My kind of town

czwartek, 03 czerwca 2010
Akcent

Spotkałam dziś koleżankę z podstawówki. Gadu gadu, a ona do mnie w pewnym momencie, że słychać u mnie akcent, w domyśle amerykański, no bo niby jaki inny. O matko. To ja mam dziecka uczyć polszczyzny, naszpikowanej Szczebrzeszynem i Grzegorzem Brzęczyszczykiewiczem, a tu się okazuje, że może niedługo będę wymawiać "rabarbar" jak mój mąż - "łabałbał"? Zaraz w mieście gruchnie plota, że Buzukówna się zamerykanizowała.

Czy Ci co znają mój głos, potwierdzają, że inny już mój polski?

wtorek, 01 czerwca 2010
Dzień Dziecka

Z okazji Dnia Dziecka dziecko moje zrobiło mi piękny prezent śpiąc niemal do 8 rano, z krótką przerwą na wiadomości mleczarskie. Wstałam więc wyspana jak człowiek, a nie jak zombie od dwóch tygodni, gdyż panna Zosieńska ostatnio zdecydowała, że szkoda jej czasu na spanie do 7, jak to było w Chicago i będzie wstawać o 5:30. W zasadzie to jej się nie dziwię, bo w Chicago tylu atrakcji nie mamy.


Zosi znudziło się też siedzenie na podłodze.

Znudziło jej się też tradycyjne jedzenie. Wczoraj pod (nie)czujnym okiem mamy czytającej "Twój Styl" i popijającej kawkę 5 metrów dalej, zjadła róg strony katalogu z Ikei. Samo zdrowie, celuloza, telefonicznie wzruszył ramionami ojciec dziecka na wiadomość o zapędach czytelniczych córki.

I co jeszcze. Po prażonym ryżu oraz lemoniadzie i Visolvicie wyjadanym na sucho palcem z torebki, przyszedł czas na watę cukrową. Z okazji Dnia Dziecka, warszawskie zoo postanowiło dać bana wacie cukrowej i nie zamierza jej więcej sprzedawać na swoim terenie. Jak przestaną sprzedawać w wesołych miasteczkach, to będzie koniec świata. W Warszawie będziemy w weekend. Do zoo się nie wybieramy, za to mama - choć hazbend za oceanem - ma nadzieję na "Seks w wielkim mieście".

Z okazji Dnia Dziecka, wszystkiego najlepszego dla dziadka, który ma dziś urodziny.


środa, 19 maja 2010
Małomiasteczkowe życie

Moje miasto zawsze było małe (20,000 mieszkańców) i takie pewnie pozostanie na wieki, ale ilekroć tu przyjeżdżam, wydaje mi się jeszcze mniejsze. Wylazłam dziś w końcu z Zosią na spacer, bo przestało lać. Skręciłam w lewo, potem w prawo, potem znowu w prawo i 10 minut później byłam w "downtown", a 5 minut później z powrotem domu. Przyznam szczerze, że w Ciupagowie mam więcej spacerowej okolicy, o trzech parkach w promieniu 15 minut nie wspominając. Gdzie ja mam zrzucać "uchwyty miłości" z bioder? No ale nic, pierwsze koty za płoty. Miasto ma dwa centra, będziemy chodzić do tego dalej od domu.

Zmieniło się i nie. Znudzone ekspedientki nadal wystają w drzwiach sklepów. Na ulicach porozkładane kobiałki z warzywami. Na małym skwerku siedzi stara Cyganka i pewnie naciąga na wróżenie z ręki. Listonosz zasuwa na rowerze. Tata mi mówi, żeby kupić karmę dla kota w zoologicznym. Jakim zoologicznym? To przecież całe życie był sportowy! Pytam mamę, gdzie teraz kupuje kosmetyki, a ona na to, że są dwie drogerie w "Diamencie". Ki czort? Ano nowe sklepy, których ja nie znam, bo stoją dopiero od roku. Na szczęście lody "na kulki", na które chodziło się rodzinnie "po kościele" ciągle i nadal w tym samym miejscu.

Miasto stało się ekologiczne i w większości spożywczaków nie uświadczysz plastikowych toreb na zakupy. Ze swoimi trzeba ganiać, jak za komuny, gdy człowiek zbierał, co ładniejsze zagraniczne reklamówki na zakupy. A jeszcze 2 lata temu tata się zarzekał, że nie będzie chodził do sklepu z płóciennymi torbami, które przywiozłam rodzicom. No i przyszła koza do woza.

