My kind of town

środa, 03 stycznia 2007
Say kanpai!

Ostatni raz, gdy zrobiliśmy sushi w domu (jakieś półtora roku temu) stwierdziliśmy, że nie ma szans na zbliżenie się do tego, co podają w restauracjach. Na sylwestra postanowiliśmy spróbować ponownie i wyszło rewelacyjnie.
Ja przygotowałam stół, a Adam sushi przy moim skromnym udziale. Na zdjęciu salmon avocado maki (łosoś z awokado) oraz nigiri sushi: tuńczyk, krewetka i łosoś. Więcej na Flickr. Powiedz “kanpai” (coś jak nasze “na zdrowie”) i smacznego.

              


Last time we made sushi home, we decided that that was no chance to have it done the same way it was served in a restaurant. We tried again on the New Year’s Eve, and it turned out to be great.
I set the table, and Adam made sushi with my small assistence. On the photo: salmon avocado maki and nigri sushi: tuna, shrimp, and salmon. More sushi photos na Flickr. Say “kanpai” (“cheers” in Japanese)!

niedziela, 31 grudnia 2006
(Nie)postanowienia noworoczne

Noworocznych postanowień nie robię, bo nie zamierzam się frustrować w ciągu roku, że ich nie wypełniam albo zapominam. Postanawiam na bieżąco, że będę częściej chodzić na siłownię, gotować obiad przynajmniej dwa razy w tygodniu (bo z reguły mąż gotuje) i być w lepszym nastroju każdego ranka. Bo z reguły jestem średnio miła około 7 rano. Wstawać rano nie cierpię odkąd pamiętam. Jako choleryczka, łatwo mnie szlag trafia na różne rzeczy, np. pocztę (o tym za chwilę, bo chyba nikt nie wątpił, że będzie ciąg dalszy moich opowieści pocztowych). A ze wstawaniem jest najgorzej. Może nie każdego dnia, ale jak jeszcze nie wiem, co założyc do roboty, to już klapa. I jak jeszcze do tego rajstopy skręcają mi się na nogach albo spodnie z wełny gryzą w tyłek, to taki dzień nie może być udany. No więc NIE postanawiam noworocznie, że będę lepsza, bo rajtki i tak będą się przekręcać, mąż ustawi toster na „very dark” i tosty będą wyglądać jak znalezisko z Biskupina, znajdę plamę na świeżo wypranej bluzce, rozleję kawę na papiery w kuchni, spóźnię się na pociąg, Amazon zgubi moją paczkę, przyśle mi drugą, a ja potem dostanę tą pierwszą. I tak bym mogła jeszcze przez 50 linijek, ale przecież postanawiam, że nie postanawiam, że będę lepszą osobą.

A poczta w najlepsze odesłała mój list, w którym ich kulturalnie ochrzaniłam. Wysłałam go do menadżerki dystryktu chicagowskiego na adres, który był na tym śniegowym ostrzeżeniu i wrócił do mnie parę dni temu. To już mam trylogię pocztową (część pierwsza i druga historii).

Oby nam się wszystkim rajstopy na dupie nie przekręcały każdego ranka.

17:46, aniabuzuk , Grrr
Link Komentarze (11) »
piątek, 29 grudnia 2006
To put a pig under somebody

(Polish: podłożyć komuś świnię)

That would be actually kind of funny. No idea where this term comes from. Perhaps one time there were two brothers, one was good, and the other was bad. The bad one stole a pig from a rich farmer because he wanted to sell it and get money for new shoes (you know now what plans I have for this weekend). But the owner found out very quickly that the pig was missing, and was almost sure that the bad brother did it. The bad brat decided to get rid of the pig, and secretly put it under the good brother’s bed.

It means to put someone into an inconvenient situation.

Imieniny Sylwestra

Nigdy nie przepadałam za sylwestrem. W czasach licealnych nie byłam towarzyska i spędzałam czas po szkole czytając i oglądając, co się dało i miało jakąs wartość intelektualną. Nie miałam więc tabunu znajomych, z którymi imprezowałam i może dlatego nie wspominam liceum z łezką w oku. Znacznie ciekawiej żyło mi się na studiach, choć sylwek nadal nie miał jakiegoś specjalnego charakteru. Były jakieś imprezy sylwestrowe, których już nie pamiętam.

