My kind of town

środa, 31 października 2007
Dyniowe wycinanki

Żeby już tak do końca nie marudzić na to Halloween, parę przykładów pumpkin carving. Takie Halloween to mi się podoba. Sfotografowane 3 tygodnie temu w Sandusky.


wtorek, 30 października 2007
W okularach na Halloween

W tym roku nie idziemy na żadne przebierane przyjęcie, bo nikt ze znajomych takiego nie robił. Nie zmartwiłam się zbytnio, bo zawsze mam problem z kostiumem dla męża. Mąż bowiem nosi okulary, a kontaktów nie używa. Wyobraźcie sobie pirata, wampira albo Frankensteina w okularach i od razu wiadomo o co chodzi.

Możliwości są więc ograniczone. Na jedną z halloweenowych imprez wymyśliłam mu strój Clarka Kenta. Kent nosił okulary, więc mąż wygrzebał gdzieś jakieś swoje przedpotowe bryle, przylizał włosy, założył koszulkę z logo Supermana, gajer i strój gotowy. Za rok nie poszło nam już tak dobrze, bo do stroju Draculi czy kogoś podobnego mąż założył swoje czerwone przeciwsłoneczne okulary, niby że takie krwarwe, no ale efekt nie był powalający.

Hjuston poradziła mi więc ostatnio, żebym ogłosiła na blogu konkurs na najlepszy strój dla męża w okularach. No to w takim razie ogłaszam. W tym roku już się nie przyda, ale jak by co może za rok zrobimy jakąś bibę i będzie jak znalazł?

Update: Zamiast konkursu na kostium na męża, powinnam chyba zrobić konkurs na spolszczoną nazwę tego święta, bo w komentarzach do poprzedniego wpisu padło: helołin, chelołin i halołin. 

22:28, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (13) »
Halloween – dla kogo?

Wraz ze zbliżającym się Halloween i moją rosnącą niechęcią do spędzenia wieczoru polegającego na otwieraniu drzwi małoletnim, którzy w wielu przypadkach nie są w stanie wydusić z siebie trick or treat i na bezczela podsuwają torbę na smakołyki, zastanawiam się dla kogo właściwie jest to święto. Hazbend przywołuje czasy jego dzieciństwa, kiedy i owszem chodził od domu do domu przebrany za ducha z prześcieradła, ale nie pamięta, aby Halloween było tak popularne i rozdmuchane wśród dorosłych. Jego rodzice chodzili na halloweenowe imprezy, ale bez przebierania się i wydawania małych fortun na kostiumy. O wszechobecnych dziś na amerykańskich podwórkach dmuchanych Frankensteinach, czaszkach, wiedźmach i kościotrupach nie było mowy, a za całą dekorację służyły wykrojone dynie oraz pomarańczowe worki na liście. Dziś nie tylko dzieci przebierają się tak, że mózg się lasuje (o tym za chwilę), ale i dla dorosłych jest to zabawa na całego.

Washington Post stawia tezę, że dzisiejsze halloweenowe szaleństwo jest zasługą baby boomers, którzy nie mogą zapomnieć dzieciństwa i kultywują przebieranki, na które kiedyś nie mieli pieniędzy. Podobnie, jak Święto Dziękczynienia i Boże Narodzenie, Halloween zostało skomercjalizowane do niemożliwości, a trick or treat pozostaje tylko marną namiastką tego, czym święto było kiedyś. Jednocześnie dokonała się kolejna zmiana w trendach halloweenowych strojów dla dzieci i nastolatków. Jak się okazuje, dziś nie wystarczy być Supermanen, wampirem, duchem czy innym E.T. Dziś nastolatki przebierają się za Playboy Racy Referee, Funky Punk Pirate Pre-Teen, Fairy-Licious Purrrfect Kitty Pre-Teen, French Maid, Sexy Cop, Sexy Super Girl, czy Runway Diva. Typowe akcesoria dla tych kostiumów to rajstopy kabaretki, odkrywające brzuchy obcisłe topy, imitacje skóry geparda, czy jak w przypadku kostiumu francuskiej pokojówki, patyk z różówymi piórami do wycierania kurzu.

