś chciano nazwać fragment ulicy imieniem pana od Playboya, czyli Hugh Hefnera. Nie przeszło w radzie miejskiej. Potem któryś z radnych miał pomysł, aby uhonorować byłego członka rady miejskiej, wsławionego głównie tym, że przez wiele lat po odejściu z rady wciąż pobierał z niej kasę. No i najsłynniejsza sprawa, gdy jeden z radnych próbował nazwać ulicę imieniem Freda Hamptona, członka Czarnych Panter, zastrzelonego przez chicagowską policję 40 lat we własnym łóżku. Burda z nazwaniem ulicy jego imieniem była na cztery fajery. W sprawę zaangażował się m.in. chicagowski kongresman, w czym nie byłoby nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że gość sam należał do Czarnych Panter. Do nadania imienia nie doszło, a wspomniany przeze mnie Tom Allen próbował przeforsować ustawę ograniczającą nadawanie ulicom statusu honorary.

Niech sobie nadają. Ani mnie to ziębi ani grzeje. Nie wiem, ilu innych zasłużonych Polaków ma swoje honorowe ulice tutaj, ale podejrzewam, że nie tak wielu i może byłoby miło, aby przy okazji nazwania ulicy imieniem Polaka, tutejsza Polonia tradycyjnie nie srała we własne gniazdo.

sobota, 24 kwietnia 2010
ContinUAL?

Jak doniosły zaprzyjaźnione wiewiórki z Houston i jak trąbi prasa w Chicago, chicagowskie United ma się połączyć z houstońskim Continentalem. Siedzibą nowej lini lotniczej ma być Chicago, co oczywiście mnie jako tutaj zamieszkałą niezmiernie cieszy, a co wydaje się być powodem zdenerwowania pewnej pani z houstońskiego Chrona, która w swoim artykule wymienia, że owszem "The Blues Brothers" są fajni, ale kaman - Chicago?

Odpowiadając więc na pytanie, gdzie powinna znajdować się siedziba nowych linni i dlaczego w Chicago, należy wziąć pod uwagę kilka czynników:

1. reprezentacyjny

Tak wygląda siedziba United w Chicago

Zdjęcie http://www.aviewoncities.com

A tak Continental w Houston

Zdjęcie mrchriscornwell (flickr)

Czy ja tu muszę coś komentować?

No dobra, naprawdę tak.

2. osobisto-patriotyczny

Budynek United jest jednym z moich ulubionych w Chicago i zawsze chciałam tam pracować. Jako że za parę miesięcy będę szukać pracy, fuzja jest mi bardzo na rękę. Poza tym, więcej  Polonusów w Chicago niż w Houston, co absolutnie nie ma znaczenia, ale a co mi tam.

3. pokładowo-żywieniowy

Buy two tickets, get one Chicago style pizza free. Zamiast serwowanych na pokładzie Continentalu przywiędłych hamburgerów (no taki akurat mi się trafił) dawali by może chicagowskie hot dogi?

4. polityczny

Z bogatą historią korupcji w Chicago, przy okazji takiego lukratywnego połączenia, na pewno będzie okazja do szwindli, przekrętów i układów, czyli jednym słowem, będzie się działo i będziemy na ustach całego kraju.

5. finansowy

Tańsze bilety z Chicago do Houston? He he, jak sobie narysuję.

Na razie jednak, don't cry for me, Houston, gdyż Continental wycofał się z prawie już pewnego dealu z United w 2008, więc kto wie, co się stanie teraz. A tak w ogóle, to zastanawiałam się wczoraj, czy może powinnam postarać się o kartę kredytową nowych lini, żeby gromadzić mile i punkty. Czy korzystacie z takich kart wydawanych przez linie lotnicze? Ja mam z mojego banku, ale od kwietnia zmienili zasady i trzeba zgromadzić więcej punktów, żeby mieć upusty na biletach, więc aż tak bardzo to się nie opłaca ciułać tych dularów. Gdzie się opłaca?

