My kind of town

czwartek, 30 sierpnia 2012
Laptop vs iPad

Mój laptop zakończył wczoraj swój żywot. Było to, na szczęście, do przewidzenia od jakiegoś czasu, więc nie straciłam żadnych ważnych dokumentów. Laptop, a właściwie notebook z małym dziesięciocalowym ekranem, służył mi głównie do przeglądania stron, dostępu do maila i oglądania seriali na Netflixie. Nie trzymałam tam zdjęć, nie ściągałam muzyki czy filmów ani innych dużych plików. Zaczęliśmy z mężem rozglądać się za następcą. Nie rozglądaliśmy się za innymi notebookami, bo praktycznie większość producentów przestała je produkować i przestawiła się na tablety. Klasycznych laptopów też nie mieliśmy czasu szukać, bo na to trzeba więcej czasu niż jeden wieczór. Pomyślałam więc o Kindle Fire, ponieważ od jakiegoś czasu chciałabym mieć e-czytnik, ale szybko okazało się, że Fire jest dla mnie za mały. Siedem cali to niedużo. Większość tabletów jest chyba właśnie w takim rozmiarze. Pomyślałam o iPadzie, bo akurat kilka dni temu miałam okazję pobawić się egzemplarzem koleżanki. Podobało mi się. 

Za tradycyjnym laptopem przemawia kilka czynników: klasyczna klawiatura, większy ekran, pojemność dysku, możliwość podłączenia bezpośrednio do gniazdka z internetem, gdy nie ma wi-fi, port USB. Zanim więc podejmę decyzję, czy będę szukać laptopa czy kupię iPada, mam do użytkowników tego ostatniego kilka pytań. iPad służyłby mi do tego samego, co mój notebook, czyli przeglądanie stron, email i Netflix. 

1. Jakie są Wasze wrażenia z pisania na klawiaturze iPada? Nie miałam okazji pisać niczego dłuższego na tym koleżanki. Czy pisanie na dotykowej klawiaturze długiego maila, posta na blog, czy czegokolwiek innego jest tak samo proste jak na tradycyjnej klawiaturze czy raczej męczące?

2. Polskie znaki. Nie ma zdaje się klawisza "alt" i możliwości wstawienia polskich liter przez przyciśnięcie alta i np. s, żeby zrobić "ś". Z tego, co pobieżnie zdążyłam przeczytać, obce litery są dostępne i można je wstawić tak jak symbol w Wordzie, czy coś podobnego. Jak to wygląda w praktyce? Pain in the neck czy w miarę prosto? 

3. Netflix. Netflix wymaga skryptu Silverlight Microsoftu. Czy Netflix działa na iPadzie korzystając ze specjalnej aplikacji, czy po prostu działa po zainstalowaniu Silverlightu?

4. Książki. Czy książki na iPada kupuje się na iTunes tak jak książki na Kindle na Amazonie? Czy jest możliwość kupowania książek poza iTunes? Czy można książkę przez iTunes wypożyczyć albo ściągnąć za darmo pierwszy rozdział przed zakupem? Czy ceny książek na Kindle są podobne do tych na iPada? 

5. Czy iPad ma port USB?

6. Wrażenia ogólne. Czy iPad może zastąpić mi laptopa praktycznie bezproblemowo czy jedak będzie on trochę bardziej uciążliwy w użytkowaniu i tym do czego będzie mi potrzebny? Wiem, że to dość subiektywne i tak naprawdę nie dowiedziałabym się dopóki nie kupiłabym iPada, ale może ktoś, kto korzysta tylko i wyłącznie z iPada podzieliłby się wrażeniami.

Dziękuję za odpowiedzi i pomoc. Aha, dodam, że raczej kupiłabym iPada 2 niż najnowszy model.


16:59, aniabuzuk , www
Link Komentarze (33) »
środa, 29 sierpnia 2012
Ponadczasowa

Mam w szafie sukienkę, którą kupiłam dziewięć lat temu podczas wakacyjnego pobytu w Chicago. Kupiłam ją w sklepie Discovery, który sprzedaje ciuchy dla małoletnich dziewcząt. Dziewięć lat temu małoletnia nie byłam, ale do sklepu trafiłam, bo mogłam tam dojść na piechotę z mieszkania babci. Sukienka sięga lekko za kolano, jest na ramiączkach, z małym wiązanym "oczkiem" tuż nad biustem, w nieco poschizowany wzór odcieni niebieskiego, białego i beżu.  O, proszę. Mimo dziesięciu lat nie straciła koloru, fasonu i - w moich własnych oczach - jest ciągle na czasie. Jest jak stara, dobra przyjaciółka, z którą nie widziałam się od dawna, a kiedy się spotykamy, gadamy jakby nie minęły miesiące czy lata. Zakładam ją każdego lata (poza tymi w ciąży) i każdego roku czuję jakbym zakładała ją po raz pierwszy. Miałam ją na sobie podczas poprawin po weselu. Była ze mną w podróży poślubnej. Założę do niej sandały na obcasie i jestem gotowa do wyjścia na randkę. Założę płaskie sandały - gotowa iść do sklepu na zakupy. Założę japonki - gotowa na plażę. Co tu dużo gadać - uwielbiam ją. 

