My kind of town

niedziela, 31 października 2010
Na dobre i na złe

Doktor Zosia

i jej pacjent

19:45, aniabuzuk , Zosia
Link Komentarze (18) »
wtorek, 26 października 2010
Z drugiej ręki

Korzystacie ze sklepów z używanymi rzeczami? Na studiach łaziło się po szmateksach w Lublinie w poszukiwaniu ciuchów (największe znalezisko - dżinsowa kurtka Levisa na podpince), ale potem jakoś straciłam chęć na przewalanie sterty ciuchów. Nie mam oporów przed noszeniem cudzych ubrań, ale właśnie to grzebanie w szmatach doprowadzało mnie do szału i szkoda było mi czasu.

Może więc dlatego rok temu dość niechętnym okiem spojrzałam na wór dzięciecych ubranek, które dostałam od sąsiadki. Sąsiadka akurat wyprowadzała się z okolicy, więc moją pierwszą myślą, że pewnie nie ma co z tymi ubraniami zrobić, no a ja tu byłam pod ręką i do tego w ciąży. Ale jak jak pojawiła się Zosia i w przeciągu miesiąca wyrosła z ubrań na jej wiek, to sięgnęłam do wora. Potem jeszcze przyjaciółka z Anglii podesłała mi trochę ubranek po jej chłopakach, a dalej teściowa powiedziała mi o sieci sklepów Once Upon a Child, które sprzedają używane dziecięce ubrania dla dzieci tak gdzieś do piątego roku życia oraz wózki, łóżka, nosidełka, leżaczki, huśtawki, książki i zabawki. Nie wiem, czy czytające mamy znają tą sieć. Sklepy działają na zasadzie franchisingu i skupują rzeczy od praktycznie każdego, kto chce sprzedać coś po swoich dzieciach. Większość produktów jest bardzo dobrej jakości. Nie ma ubrań z dziurami czy jakimiś plamami Bóg wie po czym. Dużo jest ubrań z Children's Place, GAPu i Gymboree. Są ciut droższe od niemarkowych, no ale i tak bez porównania tanie. Bluzka dla Zosi z długim rękawem kosztuje około $5, bluzy z kapturem między 5 a 10, spodnie około 6-8. Do tego część rzeczy jest na przecenach. 3/4 ubrań dla Zosi kupuję właśnie tam. Sklepy nie przypominają typowych "dzionkarni", że użyję nomenklatury mojej babci, czyli thrift stores (sklepów z używanymi rzeczami), gdzie pół towaru wala się po podłodze, a do wózka na zakupy można się czasem przykleić. Ciuchy są posegregowane według wieku i płci, zabawki według tematyki - grające razem, lalki razem itd. W chicagowskim sklepie jest też wyznaczone małe miejsce, gdzie można zostawić dziecko, żeby się bawiło zabawkami.

W Chicago - nad czym ubolewam - jest tylko jeden sklep tej sieci, z 10 minut jazdy od mojego domu, a w takim Columbus kilka. Dlatego zawsze, gdy jestem u teściowej wstępuję do jednego z tamtejszych Once Upon a Child. Sklep w Columbus jest ze trzy razy większy niż ten w Chicago, choć ostatnio wyszłam stamtąd niemal z pustymi rękoma. Puste wieszaki, zabawki poprzebierane, ledwie parę książek udało mi się znaleźć. Po powrocie pojechałam do sklepu w Chicago i z miejsca kupiłam 3 zestawy puzzli Melissa&Doug, które to puzzle uwielbia Zosia, a którą to markę uwielbiam ja. Np. te dźwiękowe puzzle za $12.99 kupiłam za połowę ceny. Kostium halloweenowy dla Zosi kosztował mnie $2.50, a wybór był z 5 razy większy niż w Targecie. Dość powiedzieć, że ilekroć tam jestem, to ludzi jest pełno. Szkoda tylko, że sklep w Chicago jest nieduży i trochę ciasnawy i że najbliższy z pozostałych 5 sklepów w IL jest 20 mil od mojego domu.

22:29, aniabuzuk , Zosia
Link Komentarze (15) »
czwartek, 21 października 2010
Południowa kuchnia, czyli jak sobie dogodzić

Wakacje, wakacje i po wakacjach. Przyjechaliśmy w poniedziałek po południu. Zosia zniosła podróż powrotną równie dobrze, jak pierwszą część. Ja nie wiem, czym sobie zasłużyłam na takie dobre dziecko, które przejeżdża 3000 kilometrów prawie że bezproblemowo, śpi 12 godzin w nocy, ząbkuje tak, że nie wiem, że ząbkuje i odkrywam znienacka piękną czwórkę w jamie ustnej, je wszystkie zielone warzywa, które jej dam no i w ogóle jest the best. Trafiło mi się jak ślepej kurze ziarno.

To tak w ramach dygresji. Wyjazd nie byłby wyjazdem, a ja nie byłabym sobą, gdybym nie popróbowała lokalnej kuchni. Z dzieckiem jest to ciut bardziej skomplikowane, bo nie można sobie pozwolić na dwugodzinną kolację zakrapianą trunkami, no ale i tak udało nam się parę razy wyskoczyć na kolacje i lunch, a Zosia miała okazję popróbować homara. Ale o tym za chwilę.

