My kind of town

czwartek, 18 listopada 2010
Everyday granola

Jak nigdy nie lubiłam jesieni, to muszę przyznać, że w tym roku jest wyjątkowo udana. Do tego stopnia mi się podoba, że nawet Halloween mi jakoś mniej przeszkadzało i zaczęłam wymyslać jakie dekoracje zrobimy za rok. Przez większą część września, października i połowę listopada nie padało,  było ciepło, słonecznie i nachodziłyśmy się z Zośką w liściach w parku. Mniej więcej wysprzątaliśmy ogród na zimę oraz zaczęliśmy oficjalnie sezon jesienno-zimowy pieczeniem pizzy (latem nie pieczemy, bo mimo klimy w domu można się usmażyć od piekarnika). Hazbend zamierza w tym roku jeszcze udoskonalić swoją pizzę i dorwał jakieś wideo z jakimś gościem z Food Network, który tłumaczy jak piec pizzę na kamieniu i gdzie kupić wielką szuflę do wsadzania pizzy do piekarnika, czy tam do pieca. Matko. Póki co, oprócz produkcji przeróżnych wersji pizzy (ostatnio była z barbeque sosem i kurczakiem), produkujemy też własną granolę.

Z granolą długo miałam na bakier, bo kojarzyła mi się z wszelakimi zupami mlecznymi, którymi pasiono mnie na wczasach, w przedszkolu i na koloniach, a które to zupy nienawidziłam i jadłam pod przymusem. Nie lubię też cereal i nie mogę patrzeć jak hazbend oraz Zośka wcinają je na śniadanie. Lubię mleko i swego czasu pijałam je do obiadu, bez względu na to, czy był to bigos, gołąbki, czy schabowy, ale daniom mlecznym podziękowałam już dawno. I dopiero po śniadaniu na trawie w houstońskim parku 2,5 roku temu zmieniłam zdanie.

Ktoś ze znajomych przetestował ten przepis, a my z niego skwapliwie skorzystaliśmy, z tym, że zamiast pecans używamy migdałów, nie dodajemy suszonych owoców i pieczemy krócej niż przepis podaje. Wychodzi naprawdę super.


czwartek, 21 października 2010
Południowa kuchnia, czyli jak sobie dogodzić

Wakacje, wakacje i po wakacjach. Przyjechaliśmy w poniedziałek po południu. Zosia zniosła podróż powrotną równie dobrze, jak pierwszą część. Ja nie wiem, czym sobie zasłużyłam na takie dobre dziecko, które przejeżdża 3000 kilometrów prawie że bezproblemowo, śpi 12 godzin w nocy, ząbkuje tak, że nie wiem, że ząbkuje i odkrywam znienacka piękną czwórkę w jamie ustnej, je wszystkie zielone warzywa, które jej dam no i w ogóle jest the best. Trafiło mi się jak ślepej kurze ziarno.

To tak w ramach dygresji. Wyjazd nie byłby wyjazdem, a ja nie byłabym sobą, gdybym nie popróbowała lokalnej kuchni. Z dzieckiem jest to ciut bardziej skomplikowane, bo nie można sobie pozwolić na dwugodzinną kolację zakrapianą trunkami, no ale i tak udało nam się parę razy wyskoczyć na kolacje i lunch, a Zosia miała okazję popróbować homara. Ale o tym za chwilę.

Ponieważ oboje uwielbiamy owoce morza, a byliśmy nad Atlantykiem, więc praktycznie tylko takie dania zamawialiśmy. Zaczęliśmy od prostego lunchu, ktory jedliśmy niedaleko naszego mieszkania w knajpie o wdzięcznej nazwie "The Salty Dog". Mąż, zupełnie nie wiem dlaczego, zamówił fish&chips, więc nuda, choć przyzwoita. Ja zdecydowałam się na kanapkę z crab cake, czyli coś w rodzaju małego kotleta z mięsa kraba. Z crab cakami miałam parę spotkań, mniej lub bardziej udanych. Ostatni jakiś czas temu należał do tych mniej, bo teściowa haniebnie je przypaliła, co zdarza jej się naprawdę rzadko, więc z grzeczności przeżułam tego przypaleńca, bo mi było jej trochę szkoda. W każdym bądź razie, znali się na rzeczy w "Słonym Psie". Crab cake był świeży, podany na ładnie opieczonej bułce, z liściem sałaty, pomidorem, kiszoniakiem i jakimś rewelacyjnym sosem na bazie majonezu. Niezłe niezłe.