 Może za ileś lat moja sukienka będzie dla Zosi, tym czym dla mnie spódnica, którą kiedyś dostałam od mamy. Przechowuję ją niczym relikwię, bo jak inaczej można traktować zamsz w dwóch odcieniach brązu, zapinany na całej (krótkiej) długości na srebrne zatrzaski, z małym paskiem w talii. Była jedną z moich ulubionych spódnic na wieczorne wyjścia w trakcie studiów. Może moje niektóre koleżanki z tamtych lat nawet ją pamiętają. Dziś już bym jej pewnie nie założyła, bo z taką długością spódnic rozstałam się kilka lat temu. Ale trzymam ją nadal i kiedyś oddam Zosi. Może razem z ponadczasową sukienką w paski. 

21:16, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (7) »
Paznokieć

Wczorajszą, ósmą rocznicę przylotu do Chicago "uczciłam" niechcący zrywając sobie paznokieć u dużego palca lewej stopy. Paznokieć i ja mamy długą i bolesną historię. Kilkanaście lat temu ktoś mi na niego nadepnął podczas jakichś baletów w lubelskim klubie MC Cafe. Paznokieć zrobił się fioletowy i odrastał przez rok. Gdy już odrósł, koleżanka z pokoju w akademiku niechcący nastąpiła mi na niego po raz kolejny, tym razem dokonując permanentnego uszkodzenia tkanki pod paznokciem, ktory już nigdy nie odrósł gładki i normalny. Trzeci akt nastąpił ponownie MC Cafe, gdy ktoś mi tenże paznokieć praktycznie zerwał. Nawet nie bolało, a ja zorientowałam się, że coś jest nie tak, gdy krew zaczęła mi chlupać w bucie. Ah, to dobroczynne działanie piwa 10,5, EB albo czegoś innego, co wtedy piłam. Taksówka, pogotowie, chirurg, który wyglądał jak rzeźnik (190cm wzrostu, jakieś 130 kilo żywej wagi, łysa głowa i wielki brzuch) szybkie znieczulenie (choć doktor był mu bardzo niechętny) i paznokcia nie było. 

Dziś też poszło szybko (dziś, bo wczoraj było już za późno, żeby gdziekolwiek jechać poza ostrym dyżurem, a tam akurat jechać nie chciałam). Pan doktor dał mi dwa zajebiście bolesne zastrzyki znieczulające, tak że mi życie stanęło przd oczami, wyrwał gładko paznokieć, oczyścił ranę i powiedział, że jest szansa, że tym razem odrośnie lepiej niż poprzednio. Przynajmniej jakaś pociecha. Póki co, lata zostało mniej niż więcej, sandały niedługo pójdą w kąt i nie będę musiała chodzić z opatrunkiem na palcu. Nowy paznokieć, kolejne osiem lat przede mną.

19:45, aniabuzuk , Grrr
Link Komentarze (17) »
czwartek, 09 sierpnia 2012
Kilka słów o Olimpiadzie

Zbieram się z wpisem o olimpiadzie od tygodnia, zdążyłam zapomnieć połowę tego, co chciałam na gorąco skomentować, no ale może uda mi się przed końcem. Dla mnie ta olimpiada ma wielu bohaterów. Jednym z nich jest Oscar Pistorius, biegacz bez nóg i wspaniały moment, gdy po nieudanym dla niego półfinale późniejszy mistrz olimpijski Kirani James wymienił z nim numer startowy. Jest Usain Bolt, ktory, gdy piszę ten post jest tylko kilka godzin od przejścia do historii jako pierwszy sprinter, który obronił złoto na 100 i 200 m w dwóch kolejnych igrzyskach. Jest Tomasz Majewski, który wytrzymał ciśnienie i zdobył złoto w pchnięciu kulą we wspaniałym stylu. Jest nasz ciężarowiec Bartek Bonk, który wskoczył na podium, choć nikt się tego po nim nie spodziewał.

