My kind of town

piątek, 26 września 2008
Jak maluje Marketa

Na odtrutkę o kryzysie finansowym (czworo koleżanek i kolegów właśnie opuściło okolice mojego biurka po półgodzinnej debacie), kilka zdjęć ze strony mojej ulubionej chicagowskiej artystki Markety Sivek, o której wspominałam przy okazji Artropolis. Gdybym miała pięć tysięcy dolarów na zbyciu, to z miejsca kupiłabym ze dwa płótna. Za każdym razem, gdy odwiedzamy jej studio przy okazji festiwalu artystycznego Around the Coyote zaskakuje nas ilość nowych prac.

Kolejny festiwal już niedługo, bo o d 17 do 19 października. Marketa oczywiście będzie. Polecam przejrzenie galerii na jej stronie.


         Zdjęcia ze strony www.marketasivek.com

20:27, aniabuzuk , Kultura
Link Komentarze (16) »
czwartek, 25 września 2008
Listy do Obamy

W “wolnych” chwilach między pracą, szkołą i domem hazbend zrobił pro bono stronę Letters for Obama, gdzie każdy kto ma ochotę przekazać coś kandydatowi, może załączyć list korzystając z prostego interfejsu, czy jak to się tam zwie. Oczywiście, nie ma gwarancji, że Obama te listy przeczyta, no ale nigdy nic nie wiadomo. Zachęcam do przesłania adresu strony znajomym no i załączenia własnego listu. Jest już kilka wpisów. The more, the merrier.

Dzięki,

A&A

17:17, aniabuzuk , www
Link Komentarze (12) »
środa, 24 września 2008
Wzmocnienie obrony (albo ataku)


Zdjęcie nadesłane przez czytelniczkę Alicję, akurat na rozpoczęty dwa tygodnie temu sezon futbolu amerykańskiego, którego nie rozumiem i oglądam tylko w rzadkich momentach, gdy np. Bearsi awansują do finału. Jak komentowałam niedawno u Anety, do rozumienia tego sportu (oraz bejsbolu) trzeba się chyba urodzić Amerykaninem, więc szansa przed moimi dziećmi, które tata Jankes będzie zabierał na treninigi Little League. A ja na stadion Chicago Fire, żeby uczyły się prawdziwego futbolu.

poniedziałek, 22 września 2008
Zostań obywatelem

Całkiem przypadkowo dowiedziałam się kilkanaście dni temu, że wszystkie aplikacje o naturalizację, które napłyną do USCIS po 1 października będą kwalifikowane do nowego testu na obywatelstwo. Podobno ma być trudniejszy, ale tak naprawdę czort wie do końca, jaki będzie. Najnowsza polityka USCIS zdaje się zmierzać do tego, aby zaostrzyć warunki przyznawania obywatelstwa, stąd całkiem możliwe, że nowy test uderzy głównie w osoby, które z angielskim i wiedzą o USA są na bakier. 

Szczerze mówiąc, nie mogę tak całkowicie nie zgodzić się z tym, co proponuje USCIS. Coś w tym jest, że obywatelstwo powinno być dla osób, które wykazują pewien stopień asymilacji z krajem, a znajomość języka jest jednym z głównych wyznaczników. Ręce mi opadły, gdy poszłam w sobotę na spotkanie w sprawie obywatelstwa, gdzie można było uzyskać darmową poradę prawną w wypełnianiu aplikacji, a także z pomocą pracowników i woluntariuszy New Americans Initiative złożyć takową aplikację. Na spotkaniu przyszli głównie Polacy i Latynosi. Każdy, kto chciał porozumiewać się z doradcą po polsku lub hiszpańsku miał taką możliwość. Problem polegał na tym, że takich osób było prawie 100% Gdy kolejka oczekujących na konsultację zaczęła się wydłużać, woluntariuszka zapytała, kto mówi po angielsku i mógłby w tym języku porozmawiać z konsultantem. Odpowiedziałam tylko ja. Pytam się więc, jak pozostali mają być obywatelami, gdy nawet w sprawie swojej aplikacji nie umieją porozumieć się w innym języku niż ojczysty? A jak dodać, że aplikacja, choć upierdliwa, to nie jest trudna i wymaga podstawowej znajomości angielskiego, to ręce opadają po raz wtóry.