Na ostatnią kolację poszliśmy też do tej samej knajpy i tym razem mąż zamówił danie dnia - do wyboru trzy rodzaje krewetek z sześciu dostępnych rodzajów. Wybrał coconut shrimp, czyli opiekane krewetki z wiórkami kokosowymi, krewetki z grilla i krewetki a'la Savannah. Te ostatnie zdaje się były w kremowym sosie z pieczarkami, ale ręki sobie nie dam uciąć, bo zajęta byłam przeżywaniem, jak dobre były moje shrimp&grits, czyli krewetki z kaszą kukurydzianą, czyli kultowe danie Południa. Pierwszy raz jadłam grits w wykonaniu hazbenda, jak tylko się tu przeprowadziłam i powiem, że był to raz ostatni zdaje się, bo albo mu nie wyszły albo ja nie byłam jeszcze gotowa na takie wynalazki. Teraz zaś, jakby shrimp&grits miały stronę na Facebooku, to z miejsca dałabym tam swoje "like". Grits nie tylko były z serem, ale też z sosem z boczku i z kawałkami kiełbasy. To była zdecydowanie ukryta bomba, bo po zjedzeniu nie mogłam się ruszyć przez pół godziny i tylko siłą woli doszłam do mieszkania. No ale całość była po prostu palce lizać.

No ale to i tak nic w porównaniu z najlepszą kolacją, jaką w życiu jadłam. Jedliśmy w pięknie położonej restauracji w porcie, z widokiem na ocean, zachód słońca i takie tam inne romantyczne bajery. Zamówiliśmy oboje dania specjalne dnia - hazbend całego homara, a ja połowę homara nadziewaną crab cakiem i do tego piękny filet mignon, czyli befsztyk. Jakby było mało, to podano to z najlepszymi w życiu mashed potatoes, czyli ziemniarami z jakimś rewelacyjnym pikantnym sosem oraz gotowanymi warzywami. Warzywa zjadła Zosia, która jak tylko zobaczyła homara, to zaczęła wyciągać ręce i dawać nam znać, że ona też chce. No to dostała. I chciała więcej. Ja też chciałam więcej, bo ten homar z crab cakiem był fan-ta-sty-czny. Szkoda że nie mam zdjęć, ale szczerze to nie zdjęcia były mi w głowie. Jakby kto kiedy zbłądził do Hilton Head Island, to polecam Topside at the Quarterdeck na kolację. Ceny niemałe, no ale za najlepszy posiłek w życiu warto było nieco wyskoczyć z kaski.

Jeśli więc chodzi o jedzenie, to spokojnie mogłabym mieszkać gdzieś między Nowym Orleanem a Charleston. Czy ja już mówiłam, że uwielbiam południe Stanów?

sobota, 17 lipca 2010
Kawa na zimno

Wszystko ostatnio jest "stulecia". Powódź (niestety) stulecia, lato stulecia (kto widział mój ostatni wpis na FB, wie, że najbardziej brakuje mi tutaj klimatyzacji), ja mam przeziębienie stulecia, które złapałam od Zosi, a na deser jest sześćsetna rocznica bitwy pod Grunwaldem, która na bank była bitwą tamtego stulecia. Wiem, wiem, pierdzielę trzy po trzy, ale jest tak gorąco i tak mi leci z nosa, że już mi się na mur mózg zlasował. A jeszcze do tego zachciało mi się lasanii. Nie ma jak nastawiony na 200C piekarnik w domu, w którym jest już 100C. Boże, najchętniej wskoczyłabym do basenu i nie wyszła z niego przez następny tydzień.

Nie zważając na chore gardło, ratuję się lodami i kawą na zimno, robioną tak jak to widziałam w Grecji. Do wysokiej szklanki wsypuję łyżeczkę kawy rozpuszczalnej i cukier wedle uznania (ja daję łyżeczkę). Dodaję ciutkę wody i całość miksuję z minutę takim oto ustrojstwem, do nabycia np. w Ikei. Dorzucam parę kostek lodu i dodaję mleko aż pod czubek szklanki. Niedbającym o dietę polecam bitą śmietanę na wierzch. Nie wiem, czy kawa jest stulecia, ale na pewno jest pycha. Taki pseudo Starbucks w wersji "jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma".


