My kind of town

poniedziałek, 20 września 2010
Tym razem budowała Polskę

Wspomnienia lata w Polsce osnuły się pajęczyną, ale z kronikarskiego obowiązku - co upolowałam w domu u rodziców.

Jako że rodzice są zapalonymi ogrodnikami, więc trochę w tym temacie. Własnej roboty szczep czegoś tam na czymś tam (może Premier wie lepiej albo niech się dopyta taty).

Do podlewania drzewka

Do zbierania ziemniaków, przywożenia/wywożenia ziemi oraz przede wszystkim do wożenia małej Ani w poprzek po grządkach. Zosia była jeszcze za mała na taką atrakcję, ale za rok będziemy pruć po polu.

(Taczka jest pewnie starsza niż ja, no ale ja chyba jednak lepiej się trzymam i jeszcze nie sypię.)

WTF?

1150. Na emeryturze, przeznaczona na złom.

Wymieniony na nowszy model.


Zestaw majsterkowicza.


sobota, 18 września 2010
Spadek

Spadek przyjechał w dziś rano semi truckiem lub TIRem, jak kto woli. Na szczęście było gdzie zaparkować na ulicy, bo w "elę" na pewno by nie wjechał. Zdjęć nie zrobiłam, bo TIR pojawił się dwie godziny wcześniej niż było ustalone, a ja byłam w piżamie. Jak ktoś ciekawy jak wygląda taki pojazd na wąskiej ulicy, może zajrzeć tutaj hehe.

Spadek został ostrożnie (co by się nie rozleciał) wniesiony do garażu, bo nigdzie indziej by się nie zmieścił, co oczywiście rodzi pytanie, gdzie go ulokujemy, jak przyjdzie zima i stanie się oczywiste, że coś takiego, pochodzącego z 189 któregoś tam roku w garażu stać nie może.

Zbliżenie na szuflady

I na środek


Piękny, co nie? Taki oto antyk dostaliśmy w spadku po wuju Adama. Wuju, który był mężem ciotki, która zmarła w tym roku, a który to wuj umarł wiele, wiele lat temu i Bóg jeden raczy wiedzieć dlaczego spadek po nim dostał nam się właśnie teraz, a nie gdy wuj opuścił ziemski padół. Ciotka zaś umarła niedawno i z tego, co wiem zostawiła mężowi złoty sygnet po wuju, który to sygnet mąż przez parę miesięcy woził w swojej starej Hondzie, którą to Hondę rąbnęli nam spod domu tego lata. No ale zanim gwizdnęli nam auto, hazbend zdążył sygnet wyjąć z auta po tym, jak mu nagadałam o wożeniu złota w samochodzie, więc nie napiszę tu, że jakiś szemrany lokals obnosi się po okolicy z naszym klejnotem rodowym.

Ale wracając do wujka, czyli cioci. Resztę zaś majątku ciocia zostawiła swojej córce i tu dopiero zaczęłaby się prawdziwa historia do opisania, no ale choć rodzina nie kuma po polsku, to mimo wszystko nie mogę jej robić więcej koło pióra niż już zrobiłam, więc z żalem spuszczam zasłonę milczenia na rodzinne dzieje i klechdy.

Kredens stoi więc sobie na razie w garażu i diabli wiedzą, co z nim zrobić. Mamy już w domu parę podobnych antyków: stół w jadalni, niemiłosiernie skrzypiące krzesła do kompletu, przeszkloną witrynę, bufet i jeszcze jedną witrynę. Aha, i drewnianą skrzynię, którą z tego całego towarzystwa najbardziej lubię. Do wyżej wymienionej reszty zdążyłam się przyzwyczaić, choć nie są w moim stylu. Kredensik zaś jest najbardziej obciachowy z nich wszystkich i poza faktem, że NAPRAWDĘ nie mam gdzie go podziać, to jak patrzę na niego, to mi z lekka słabo. Ja nie wiem, co ten wuj myślał, jak nam zapisywał ten kredens. Nie zrozumcie mnie źle - bardzo miło z jego strony, no ale co tu ściemniać - ni w pięć, ni w dziewięć nam ten prezent.

Amerykanie mają jakąś manię z antykami. Nawet wymyślili sobie czasownik na określenie oglądania i kupowania antyków, czyli antiquing. Chyba każde miasteczko po drodze do Columbus ma sklep z "antykami". Widzieliście kiedykolwiek "Antiques Roadshow" na PBS, gdzie rzeczoznawcy oceniają wartość wyciągniętych z szaf, strychów i piwnic rupieci?

Oczywiście, że jestem ciekawa ile kredens może być warty. Nie mam zielonego pojęcia, ale jak zobaczyłam, że wysłanie go do nas kosztowało prawie 900 dolców, to na razie chyba wzięłabym w ciemno te 9 stów i wolała mieć miejsce w garażu.

Jak to mówią, z rodziną wychodzi się najlepiej na zdjęciu.

23:16, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (22) »