Dobrze więc podsumowała to wczoraj Ewa, że na osobach nie znających języka zarabiają adwokaci imigracyjni. Ja od siebie dodam wszelkie biura, które organizują kursy na obywatelstwo, gdzie wtłaczają kandydatom na obywateli, ile stanów ma Ameryka i kto jest wiceprezydentem. Nie mam wielu powodów, żeby narzekać na Amerykę, ale aż mi się ciśnie na usta, że jaki kraj, tacy obywatele.

piątek, 19 września 2008
Jak Jankes wódkę testował

Oprócz słabości do polskich dziewczyn, hazbend żywi sympatię dla polskiej wódki. Jedyną rzeczą, o którą mnie prosi, abym przywioziła z Polski jest właśnie wódka. Z reguły kupuję mu Chopina (bo jest dobry i robiony 30 km od mojego rodzinnego miasta) oraz Zawiszę, o której zdaje się już kiedyś pisałam, że była to nasza weselna wódka, stąd mamy duży do niej sentyment. Poza tym nie do dostania w Chicago. Z tych właśnie powodów, hazbend obruszył się cholernie po jednej z reklam Smirnoffa, gdzie w tzw. blind tasting, angielsko-rosyjska wódka wygrała z innymi trunkami. Mąż postanowił więc zrobić własne testowanie wódki i udowodnić, że nie ma jak polski wyrób ziemniaczanopodobny.

Kupiłam kabanosy, mąż zaprosił kilku kolegów, którzy przyszli z polskim sushi, czyli koreczkami śledziowymi oraz ogórkami kiszonymi, były też panie akurat przejazdem z Polski. W szranki stanęły następujące marki (w kolejności alfabetycznej): Chopin, Luksusowa, Ozone z Litwy (kiedyś przywiozłam z Polski, bo mi się butelka podobała), Pan Tadeusz, Smirnoff, Wyborowa i Zawisza. Wódki skandynawskie tym razem nie były reprezentowane. Testerzy, którzy nie widzieli, co mąż nalewa im do kieliszków, mieli ocenić każdą z wódek w skali 1 do 10. Po zakończeniu testowania punkty zostały zliczone i wyłoniony zwycięzca.

Dla mnie wynik był zaskoczeniem. Wygrała stara – i jak się okazuje – dobra Wyborowa, przed Zawiszą i Chopinem. Gdy wydało się, że już po zawodach, przyszedł jeszcze jeden kolega i zasiadł to testowania. W wyniku dogrywki, zwycięzcą okazała się Zawisza.  Mąż, który również testował (choć nie do końca na ślepo, bo widział, co sobie polewa) najwyżej ocenił Chopina. Smirnoff pałętał się gdzieś w tyle i w przygniatającej przewadze polskich wódek nie miał szans.

Do następnego vodka testing musimy dołączyć kilka marek: Absoluta, Finlandię, Belvedere i Goose Island Grey Goose (Goose Island to browar w Chicago). Są inne propozycje?

środa, 17 września 2008
Najbardziej stresujące miasto Ameryki

Zaskoczył mnie ostatni sondaż Forbesa, w którym tak właśnie sklasyfikowano Chicago. Powody to: rosnące bezrobocie, droga benzyna, duże zagęszczenie ludzi i zła jakość powietrza. Podobnoż przegoniliśmy Nowy Jork, który wydaje mi się, że miałby wszelkie predyspozycje, aby objąć prowadzenie w tym rankingu (zajął drugie).

