My kind of town

środa, 26 września 2007
Po koncercie „Polska dla Chicago”

Impreza była dobrze przygotowana. Zainteresowanych koncertem i spotkaniem z Kaczyńskim dowiozły trzy autobusy spod dwóch polskich kościołów z północnej części miasta i Domu Podhalan na południu. Według informacji, które usłyszałam dziś rano w amfiteatrze Parku Millenijnego pojawiło s 7 tysięcy ludzi. Koncert zaczął się o czasie i przebiegał dość sprawnie. Artyści zaprezentowali się nieźle, poza Janem Pietrzakiem, który zestawem przeterminowanych dowcipów o Breżniewie, Jaruzelskim i Reaganie odwalił według mnie typową chałturę. Beznadziejna była tylko prowadząca Katarzyna Jamróz, która w egzaltowany sposób przedstawiała kolejnych artystów, czytając ich życiorysy (jakbyśmy my tu na emigracji nie wiedzieli kto to Piasek czy Steczkowska).

Gwóźdź programu, czyli prezydent Kaczyński w moich oczach wypadł beznadziejnie. Nie mam w domu ani polonijnej ani polskiej telewizji, z reguły czytam wypowiedzi prezydenta, więc tym razem miałam okazję zobaczyć, jak prezentuje się na forum publicznym. Pomijając już moje sympatie czy antypatie polityczne, uważam, że jest wyjątkowo marnym i bezpłciowym mówcą. Burmistrz Chicago, który również pojawił się na scenie wypadł przy nim niczym wulkan emocji, nawet jeśli ciut przesadził z ekspresją. Publiczność przyjęła Kaczyńskiego owacyjnie, ale wśród siedzących obok mnie osób słychać było co raz dosadne komentarze w trakcie prezydenckiego przemówienia. Prezydent skompromitował swoje marne zdolności językowe, nie umiejąc poprawnie wymówić nazwiska burmistrza Daleya oraz jednego z kongresmenów, sam nawet komentując, że źle je wymówił. Jeśli nauczenie się dwóch obco brzmiących nazwisk przerasta możliwości głowy państwa, no to wybaczcie.

Jedno z czym organizatorzy nie trafili to wybór gwiazdy wieczoru. Widać, że w amfiteatrze przeważała starsza Polonia, głodna trącących myszką kawałów Pietrzaka, gdyż tuż po jego występie, a przed kończącą koncert Steczkowską, połowa publiczności opuściła pawilon.

Dla zwolenników prezydenta, był to raczej sukces. Dla tych, którzy nie darzą go sympatią, kolejna okazja do przekonania się, że brakuje mu obycia i elokwencji.

wtorek, 25 września 2007
Prezydent w Chicago

Polityki na blogu chyba nigdy nie było. A tu jutro przylatuje do Chicago prezydent Kaczyński, a Millennium Parku ma się odbyć koncert „Polska dla Chicago”, o czym informuje grafomański komunikat na stronach konsulatu. Mam nadzieję, że rodzina mnie nie wydziedziczy, ale wybieram się. Nie dla prezydenta bynajmniej ani artystów, raczej z ciekawości, ile osób dojedzie na ten przedwyborczy festyn. Zresztą, jeśli tradycyjnie prawicowa chicagowska Polonia dopisze, to i tak prezydenta nie zobaczę pośród morza moherowych beretów i przyznam, że w rękaw płakać z tego powodu nie będę. Mąż mówi, że powinnam przygotować stosowny transparent z najsłynniejszym cytatem prezydenta, ale myślę, że ta opaska wystarczy.


www.spieprzajdziadu.com
poniedziałek, 24 września 2007
Kolorowe jarmarki

W parku niedaleko mojego domu przez weekend odbywał się festiwal szumnie nazwany „Art in the Park”. Ze sztuką miał niewiele wspólnego, ale poszliśmy zobaczyć. Wokół parku rozstawili się sprzedawcy wszelakiego badziewia. Czego tam nie było: serwetki kuchenne, świeczki, zabawki, biżuteria, ubrania dla dzieci, garnki, baterie, amatorskie grafiki i karykatury, pocztówki, ciasteczka Oreo robione na szydełku i mnóstwo innych dupereli (kilka zdjęć po sąsiedzku). Jak na odpuście, jak to krótko podsumowała Ewa.

