My kind of town

wtorek, 24 sierpnia 2010
Welcome home

Odkąd przyleciałam, nie mam czasu na nic. Ledwo się rozpakowałam, a już się pakowałam od nowa na wyjazd do teściowej i szwagrów do Ohio. Bardzo się tam za mną i Zosią stęsknili. Nie tylko oni. Wuj Sam też się za mną stęsknił i w piątek przysłał pismo zaczynające się jak poniżej:

"By order of the Circuit Court of Cook County, Illinois, you are hereby designed as a stanby juror."

Wygląda więc na to, że 15 września mogą mnie wybrać do ławy przysięgłych. Diabli  nadali. Migać się nie będę, no ale kurna nie mogli mi tego przysłać rok temu jak byłam w ciąży (wtedy zdaje się można zostać z tego obowiązku zwolnionym)?Muszę chyba wrzucić "Dwunastu gniewnych" do Netflixa.

00:26, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 09 sierpnia 2010
Ostatki

Trudno uwierzyć, że w najbliższą środę o tej porze będę dolatywać do Chicago. Tak jest, panie i panowie, wakacje w ojczyznie dobiegają końca, a ja od dziś rana usiłuję wepchnąć swoje skarby do trzech walizek. Nie powiem, chce mi się już wracać, bom się deczko stęskniła za hazbendem, ale z drugiej strony, gdzie ja w Chicago będę miała tyle chętnych rąk do noszenia Zosi i jej rozpieszczania? Bo dziadki rozpieszczały Zosię ile się dało, wskutek czego mi pewnie będą więdły ręce od noszenia. Pocieszam się tylko, że stęskniony tata przejmie z radością część obowiązków.

Zosia niewątpliwie miała trzy ekscytujące miesiące. Przywiozłam dziewczynkę, która potrafiła jedynie siedzieć, bawić się zabawkami w zasięgu ręki oraz jeść z łyżeczki podawanej do ust.


Wyjeżdżam z pannicą, która raczkuje po całym domu, staje i chodzi przy meblach, jest w stanie sama dojść na czworakach do kota i wytarmosić go za ogon, ma już swój własny język, pije z niekapka i je wszystko, co wyrosło w ogrodzie u dziadków: ziemniaki, marchewkę, buraki, fasolę szparagową, szpinak, śliwki, borówki, brzoskwinie i jabłka.


Dziecko trafiło mi się wyjątkowo niewybredne do jedzenia (przynajmniej na razie) i podejrzewam, że zjadłaby wszystko, co bym jej dała, oby tylko nie było za pikantne. Najbardziej lubi jeść sama, obiema rękoma na zmianę. Sądząc po zainteresowaniach, wyrośnie z niej weterynarz, ornitolog albo florystka. Psy, koty, konie - im więcej i głośniej miauczą albo szczekają, tym lepiej. Gołębie i wrony uwielbia, podobnie jak kwiaty, które wydziera z łodyg i triumfalnie obnosi potem w rękach. Jej własny ojciec pewnie jej nie pozna. Ona jego pewnie też nie, ale że dziecko nie ma żadnego lęku przed osobami, których nie zna, to myślę, że po dwóch rundach na barana wokół ogrodu, tata będzie jej best friend forever. O ile oczywiście się dogadają he he.

Dziadki podchlipują od tygodnia na myśl o wyjeździe, a ja słyszę teksty o tym, żebym może wracała sama, a dziecko zostawiła im. Taka opcja nie wchodzi tym razem w grę, ale za parę lat, pogadamy inaczej. Na razie, ponieważ nie będą obchodzić z nami pierwszych urodzin Zosi, to wyprawili jej własne.

Zosia musiała oczywiście spróbować tortu. O zjedzeniu później kolacji przez dziecko mogłam zapomnieć, bo na jednej łyżeczce się nie skończyło.

Teraz nie pozostaje mi nic innego, jak przeżyć dziesięciogodzinny lot z dzieckiem, które ostatnio nie daje sobie założyć pieluchy i lata z gołym tyłkiem po łóżku, próbę włożenia w śpiochy oprotestowuje krzyczeniem i uciekaniem, a oddanie z rąk dziadka do moich wrzaskiem, bo krzykiem to już chyba nie można nazwać. Czy leci z nami dziadek?

22:09, aniabuzuk , Zosia
Link Komentarze (9) »
niedziela, 08 sierpnia 2010
Wpis spod krzyża

Ludzie, byłam pod krzyżem! Teraz nie być pod krzyżem to obciach (w myśl jednego z krzyżowych haseł: „Jest krzyż, jest impreza”). Pod krzyżem się bywa, robi happeningi, ustawia puszki z zimnego Lecha, przyprowadza Elvisa i szturmowców z „Gwiezdnych wojen” i wiesza transparenty „Precz Krzyżacy”, czy „Wykorzystanie krzyża do walki politycznej to jest dzieło szatana. Jarosławie, opamiętaj się.” Ludzie robią sobie takie jaja, że głowa mała. W tvnowskim „Szkle kontaktowym” leciały takie m.in. smsy od widzów: „Bezproblemowo usuwam krzyże – Jagiełło” albo „Usuńcie wreszcie ten Pałac zza tego krzyża”.