Po lekturze artykułu pyta się więc mnie hazbend, że skoro Amerykanie są tak czuli na punkcie moralności i tego, co wypada, a co nie, to czemu takie kostiumy są w ogóle w sprzedaży? Skoro więc naród jest taki moralny, za jaki uchodzi i się uważa, to te kostiumy są dowodem na to, że może jednak tak nie jest, a granica między tym, co moralne, a odpowiednie i adekwatne zatarła się bezpowrotnie, a rodzice gdzieś potracili zdrowy rozsądek.

Halloween to nie jest moje święto, trick or treat mnie drażni i poważnie rozważam pójście do kina jutro wieczorem (mąż jest zajęty do 10 wieczorem, więc go ominie). Jedyne, co lubię to dynie, których jednak coraz mniej na schodach domów, jakby przepłoszone przez duchy, kłapiące szczęką czaszki i piszczące nietoperze. Nawet Ikea nie oparła się Halloween i na parkingu pod sklepem, gdzie ładowaliśmy pioruńsko ciężkie blaty do piwnicznego baru wisiał taki nietoperz, który co minutę darł pysk, że uszy więdły. Ale w sumie co ja się dziwię.
sobota, 27 października 2007
Pora na telesfora

Była kiedyś reklama zaczynająca się od słów “Aniu, czas na Colgate” i poza imieniem głównej bohaterki nie ma to w zasadzie nic wspólnego z dzisiejszym wpisem, ale tak jakoś mi się skojarzyło przy okazji mojego wczorajszego występu telewizyjnego. Nadeszła bowiem wiekopomna chwila i odcinek programu “Check, please!” z moim udziałem miał wczoraj wieczorem premierę. No, nie było źle, jak się obawiałam, a nawet w miarę nieźle. Ci, którzy nie widzieli mogą obejrzeć jeszcze raz dziś o 4:30 pm, jutro o 11:30 pm i w czwartek o 10 wieczorem na kanale 11, a na stronie programu nawet zagłosować na restauracje (i osobę), która podobała się najbardziej.

Na koniec tylko dwie uwagi: kamera zdecydowanie dodaje kilogramów, a mnie dziś boli głowa…

A oto, jak uwieczniła mnie Ewa w pierwszych minutach programu.



Spóźniony update: Tutaj można zobaczyć skrót z programu, gdy rozmawiamy o Friendship.

czwartek, 25 października 2007
Kawasaki, choć nie motor

Wyborów i polityki chyba wystarczy na razie na blogu. Teraz powinnam się skupić na pracy i zasuwać tu jak mróweczka, pszczółka czy inne pracowite zwierzę, żeby mieć asa w rękawie, gdy przyjdzie mi przekonywać szefa, aby firma zasponsorowała mi wiosenne wakacje w Kalifornii.

A wygląda to tak. Miejsce: Los Angeles. Czas: marzec 2008. Osoby dramatu: Cherie Blair (ta od premiera), Sherry Lansing (była CEO Paramount Pictures), Guy Kawasaki (guru marketingu) no i ja. Powód: doroczna konferencja branżowej organizacji, do której należę. Cel: przekonać szefa i firmę, żeby opłacili mi lot do Kalifornii, hotel i wpisowe, co myślę powinno zamknąć się gdzieś w okolicach 1500 dolarów.

Myślę więc i myślę, jakie tu dodatkowe działa (oprócz świetnych wyników, pochwał, komplementów i słów uznania za dotychczasową pracę...taaaa) wytoczyć, żeby się zgodzili. Miałam nadzieję, że nałapię trochę punktów za zorganizowanie w ekspresowym tempie prezentacji dla stu osób, którą jeden pan z firmy chciał ostatnio zrobić dla klientów firmy. Dzwoniłam więc przez dwa dni jak opętana po chicagowskich hotelach, szukając na gwałt sali na 100 osób, rozmawiając ze specami od audio/visual, menadżerami i przeglądając menu śniadaniowe. Tyle razy musiałam literować czteroczłonową nazwę swojej firmy, że teraz wyrwana o północy z głębokiego snu mogę literować Konstantynopolitańczykiewiczówna po angielsku bez zająknięcia i mylenia „ej” z „aj”, że o „i” nie wspomnę. A jeszcze w ramach dygresji, to takiego zdzierstwa, jak za śniadania w hotelach to już dawno nie widziałam. Liczą sobie w okolicach 40 dolców od osoby za parę plasterków boczku, jakieś pancakes, jajecznicę, do tego kawa i owoce. I jeśli prezentacja jest dla stu osób, to musielibyśmy zapłacić za żarcie dla stu osób, nawet jakby przyszło dwadzieścia. No, to się nazywa czysty zysk.