Pamiętacie odpusty? W moim rodzinnym mieście odpust odbywał się w niedzielę około połowy sierpnia, gdy przypadały imieniny Rocha. Czemu akurat Rocha, nie wiem, ale w parafii odpust był właśnie w jego imieniny. Odpust lub jak mówiło się u mnie w domu po prostu „na Rocha” był jednym z ważniejszych wydarzeń lata. Zjeżdżała się rodzina, mama robiła tradycyjny polski obiad obiad, obficie zakrapiany wódeczką, z deserem z kompotu z porzeczek, które musiałam zrywać i czego szczerze nie cierpiałam i jednym z maminych letnich ciast. Zanim doszło do obiadu, przed południem szliśmy na plac przed kościołem, gdzie już w sobotnią noc rozkładali się handlarze, zajmując sobie dogodne miejsce. Dla mnie i moich dwóch braci (rodzonego i ciotecznego) był to znak, że można zacząć naciągać rodziców na odpustowe badziewie. Chłopaki zawsze kupowali kapiszony albo specjalne korki do strzelania. O ile mnie pamięć nie myli, mieliśmy stary pistolet do kapiszonów, który zdaje się pamiętał jeszcze czasy mojego ojca – ciężki, zardzewiały, ale idealny do strzelania. Brat cioteczny zawsze zaopatrywał się w parę wampirzych zębów, które uparcie nosił przez resztę popołudnia. Hitem była gumowa głowa diabła, która po naciśnięciu policzków wypluwała długi czerwony język. W latach popularności „Niewolnicy Isaury” kupowałam broszki z Isaurą i Leonciem. Potem był Limahl, Madonna i Michael Jackson. Naciągałam też rodziców na tendetne pierścionki z kolorowymi oczkami, które można było rozgiąć od spodu i dopasować do każdego palca. Popularną zabawką było też wypełnione trocinami jojo na gumce i plastkowe wiatraczki, które teraz widuję w ogródkach amerykańskich domów.

Cały plac przed kościołem wrzał. Przepchać się między straganami graniczyło z cudem. Z reguły było upalnie, więc domyślam się, że rodzice po zakupie obowiązkowej waty cukrowej dla nas woleli ewakuwować się do domu. Zupełnie nie pamiętam, czy sami coś kupowali, bo w mojej pamięci nie zachowały się żadne ślady przedmiotów, które mogły interesować dorosłych. Zastanawiam się, czy odpust na Rocha odbywa się jeszcze, a jeśli tak, to co teraz można kupić na straganach pokrytych brezentem, z prymitywnymi stolikami i towarem upchanym z tyłu w kartonach? Jakoś nie przyszło mi nigdy do głowy iść tam już jako dorosła osoba i sprawdzić. Choć może i lepiej, że nie poszłam, bo pewnie gdzieś ulotniłyby się wspomnienia z dzieciństwa i zostałby tylko niesmak na widok rzeczy, które teraz są niczym więcej niż badziewiem i tandetą. A tak pozostanie mi beztroska pamięć „kolorowych jarmarków, blaszanych zegarków, pierzastych kogucików, baloników na druciku, motyli drewnianych, koników bujanych, cukrowej waty i z piernika chaty”.

19:30, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 17 września 2007
Tell me why

Karolino, cóżeś mi uczyniła! Po ostatnim blogowym łańcuszku obiecałam sobie w duchu „nigdy więcej”. I choć mój mąż mówi, że nic mi w życiu nie wychodzi tak łatwo jak mówienie „nie”, to nie odmawiam i odpowiadam dlaczego piszę bloga.