Zapomniałam też, że polskim zwyczajem jak się idzie do kogoś na 5 minut odebrać wiejskie jajka, to znaczy, że będzie kawa, herbata, lody i ciastka. Babcia (moja) naznosiła mi już drożdżowych babek, pierniczków, serniczków i cukierków, tak więc te spacery to chyba mi się przydadzą, oj przydadzą. Zdążyłam już zaliczyć dwa odcinki "M jak miłość", a śniadanie jem oglądając "Dzień dobry TVN". Został mi jeszcze "Klan" i "Plebania" he he. Dziś powiesiłam pranie na dworzu i poczułam się jak w domu jakieś 10 lat temu.

Aha, bociany też już widziałam.

poniedziałek, 17 maja 2010
Gdzie są skarpetki?

Podróż do kraju-raju przebiegła szybko, gładko i przyjemnie. Zaczęło się dobrze na lotnisku, gdy zapytałam przy stanowisku LOT-u o gate pass dla męża, aby mógł przejść przez bramki ze mną i pomóc mi z security. Zapytałam z głupia frant, bo zarówno TSA, jak i sam LOT, do którego dzwoniłam tuż przed wyjazdem z domu powiedzieli, że nie dają takich przepustek. Dali i mąż przeszedł ze mną aż do bramy, pomagając mi z Zosią i z wózkiem.

W samolocie Zosia oczarowała wszystkich uśmiechami, a bardzo uczynny steward załatwił nam kołyskę, mimo iż na infolinii LOT-u powiedziano mi, że przysługuje dzieciom do 6. miesiąca. Jak widać, dla chcącego nic trudnego. Kołyska wytrzymuje obciążenie do 10 kg (Zosia waży ledwie 7). Mogłam więc wyciągnąć nogi (w przenośni) i próbować spać, co pewnie jakoś by się udało, gdyby nie jakieś dwie przekupy za mną, które postanowiły pół nocy wymieniać się uwagami na temat ruskich pierogów, znaków zodiaku i malowania paznokci. Jezu, normalnie myślałam, że je strzelę, bo WSZYSCY wokół siedzieli cicho. Do tego panu siedzącemu obok mnie spadła na głowę butelka jakiejś wódy należąca do jednej z pań z tyłu, więc już w ogóle zrobiło się ciekawie, bo 30 cm dalej i byłaby to głowa Zosi leżącej w kołysce. Pan i tak był spokojny, bo kant opakowania butelki rozbił mu głowę do krwi (nie jakoś strasznie, no ale zawsze). No, ja bym nie zdzierżyła, ale widocznie musiał to być niespotykanie spokojny człowiek.

Zosia przez pierwsze dni była na czasie chińskiem i dopiero dziś, czyli w poniedziałek poszła spać o jakiejś ludzkiej godzinie, tj. 8 wieczorem, a nie o 2 w nocy albo 11:30 pm. Dziadek i babcia oczywiście zachwyceni wnusią, podobnie jak obie prababcie.Dostałyśmy już trzy grzechotki, pluszową żabę, zabawki do kąpieli i klocki. Grunt, że mam trzy walizki.


Zosia zaś oszalała na punkcie kota Jozina i na jego widok wydaje radosne piski i wrzaski. Kot dostał kota i jest w ciężkim szoku, a gdy widzi małą, wieje, gdzie pieprz rośnie. Hitem jest też pomidorowa z ryżem i w ogóle polskie gotowe zupki dla dzieci, które biją na łeb na szyję podobne produkty w Jueseju, przynajmniej te, które ja widziałam.


A jeśli chodzi o skarpetki, to pytanie "Gdzie są skarpetki?" słyszałam od wejścia na pokład samolotu, przez pół lotu, potem od pani celnik czy jak tam ją zwał, potem od pana z obsługi lotniska, który pomógł mi z walizkami no i oczywiście od całej rodziny. Zosia od niepamiętnych czasów ma skarpetki w głębokim poważaniu i ściąga je po minucie od założenia. Ja już dawno przestałam z nią walczyć, ale rodzina musi się jeszcze przystosować i przyjąć do wiadomości, że miejsce skarpetek jest na lodówce w roli ozdobnika.


A ja - wiadomo. Stay tuned, będzie więcej.

wtorek, 04 maja 2010
Maumee Bay State Park

W weekend byliśmy w parku stanowym Maumee Bay nad jeziorem Erie. Weekend zafundowała nam i szwagrom teściowa jako prezent bożonarodzeniowy. Opłaciła hotel, śniadania i kolacje. Wszystko co musieliśmy zrobić, to dojechać na miejsce. To był chyba jeden z lepszych prezentów jaki kiedykolwiek dostałam. Pod koniec weekendu szwagry i my zgodziliśmy się, że może zamiast kupować sobie tradycyjne prezenty na święta, powinniśmy co roku zrzucać się na podobny wyjazd.