wtorek, 23 marca 2010
Spis ludności

Agnieszka pisała dziś o propozycjach zaznaczania polskiego pochodzenia w ankiecie spisu ludności, co szczerze mówiąc nawet nie przyszło mi do głowy podczas wypełniania. Mnie zainteresowało co innego, a mianowicie duży nacisk administracji na to, aby ankietę wypełnić i odesłać. Najpierw dostałam zawiadomienie, że za parę dni przyjdzie ankieta. Potem poczta doręczyła właściwy formularz z groźnie wygladającym napisem na przodzie koperty "Your response is required by law". Czy ktoś wie, czy za niewypełnienie grożą jakieś sankcje? Wydawało mi się, że wypełnienie i odesłanie ankiety odbywa się na zasadzie dobrej woli, ale może się mylę? A wczoraj dostałam kolejny papier, tym razem z zapytaniem, czy wypełniłam i odesłałam formularz. W drodze jest pewnie kolejny, tym razem z podziękowaniem. Nie za dużo tych papierków? Wiem, że administracji zależy, aby jak najwięcej osób odpowiedziało i że leży to też w moim interesie, no ale aż trzy koperty? A tak w ogóle, to miałam nadzieję, że spis ludności będzie się odbywał tradycyjną metodą "od drzwi do drzwi" i ktoś przyjdzie do mnie do domu i że będzie hihowareyoudoing i w ogóle. No ale widocznie pocztą taniej i może efektywniej. Skoro o papierkach mowa, to nadal nie możemy się zabrać za rozliczenie podatków, choć w tym roku szykuje się chyba jakiś zwrot. Rozliczyliście się już?

czwartek, 25 lutego 2010
Undercover Boss

Znajoma poleciła mi ostatnio nowy program CBS pt. "Undercover Boss", nagrałam więc z ciekawości, choć reality show generalnie nie oglądam, a wyjątek robię dla Project Runway. Pic polega na tym, że grube ryby z samej góry firm takich jak 7-Eleven, White Castle, czy Hooters porzucają na tydzień swoje wygodne biurka, wypasione samochody i chałupy i przez ten tydzień pracują anomimowo w swoich sklepach, czy restauracjach.

Ocinek, który nagrałam był z CEO 7-Eleven. Gość miał nawet szczerą gębę, lekką nadwagę, podobnie jak jego żona i czterech synów, dość kiepski dom a'la mały zamek i niezłą furę. Żona pożegnała go na ten tydzień pracy jakby wyjeżdżał na conajmniej misję w Iraku, a tle leciała jakaś dość pompatyczna muza w stylu "oto nasz bohater opuszcza rodzinne pielesze i jedzie zmierzyć się z nieznanym". No może dla takiego CEO to jest przeżycie jak musi przez tydzień mieszkać w tanich motelach i jeść obiady z mikrofalówki. Szefowi towarzyszy ekipa z kamerą pod pozorem kręcenia dokumentu o różnych rodzajach pracy. Słaba przykrywka, no ale czymś musieli wyjaśnić gościa z kamerą. CEO zapuszcza lekki zarost i rusza w teren.

Przyznam, że gdy znajoma mi opowiadała o programie, to brzmiało to w miarę interesująco. Na ekranie wyszło to tak sobie. Nie widziałam dwóch poprzednich odcinków - jednego z szefem Hooters - może są lepsze niż ten z 7-Eleven. Szef 7-Eleven po prostu jakoś za bardzo sobie rąk nie ubrudził robotą. Nie oglądałam reality show z Paris Hilton i Nichole Richie ("Simple Life"?), ale widziałam na paru zajawkach, że jak miały doić krowy to doiły i generalnie musiały robić każdą robotę, jaką im zlecono. Tutaj odbyło się to bardziej po łebkach i trochę też za dużo było typowego amerykańskiego patosu, jak to wspaniała jest Ameryka, zwłaszcza gdy jednym z pracowników był emigrant z Kazachstanu, poczciwy chłop opowiadający jak to żyje American dream.