Są też tacy, którzy żyją w błogiej nieświadomości (choć trudno w to uwierzyć). Mijana tuż obok krzyża dziewczyna, przy której Dodę można nazwać co najwyżej „blachareczką” (blond włosy, tapeta, solara, plastikowe klapki na dziesięciocentymetrowym obcasie), zapytała się niewinnie swojego towarzysza „A co tu tyle ludzi?”

W przerwach między umawianiem się pod krzyżem, można na szczęście klapnąć na Nowym Świecie czy Krakowskim Przedmieściu i napić się piwa z sokiem. Mówią, że czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Dopiero, gdy przeszłam się kawałkiem Traktu Królewskiego, zjadłam zestaw obowiązkowy u Bliklego (jakie oni mają tam wuzetki!), spotkałam się ze znajomymi, popatrzyłam na polskie dziewczyny, które mają najwięcej witaminy, to poczułam jak bardzo brakuje mi w Chicago takiego deptaku i atmosfery wakacji. Mimo iż za każdym razem nie chciało mi się jechać do Warszawy (bo jeździłam z Zosią, a to cała wyprawa i zapchany po brzegi bagażnik), to cieszę się bardzo, że byłam, że się spotkałam, że widziałam, że poplotkowałam. No i że uczestniczyłam w wyprawie krzyżowej.

A propos spotkań, to hitem było moje spotkanie z Fioną_Apple i Filipem. Spotkanie zorganizowałyśmy na wariackich papierach, bo ja akurat przyjechałam do Warszawy, a Fiona wyjeżdżała (choć tak naprawdę dopiero co przyjechała, jak wiedzą ci, którzy czytają Wylęgarnię). No ale zabrałyśmy dzieci pod pachę, tj. do wózków i spotkałyśmy się wielce niemodnie pod Empikiem (no bo teraz to wiadomo gdzie się umawiać w stolycy). No co ja mogę powiedzieć – szkoda, że był to pierwszy raz i na razie niestety ostatni oko w oko z Fioną, bo było to bardzo miłe dwie godziny. Mamma, jak napisała u siebie, wygląda rewelacyjnie i w gadce jest równie dobra jak w pisaniu. Zosia i Filip zaczęli nieśmiało od wspólnego oglądania kaczek i gołębi, po czym przełamali lody i roznieśli w drzazgi „Czułego Barbarzyńcę”, gdzie nieliczni bibliofile usiłowali czytać. Nieszczęśni! Gdy Zosia weszła na górne „C”, Filip odpowiedział jej dolnym „D”, czy jakoś tak. Gdy Filip złapał pokrowiec od okularów Mammy, Zosia też chciała. Gdy Zosia miała pokrowiec, Filip jadł jogurt. Oboje zostali na moment zahipnotyzowani wiatrakami na suficie, ale trwało to tyle, co łyk mrożonej latte. Dziecko moje miało tyle wrażeń, że w drodze powrotnej usnęło w rydwanie, co ostatnio nie zdarza się wcale a wcale. No szkoda, szkoda, że nie będzie w najbliższym czasie powtórki.

Kończę, bo mnie łamie w krzyżu.

czwartek, 29 lipca 2010
Sezon ogórkowy

Najlepszy ostatnio sposób na "pozbycie się" dziecka na pół godziny.

14:15, aniabuzuk , Zosia
Link Komentarze (12) »
wtorek, 20 lipca 2010
Dzięki, Hjuston

No i kto mi teraz będzie przysyłał zdjęcia taśmy? Mam nadzieję na jakieś z Norwegii. Poniżej te, które dostałam z Houston. Może ja się odwdzięczę pickupami?

Tapicerka z houstońskiego zoo.

Ramka z chodnikowego rysunku.

Szyba za kierowcą.

Pan ze stopem.

sobota, 17 lipca 2010
Kawa na zimno

Wszystko ostatnio jest "stulecia". Powódź (niestety) stulecia, lato stulecia (kto widział mój ostatni wpis na FB, wie, że najbardziej brakuje mi tutaj klimatyzacji), ja mam przeziębienie stulecia, które złapałam od Zosi, a na deser jest sześćsetna rocznica bitwy pod Grunwaldem, która na bank była bitwą tamtego stulecia. Wiem, wiem, pierdzielę trzy po trzy, ale jest tak gorąco i tak mi leci z nosa, że już mi się na mur mózg zlasował. A jeszcze do tego zachciało mi się lasanii. Nie ma jak nastawiony na 200C piekarnik w domu, w którym jest już 100C. Boże, najchętniej wskoczyłabym do basenu i nie wyszła z niego przez następny tydzień.