Najlepszy sylwester w życiu spędziłam w 1999 roku w Łebie, u progu roku 2000. Ludzie dostali wtedy fioła ze świętowaniem, ale także z pluskwą milenijną i potencjalnym końcem świata i trochę mi się udzieliło. Ja i moja najlepsza „przyjaciołaka”, jak się kiedyś zatytułowała w smsie wysłanym po spożyciu trunków rozweselających, zebrałyśmy grupę znajomych i pojechaliśmy do Łeby. Jako, że znajomi zabrali też ze sobą krewnych i znajomych królika zrobiło się nas jakieś 15 czy 17 osób. Zarezerwowaliśmy poddasze wielkiej chałupy i wpakowaliśmy się w pociąg. Część z nas jechała z Lublina, inni bodajże z Krakowa, ale w końcu wszyscy znaleźliśmy się w osobówce do Łeby. Mróz był cholerny, my zmęczni po całej nocy w pociągu do Gdańska, a osobówka wlokła się 20 na godzinę. Przysięgam, można było wysiąść z pierwszego wagonu, zapalić fajkę na świeżym powietrzu i zdążyć wsiąść do ostatniego wagonu. Gdzieś o piątej nad ranem dojechaliśmy. Oczywiście nikt nie wiedział, gdzie mieściła się ta wynajęta chałupa, więc szwendaliśmy się smętnie po ciemnej Łebie szukając adresu, którego nikt nie znał. Znaleźliśmy. Obudziliśmy właścicieli i jak stado słoni przetoczyliśmy się po schodach na górę.

Morze zimą było cudne. Śnieg na plaży, zrobiło się cieplej, słońce wyglądało zza chmur, człowiek miał pstro w głowie i mógł pić wódkę do piątej nad ranem. Świętowaliśmy zawzięcie przed sylwestrem, w trakcie i po. W chałupie, co pokój to impreza. Nawet jak się wyszło „na miasto”, to i tak w każdej knajpie siedział ktoś z naszego towarzystwa. Moja przyjaciołaka spaliła sobie dół kurtki siedząc za blisko grzejnika w jednym z barów i racząc się grzanym winem. No, pogrzało ją też z dołu.

Po północy, która powitaliśmy na plaży, zaczęłyśmy rozckliwiać się nad nieobecnością dwóch gagatków, którzy z nami nie przyjechali i na fali nieodwzajemnionych uczuć wrzuciłyśmy dwie butelki szampana w fale Bałtyku. Puste, oczywiście. Wiem, szpetny był to czyn i może ktoś sobie rozwalił sobie stopę o moją butelkę sześć miesięcy później. Ja sobie wybaczyłam, może i morze mi wybaczy kiedyś. Wspominam rzewnie tego sylwka.

A w Chicago mijają sylwestry dosyć spokojnie. Pierwszy spędziłam nad Michiganem oglądajac ognie sztuczne. W tamtym roku poszliśmy ze znajomymi na kolację do brazylijskiej knajpy, a potem pojechaliśmy do nich do chaty. W tym roku nie mam planów i szczerze mówiąc niewiele mnie to martwi czy obchodzi. Nie mam serca organizować imprezy u siebie w domu, bo i bez tego mam bałagan, którego sprzątnięcie konsekwentnie przekładam na „po świętach”. Do baru nie pójdę, bo jak będę pić od ósmej wieczorem do drugiej nad ranem, to następnego dnia może nie być teleranka. Znajomi albo nas nie lubią albo nie robią imprez, bo propozycje nie padły. Nie jesteśmy towarzyscy ostatnio, muszę przyznać. No i ciul. Pójdę sobie do kina, hazbend może zrobi sushi i jak będzie trzeba to się spiję u siebie na kanapie. Do łazienki też blisko.

Wszystkiego najlepszego w 2007.

16:53, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (11) »
czwartek, 28 grudnia 2006
Święta w Lutsen Mountains
Wyjechaliśmy w piątek o drugiej po południu, a do Tofte, gdzie mieszkaliśmy zajechaliśmy o północy, czyli zgodnie z przewidywaniami. Nasze „condo” okazało się być dokładnie takie jak się spodziewaliśmy: w pełni wyposażona kuchnia (nawet obierak do ziemniaków mieli), kominek, oddzielna sypialnia, jacuzzi i cudny widok na Lake Superior. Rano słońce swieciło tak mocno, że musieliśmy trzymać żaluzje zasłonięte, bo nie sposób było spojrzeć w okno.