Chciałabym zabrzmieć oryginalnie, ale cóż można powiedzieć oryginalnego o pisaniu internetowego pamiętnika. Zaczęło się od strony, którą założyliśmy z mężem, a o której już pies z kulawą nogą nie pamięta. Mąż rzucił „a może byś bloga tam pisała”, potem go skonfigurował i zaczęłam. Początki były więcej niż nieporadne, zważywszy, że pióro było moją silną stroną i należałam do grona tych nieszczęsnych (i zapewne nielubianych) osób, które w liceum na zadane dziesięciostronicowe wypracowanie reagowały uśmiechem na twarzy. Wraz z pisaniem, zaczęłam również czytać inne blogi i tak powoli rozrósł się blogroll, jak i sam blog, który w końcu, ku rozpaczy męża, przeniosłam na Bloxa. Po pewnym czasie poczułam się na tyle dobrze z blogowaniem, że założyłam drugiego bloga, o tematyce filmowej.

Dla kogoś, kto lubi pisać, pisanie bloga powinno być jak ćwiczenia dla pianisty. Często dopada mnie niemoc twórcza i wolę pomilczeć niż pisać jakieś bzdety, które czytane dwa miesiące później wywołują u mnie uczucie zażenowania. Tak naprawdę, mój blog ciągle ewoluuje i chyba jeszcze nie odkryłam dokąd zmierza. Wielką frajdę sprawia mi, gdy od czasu do czasu uda mi się spłodzić wpis, jak ten o szewcu, ale ten rodzaj pisania jest dla mnie najtrudniejszy. Gdy dopada mnie kryzys blogowy, myślę o zawieszeniu bloga (na razie nie mam jednak tego w planach) skoro nie umiem pisać na poziomie mnie samą satysfakcjonującym (tak, to pewien rodzaj tchórzostwa). Pisanie wymaga mniejszego czy większego wysiłku i materiału, na którym blog mógłby się oprzeć. A jeśli nie ma materiału, to przynajmniej powinny być umiejętności, aby z nikłej dawki blogowej substancji stworzyć wpis, który będzie miał ręce i nogi. Nigdy natomiast nie przyszło mi do głowy, aby zakończyć bloga Bez popcornu, bo filmów raczej nie przestanę oglądać, więc materiału mi nie zabraknie.

Ponieważ łańcuszków nie lubię, nie nominuję nikogo. 

21:56, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (12) »
piątek, 14 września 2007
Wydeptane ścieżki

Kiedyś doprowadzała mnie do szału wielkomiejskość Chicago i brak w nim małych zakładów rzemieślniczych, które miałam pod bokiem w mieście rodzinnym. A i w Warszawie nie brakowało szewców, czy krawcowych. Dobrze było wiedzieć, że gdy zetrze mi się flek od ulubionych szpilek, to skoczę do Antolika na Długiej albo do warszawskiego szewca na Grenadierów. W Chicago, znalezienie szewca, krawcowej, czy kogoś, kto naprawiłby urwany pasek od torebki, było dla mnie niemal wyzwaniem. Niby internet, niby książki telefoniczne, ale szukanie przypomniało błądzenie po omacku.

Czasami mam wrażenie, że rzemieślnicy, szewcy w szczególności to wymierający gatunek, bo czy zdarzyło Wam się kiedykolwiek spotkać młodego szewca? Czy w Polsce, czy w Stanach, szewc to starszy pan, w kanciapie ze staroświeckim zegarem na ścianie, z zapachem pasty do butów i butaprenu w powietrzu, zawalonej stosami niemodnych butów. Na półkach i podłodze męskie zdarte mokasyny, damskie pantofle na grubym, niemodnym klocku, stare pomarszczone kozaki, półbuty z poprzecieranymi sznurówkami, trochę smutne i zmęczone świadectwa ich właścicieli.

„Mój” zakład szewski mieścił się na Irving Park, tuż przy Six Corners, a właścicielem był starszy, biały jak gołąb Grek Sokrates. Sokrates bynajmniej nie udawał Greka i zawsze wdawał się ze mną w dyskusje o Grecji i oliwkach z Kalamaty, o pracy, deszczu no i butach oczywiście. Z reguły wstępowałam tam po pracy. Mąż czekał w samochodzie i szlag go trafiał, bo moje „podrzucę buty do szewca” zawsze kończyło się przynajmniej dziesięciominutową konwersacją z Sokratesem. Choć z natury introwertyczka, ze starszym panem rozmawiałam jakbyśmy się znali od lat.