Pierwszy weekend maja okazał się bardzo dobrym czasem, aby odwiedzić park. Nie było jeszcze ani komarów ani tłumów turystów ani zbyt wielu wielbicieli ptactwa, którzy zjeżdżają do Maumee obserwować rozliczne gatunki ptaków. Wieczorami, gdy Zosia i córka szwagrów spały, a my siedzieliśmy na patio popijając wino, nie było słychać żadnych dźwięków. Kompletna cisza i niemal kompletna ciemność.

W hotelu były głównie rodziny z dziećmi w wieku przeróżnym, starsze pary z lornetkami na ptaki oraz grupy 30- i 40-letnich kobiet spędzających tam weekend z psiapsiółkami. Obok jest piękne pole golfowe (aż szkoda mi trochę było, że moje próby z golfem parę lat temu skończyły się rzuceniem kijów w kąt) oraz typowe dla takich miejsc rozrywki: basen kryty i na wolnym powietrzu, wypożyczalnia rowerów i sprzętu do kajakowania i łowienia ryb, spa i masaże, a w niedzielę wypasiony brunch w postaci bufetu z czym tylko dusza zapragnie. Pogoda trochę pokrzyżowała nam plany i nici wyszły z rowerów. Zostały więc spacery po plaży i basen.


W sobotę pojechaliśmy do pobliskiego Toledo odwiedzić kultową restaurację Tony Packo's, unieśmiertelnioną w M.A.S.H-u. Pamiętacie Klingera - tego, który przebierał się w sukienki? No więc Klinger był z Toledo (podobnie jak grający go aktor) i w siedmiu odcinkach, o czym dokładnie informuje krótki opis w menu, wspomniał właśnie o Tony Packo's. A w samej restauracji roi się od odniesień do serialu.


Tony Packo's specjalizuje się w hot dogach, więc można powiedzieć, że czułam się tam jak ryba w wodzie. Oprócz hot dogów z chili (w końcu spróbowałam) serwują węgierski paprikas oraz właśnie chili, które można również nabyć w ilościach dowolnych na wynos.

Aż szkoda, że weekend ma tylko dwa dni.

czwartek, 29 kwietnia 2010
Drozd budowniczy

Pozwolenie na budowę


Materiały budowlane


Fundamenty


Dom


Lokator

Niestety, od weekendu, gdy robiłam zdjęcia lokatora nie widać. Nie wiem, czy zdecydował się porzucić gniazdo, czy coś go wystraszyło, czy może dokonał żywota. W tamtym roku drozdy były z drugiej strony domu i doczekały się potomstwa, które radośnie wystawiało dzioby z gniazda. No nic, czekam cierpliwie na powrót.

30.04. Chyba się nie doczekam. Dziś rano w gnieździe zamiast drozda mościła się para gołębiaków karolińskich (ang. mourning dove). Jakaś wojna międzygatunkowa, czy przypadek, że drozd się wyniósł? Szkoda. Wolałam drozda.

15:57, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (9) »
wtorek, 27 kwietnia 2010
Przed podróżą do Polski

Matko, jak to zleciało. Gdy kupowałam bilet do Polski, do wylotu było 3,5 miesiąca. Teraz zostało niecałe trzy tygodnie, a mnie zaczyna powoli ogarniać przedwyjazdowa nerwówka. Całe szczęście, że kupiłam bilet przed 15 lutego, bo od tego dnia LOT zmienił zasady przewożenia bagażu i w cenie biletu jest tylko jedna darmowa sztuka bagażu do 23 kg+bagaż pokładowy. Drugą sztukę oczywiście można wziąć za opłatą, a jakże, bodajże 60 dolców. No ja to kicham na taki układ, zwłaszcza, że lecąc na 3 miesiące zabieram pół domu, więc ta dodatkowa walizka może mi się przydać. Zosia tez ma swoją walizkę, więc jakby co to, to mam możliwość zabrania 3 sztuk po 23 kg. Jezu.