środa, 17 marca 2010
Lasania by Ania

A to było tak: szwagierka męża robiła lasanię. Mówi do swojej półtorarocznej córki: "We are going to cook lasagna". A June na to: "Cook Ania?" Jill: "No, June, cook lasagna". June: "Cook Zosia?"

Po takim dictum nie było rady na układy, tylko robić lasanię. Przepis na lasanię wegeteriańską (Aneta, coś dla Ciebie) mam od teściowej. Jej lasania to jedno z moich ulubionych dań w jej wykonaniu. Do tego stopnia, że będąc we wczesnej ciąży i mając mdłości, jadłam lasanię niemal na siłę (choć mnie mdliło od zapachu), bo wiedziałam jaka jest dobra. Lasania była w zamrażalniku po urodzeniu Zosi, lasania dostała się nam ostatnio "na drogę", gdy wyjeżdżaliśmy z Ohio od teściów, lasania jest niemal zawsze, gdy tam jesteśmy. Lasania jest po prostu kultowa w rodzinie. Po historii z June w końcu zakasałam rękawy.

Roboty jest od cholery. Zaczęłam dzień wcześniej gotując sos do spaghetti i rozmrażając szpinak. Kuchnia wyglądała jakby wybuchła w niej bomba pomidorowo-serowa. Można sobie życie trochę ułatwić i np. użyć gotowego sosu do spaghetti, czy startych już serów w torebkach, jak komuś się nie chce tarkować całego bloku mozarelli. Sos pomidorowy (2 cups albo trochę więcej) mieszamy z 4 uncjami pokrojonych pieczarek i startą średniej wielkości cukinią (1 cup). W drugiej misce mieszamy 1 1/2 cups sera ricotta, 1/3 cup startego parmezanu, 1 1/2 łyżeczki oregano (2 łyżki jak świeże) wraz ze szpinakiem (ja użyłam rozmrożonego - opakowanie 10 uncji). Potrzeba też 2 cups startej mozarelli.

Lasania z przepisu pasuje najlepiej do kwadratowego naczynia 8x8 cali (9x9 też może być). Może być szklane albo aluminiowe. Na spód kładzie się 1/2 cup sosu z pieczarkami. Na to dwa kawałki makaronu do lasanii. Tu idę na łatwiznę i używam takiego, który nie wymaga wcześniejszego gotowania. Gotowanie kluchów przy tej ilości roboty to już nie na moje nerwy. Oba kawałki lasanii nie powinny się dotykać ani na siebie zachodzić. Na makaron dajemy ćwiartkę mieszanki szpinakowej i na koniec ćwiartkę startej mozarelli (1/2 cup). Cały proces powtarza się 3 razy, zaczynając od kluchów. Lasania jest gotowa do pieczenia.

Piecze się ją 35 minut z folią aluminiową na wierzchu, po czym 10 bez w temperaturze 400F (205 C). Po upieczeniu zostawia się całość na 10 minut do ostygnięcia. Można też lasanię przygotować dzień wcześniej, wsadzić do lodówy i upiec następnego dnia, przedłużając pierwsze pieczenie do 45 minut.

A po upieczeniu, kieliszek winka i BAM, jak to mawia Emeril. Jak wymyślę czym zastąpić ricottę, to zamierzam zrobić taką lasanię rodzicom latem.To jest prawdziwa mamma mia.


czwartek, 04 lutego 2010
Cookie Monster

Wprawdzie święta - tradycyjny czas na pieczenie ciastek - już dawno minęły, no ale hazbend, gdy się nudzi to albo gotuje albo piecze. A gdy obieca komuś z pracy, że coś upichci, to już nie ma zmiłuj. Koledze jedzącemu peanut butter ze słoika zrobił prawdziwe masło orzechowe z prawdziwych orzechów. Innemu, smarkającemu na lewo i prawo, ugotował pikantną zupę marchewkową na pokrzepienie. Szefowej, zainteresowanej jego domowej roboty dressingami do sałatek, odpalił dwie butelki dressingu sojowo-sezamowego i włoskiego vinegrette. A jakiś czas temu, podejrzewam, że w czasie świąt, obiecał komuś ciastka z czekoladą, czyli chocolate chip cookies. Mąż ma do tych ciastek słabość, bo przez pół dzieciństwa piekła mu je jego mama. Podobno 120 na tydzień, ale muszę z nią skonsultować, bo coś nie bardzo mi się chce wierzyć, że dałaby mu zjeść tyle ciastek.