W okolicy zero śniegu (na trasach narciarskich na szczęście był), temperatura też coś koło tego i ludzi nie za dużo. Duluth, czyli najbliższe większe miasto jest bodajże około 85 mil od Tofte i Lutsen, gdzie jeździliśmy na nartach. Pytanie do Ani z Portland, która kiedyś mieszkała niedaleko Tofte: czym zajmują się okoliczni mieszkańcy? Czy turystyka i pobliskie Lutsen Mountains są głównym źródłem utrzymania? Jak Ci się tam żyło? Jestem ciekawa, bo to takie fajne uczucie być w bądź co bądź odległym zakątku USA i wiedzieć, że ktoś z Polski tam kiedyś mieszkał. Dlatego jestem zła na siebie, że gdy któregoś dnia na parkingu pod Lutsen Mountains, gdy usłyszałam polską mowę (nasi tam byli!) nie powiedziałam choćby „Wesołych Świąt”.

Do rodziców zadzwoniłam w wigilię z góry między jednym ślizgiem a drugim, bo w hotelu nie było zasięgu. Nasza wigilia była jak się patrzy, choć odpuściłam sobie dwanaście potraw. Pierogi (tylko nie pytajcie, czy ja robiłam), barszcz (hazbend ugotował) i rybka. Do tego opłatek od sąsiada (dostaję od niego na każde święta) i wino. A potem prezeeeeeeenty!


Okazało się, że z jeżdzeniem na nartach nie jest tak samo jak z rowerem. To, czego nauczyłam się rok temu poszło w niemal zupełne zapomnienie. No, ale w końcu jak się ma narty na nogach dwa dni w roku, to trudno wymagać cudów.

Początki były więc trudne, a pierwszy dzień zakończył się tak:



Wyrżnęłam ostro, a według hazbenda wyglądało to dość dramatycznie. Palec wskazujący zaczął puchnąć i boleć, więc udaliśmy się do punktu medycznego, gdzie miły ratownik Matt wsadził mi palucha w prowizoryczne szyny. Złamania nie było, ale tego dnia więcej już nie pojeździłam. Siedziałam więc sobie przez godzinę w restauracji popijając advokata z rumem. Miałam więcej szcześcia niż rozumu, bo ten ratownik powiedział, że jak się złamie palec, to wsadzają go w gips niemal do łokcia. No, wszystko co ja mam, to pół ręki wyglądającej jak wielki zielono-niebiesko-fioletowy siniak.

Nauka z zeszłego roku nie tak całkiem poszła w las. Ani razu nie wywaliłam się zsiadając z wyciągu. I nie wypadłam przez okno z kolejki gondolowej. Ostatni raz w takiej kolejce byłam z tatą na Kasprowym Wierchu lat temu ileś tam, więc tym razem dla odmiany darłam się ze strachu przez całą drogę na górę, choć trasa jest bardzo krótka i nie tak wysoka jak na Kasprowy.

Powiem Wam, że choć "home sweet home", to wracać nie chciało mi się wcale. Człowiek za szybko przyzwyczaja się do miłego spędzania czasu. Zdjęcia z wyprawy tutaj.

*****
We left Chicago on Friday the 22nd at 2 pm, and got to Tofte, MN around midnight. Our condo turned out to be exactly as we were hoping for: a fully equipped kitchen, fireplace, separate bedroom, Jacuzzi, and wonderful view of the Lake Superior. In morning the sun was so bright that we had to keep the blinds closed.

There was no snow in the area except skiing runs, and not too many people either. I wonder what people do there for living. Are tourism and the Lutsen Mountais the main source of income?

For the Christams eve dinner we had pierogi, borsch made by Adam, fish, wine, and opłatek (a very thin white wafer). And gifts!

It turns out that skiing is not quite the same as biking. I have almost forgotten everything that I learned last year. But, after all, if you use the skis two days in a year, that’s not so surprising. The beginning was difficult, and the first day had ended like on the photo above.

I fell down roughly, and according to Adam it looked pretty dramatic. My index finger had started swallowing and hurting, so we went to see ski patrol. Then a nice ski patrol guy Matt put my finger into splints. The finger was not broken, but I was done skiing that day and spent the rest of the time in a restaurant drinking the eggnog with rum. I guess I was lucky, because that guy from the ski patrol told me that if I broke it, my finger would be in a cast up to my elbow. And all I have now is a big green-blue-purple bruise.