No i jest Michael Phelps. Media napisały już o nim chyba wszystko, wyliczono mu skrupulatnie rozpiętość ramion przewyższającą wzrost, pojemność płuc dwukrotnie większą niż u przeciętnego człowiek, ba, nawet rozmiar stopy, który też mu pomagać w basenie. Z igrzysk olimpijskich w Pekinie zapamiętałam najlepiej dwa momenty z jego udziałem: pokonującego Milorada Cavica o 0,01 sekundy w finale 100 m motylkiem i wygraną pływackiej sztafety amerykańskiej na dystansie 4x100 m. Cztery lata później oglądałam znowu Phelpsa na pływalni. Po ośmiu nieprawdopodobnych złotych medalach w Pekinie, wyjeżdża z Londynu z mniejszym dorobkiem medalowym, ale jako najbardziej utytułowany olimpijczyk w historii. Przez media zdążyły już przewalić się dziesiątki komentarzy na temat tego, czy Phelps jest najlepszym olimpijczykiem wszechczasów, czy też tylko ilość konkurencji pływackich pozwoliła mu na zdobycie 22 medali igrzysk. Takie dywagacje mnie niespecjalnie obchodzą, choć lubię sobie poczytać, co dziennikarze myślą na ten temat. Dla mnie Phelps jest absolutnie genialny. Był przez wiele lat na topie i odchodzi jako legenda. Nie mogło być kolejnych ośmiu złotych medali, ale jego dorobek z Londynu jeszcze bardziej sprawia, że myślę o tamtych medalach z Pekinu jako wyczynie nie z tej ziemi. Mimo iż bardzo go lubię i podziwiam, to mam nadzieję, że nie wróci do pływania. Nie ma dla  mnie nic smutniejszego niż wielcy mistrzowie (patrz Otylia Jędrzejczak), którzy wracają do sportu z emerytury i próbują (najczęściej z dość słabymi rezultatami) wrócić do czołówki, która już dawno odpłynęła (odbiegła, odskoczyła, odjechała) poza poziom dawnego mistrza. Niech legenda Phelpsa skończy się tu i teraz. Jego mama podobno chce jechać z nim do Rio w 2016. Kochana pani, niech sobie pani jedzie, ale tylko i wyłącznie oglądać pływaków z trybun, a nie kibicować swojemu synowi.

Historia tych igrzysk, niestety, rzadko dzieje się z udziałem polskich sportowców. Nasza reprezentacja to dramat. Rozumiem, gdy zawodnik walczy i nie wychodzi, tak jak jedne z naszych kajakarek (lub wioślarek), który walczyły zażarcie o brąz i nie dały rady. No ale jak na bieżnię wychodzi Paweł Wojciechowski, mistrz świata sprzed roku w skoku o tyczce i nie zalicza żadnej wysokości, podobnie robi Anna Rogowska w tej samej konkurencji, pewniak do złota Marcin Dołęga pali wszystkie próby na pomoście, siatkarze dają ciała totalnie w rundzie eliminacyjnej, a później w ćwierćfinale, Radwańska zapomina jak się trzyma rakietę, to mnie po prostu trafia szlag. To nie są juniorzy bez doświadczenia i obycia międzynarodowego. To starzy wyjadacze stadionów, kortów i boisk, którzy doznają nagle katastrofalnej niemocy sportowej. Jak to możliwe, że Dołęga, który z tego co czytałam, o północy w piżamie mógł podnosić sztangę ze 190 kg, nie dał rady unieść jej ani razu w Londynie? Niech bedzie, że stres, że olimpiada, ale taka gleba i kompromitacja? Mi się to w głowie nie mieści.

No i te wyjazdy za zasługi. Jędrzejczak pojechała na olimpiadę bez wypracowanego minimum. Wojciechowski chyba też. Zamiast dać szansę jakimś młodziakom, ktorzy poprawialiby rekordy życiowe, gryzli trawę i młócili wodę w basenie, to wysyłamy ludzi bez formy albo takich, którzy na światowym poziomie startować nie bedą. 

O tym, jak telewizja tutaj pokazuje olimpiadę pisać już nie będę, bo niewiele różni się od tego, co było cztery lata temu. Dzięki Tranikowej, która powiedziała mi o BBC nadającej wszystko na żywo, oglądam głównie w internecie, a wieczorami w telewizorze co lepsze kąski. Zresztą, nie tylko ja. Wielu Amerykanów również korzysta z serwisu BBC, bo kto by chciał oglądać wszystko z powtórek. Kończę, bo właśnie zaczyna się sesja na stadionie. Bolt - poniżej 19?

20:21, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (14) »