Z ciastkami zeszło się najdłużej niż z innymi zamówieniami, bo do wczoraj. Chocolate chip cookies są moimi ulubionymi i mam wrażenie, że to też ulubione ciastka Amerykanów. Każdego roku w pracy z okazji tygodnia słodkości parę osób przynosiło właśnie takie ciastka, domowe bądź ze sklepu. Nie wszystkie były udane. Trafiały się gumowe śliwki robaczywki, twardzielce albo jakieś rozmamłańce. Wydawało mi się, że to musi być jakaś wyższa szkoła jazdy z tymi ciastkami, a one są w sumie banalnie proste do zrobienia. Przepis wzięliśmy z opakowania mąki.

Ciastka to bomba kaloryczna. W cholerę masła, cukru to już w ogóle nie wspomnę, ale mąż się uparł, żeby było jak w przepisie, więc sypałam ten cukier jak leciało. Następnym razem chyba muszę trochę cyganić z ilością, bo ciastka wyszły słodkie jak wszystko w Ameryce.

Cieplutkie, pachnące i z czekoladą rozpływającą się w ustach. Powiem tylko, że gdyby nie zdrowy rozsądek, to zjadłabym blachę w 10 minut.

piątek, 18 grudnia 2009
Tydzień słodkości

Skoro dziś o jedzeniu...Od trzech dni siedzę i stosuję w praktyce punkt piąty z okazji tygodnia słodkości w pracy, kiedy kto chce przynosi coś słodkiego do podzielenia się ze współpracownikami. Tydzień tak naprawdę trwa 3 dni i zaczął się we wtorek, a ja zaczęłam świętowanie falstartem, bo myślałam, że w poniedziałek i w tenże feralny dzień przytachałam szarlotkę, czyli "Polish style apple pie", jak objaśniłam kolegom i koleżankom, własnoręcznie upieczoną przez moją mamę. Niemniej, szarlotka poszła piorunem. No a od wtorku jest wysyp innych słodkości, choć pojawiła się też beef jerky (pyszna) i jakaś salami-podobna kiełbasa wraz z gustownym słoiczkiem musztardy.

Mieliśmy więc (przepraszam za angielszczyznę): brownies, chocolate meltaways, carrot cake, triple fudge chocolate cake, pretzles with chocolate, cinammon sticks, homemade cupcakes, chocolate covered almonds, rum balls, sugar cookies, butter-scotch cookies, pumpkin bread, Hawaiian bread with spinach dip (?!), caramel popcorn, mixed nuts oraz wszelakiego rodzaju czekoladki w lukrze, bez lukru, kolorowe i niekolorowe. No i co do tych czekoladek. Większość była o smaku miętowym. Nie wiem, jak, skąd i dlaczego, ale lokalna ludność uwielbia takie właśnie czekoladki. Ja zupełnie nie rozumiem tej egzaltacji z połączenia czekolady i mięty, a na moje stwierdzenie, że ich nie lubię ludziska wybałuszają oczy, jakbym powiedziała, że nie lubię pizzy (nie spotkałam nikogo, kto nie lubiłby pizzy - jeszcze nie albo na szczęście jeszcze nie).

W każdym bądź razie, przyczółek świąteczny zdobyty - najadłam się tyle słodkich rzeczy, że gdy mama pyta się mnie, jakie ciasto będziemy piekły na święta, zastanawiam się, czy może nie powinnyśmy upiec 1/2 blachy, z czego połowę oddać sąsiadowi.

Dania z wolnowara

(Lub - jak wyczytałam w linku podczepionym przez Fionę_Apple w poprzednim wpisie - z elektrodusiciela.)

Wolnowar (slow-cooker albo Crock-pot) to wielki elektryczny gar (mój jest ceramiczny), w którym gotuje się obiadki siedząc w pracy i nie kiwając palcem w bucie. Idea jest taka, że do gara wrzuca się mięsko, warzywa, przyprawy, włącza i zostawia na "małym ogniu" na 6-8 godzin, w zależności od rodzaju mięsa. My z reguły przygotowujemy wszystko wieczorem, rano podłączamy do kontaktu i czujnika czasowego i jedziemy do roboty. O 10:30 czujnik czasowy włącza gar i wołowinka się pichci do 6:30 po południu. Wchodzę do domu i już z sieni czuję, że obiadek będzie pyszny.

Tym razem idę na łatwiznę i nie bawię się w przepisywanie i tłumaczenie przepisów jak za króla Ćwieczka, tylko skorzystając z dobrodziejstw techniki wrzucam skany dań z wolnowara, które ostatnio robiliśmy. Kto nie kumajet po angielsku, ten tym razem jest out of luck.