Ja bynajmniej nie czuję się zestresowana w moim Ciupago. Owszem, benzyna znowu podskoczyła, kolejny rekord przy pompie i jest to wkurzające, podatek od sprzedaży mamy wysoki, ale chyba jest niewiele rzeczy, które mnie tutaj naprawdę stresuje. Forbes pisze, że w Chicago wszyscy wszędzie jeżdżą, co ma być jednym ze źródeł napięć i frustracji. No chyba nie widzieli pociągów Metry albo CTA w porannych godzinach szczytu. Napakowane do ostatniego miejsca, a CTA właśnie zaczyna demontaż siedzeń w wagonach, żeby więcej osób się zmieściło (pomysł swoją drogą jest durny, ale pokazuje zapotrzebowanie na większą przepustowość transportu). Zestresowana to ja byłam w Los Angeles pośród oceanu samochodów i szaleńczo jeżdżących kierowców, a nie w Chicago.

Co mnie tutaj stresuje to dziurawe ulice (urwę koło, czy nie urwę?), pogoda zimą i czasami korki (choć nie tak, jak hazbenda, który dostaje drgawek, gdy ma postać w korku 5 minut). Dla mnie Chicago jest dość wyluzowane, nie tak zakręcone, jak Nowy Jork, czy LA, do ogarnięcia i odkąd się tu przeprowadziłam, to czuję się tu lepiej niż w jakimkolwiek innnym miejscu, w którym mieszkałam, a Forbes niech sobie pisze, co chce.

piątek, 12 września 2008
A podobno nie lubię popcornu

Jednym z lepszych prezentów chicagowskich jest kubełek karmelowego popcornu z Garrett Popcorn. Nie żadne tam snow globes, t-shirty Cubsów, Soxów, Bearsów i inny turystyczny szajs, ale popcorn na słodko.

                       

Jak niektórzy wiedzą, popcornu normalnie nie lubię, w kinie nie toleruję, ale ten karmelowy jest chyba jedynym rodzajem, który mogłabym jeść bez opamiętania, pewnie dlatego, że nie smakuje jak typowy kinowy popcorn polany toną masła. Przed sklepami Garrett są prawie zawsze kolejki, regularnie stojące również na zewnątrz w deszczu, śniegu i czymkolwiek, co akurat pada nam na głowy. Sklep oczywiście oferuje sprzedaż online. Najmniejszy rozmiar, jaki można zamówić to prawdziwie amerykański galonowy kubełek.

PS. Na torbę z karmelowym popcornem podrywał mnie mąż. Najpierw wzgardziłam (I don’t like popcorn), mąż nie odpuścił, ponowił atak, spróbowałam no i widzicie, jak to się skończyło.

środa, 10 września 2008
Lato pełne mandatów

Czy u Was w mieście zakładają żółte blokady na samochody z niezapłaconymi mandatami? W Chicago są one dość popularne (zdecydowanie mniej wśród tych, którzy taką blokadę dostają), a w ciągu ostatnich dni trafiły na pierwsze strony gazet, gdyż burmistrz, szukający kasy, gdzie się da, chce zaostrzyć ich stosowanie. Dotychczas żółtego kapcia zakładano delikwentowi za trzy niezapłacone mandaty. Daley chce, żeby zakładać już za dwa.

Trzeba przyznać, że w wyciąganiu kasy od zmotoryzowanych mieszkańców Chicago jest bardzo sprawne, zaczynając od tego, że mamy najdroższą w kraju (poza Alaską i Hawajami) benzynę. Ostatnio zaś poustawiali na wielu skrzyżowaniach fotoradary, które strzelają fotki przejeżdżającym na czerwonym świetle. Parę dni temu sfotografowali męża, ku mojej wściekłości, bo mógł jednak przyhamować. Radary chyba nie są jednak dokładne, bo na skrzyżowaniu Irving Park i Austin tamtejszy błyskał lampą, gdy zapaliło się zielone światło, a inny robił zdjęcia przechodzącej po pasach osobie. No ale zawsze to źródło zarobku dla miasta. Poczekamy, zobaczymy, czy przyjdzie kolejny pomarańczowy list.