No ale wracając do tematu. Już miałam wszystko zaklepane w pobliskim hotelu, kawa dla klientów się parzyła, a pan od prezentacji odwołał cały plan, bo okazało się, że nie nazbieramy tylu klientów, więc nie opłaca nam się wydawać parę tysięcy. Szkoda, bo chciałam zobaczyć ten breakfast buffet za 4 dychy. No i moje dodatkowe punkty szlag trafił. Lekką rączką mi tego LA nie zasponsporują, bo choć firma nie jest skąpa, to woli inwestować w inne rzeczy. A tam będzie sobie Kawasaki gadał o „ewangelicznym marketingu”, a pani z Hollywoodu może sypnie plotami z planów filmowych. Cherie pewnie będzie miała lepszą fryzurę niż po wygranych wyborach w 1997, ale kobita robi w sumie w mojej branży, więc warto posłuchać. No i do tego ocean pod bokiem, Hollywood (choć już tam nie pojadę drugi raz), plaża, słońce, no po prostu California dream na kilka dni.

Rady, jak przekonać szefa chętnie przyjmę. 

05:55, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (10) »
środa, 24 października 2007
RHCP
Niektóre hot, a inne z ogonkami. Mąż przyniósł dziś z ogródka.


poniedziałek, 22 października 2007
Podobno

Podobno nie należy nam sie prawo głosu.

Podobno nie znamy się na polskiej rzeczywistości.

Podobno nie płacimy podatków.

Podobno nie mamy prawa wypowiadać się o przyszłości kraju.

 

Podobno 80% zarejestrowanych do głosowania w Stanach poszło do urn.

05:38, aniabuzuk , Grrr
Link Komentarze (17) »
niedziela, 21 października 2007
Sobotnia podróż kota Felixa

No to jadę

Muzyczka gra…

Widoczki za oknem niczego sobie…

Tu jeszcze nie byłem.

Jakieś krzyżyki trzeba stawiać?

Ta pani to nie wiem kto.


piątek, 19 października 2007
Wynalezione w Chicago

Oprócz hot dogów, Sears Tower, Rogera Eberta, Ala Capone, nadziewanej szpinakiem pizzy i resturacji „Staropolska”, Chicago ma się też czym pochwalić w dziedzinie nauki. Jury złożone z 10 naukowców wytypowało na początku października dziesiątkę najważniejszych osiągnięć naukowych dokonanych w mieście. Lista zawiera mniej lub bardziej kontrowersyjne dokonania, zresztą sami oceńcie, co wynaleziono w Chicago i co by było, gdyby niektóre z nich pozostały nadal słodką tajemnicą nauki.

10.Odkrycie procesu wytwarzania insuliny przez organizm ludzki

9. Wkład w rozwój metody datowania węglem C-14

8. Odkrycie anomali chromosowowych w nowotworach.

7. Odkrycie kwarka szczytowego (top quark – może ktoś z mat-fiz wyjaśni o co chodzi z tym kwarkiem)

6. Wkład w technologię budowy drapaczy chmur

5. Wkład w badania nad szczepionką na malarię

4. Odkrycie magnetic recording (ki czort?)

3. Badania nad hormonalnym leczeniem nowotworów prostaty i piersi

2. Wynalezienie telefonu komórkowego.

1. Pierwsza kontrolowana reakcja atomowa 

wtorek, 16 października 2007
Szef rządzi, szef radzi, szef nigdy Cię nie zdradzi

Jeśli ostatnio nie byliście grzeczni w pracy i zamiast pracować czytaliście na przykład ten blog, to dziś jest dobry dzień, żeby zmazać winy i odkupić grzeszki. W Stanach obchodzony jest dziś Boss’ s Day, czyli Dzień Szefa. Dla mnie totalna bzdura, zwana przez niektórych Hallmark holiday, czyli kolejnym sztucznym świętem wykreowanym, aby sprzedawało się więcej kartek, słodkich misiów i czekoladek. Lubię moich dwóch szefów, ale jakoś nie wyobrażam sobie, żeby specjalnie świętować to, że są szefami. W robocie chyba wszyscy myślą podobnie, bo na razie korowodów dziękczynnych innych pracowników nie widać. 

 
1 , 2