My kind of town

czwartek, 27 sierpnia 2009
2+1

Boże, nie wiem, co mam napisać, poza tym, że Zosia Julia urodziła się 24 sierpnia o 21:59, ważąc 3135 g i mierząc 51,5 cm (6 funtów 15 uncji i 20,5 cali). Tyle emocji, wrażeń i gonitwy myśli. Jesteśmy w domu i przygotowujemy się do przetrwania pierwszej nocy w trójkę. Trzymajcie kciuki. Przebiegłam wzrokiem szybko komentarze pod poprzednim wpisem - dziękuję wszystkim za gratulacje i trzymanie kciuków. Do zobaczenia - nie wiem, kiedy, ale wiecie, rozumiecie.

03:25, aniabuzuk , Zosia
Link Komentarze (41) »
poniedziałek, 17 sierpnia 2009
Do szkoły przez cały rok

Nie wiem, czy instytucja szkół całorocznych jest znana w innych stanach i miastach (szanse są, że raczej nie za bardzo, bo tylko 5% w skali kraju tak działa), ale w Chicago (nie wiem, jak w pozostałej częsci IL) 25% szkół funkcjonuje w takim systemie. Dzieciaki ze szkół całorocznych kończą rok szkolny w tym samym czasie, co pozostałe szkoły. Ale zamiast wrócić do szkoły w normalnym, wrześniowym terminie, wracają do klas już na początku sierpnia, a są też rodzynki, które zaczynają w lipcu. W zamian zyskują dodatkowe dwu-, trzytygodniowe przerwy w ciągu roku.

Wprowadzenie takich szkół ma pomóc dziatwie szkolnej w osiąganiu lepszych wyników. Dzieciaki, nie rozbestwione długimi wakacjami, wracają szybko do szkoły nie zdążywszy zapomnieć, tego, czego się nauczyły. Burmistrz dołożył safety talk, o tym, jak to taka szkoła trzyma dzieci z dala od ulic (w domyśle gangów, dragów i innych rozrywek wielkiego miasta). Przerwy w ciągu roku mają też zapobiec zawodowemu wypaleniu się nauczycieli i uczniów (kurna, a o innych zawodach jakoś nikt nie pomyśleli).

Na razie nie wiem, co o tym myśleć. Czy taki system by Wam odpowiadał? Jakbym miała z 10 lat, to pewnie bym się nieźle wkurzyła, gdybym zamiast regularnych wakacji dostała jakieś ochłapy. Poza tym, co zrobić z dziećmi w trakcie tych dwutygodniowych przerw w ciągu roku? Na razie to jestem trochę rozczarowana, bo miałam świetliste plany wysyłania moich przyszłych pociech na długie wakacje do dziadków do Polski (dziadki o tym wiedziały? jak nie, to już wiedzą), a tu obcinają mi miesiąc laby. Ciekawe, czy ten pomysł przyjmie się na dłużej w Chicago i w innych częściach USA.

piątek, 14 sierpnia 2009
Naleśniki z jagodami

Weekend za pasem, a jak weekend, to na nasz stół wjeżdża klasyczne amerykańskie śniadanie - nieśmiertelne blueberry pancakes, czyli naleśniki z jagodami, robione z maślanki, mąki i jajek (miksów nie używamy). Wprawdzie naszych polskich naleśników one nie przypominają, bo są dużo mniejsze i grubsze, ale chyba muszę przyznać, że lubię je bardziej niż krajowy wyrób, serwowany - przynajmniej u mnie w domu - głównie z dżemami albo z rozgniecionymi truskawkami.


Tutejsze "pankejki" obowiązkowo polewam syropem klonowym, a w knajpach dają też do nich kawałek masła, czego zrozumieć nie mogę i robi mi się słabo, gdy widzę, jak hazbend je czasem tak je. To tak, jakby jeść placki ziemniaczane z cukrem i śmietaną (choć wiem, że w wielu regionach Polski tak właśnie się je - ciekawe, czy ktoś z czytelników posypuje je cukrem). Placki ziemniaczane jem z solą i basta, podobnie jak naleśniki z syropem. Jedyny problem z naleśnikami jest taki, że jestem głodna po godzinie od ich zjedzenia, więc z reguły dojadam coś na boku.