But I have not forgotten everything. I did not fall down at all getting off the chair lift. And I did not fall out of the window of the gondola. Last time I was in one of those lifts it was with my dad a long time ago. So, this time for a change I was yelling all the way. People say "home sweet home", but I was not feeling like getting back to Chicago at all. It was just so nice and cozy over there. Photos are here.

piątek, 22 grudnia 2006
Wesołych Świąt/Merry Christmas!

Hjuston pisała ostatnio, że została niespodziewanie matką chrzestną. Kilka miesięcy temu dostąpiłam zaszczytu bycia matką chrzestną żółwia mojego szwagra. Żółw jest z gatunku Russian Tortoise, a ja wydawałam się najlepszą osobą do nadania gadowi imienia. Stanęło na Saszy.

Wczoraj dostaliśmy od szwagra własnej roboty kartkę świąteczną i muszę przyznać, że jest to najbardziej urocza kartka, jaką w tym roku otrzymaliśmy. Wprawdzie zamiast „Merry Christmas” jest „Happy Holidays”, ale przymykam na to oko.

No to Wesołych Świąt!

When my brother-in-law John got a Russian Tortoise turtle, I became its god mother, and was designated to name it. The turtle name is Sasha. Yesterday, we got a home-made Christmas card from John and Jill, and it is the most adorable card we got this year. John, as a very politically correct guy, didn’t dare to tell us “Merry Christmas”, and used a generic “Happy Holidays”, but the card is cute, and I feel like the next year he’ll do better.

Merry Christmas!

17:05, aniabuzuk , Różne
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 grudnia 2006
Foie gras

Od czasu, gdy Joey i Chandler trzymali u siebie w mieszkaniu kaczkę i gęś, mam dla drobiu więcej sympati, choć wciąż pamiętam, że kiedyś kogut mojej babci ganiał mnie po podwórku niemal każdego dnia po powrocie ze szkoły. Bestia. Toteż, gdy cztery miesiące temu chicagowski City Hall wprowadził prawo zakazujące serwowania foie gras w restauracjach, bardzo mnie to ucieszyło. Uważam tucz kaczek i gęsi na wątróbki za jeden z bardziej niehumanitarnych sposobów traktowania zwierząt. Drób jest skazany na rurę w gardle i niewyobrażalne ilości jedzenia rozsadzającego wątrobę, aby ta urosła do gigantycznych rozmiarów.

Po czterech miesiącach okazuje się, że restauratorzy mają nowe prawo głęboko gdzieś. Jeden z nich oprawił tekst zakazu, powiesił obok kasy i powiedział, że klienci, jak i on sam bardzo lubią wątróbki. Inny próbuje obejść zakaz używając zastępczej nazw dla tej potrawy („Poproszę tego specjalnego homara”). Jeden z restauratorów usłyszał od adwokata, że gdy miasto ukarze go mandatem, zaskarżył jego konstytucyjne podstawy. Nawet miejski departament zdrowia publicznego stwierdził, że w czasach AIDS, nowotworów i wirusa zachodniego Nilu ma inne, ważniejsze sprawy na głowie, a wątróbki są ich ostatnim zmartwieniem.

Zakaz dotyczy foie gras, a co niektórzy restauratorzy serwują po prostu „duck liver”, w ten sposób go obchodząc. Muszę przyznać, że choć w pełni popieram niejedzenie kaczych czy gęsich wątróbek, to zakaz sam w sobie jest dość idiotyczny. Nie jest to przecież potrawa, która może komuś zaszkodzić, poza podniesieniem poziomu cholesterolu. Nie niesie żadnego ryzyka, jak jedna z japońskich ryb, która nieumiejętnie oprawiona może przyczynić się do śmierci konsumenta. Podejrzewam więc, że zakaz długo się nie utrzyma.

środa, 20 grudnia 2006
Na nowych śmieciach

Pusto tu jak w sklepie w latach osiemdziesiątych. Parę dni przed świętami to chyba nie najlepszy czas na przeprowadzki blogowe, ale jak się znajomi z zakładek dowiedzą, to mam nadzieję, że będą mnie tu odwiedzać. Trzeba będzie coś zrobić z szablonem, bo wieje tu szpitalną białością. Na razie jeszcze czuję się tu dziwnie. Jakbym rozmawiała z osobą, którą właśnie poznałam i do końca nie wiedziała, o czym mówić.

******

It feels so empty here. And this white template reminds me a hospital. I will have to do something with it. So far I have been feeling like talking to a person who I have just met, and have not figured out what to talk about.

21:45, aniabuzuk , Grrr
Link Komentarze (2) »
1 ... 41 , 42 , 43 , 44 , 45