Nie zważając na chore gardło, ratuję się lodami i kawą na zimno, robioną tak jak to widziałam w Grecji. Do wysokiej szklanki wsypuję łyżeczkę kawy rozpuszczalnej i cukier wedle uznania (ja daję łyżeczkę). Dodaję ciutkę wody i całość miksuję z minutę takim oto ustrojstwem, do nabycia np. w Ikei. Dorzucam parę kostek lodu i dodaję mleko aż pod czubek szklanki. Niedbającym o dietę polecam bitą śmietanę na wierzch. Nie wiem, czy kawa jest stulecia, ale na pewno jest pycha. Taki pseudo Starbucks w wersji "jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma".


poniedziałek, 05 lipca 2010
Szklana pogoda

Nuda, panie, jak w polskim filmie. To znaczy może nie nuda, ale mundial. Jak na razie lepiej być nie może. Brazylia, Argentyna i Portugalia - do domu. No po prostu marzenie. Pomarańczowi, którym kibicuję nieustannie od 1988 r., gdy zdobyli mistrzostwo Europy, grają może nie pięknie, ale skutecznie. Pięknie grają natomiast sąsiedzi zza Odry i mam nadzieję, że w środę pokażą Hiszpanom, jak się gra w piłkę. Jeśli będzie finał Niemcy-Holandia, będę miałą zagwozdkę, komu kibicować.

No więc Bronek, ogródek, piwko, telewizorek, żeby nie wypaść z praktyki używania zdrobnień. Odkąd przyjechałam, telewizji naoglądałam się tyle, co za rok w Chicago. Tutaj telewizor gra praktycznie od rana. W Chicago to raczej niemożliwe, bo jedyny jaki mamy (co zawsze bywa powodem zdziwienia panów od Dish Network) znajduje się w piwnicy i "gada" głównie wieczorem, gdy Zosia śpi, a i to nie codziennie. Jak w większości polskich rodzin, tak i w mojej (tej polskiej, nie amerykańskiej) telewizor zajmował centralne, nawet jeśli nie dosłownie, miejsce w pokoju gościnnym i wokół niego toczyło i toczy się codzienne życie.

Lat temu kilkadziesiąt w Sokołowie były ledwie dwa telewizory i mały Stefek, czyli mój tata ganiał do Domu Rzemiosła oglądać czarno-białą "Bonanzę", aby po wielu, wielu latach dowiedzieć się, że serial leciał w kolorze. Pięćdziesiąt czy czterdzieści lat temu, kolorowy telewizor był zresztą kompletną abstrakcją. Moi dziadkowie kupili sobie własny odbiornik w 1962 r. i mogli cieszyć się całymi dwoma programi telewizyjnymi. Telewizor marki "Alladyn" miał już wtedy pilota, podłączonego kablem do odbiornika. Siostra mojej babci miała zaś słynny telewizor "Fala", znany z tego, że obraz autentycznie na nim falował. Pod koniec lat 70. rodzice zaś dorobili się kolorowego radzieckiego Rubina, na którym przez całe lata oglądałam "Bolka i Lolka", "Reksia", "Muppety", pstrajki na Wybrzeżu (tak mówiłam na strajki), olimpiady w Moskwie i Sarajewie, "5-10-15" z Krzysiem Ibiszem oraz tę niedzielę, gdy nie było Teleranka.

Upadek muru berlińskiego i kapitalizm powitaliśmy już z 32 27-calowym produktem imperializmu japońskiego marki Sony. Do tego odtwarzacz wideo, zarwane noce spędzone na oglądaniu Szwarcego i Stallone i można było świat doganiać. Soniak służył nam długo i w końcowym etapie swojego żywota buczał, a sygnał telewizyjny musieliśmy puszczać przez wideo, bo inaczej w ogóle nie odbierał. W międzyczasie byłam na studiach i gdzieś w okolicach drugiego roku, dostałam od rodziców 14-calowy telewizor Deawoo. Nie pamiętam, co wtedy się oglądało w akademiku. "Kasię i Tomka"? "M jak miłość"? "Klan" he he?

Wraz z nastaniem epoki dvd, starego dziadka wymieniliśmy na nowszy model tej samej marki. Z tym nie jestem jakoś specjalnie uczuciowo związana, bo został kupiony, gdy szykowałam się za ocean, czy jakoś podobnie. Tegoroczny mundial oglądamy już na telewizorze z płaskim ekranem i o większej niż dotychczas przekątnej ekranu. Ciekawe, co będzie w salonach za 20, 30 lat, zważywszy, że w czasach mojej młodości nikomu się nie śniło o pilotach, płaskich ekranach, automatycznej regulacji głośności i rozmiarach większych niż 21 cali. Statystycznie Polacy oglądają 4 godziny telewizji dziennie (najwięcej w Europie). Szklana pogoda.

czwartek, 17 czerwca 2010
Usłyszane

Wchodzi kogut do łazienki, a tam wszystkie kurki pozakręcane.