Póki co, dvra nie będę programować, bo poprzednie odcinki są dostępne na stronie CBS, więc odcinek z Hooters jest to obejrzenia. Swoją drogą, to chciałabym zobaczyć szefa McDonald'sa smażącego hamburgery, ale pewnie go nie będzie skoro w następnym odcinku będzie gość z White Castle. No i może Steve'a Jobsa, choć ja jestem PC. Tylko co on by robił? Składał kompy w Chinach?

wtorek, 08 grudnia 2009
Nowe naklejki

Do niedzieli można głosować, która z 10 zaproponowanych przez City Hall nalepek na samochody (tzw. "stykerów" w nowomowie polonijnej) zostanie oficjalną nalepką chicagowskich samochodów w 2010. Nalepki muszą mieć wszystkie samochody parkujące na ulicach miasta więcej niż 30 dni i 30 czerwca każdego roku wymienia się je na nowe, a City Hall przypomina mięsny jak za komuny z powodu kilometrowych kolejek chicagowian, którzy czekali na ostatnią chwilę, aby je kupić (na szczęście można je kupić online, więc nie czekaliśmy). Nalepki to w ogóle chyba jakaś lokalna specjalność, bo oprócz wspomnianych "stykerów" naklejanych na przednią szybę, mamy też nalepki na tablice rejestracyjne, a ja ostatnio odnowiłam prawo jazdy przyklejając specjalną naklejkę na jego tył. Taka nalepka przysługuje osobom, których dane nie zmieniły się w ciagu pięciu lat i nie chcą zmieniać zdjęcia. No cóż, jako że wymieniałam prawko zaraz po urodzeniu Zosi i nie miałam ochoty gnać gdzieś, żeby mieć nową fotę, to zostawiłam starą, na której wyglądam jakbym była na haju, a która z jakiegoś nieznanego mi powodu otrzymała wiele komplementów. Waga wprawdzie znacząco mi się zmieniła przez 5 lat (118 funtów po przyjeździe do USA), ale pomińmy milczeniem stan obecny. Może się policja nie przypierdaczy w razie czego, że ważę "ciut" więcej.

No ale wracając do "stykerów", to mi najbardziej podobają się te propozycje:


Ten ostatni to mój ulubiony, a pojawiający się na wszystkich Burnham, to Daniel Burnham, który na początku XX wieku zaproponował nową koncepcję urbanistyczną miasta, naklejki zaś zaprojektowali uczniowie chicagowskich szkół. Niezłe zdolniachy. Pozostałe finałowe propzycje można obejrzeć na stronie City Hall i głosować.

wtorek, 01 grudnia 2009
Pies i kot w jednym domu stały

Mój tata twierdził swego czasu, że USA mimo szeroko rozumianej wolności i niewtrącania się państwa w życie swoich obywateli, to na wpoły państwo policyjne (oczywiście nie w dosłownym znaczeniu), obwarowane szeregiem mniej lub bardziej formalnych zakazów, począwszy od np. wysokiego wieku, w którym można zacząć spożywać alkohol, a skończywszy na zakazie palenia ogniska we własnym ogródku (przynajmniej w Chicago), które tą sławną amerykańską wolność ograniczają. Tak mi się to jego stwierdzenie przypomniało, gdy czytałam dziś rano o propozycji ograniczenia liczby psów i kotów trzymanych w chicagowskich domach do pięciu na jedno gospodarstwo domowe. Z jednej strony, co komu do tego, ile kto ma zwierzaków w chałupie, no a z drugiej jakby mój sąsiad miał 7 owczarków niemieckich, srających wokoło, to pewnie byłabym średnio zadowolona.

O ile wiem, w mieście jest zakaz trzymania zwierząt hodowlanych, co nie przeszkodziło  mojemu sąsiadowi, rodakowi, trzymać swego czasu kury i koguty u siebie, które uprzyjemniały letnie posiadówki w ogródku radosnym gdakaniem. Kogut oczywiście darł dzioba już od piątej nad ranem, ale o tym, na szczęście, wiem od innego sąsiada, bo do mojej sypialni kukuryku nie docierało. Drób chyba zakończył żywot, bo już od długiego czasu jest cicho. W sumie to nawet trochę szkoda. Tak jakoś swojsko było. Jak ostatnio zobaczyłam konia na swojej ulicy, to prawie padłam z wrażenia. Niestety, koń był przypięty do dorożki, których nie cierpię i zakazałabym w miastach (to tak a propos wolności i braku ograniczeń he he).