Myślę, że było to jakiś rok temu, gdy poszłam z kolejną parą butów i zastałam na drzwiach kartkę, która poraziła mnie treścią. Było to podziękowanie za wsparcie po śmierci Sokratesa. Jak to? Tak nagle i bez ostrzeżenia? W środku zastałam jego syna oraz żonę, od których dowiedziałam się, że Sokrates zmarł nagle na atak serca. Historia jakich wiele, nie dbał o siebie, nie brał lekarstw, całe dnie spędzał w swojej kanciapie, łatając cudze buty. Im zawalił się świat, a ja poczułam się, jakbym straciła starego dobrego znajomego.

Nie mogłam do siebie długo dojść po śmierci Sokratesa. Jego syn zlikwidował ojcowski zakład. Znowu poczułam, że błądzę po omacku próbując oswoić wielkie miasto. Mogę znać plan miasta, rozkład pociągów Metry i kolejek w centrum (dość zagmatwanych dla nieobytych), wiedzieć, gdzie napić się dobrego martini, ale gdy nie wiem, gdzie zabrać zdarte buty, to czuję się prawie że zagubiona. Każdy, kto przeprowadza się do nowego miejsca, musi wydeptać sobie w nim własne ścieżki. Moje prowadzą do ulubionego kina w Oak Park, plaży w Edgewater, Wacker Drive nocą, piano-baru Davenport’s na Milwaukee Ave, restauracji Friendship i paru innych.

Nowego szewca znalazłam. Też na Irving Park, w jeszcze mniejszej kanciapie i sporo młodszego niż nieodżałowany Sokrates.

czwartek, 13 września 2007
Święte krowy Ameryki

O tym, że Amerykanie śmiertelnie poważnie traktują swoje befsztyki i inne smakołyki z wołowiny, świadczy wysokość głównej nagrody w kończącym się dziś w Chicago National Beef Cook-Off. Zwycięzca konkursu otrzyma 50 tysięcy dolarów. No, za taką sumkę to można postać przy garach. National Beef Cook-Off jest konkursem przeznaczonym dla amatorów i każdy, kto wie co zrobić z kawałkiem wołowiny mógł zgłosić swój przepis na befsztyk, bitki, zrazy, pieczeń i co tam jeszcze można wymyślić. Profesjonalni kucharze, dziennikarze piszący o jedzeniu, dietetycy i restauratorzy byli wykluczeni z udziału. Dwudziestu pięciu finalistów zostało zaproszonych do Chicago (przelot, zakwaterowanie i wyżywienie na koszt organizatorów) i od wtorku gotują w jednym z chicagowskich hoteli. Całość podzielona jest na cztery kategorie: New Dynamic Beef Dishes, Nuevo Latino Beef Recipes, Kids in the Kitchen i “Small Plates, Big Taste” Grilled for Everyday Entertaining. Uczestnicy każdej z kategorii mają określoną ilość składników, które mogą użyć oraz czas, w którym muszą przygotować potrawę.

Wielkie wołowe gotowanie odbywa się co dwa lata. W 2005 r. wygrała pani Linda Morten, z Teksasu, choć jej zwycięska receptura nazywała się Blazin’ Colorado Steaks. W tym roku do konkursu zakwalifikowały się dwie panie z Naperville niedaleko Chicago. No, nie dajmy się Teksasowi na własnym terytorium.

Cała ta zabawa zorganizowana jest przez American National CattleWomen Inc., czyli, jak czytam na ich stronie, women who share a passion for the U.S. beef industry. Drogie panie (panowie również, bo nie ma ograniczeń co do płci), jeśli więc macie pasję dla bydła, za dwa lata można się zgłosić do konkursu. Niestety, żeby nie było, że tak prestiżowy konkurs wygrał ktoś „made in China”, uczestnicy muszą być legalnymi rezydentami lub obywatelami USA. Panie poważnie traktują członkostwo w stowarzyszeniu wołowiny i w specjalnej ulotce wyjaśniają, że bez wołowiny i bydła nie da się żyć. W amerykańskim gospodarstwie domowym, oprócz mięsa, wykorzystuje się produkty pochodzenia krowiego takie jak: kredki, mydło, pianki do golenia, dezodoranty i detergenty. Do tego stada krów stanowią ochronę przed pożarami (gdy wyjedzą trawę, nie ma się co palić) i zapobiegają erozji tejże trawy, gdyż przemieszczają się z jednego miejsca w inne i pozwalają trawie odrodzić się po tym, jak została wyjedzona. Gdyby nie krowy, to cały transport by się zawalił, bo produkty pochodzenia krowiego są składnikami asfaltu, olejów silnikowych i opon. No i na koniec buty, paski, torebki, portfele i rękawiczki z krowej skóry.