16:13, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (6) »
środa, 16 czerwca 2010
Gu gu gu, ga ga ga

Pisała Tracy Hogg, żeby do niemowlaków mówić jak do ludzi, dwudniowego delikwenta oprowadzić po domu i wytłumaczyć mu co gdzie jest, a zmieniając pieluchę zapytać się go/jej o pozwolenie. Zawsze się trochę z tego z mężem śmialiśmy, ale coś nam jednak po lekturze zostało, gdyż rzeczywiście sporo rzeczy Zosi tłumaczyliśmy i unikaliśmy mówienia do niej samymi zdrobnieniami, co zresztą w przypadku męża jest raczej trudne, gdyż angielski nie daje chyba takich możliwości jak polski.

Tymczasem w kraju-raju babcie, ciocie i wujkowie mówią językiem gu gu gu, ga ga ga. Niech się babcie i ciocie nie obrażają, broń Panie Boże. To bardziej moja obserwacja niż krytyka. Pewnych przyzwyczajeń nie da się zapewne zmienić. W każdym bądź razie, dzień Zosi w gwarze rodzinno-sokołowskiej wygląda tak:

Tuż po obudzeniu Zosia dostaje cyca. Po cycu dobrze by było, aby Zosia zrobiła beku beku. Potem następuje zmiana pieluchy. Jeśli pieluchę zmienia babcia, nie omieszka zapytać się Zosi "A kto tu tak naciciał?", "A kto tu tak naciciał?", "A kto tu tak naciciał?" (ctrl + V mi się nie zacięło). Kilka razy w ciągu dnia Zosia robi am am. Trzeba uważać, żeby nie było si. Nawet przy najlepszych chęciach Zosia zawsze się ubarduni robiąc am am. Trzeba wtedy zrobić chlastu chlastu twarzy i rąk. Po am am jest czas na zabawę, ostatnio przy użyciu pisu pisu. Chodzimy też lalu. Jak jesteśmy lalu, Zosia często widzi brum brum. Wieczorem Zosia bardzo lubi kąpku kąpku, a potem idzie spakulać.

Wpisane już chyba jest w nasz język i podejście do małych dzieci używanie zdrobnień jak rączka, nóżka, główka, czy syneczek. Zresztą, chyba nie tylko do dzieci, bo siedząc wczoraj na pedicurze, byłam proszona o zgięcie nóżki i założenie klapeczków. Paznokietki wyszły bardzo ładnie.

21:58, aniabuzuk , Zosia
Link Komentarze (19) »
niedziela, 13 czerwca 2010
Przy sobocie po robocie

Dziś niedziela i to już kończąca się, więc będzie o sobocie. Mam nadzieję, że jeszcze macie cierpliwość na relacje sokołowsko-polskie, bo podejrzewam, że do czasu mojego wyjazdu innych tu nie będzie. Nawet wygranego przez Chicago Blackhawks Pucharu Stanleya nie chciało mi się blogowo odnotować.

Truskawek miało nie być z powodu deszczu, a te które można kupić podobno są z terenów powodziowych. Ludzie to naprawdę nie mają jakich plot wymyślać. Truskawki są bardzo smaczne, a ich zapach po prostu wymiata. Tego mi było trzeba.

Żeby było jeszcze lepiej, ostatnio modne w domu zrobiło się pieczenie chleba. Ja na razie jeszcze nie piekę, ale powinnam się nauczyć. Robiony z razowej mąki, przywiezionej z odległego o kilka kilometrów młyna. W sobotę mama upiekła dwa, a dziś też dwa. Ja mogę go jeść w każdej ilości.

W sobotę wujek Samo Zuo grał koncert na zamku w pobliskim Liwie. Zameczek z XV wieku, armaty nie wiem, z którego, obok płynie leniwie Liwiec, w którym nie brakowało amatorów kąpieli, a Premier z Brudnymi Kunami grzmocił na garach z okazji Summer Festival. Mało go widać, no ale taki już już los perkusisty.

O ile wydawało mi się, że zapachu polskich truskawek nic nie przebije, to okazało się, że zapach świeżo skoszonego siana pobił truskawki na łeb na szyję. To poniżej to nie wiem, jakiemu celowi miało służyć, ale się mi podobał pomysł.

I na koniec maki, nie spod Monte Cassino, a spod Sokołowa.

No i tak to minęła sobota.

20:23, aniabuzuk
Link Komentarze (14) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 45