Na zdjęciu jest duszona wołowina z ostatniego przepisu. Wiem, że może nie wygląda zachwycająco, ale musicie mi wierzyć na słowo, że smakowała naprawdę świetnie. Gotowaliśmy ją 8 godzin i podaliśmy ją z ryżem (Spanish rice), choć założę się, że i z ziemniarami byłaby świetna. Zdjęć pozostałych dwóch dań nie mam.

Z tego wolnowarowego towarzystwa, kapucha z żeberkami była według mnie najlepsza. Przepis trochę zmodyfikowaliśmy, bo oryginał mówi, żeby użyć kiełbasy Bratwurst i podawać na chlebie. My użyliśmy boneless pork ribs, czy jakoś tak podobnie się to nazywało, czyli żeberek bez żeberek i serwowaliśmy z ziemniakami po amerykańsku, czyli niezdrowo zmiksowanych z masłem i mlekiem. Niebo w gębie.

Kurczak z ziemniakami i czosnkiem też był świetny. Tu chyba żadnych innowacji nie stosowaliśmy i zrobiliśmy jak książka pisze. Cały dom pachniał czosnkiem.

Wolnowara używamy głównie zimą, może dlatego, że potrawy są raczej syte i w stylu comfort food, choć porcja wołowiny miała tylko 236 kalorii, jeśli wierzyć wyliczeniom autorów. Przepisy na wołowinę i kurczaka pochodzą z tej książki , a na żeberka vel. Bratwursty z kapustą z tej.

środa, 09 grudnia 2009
Jak się upaść na święta

Telewizja, gazety, lekarze z reguły trąbią o tym, jak NIE przytyć w czasie świąt, dlatego bardzo spodobał mi się wpis na blogu Eat Right Around Chicago o tym, jak doładować kalorii i wyhodować pięknego maciusia (buddę, samarę, oponkę, miesień piwny, brzuchola - niepotrzebne skreślić) w okresie Bożego Narodzenia. Dziesięć propozycji na zwiększenie objętości w pasie i biodrach:

1. podgryzać cały dzień,

2. nie jeść śniadania,

3. jeśli jedzenie wygląda na zdrowe, dodać masło, śmietanę albo cream cheese,

4. unikać aktywności fizycznej i zamienić się w couch potato,

5. wsuwać słodycze, ile wlezie,

6. popijać piwko, winko i driny,

7. na imprezy przychodzić wcześnie, coby nie przegapić zakąsek i siadać blisko stołu,

8. panierować, smażyć na oleju i nie omijać skórki na kurczaku, czy indyku,

9. dodawać bitą śmietanę do deserów i kawy (mniam),

10. zapomnieć o prawdziwym znaczeniu świąt - czasie z rodziną i innych koszałkach opałkach i jeść, wpierniczać i obżerać się.

Od siebie skromnie dodam - jeść do oporu pasztet i domowe wypieki oraz po raz 1547 oglądać w telewizji "Kevina samego w domu" i "Szklaną pułapkę". Już zacieram ręce na to, co upiecze mama. A Wasze metody na wygląd św. Mikołaja?

piątek, 14 sierpnia 2009
Naleśniki z jagodami

Weekend za pasem, a jak weekend, to na nasz stół wjeżdża klasyczne amerykańskie śniadanie - nieśmiertelne blueberry pancakes, czyli naleśniki z jagodami, robione z maślanki, mąki i jajek (miksów nie używamy). Wprawdzie naszych polskich naleśników one nie przypominają, bo są dużo mniejsze i grubsze, ale chyba muszę przyznać, że lubię je bardziej niż krajowy wyrób, serwowany - przynajmniej u mnie w domu - głównie z dżemami albo z rozgniecionymi truskawkami.


Tutejsze "pankejki" obowiązkowo polewam syropem klonowym, a w knajpach dają też do nich kawałek masła, czego zrozumieć nie mogę i robi mi się słabo, gdy widzę, jak hazbend je czasem tak je. To tak, jakby jeść placki ziemniaczane z cukrem i śmietaną (choć wiem, że w wielu regionach Polski tak właśnie się je - ciekawe, czy ktoś z czytelników posypuje je cukrem). Placki ziemniaczane jem z solą i basta, podobnie jak naleśniki z syropem. Jedyny problem z naleśnikami jest taki, że jestem głodna po godzinie od ich zjedzenia, więc z reguły dojadam coś na boku.