Można się śmiać, ale trzeba przyznać, że zaangażowania im nie brakuje. 

piątek, 07 września 2007
Yo hablo español

Dopadł mnie syndrom back to school i zapisałam się na hiszpański. Powodów aż nadto. Jakiś czas temu media trąbiły o planach wprowadzenia hiszpańskiego jako drugiego języka urzędowego, czy możliwości śpiewania hymnu w tymże języku. Postanowiłam więc nie obudzić się któregoś dnia z ręką w przysłowiowym nocniku i na przyszłe zaprzysiężenie na obywatela United States of America być przygotowana na odśpiewanie Gwiaździstego sztandaru w języku Cervantesa. W ulubionej meksykańskiej knajpie, gdzie zwykle udaje mi się powiedzieć tylko Dos enchiladas verdes por favor, błysnąć i wdać się w rozmowę o tym, że salsa wyżera mi gardło. Następny mundial oglądać na kanałach hiszpańskojęzycznych, bo amerykańska telewizja zna się na futbolu, jak żaba na podkowach. Pojechać do sąsiedniego Meksyku i rozumieć, gdy będą mnie sprośnie zagadywać. Same korzyści. Do tego w tym teście wyszło mi, że z natury jestem Hiszpanką, więc nie ma rady na układy.

Znalazłam sobie szkołę 10 minut piechotą od pracy i zapisałam się na kurs dla początkujących. Trafiło mi się jak ślepej kurze ziarno. Zapłaciłam za kurs grupowy, a tymczasem okazało się, że dwie osoby, które miały być w mojej grupie przeniosły się gdzieś indziej i zostałam sama. Muy bien. Mój nauczyciel, ten to ma ciekawe życie. Rumun z ojca, Serb z matki, Amerykanin z wyboru (tak myślę) i nauczyciel hiszpańskiego z zamiłowania. Czterema językami włada więc biegle, do tego radzi sobie w niemieckim, francuskim i włoskim, a i po polsku do mnie zagaduje taką polszczyzną, że gdybym nie wiedziała, że on nie el polaco, to myślałabym, że spotkałam rodaka. Ciekawie jest na tych lekcjach, zwłaszcza gdy mi się coś pokiełbasi w trakcie przekładania sobie hiszpańskiego na angielski. Bywa więc, że zamiast napisać las mesas, co znaczy stoły, piszę las tablas, a gdy chcę się o coś zapytać to zamiast „I have one more question” mówię po polsku, że mam jeszcze jedno pytanie.

Facet ma ciekawe zdanie na temat nauki języków obcych. Ja podzielam powszechną dosyć opinię, że trzeba mieć do nich talent. On twierdzi, że to kwestia zainteresowań. Bo jeśli ktoś interesuje się gra na gitarze, to się w końcu nauczy, prawda? Na tej samej zasadzie działa nauka języków – jeśli chcesz, to się nauczysz. Chyba ma rację, co przywraca mi także wiarę w to, że można nauczyć się języka poza ojczyzną tegoż języka. Ray powiedział, że hiszpańskiego nauczył się w Chicago, więc jest nadzieja i dla mnie, na razie nie planującej przeprowadzki do żadnego hiszpańskojęzycznego kraju, i dla męża, na razie nie planującego zamieszkania nad Wisłą. 

A póki co Mañana es el fin de la semana (chyba). Hasta luego, amigos. 