Ponieważ oboje uwielbiamy owoce morza, a byliśmy nad Atlantykiem, więc praktycznie tylko takie dania zamawialiśmy. Zaczęliśmy od prostego lunchu, ktory jedliśmy niedaleko naszego mieszkania w knajpie o wdzięcznej nazwie "The Salty Dog". Mąż, zupełnie nie wiem dlaczego, zamówił fish&chips, więc nuda, choć przyzwoita. Ja zdecydowałam się na kanapkę z crab cake, czyli coś w rodzaju małego kotleta z mięsa kraba. Z crab cakami miałam parę spotkań, mniej lub bardziej udanych. Ostatni jakiś czas temu należał do tych mniej, bo teściowa haniebnie je przypaliła, co zdarza jej się naprawdę rzadko, więc z grzeczności przeżułam tego przypaleńca, bo mi było jej trochę szkoda. W każdym bądź razie, znali się na rzeczy w "Słonym Psie". Crab cake był świeży, podany na ładnie opieczonej bułce, z liściem sałaty, pomidorem, kiszoniakiem i jakimś rewelacyjnym sosem na bazie majonezu. Niezłe niezłe.

Na ostatnią kolację poszliśmy też do tej samej knajpy i tym razem mąż zamówił danie dnia - do wyboru trzy rodzaje krewetek z sześciu dostępnych rodzajów. Wybrał coconut shrimp, czyli opiekane krewetki z wiórkami kokosowymi, krewetki z grilla i krewetki a'la Savannah. Te ostatnie zdaje się były w kremowym sosie z pieczarkami, ale ręki sobie nie dam uciąć, bo zajęta byłam przeżywaniem, jak dobre były moje shrimp&grits, czyli krewetki z kaszą kukurydzianą, czyli kultowe danie Południa. Pierwszy raz jadłam grits w wykonaniu hazbenda, jak tylko się tu przeprowadziłam i powiem, że był to raz ostatni zdaje się, bo albo mu nie wyszły albo ja nie byłam jeszcze gotowa na takie wynalazki. Teraz zaś, jakby shrimp&grits miały stronę na Facebooku, to z miejsca dałabym tam swoje "like". Grits nie tylko były z serem, ale też z sosem z boczku i z kawałkami kiełbasy. To była zdecydowanie ukryta bomba, bo po zjedzeniu nie mogłam się ruszyć przez pół godziny i tylko siłą woli doszłam do mieszkania. No ale całość była po prostu palce lizać.

No ale to i tak nic w porównaniu z najlepszą kolacją, jaką w życiu jadłam. Jedliśmy w pięknie położonej restauracji w porcie, z widokiem na ocean, zachód słońca i takie tam inne romantyczne bajery. Zamówiliśmy oboje dania specjalne dnia - hazbend całego homara, a ja połowę homara nadziewaną crab cakiem i do tego piękny filet mignon, czyli befsztyk. Jakby było mało, to podano to z najlepszymi w życiu mashed potatoes, czyli ziemniarami z jakimś rewelacyjnym pikantnym sosem oraz gotowanymi warzywami. Warzywa zjadła Zosia, która jak tylko zobaczyła homara, to zaczęła wyciągać ręce i dawać nam znać, że ona też chce. No to dostała. I chciała więcej. Ja też chciałam więcej, bo ten homar z crab cakiem był fan-ta-sty-czny. Szkoda że nie mam zdjęć, ale szczerze to nie zdjęcia były mi w głowie. Jakby kto kiedy zbłądził do Hilton Head Island, to polecam Topside at the Quarterdeck na kolację. Ceny niemałe, no ale za najlepszy posiłek w życiu warto było nieco wyskoczyć z kaski.

Jeśli więc chodzi o jedzenie, to spokojnie mogłabym mieszkać gdzieś między Nowym Orleanem a Charleston. Czy ja już mówiłam, że uwielbiam południe Stanów?

czwartek, 14 października 2010
Hilton Head Island

Gdy szukaliśmy miejsca na wakacje, myśleliśmy o innej okolicy w Południowej Karolinie - Myrtle Beach niedaleko Charleston. Teściowa powiedziała, że Myrtle Beach to taki Chevy, a Hilton Head Island BMW albo Jaguar. Zdaje się, że miała rację, bo wyspa jest utrzymana deluxe, a okolica - pełna palm, sosen, dębów, lagun i oczek wodnych - przepiękna.

Mam wrażenie, że tym razem zdjęcia wyjątkowo nie oddają tego, jak tu jest ładnie, no ale wrzucam parę. Może album na FB będzie lepszy.