Nie byłam nigdy w IHOPie, czyli Międzynarodowym Domu Naleśnika i nie jadłam ich naleśników. Próbował ktoś? Na tradycyjne maślankowe z chęcią bym się skusiła, ale ich nowy produkt Butterscotch Rocks Pancakes wygląda po prostu obrzydliwie. Coś takiego na śniadanie? O matko. Ble.

Podaję przepis:

1 cup mąki (1 cup to 128 gramów),

2 teaspoons proszku do pieczenia (na oko to będą dwie łyżeczki od herbaty),

1 tablespoon cukru (łyżka stołowa),

1 jajko,

nieco więcej niż 1 cup maślanki (1 cup plus jakieś 3 tablespoons).

Wymieszać suche składniki razem. Jajko rozbić trzepaczką i dodać maślankę. Połączyć z suchymi składnikami. My robimy swoje placki na takim mniej więcej grilu, więc nagrzewamy go do 325F. Dajemy też trochę oleju, żeby nie przystawały. Nabieram ciasto miarką 1/3 cup i wkładam na patelnię, tak że placek ma średnicę około 10-12 cm (kwestia gustu, ja wolę mniejsze). W takie świeżo włożone na grila bądź patelnię placki wkładam jagody, jak widać na zdjęciu #1. Przekręcam je na drugą stronę po paru minutach, gdy są rumiane od spodu. No to smacznego!

poniedziałek, 15 czerwca 2009
Starej knajpy czar

Czy ja już kiedyś pisałam, że uwielbiam diners, czyli restauracje serwujące typowe amerykańskie jedzenie od jajek z boczkiem i smażonymi ziemniakami przez lunch po hamburgery z roztopionym serem, gdzie nieodzownym elementem wystroju jest bar ze stołkami oraz booths, czyli szerokie siedzenia na 4 osoby? Za dużo się pewnie amerykańskich filmów naoglądałam w młodości, ale obrazki z tego typu miejsc utkwiły mi w głowie i do tej pory lubię klimat z lekka zakurzonych i zaniedbanych restauracji z drewanianopodobnymi panelami na ścianach, zdjęciami sportowców, Tony'ego Benetta i innych przebrzmiałych gwiazd, gdzie kelnerki mówią do ciebie hon' i dolewają kawy raz po raz do białych porcelanowych kubków, a ten sam od lat bus boy zbiera talerze i widelce. Słowem, Americana pełną gębą.

Mam taki diner w okolicy - z zewnątrz zwykły stary budynek, w środku booths z imitacją skóry, zakurzone żaluzje, wytarty bar, zdjęcia na ścianach, lampki bożonarodzeniowe przez cały rok, świeżo wyciśnięty sok pomarańczowy i domowej roboty corn beef hash, przysmak śniadaniowy męża. Spotykałam się tam regularnie na weekendowe śniadania z przyjaciółmi, zabierałam rodzinę, a ostatnio po raz pierwszy jadłam ich cheeseburgera po tym, jak usłyszałam w pociągu telefoniczną rozmowę jakiegoś gościa narzekającego, że nie może już więcej jeść już fast foodu, ma dość tłustych hamburgerów i w związku z tym proponuje pójść do jakże lepszego i zdrowszego KFC. Myślałam, że spadnę z fotela, jak to usłyszałam. W każdym bądź razie, opis tłustego hamburgera podziałał na wiecznie głodną kobietę w ciąży na tyle przekonywująco, że zaciągnęła hazbenda do tegoż lokalnego dinera i zamówiła pół funtowego cheeseburgera deluxe z frytkami za około $7. Hamburger był duży, tłusty i pyszny, frytki świeże i nie posolone (nie lubię, jak mi solą fryty z góry), ogórek kiszony chyba na zapleczu, bo wyglądał i smakował bardzo domowo, a milk shake na deser wielki i słodki. Słońce świeciło przez żaluzje, a my patrzyliśmy na stałych zdaje się bywalców w wieku conajmniej średnim, których menadżer bądź właściciel witał po imieniu i proponował do jedzenia to co zawsze. Miejsce pasuje idealnie do charakteru mojej emerytalnej okolicy i mam nadzieję, że recesje i inne kryzysy ominą go szerokim łukiem i ta sama pani kelnerka będzie witać klientów nieśmiertelnym What can I get for you, hon'?.

 
1 , 2 , 3 , 4