00:16, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (21) »
środa, 05 września 2007
Podróż na południe

Wyjazd na prowincję ma swoje złe i dobre strony. Złe, bo prowincja może okazać się tak prowincjonalna, że zupełnie nie ma co robić. Dobre, bo ponieważ oprócz muzeum więziennictwa oraz lokalnej dumy, że John Malkovich urodził się właśnie tam, nie ma ciśnienia towarzyszącemu wyjazdom w znane turystyczne rejony, gdzie chciałoby się zobaczyć jak najwięcej. Wyjazd na oddaloną o pięć godzin jazdy południową część Illinois nie niósł ze sobą żadnych oczekiwań. Spędziliśmy sobotę jeżdżąc na rowerach, podziwiając długoszyjne czaple, szopy pracze cierpliwie przeprowadzające małe szopięta przez drogę, jastrzębie szukające lunchu, spokojnie pasące się sarny oraz przepiękne wielobarwne motyle. Zmęczeni upałem homo sapiens szukali wytchnienia w wodach jeziora Rend, zakłócając nieco sielskie widoki dźwiękiem motorówek i skuterów wodnych.


W planach na niedzielę było pedałowanie po Shawnee Hills Wine Trail, czyli szlaku z dziewięcioma lokalnymi winiarniami (mapa). Okazało się jednak, że miejscowe drogi raczej nie nadają się dla cyklistów. Rowery więc woziły się na bagażniku, a my woziliśmy się Baśką po krętych, pagórkowatych dróżkach (bo drogami tego nazwać nie można) od winiarni do winiarni.

Na szczęście, wino do degustacji serwowano w tak skromnych ilościach, że nie było obaw o stan naszej trzeźwości. W odróżnieniu od winiarni w Ohio, Michigan i Wiscoinsin tutaj degustacja była darmowa. Byliśmy w ośmiu winiarniach (bo jedną przegapiliśmy), wino piliśmy w sześciu, bo jedna była zamknięta, a druga przypominała pub w okolicach Wrigley Field po wygranym przez Chicago Cubs meczu. Podziękowaliśmy za hałas i brak obsługi, choć miejsce było fantastyczne: na wzgórzu dom a’la hacienda z przytulonym do niego błękitnym stawem, ogrodem z biało-niebieskimi parasolami, otoczony równiutkimi rządkami winorośli.


Pierwsza winiarnia, która odwiedziliśmy, a o czym nie wiedzieliśmy, produkowała wino z jabłek. Ichnie jabole były bardzo dobre i zakupiliśmy dwie butelki wina z jabłek Jonathan leżakujących w dębowych beczkach i mającego na końcu języka posmak wanilii. Potem w winiarni Alto Pass trafiliśmy na festiwal wina, gdzie za 15 dolarów można było do woli testować wina ze wszystkich winiarni. Nie zostaliśmy, woleliśmy pojechać i zobaczyć pozostałe winiarnie.


Winiarze z Illinois robią wina raczej dla smakoszy tych słodkich lub półsłodkich. Najwytrawniejszy rodzaj, zwany chardonel, rzadko w której winiarni okazywał się wytrawny, a w niektórych tak słodki, że wykręcało nam twarze. Udało nam znaleźć się kilka butelek wytrawnych lub półwytrawnych, ale żadne wino nie zachwyciło nas na tyle, żeby kupić całe pudełko. Najlepsze wino znaleźliśmy w Hedman Winery, prowadzonej przez Szwedów winiarni, serwującej głodnym polskim dziewczynom francuską zupę cebulową i goszczącej w progach postawnych Norwegów wyglądających jak Święty Mikołaj z Laponii.

Kolację zjedliśmy w meksykańskiej restauracjiw Marion, gdzie odmówiono nam cervezy z racji zakazu sprzedaży alkoholu obowiązującego w tym mieście w niedziele. O suchych pyskach wróciliśmy więc do hotelu, po drodze nie rozdeptując znajomej ropuchy siedzącej każdego dnia na ścieżce do hotelowych drzwi. Następnego dnia powiedzieliśmy południowemu Illinois „do widzenia” i sunąc płaską jak stół Interstate I-57 wróciliśmy do Chicago.