Połowę wyspy zajmuje Sea Pines Resort, w którym my również się zatrzymaliśmy. Resort jest przeogromny - nie jakieś tam dwa leżaki na plaży i hotel przy boku, tylko dziesiątki, a może setki willowych domów, budynków z mieszkaniami i posiadłości, również prywatnych, a nie tylko na wynajem. Tak myślę, bo stoją przy nich skrzynki pocztowe z nazwiskami. Od głównego biura do miejsca, w którym mieszkamy jest jakieś 5 mil i jedzie się samochodem ponad 10 minut zalesioną drogą. Okolica to raj dla golfistow i tenisistów - jest kilka pól golfowych, a korty tenisowe są dosłownie wszędzie. W porcie (no bo port musi być, z wypasionymi jachtami) jest parę restauracji, sklepy z pamiątkami, ciuchami i tego typu atrakcje. Generalnie jest las, woda i plaża. Żeby kupić dziecku mleko trzeba zasuwać autem poza resort, bo na terenie nie ma żadnego spożywczaka. O, przepraszam, jest chyba jakiś malutki sklep w porcie. Zakupy zrobiliśmy na początku tygodnia tak, żeby z auta korzystać jak najmniej.

Ponieważ przyjechaliśmy nie w sezonie, więc ludzi jest niewiele. Więcej jest chyba ludzi koszących trawę i wysypujących sosnowe igły pod drzewami niż turystów. Widać głównie dziane z wyglądu babcie w daszkach na głowie z czerwoną szminką na ustach. Plaże pustawe, ścieżki rowerowe nie zapchane, a pogoda zapewne 10 razy lepsza niż latem, gdy jest tutaj 35 C albo i lepiej.  No i zapłaciliśmy za tydzień połowę tego, co w sezonie. Ścieżek rowerowych jest mnóstwo. Dostaliśmy beach cruisery, czyli rowery do leniwego jeżdżenia po plaży w cenie wynajmu mieszkania, więc śmigamy ile się da i ile tylko Zosia zniesie.

Zosia ma chyba time of her life. Plażę i ocean uwielbia. Z wrażenia zaczęła jeść piasek na plaży i nie mogła przestać. Do wody ciągnie ją non stop.


Ocean jest cieplutki. Widzieliśmy pływające delfiny. Normalnie prawie się popłakałam jak je pierwszy raz zobaczyłam. Wczoraj pojechaliśmy do stadniny pokazać jej kucyki. Obok kucyków, ktore same w sobie były dla niej atrakcją znajduje się tzw. petting farm, czyli część ze zwierzętami hodowlanymi. Dziecko po prostu zaniemówiło z wrażenia na widok kóz, kur, świń i królików. Odzyskała glos dopiero jak jelonek (bo też był - mam nadzieję, że może uratowany gdzieś od śmierci na drodze, a nie zabrany tylko po to, żeby siedzieć na farmie) polizał ją po nodze. Dziecku trzeba było smrodu końskiego nawozu i kurzych kup.

No nie mam się do czego przyczepić. Jest kurna zarąbiście. Warto było się tłuc 2 dni, żeby tu dojechać.

PS. A tak z innej mańki, to sorry, że się mało udzielam na znajomych blogach i niewiele komentuję. Ale czytam, choć mam też sporo zaległości. Dzięki za komentarze tutaj.

niedziela, 10 października 2010
Z drogi

Dziecko śpi za drzwiami, hazbend pojechał kupić jakiś junk food (niestety) na kolację, a ja mam chwilę, żeby coś w końcu napisać. Miałam pisać przed wyjazdem z zapytaniem, czy ktoś zna dobre sposoby na długie podróże samochodem z jednorocznym dzieckiem, no ale wyszło inaczej i dziś z rana, z lekkim godzinnym opóźnieniem wdepnęliśmy pedał do dechy (no prawie) i ruszyliśmy do Karoliny Południowej, a dokładnie Hilton Head Island. Dwa dni drogi, prawie 1000 mil i bagażnik wypchany po brzegi. Aha, no i dziecko z tyłu. Dziecko powinno chyba oficjalnie dostać tytuł najlepszego na świecie, bo zniosła pierwszy dzień bez żadnych problemów. Sprawdzone sposoby na rozweselanie dziecka podczas długiej jazdy nadal chętnie przyjmę. bo nie wiem jak długo będą się sprawdzać książki i instrumenta muzyczne w wersji mini. Zatrzymaliśmy się 3 razy, żeby rozruszać gnaty i zrobiliśmy połowę trasy.

Przyjechał hazbend z żarciem, więc przerwa.

Droga ja na razie nudna jak flaki. Jedyne atrakcje to farma wiatraków ciagnąca się przez mile w Indianie (Zosi bardzo się podobały), potem długo, długo nic, małe górki w Ohio i piękne jesienne drzewa. Śpimy w Kentucky. KFC na szczęście na kolację nie było, bo mąż znalazł jedyną chyba meksykańską restaurację w okolicy, więc raczymy się echilladas verdes a'la Kentucky i Coroną z zapasów własnych.

Jutro dojeżdżamy na miejsce, a poniedziałek jedziemy do Savannah spotkać się ze znajomymi. Na szczęście HHI jest tylko godzinę drogi do Savannah, bo trzeciego dnia w drodze bym już nie zniosła.

Idę spać.