Jeśli więc sprawa psów i kotów się rozkręci, to może być niezły raban. Nie wiem, czy przeciwnicy nowego prawa wytoczyliby działa o wolności i robieniu co się chce pod swoim dachem, ale podejrzewam, że lobby psiarsko-kociarskie jest dość silne i kto wie do czego by się posunęli. W każdym bądź razie, jeden z sąsiadów ma rotweilera, więc jakby miał ochotę je rozmnażać, pięć to dla mnie aż nadto.

środa, 04 listopada 2009
Świńska grypa mi nie straszna

Dostąpiłam bowiem zaszczytu zaszczepienia się przeciwko (nie)sławnej zarazie. Za darmo, bez zastrzyku (szczepionka do nosa), ale za to po dwóch godzinach czekania.

Mąż wydzwaniał po Walgreensach od tygodni, ja ze dwa razy do naszego lekarza rodzinnego i nikt i nic nie wiedział, gdzie, kiedy i czy w ogóle te szczepionki będą. Niedawno gruchnęła wieść, że Chicago dostało 1/3 spodziewanych szczepionek i część będzie rozdawana w miejskich collegach na zasadzie "kto pierwszy, ten lepszy". W pierwszych dniach ludzie stali w kolejkach godzinami. Ja powiedziałam, że pierdziu, ale nie będę stać. Jak mam dostać, to gdzieś się ta szczepionka znajdzie. Ale mąż wiercił mi dziurę w brzuchu, że Zosia, że co będzie jak któreś z nas zachoruje, że on pół-astmatyk i że to dla niego niebezpieczne, no więc wczoraj udałam się do Wright College na szczepienie. Szczepienia zaczynały się o 3 po południu, ja dotarłam około 3:15 i dostałam od bardzo niemiłego pana z ochrony numer 1257, co oznaczało, że przede mną znajduje się 1256 osób, a jak się okazało więcej, bo jeden numerek był na rodzinę, a osób z dziećmi było mnóstwo.

Po pół godzinie siedzenia w sali, nerwy zaczęły mi puszczać, no bo nic, zupełnie nic sie nie działo, nie wołali żadnych numerków, więc zapytałam pani strażniczki, ile to może potrwać. A pani na to: "Robią około 300 szczepionek na godzinę. Są teraz przy około 700". Z moim numerkiem 1257 wyglądało mi to na jakieś półtorej do dwóch godzin czekania. No żesz kuźwa jego mać. W domu małe dziecko, ja oczywiście głodna (bo nie przeszło mi przez głowę, żeby się najeść przed wyjściem albo wziąć coś do jedzenia i picia), a tu dwie godziny siedzenia na twardej posadzce. Byłam wkurzona na maksa, bo wcale mi się nie uśmiechało czekać w towarzystwie wrzeszczących niemowlaków, wrzeszczących parolatków i rozchichanych nastolatków. O dorosłych nie wspomnę. Do tego w tym bunkrze (kto widział Wright College, wie o czym mówię) nie było zasięgu, więc łaziłam po jakichś kątach i darłam się do telefonu, bo mąż nic nie słyszał. Poradził mi więc, abym może spróbowała przyjść w czwartek wcześniej. O nie! Wizja spędzenia połowy urodzin w kolejce po szczepionkę na tą durną świniznę przeważyła i zostałam.

Po kolejnej półtorej godzinie spędzonej w większości już w ogonku, w końcu wypełniłam formularz i dostałam dwie dawki żywego wirusa do nosa (trochę to porypane, no ale co ja się znam). Ja taranię. Jutro idzie mąż. Podejrzewam, że jak wróci, to wypije dużą whiskey. Mi nawet to nie było dane. Burdel i do tego na kółkach z tymi szczepionkami.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11