Kolejny, bo mąż nie ma coś ostatnio dobrej mandatowej passy i dostaliśmy właśnie pocztą mandacik za przejechanie bramek autostradowych bez zapłacenia. Wracając z sausage festu, mąż jechał Hondą, na której nie mamy iPassu. iPass to takie plastikowe pudełko naklejane na przednią szybę, które umożliwia przejazd płatną autostradą bez zatrzymywania się na bramkach lub zatrzymaniu się tam znacznie krócej niż przy płaceniu gotówką. Inne stany też mają podobne, zwane EZ Pass albo iZoom. Mąż, zwiedziony znakami „Missed toll? Pay online.” śmiało przejechał przez bramki. Sprawdził potem podaną na znaku stronę w necie i rzeczywiście można było zapłacić. Problem w tym, że mąż albo nie doczytał albo jak to ma w zwyczaju zapomniał, że na zapłacenie ma ledwie 5 dni, nie zapłacił no i jesteśmy 85 dolców w plecy.

Za to, gdy przychodzi już do płacenia, Ameryka pełną gębą. Płaciłam kilka tygodni temu mandat, który na odjezdne z mojego pięknego miasta dostał mój brat za parkowanie na Belmont między 4 a 6 po po południu (obrodziło mandatami tego lata, przyznacie). Na mandacie z boku czytam Pay online – cityofchicago.org/revenue (no tak, dla nich dochód, dla nas strata). No to wchodzę, znajduję opcję zapłacenia mandatu, wstukuję numer rejestracyjny samochodu i pięknie wyskakuje calusieńska historia mandatowa męża: gdzie, za co, ile, które udało mu się wygrać w sądzie, a które zapłacił. Podaję numer karty kredytowej i jestem lżejsza o 60 dolarów. Szybko, sprawnie i bezgotówkowo niczym w reklamach Visy. I biznes się kręci.

piątek, 05 września 2008
Bajeczka McCaina

Miałam nadzieję, że Ania coś napisze o wczorajszej mowie McCaina, bo regularnie daje sprawozdania z wyborczego frontu, no ale na razie nie pisze. Konwencji republikanów nie oglądałam tak regularnie, jak demokratów. Nowej gwiazdy prawicy Sary Palin nie słyszałam, podobnie jak innych przedmówców McCaina. No ale mowy prawdziwego mavericka wysłuchałam. Było to jak słuchanie opowieści dziadzia snującego wnusiowi bajeczkę na dobranoc. „Wiesz, wnusiu, mamy dobrego prezydenta (zauważyliście, że nie wymienił go z nazwiska), który w czasie największego ataku na nasz wspaniały kraj, obronił go przed dalszymi terrorystycznymi zakusami. Ta pani, która jest jego żoną to dobra kobieta i jak na prawdziwą żonę przystało nie wtrąca się w nie swoje sprawy, a zajmuje się dziećmi i sierotami. Widzisz, wnusiu, Wietnamczycy ciemną nocą (albo bladym świtem) wyłowili mnie gdzieś pod Hanoi i trzymali w więzieniu przez 5 lat. Ciężko było, wnusiu, oj, ciężko. Ale pokochałem wtedy nasz kraj mocno, jak nigdy przedtem i od tamtej pory robię wszystko z myślą o naszej kochanej Ameryce”.

I tak dalej i tak dalej. A w tle gwiaździsty sztandar, orły, red, white, and blue oraz skandowane na widowni “USA! USA! USA!” Czułam się, jakbym oglądała odcinek Simpsonów. Senatora McCaina szanuję i chylę czoła za te pięć lat w wietnamskim pierdlu z połamanymi rękoma, w brudzie i syfie. Nie żywię do niego żadnych negatywnych uczuć, ale za cholerę nie mogłam wykumać z tej jego mowy, że change is coming. Parę ogólników rzuconych na koniec mowy nie zdołało zatrzeć mojego wrażenia, że mowa McCaina była po prostu przedstawieniem własnych zasług, a zmiany to może i nadchodzą, ale chyba nie z tego obozu.

Nie święci garnki lepią

Niektórzy jednak lepią.

Ten bębniarz (garncarz?) uliczny w San Francisco swoje polepił akurat całkiem nieźle i głośno lansował siebie i swoją muzykę. Podobnych lanserów było zresztą w mieście całkiem sporo.

 
1 , 2