My kind of town

niedziela, 25 października 2009
Po dwóch miesiącach

Wczoraj Zosia skończyła 2 miesiące. Od czasu, gdy pisałam o niej ostatnio w połowie września, sporo się zmieniło. W piątym tygodniu zaczęła się uśmiechać i sama trzymać głowę. Teraz uśmiecha się już kilkanaście razy dziennie, najpromienniej z rana, mimo iż głodna po przespanej nocy. Uśmiechy rozsyła też po każdym karmieniu oraz przy zmianie pieluchy. Wydaje też coraz więcej dźwięków. Jeszcze się nie śmieje, ale myślę, że niedługo zacznie. Najmarudniejsza jest oczywiście wieczorami, kiedy jest zmęczona, ale nie zainteresowana drzemką. Nie poddajemy się i próbujemy ją położyć chocby na pół godziny, ale z reguły kończy się na dobrych chęciach i Zosia płaczem uprzyjemnia nam jedzenie kolacji. No cóż. Jeszcze parę tygodni temu darła się bez opamiętania, tak że używaliśmy korków do uszu. Teraz jej wieczorne wrzaski jakby straciły na sile. A może my już się przyzwyczailiśmy.

Ponieważ wieczory są raczej z gatunku hardcore, nie mieliśmy do tej pory za wiele odwagi, żeby wypuszczać się z nią na kolacje do restauracji. W dzień nie ma problemu - zaliczyliśmy Ikeę i parę innych sklepów, choć przyznaje, że w temacie wyjść z dzieckiem jesteśmy mięczakami. No ale w końcu musiał być ten pierwszy raz wieczorem i wczoraj wybraliśmy się w czwórkę ze znajomą do polskiej knajpy z bufetem, coby nie tracić czasu na zamawianie. No i poszło bardzo dobrze. Zosia nie spała, ale też nie płakała, tylko siedziała i patrzyła na wszystko dokoła. Dziś byliśmy na śniadaniu w ulubionym dinerze, które Zosia słodko przespała, gdy jedliśmy tradycyjnie jajka z boczkiem i ziemniakami.

Ogólnie więc biorąc, życie z dzieckiem, jak i samo dziecko staje się dużo łatwiejsze. Nie byłoby pewnie tak dobrze, gdyby nie to, że Zosia od tygodnia śpi w nocy między 8 a 9 godzin (ostatniej nocy 9,5), czym wprawia nas w absolutny zachwyt. Mniej zachwycona była mleczarnia, która po pierwszych dwóch nocach oprotestowała nowe godziny pracy i unieruchomiła jedną z linii produkcyjnych, ale na szczęście strajk był krótkotwały i zakończył się polubownym porozumieniem stron. W związku z tym, że młoda śpi dużo w nocy, śpi dużo mniej w ciągu dnia, nie mam już tyle czasu, jak jeszcze parę tygodni temu, gdy nakarmionego malucha kładłam na dwie godziny do łóżka do czasu następnego karmienia. No ale grzechem byłoby narzekać w sytuacji, gdy Zosia śpi tak słodko w nocy, a my razem z nią.


16:41, aniabuzuk , Zosia
Link Komentarze (23) »
czwartek, 22 października 2009
Okoliczne domy

Dawno temu ktoś prosił w komentarzach przy jakimś wpisie, abym pokazała okoliczne domy. Zbierałam się i zbierałam, aż do teraz, kiedy spacerując z Zosią miałam okazję porobić zdjęcia. W okolicy najwięcej jest domów typu bungalow, domów budowanych z cegły, czego dzisiaj już nie uświadczysz.

Wspominałam o nich na blogu już parę razy. Wybudowane między 1910 a 1940, są najbardziej charakterystycznym elementem chicagowskiej architektury rezydencjalnej. Bungalow z prawdziwego zdarzenia powinien mieć ceglaną konstrukcję, linię dachu prostopadłą do ulicy, półtora piętra, witrażowe okna i kawałek trawnika z przodu (za Historic Chicago Bungalowe Association). Jest ich w Chicago 80,000 tysięcy i stanowią 1/3 wszystkich domów.

Obok bungalowów sporo jest też pseudo-wiktoriańskich domów ze strzelistymi dachami

albo pół-bungalowów, tj. takich, które mają tylko jeden poziom.


Moim ulubionym rodzajem jest bungalow z żółtej cegły, z przepięknymi witrażowymi oknami.


Ten na zdjęciu ma do towarzystwa garaż z takiej samej cegły (bez zdjęcia). Jest parę takich rodzynków w okolicy.

Ale chyba jeszcze bardziej charakterystyczną cechą chicagowskich dzielnic są tzw. alleys, czyli po polonijemu "ele" - uliczki za domami, gdzie stoją kosze na śmieci i których używa się, aby wjechać do garażu.

Wiele miast ich nie posiada, np. Nowy Jork albo, o ile pamiętam, jak pisał KW, Toronto. Chicagowskie "ele" są źródłem zarobku dla panów zbierających złom, którzy w pickapach z dobudowanymi drewnianymi bokami jeżdżą po okolicy i szukają wszelakiego metalu z niepotrzebnych rzeczy wystawianych obok koszy na śmieci. Kiedy wystawiliśmy z tyłu zepsuty sedes, zainteresowali się i nim, a dokładnie metalową rączką do spuszczania wody. Rączkę zabrali, sedes zostawili, choć i nim w końcu ktoś się zaopiekował.

I na koniec, jesień w Portage Parku, ta najbardziej kolorowa i najprzyjemniejsza.


wtorek, 20 października 2009
Przebierz się za nielegalnego kosmitę

Miałam w tym roku o Halloween nie pisać, bo ile razy można męczyć temat, no ale jak mi dziś mąż podesłał link z artykułem o jednym z kostiumów, to nie mogę się oprzeć. Kostium wygląda jak na poniższym zdjęciu i z miejsca oprotestowały go organizacje imigracyjne jako - cytuję - "kpinę ze statusu milionów imigrantów będących w potrzebie reformy imigracyjnej".


Kostiumik był do nabycia w Targecie online, Amazonie i Walmarcie i z miejsca zdjęto go z oferty, gdy pojawiły się pierwsze protesty. Ja tam nie bardzo widzę o co tu kopie kruszyć. No że ktoś użył tego samego słowa "alien" na porównanie nielegalnego imigranta i przybysza z kosmosu? Urząd Imigracyjny też tak nazywa imigrantów (kto miał z nimi do czynienia, wie, że petentów określa się właśnie tym słowem). No ale w Stanach można oprotestować wszystko, co się da, więc i durny kostium na Halloween też można, a trzem całkiem poważnym firmom z miejsca mięknie rura i wycofują produkt.

No a skoro już o tym nieszczęsnym Halloween, to w tym roku nie ominie mnie kolęda dzieci pytających o słodycze. Jako że będę w domu tego dnia i nie ucieknę do Ewy na ploty albo na kolację z mężem, to będę otwierać drzwi i rozdawać cukierki. Na szczęście będzie akurat teściowa z kolejna wizytą duszpasterską, więc wspomoże mnie nieco. A za rok pewnie sama będę łazić z Zosią i zbierać słodycze. No nie ma rady na układy.