No ale ponieważ lecę sama z Zosią i nie będzie męża do pomocy, to powoli logistyka lotu zaczyna mnie przerażać. Wiadomo, że na lotnisku bagaże będzie targał hazbend. Walizki się odprawi i po kłopocie. No ale już dalej będę zdana sama na siebie. Jak mi poradziła Hjuston, dobrze byłoby jakbym miała ze sobą nosidełko, żeby Zosię w nie wsadzić przy przejściu przez security, bo wiadomo, tu torba, tu Zosia, tu wózek i brakuje rąk. Może się też przydać później, na lotnisku, jakby mała zaczęła nudzić się długim pobytem w wózku, czy w samolocie. No dobra, na lotnisku jakoś to będzie. Najgorsze, a może raczej najmniej komfortowe, co mi się może przytrafić to konieczność nakarmienia Zosi w miejscu publicznym.

No ale w samolocie to już coraz mniej to sobie wszystko wyobrażam. Zosia leci moich kolanach i do tej pory tak jakoś łatwo mi się o tym mówiło. A teraz, jak myślę, że mam ją trzymać przez 10 godzin na rękach, to mi słabo. Co robić, jak mi przyniosą kolację? Gdzie dać małą? Nie jeść? A wyjść do toalety? Niby są stewardesy, ale jeśli Zosia uśnie, to każda taka operacja pewnie skończy się jej obudzeniem i rykiem. Jezu, jak ja współczuję ludziom obok mnie. Serio. Myślałam, żeby zabrać na pokład poduszkę do karmienia, to przynajmniej mogłabym małą nakarmić po ludzku (bo na pewno będę musiała ją w samolocie nakarmić przed snem), a i spać by na poduszce mogła. No ale poduszka kurna jest spora i wcale mi się nie uśmiecha jej targać. Do tego lądujemy w Warszawie o 3 rano czasu chicagowskiego, więc już sobie wyobrażam, jak wyrwane ze snu dziecko zniesie wyjście z samolotu, czekanie na bagaże, a potem jazdę 100 km do Sokołowa. Choć o ten ostatni element to martwię się jak najmniej, bo Zosia na bank w samochodzie uśnie.

Przed wyjazdem czeka mnie jeszcze wizyta w konsulacie, aby odebrać paszport, który leży tam od sierpnia, załatwienie międzynarodowego pozwolenia na kierowanie autem (IDP), wyrobienie apostille do świadectwa urodzenia Zosi no i oczywiście spakowanie zabawek, książeczek, śpiochów, bodziaków i stosu pierdół dla Zosi. O sobie to już nawet nie wspomnę. Czasy, kiedy moja torba na pokład zawierała słuchawki wyciszające hałas, iPoda, książki, brukowce do zabicia czasu, kremy nawilżające do twarzy i rąk, zestaw do makijażu i inne "niezbędne" rzeczy mam już za sobą. Teraz to zabiorę co najwyżej szczoteczkę do zębów, bo resztę torby wypełnią słoiczki z jedzeniem, sztuczne mleko na wszelki wypadek, butelka na mleko, pieluchy, chusteczki do wycierania tyłka Zosi, śliniak, zapasowe ubrania, ulubione zabawki małej i Bóg wie co jeszcze. Ludzie, trzymajcie mnie.

niedziela, 25 kwietnia 2010
Chodzik

Czy to tak się po polsku nazywa?

W piątek na koncercie Knopflera widzieliśmy gościa z takim właśnie chodzikiem (zdjęcie nie z koncertu), co świadczy o tym, że 1. jestem stara, skoro chodzę na koncerty z osobami używającymi chodzika, 2. Mark Knopfler jest stary, 3. jego publika też jest stara. To ja idę wklepać sobie krem przeciwzmarszczkowy.

sobota, 24 kwietnia 2010
ContinUAL?

Jak doniosły zaprzyjaźnione wiewiórki z Houston i jak trąbi prasa w Chicago, chicagowskie United ma się połączyć z houstońskim Continentalem. Siedzibą nowej lini lotniczej ma być Chicago, co oczywiście mnie jako tutaj zamieszkałą niezmiernie cieszy, a co wydaje się być powodem zdenerwowania pewnej pani z houstońskiego Chrona, która w swoim artykule wymienia, że owszem "The Blues Brothers" są fajni, ale kaman - Chicago?

Odpowiadając więc na pytanie, gdzie powinna znajdować się siedziba nowych linni i dlaczego w Chicago, należy wziąć pod uwagę kilka czynników:

1. reprezentacyjny

Tak wygląda siedziba United w Chicago

Zdjęcie http://www.aviewoncities.com

A tak Continental w Houston

Zdjęcie mrchriscornwell (flickr)

Czy ja tu muszę coś komentować?

No dobra, naprawdę tak.

2. osobisto-patriotyczny

Budynek United jest jednym z moich ulubionych w Chicago i zawsze chciałam tam pracować. Jako że za parę miesięcy będę szukać pracy, fuzja jest mi bardzo na rękę. Poza tym, więcej  Polonusów w Chicago niż w Houston, co absolutnie nie ma znaczenia, ale a co mi tam.

3. pokładowo-żywieniowy

Buy two tickets, get one Chicago style pizza free. Zamiast serwowanych na pokładzie Continentalu przywiędłych hamburgerów (no taki akurat mi się trafił) dawali by może chicagowskie hot dogi?

4. polityczny

Z bogatą historią korupcji w Chicago, przy okazji takiego lukratywnego połączenia, na pewno będzie okazja do szwindli, przekrętów i układów, czyli jednym słowem, będzie się działo i będziemy na ustach całego kraju.

5. finansowy

Tańsze bilety z Chicago do Houston? He he, jak sobie narysuję.

Na razie jednak, don't cry for me, Houston, gdyż Continental wycofał się z prawie już pewnego dealu z United w 2008, więc kto wie, co się stanie teraz. A tak w ogóle, to zastanawiałam się wczoraj, czy może powinnam postarać się o kartę kredytową nowych lini, żeby gromadzić mile i punkty. Czy korzystacie z takich kart wydawanych przez linie lotnicze? Ja mam z mojego banku, ale od kwietnia zmienili zasady i trzeba zgromadzić więcej punktów, żeby mieć upusty na biletach, więc aż tak bardzo to się nie opłaca ciułać tych dularów. Gdzie się opłaca?

sobota, 17 kwietnia 2010
Nie ma jak u babci

Jakby mi ktoś jeszcze ze dwa lata temu powiedział, że będę się zastanawiać nad przeprowadzką na przedmieścia albo do innego miasta, to pewnie popukałabym się w głowę. Nie, na razie się nie przeprowadzam, ale po tygodniu spędzonym u teściowej na przedmieściach Columbus, stwierdziłam, że w takim miejscu to mogłabym mieszkać. Ha! Ja, zdeklarowana chicagowianka! Fakt, że Chicago od pewnego czasu zaczęło mnie trochę męczyć, a z pojawianiem się Zosi uwypukliły się jego wady: zatłoczone, niemiłosierne korki (przejazd przez miasto od południowej strony do naszego domu na północnym zachodzie zajął nam wczoraj ponad godzinę), kiepskie szkoły publiczne, kierowcy nie zatrzymujący się na stopach, hałas itd. A w Worthington ćwierkają ptaki, sąsiedzi staromodnie i ekologicznie wieszają pranie na sznurkach, zielono, cicho, spokojnie, korków nie zauważyłam ani tam ani w samym Columbus (te autostrady! - nie to, co tutaj), biblioteka oferująca darmowe programy dla dzieci w wieku Zosi (a nie jak chicagowska w mojej okolicy od 18 miesiąca), centrum fitness z super basenem dla małych dzieci i praktycznie nielimitowanymi godziny wejść dla członków, no słowem, zapachniało mi małym miastem, gdzie życie toczy się leniwie i powoli.

Żeby oczywiście nie było, że już jestem przechrzczona na przedmieścia, to przejeżdżając wczoraj przez downtown, mówiłam do męża jakie to nasze Chicago ładne, zielone i z kulturą na poziomie (patrząc na rzeźby Magdaleny Abakanowicz w Grant Parku). Ale zachciało mi się małomiasteczkowej ciszy. Na pewno ma na to wpływ, że miałam w Worthington mini-wakacje i czas na kino, zakupy, czytanie książki i wypad na lunch ze szwagrami. Do tego teściowa poznała mnie wcześniej z Małgosią (pozdrawiam), więc miałam okazję wyskoczyć z nią oraz jej przyjaciółką Anią na piwko. No i oczywiście jedzenie. Jej lodówka to taki mini sklep spożywczy. Czego ona tam nie ma! Przeróżne rodzaje oliwek, serów chyba z dziesięć rodzajów, dipy, sosy, ze trzy albo cztery rodzaje lodów, a do tego wypieki: domowej roboty brownies, cupcakes i chocolate chip cookies. A wczoraj na odjezdne usmażyła nam nowoorleańskie beignety. I serwowała je oczywiście z kawą z Cafe Du Monde. Do tego odprawiła nas z trzema daniami obiadowymi, żebyśmy nie musieli gotować przez następne parę dni. Aż żal było wyjeżdżać.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 45