Nie byłam nigdy w IHOPie, czyli Międzynarodowym Domu Naleśnika i nie jadłam ich naleśników. Próbował ktoś? Na tradycyjne maślankowe z chęcią bym się skusiła, ale ich nowy produkt Butterscotch Rocks Pancakes wygląda po prostu obrzydliwie. Coś takiego na śniadanie? O matko. Ble.

Podaję przepis:

1 cup mąki (1 cup to 128 gramów),

2 teaspoons proszku do pieczenia (na oko to będą dwie łyżeczki od herbaty),

1 tablespoon cukru (łyżka stołowa),

1 jajko,

nieco więcej niż 1 cup maślanki (1 cup plus jakieś 3 tablespoons).

Wymieszać suche składniki razem. Jajko rozbić trzepaczką i dodać maślankę. Połączyć z suchymi składnikami. My robimy swoje placki na takim mniej więcej grilu, więc nagrzewamy go do 325F. Dajemy też trochę oleju, żeby nie przystawały. Nabieram ciasto miarką 1/3 cup i wkładam na patelnię, tak że placek ma średnicę około 10-12 cm (kwestia gustu, ja wolę mniejsze). W takie świeżo włożone na grila bądź patelnię placki wkładam jagody, jak widać na zdjęciu #1. Przekręcam je na drugą stronę po paru minutach, gdy są rumiane od spodu. No to smacznego!

środa, 12 sierpnia 2009
Oszczędzaj na mechaniku

Sądząc po ilości zdjęć, które udało mi się zrobić, zastosowanie taśmy do lepienia samochodów przewyższa wszystkie inne sposoby użycia (resztę kolekcji można oglądać w kategorii taśmowej). Może dlatego, że naprawy samochodowe do tanich nie należą, więc ludzie chwytają się taśmy niczym tonący brzytwy i kleją co się da.

Np. tłumiki (ustrzelone na I-290). Niechlujnie, ale pewnie skutecznie.

Okna w pikapach, zaklajstrowane bardzo gustownie.

Albo pokrowce na pikapy (nadesłane przez Hjuston). Przynajmniej mi to wygląda na pikapa, ale może niech się specjalistka wypowie.

Boczne szyby. Za estetykę bańka. Z tyłu snieg, a ja w czapce.

Błotniki cieszą się powodzeniem. Właściciel tego vana to fachura w taśmowym fachu - warstwowo, metodycznie, nawet estetycznie.

Ten tutaj lepi jak popadnie.

Autor blogu o Warszawie dopiero się wdraża, sądząc po nieśmiałych kawałeczkach taśmy.

Jeśli chodzi o transport, moim marzeniem (jeśli wcześniej pisałam, to przepraszam za powtarzanie się) jest taśma na pokładzie bądź kadłubie samolotu. Oczywiście, nie tego, którym ja miałabym lecieć.

poniedziałek, 10 sierpnia 2009
Mały jest ten świat

Tym razem koleżanka z liceum nie kupowała ode mnie płyt gipsowych, ale moje zaskoczenie było równie duże, gdy robiąc w piątek zakupy w Trader Joe's, podeszła do mnie sympatyczna blondynka i zapytała, czy mam na imię Ania. Gdy potwierdziłam, że tak, obie zaczęłyśmy się śmiać, choć ja jeszcze tak do końca nie wiedziałam o co chodzi. Od słowa do słowa, okazało się, że między półką z kawą a suszonymi owocami rozpoznała mnie jedna z czytelniczek bloga, a dokładniej - jak się za moment okazało - Ala z Drohiczyna, która niedawno komentowała pod wpisem o "Czterech tygodniach przed". Ala po prostu skojarzyła mnie ze zdjęć blogowych. No kurczę blade, Chicago niby takie duże, blogosfera jeszcze większa, a tu traf chciał, że wpadłyśmy na siebie w Trader Joe's. Mąż był równie zaskoczony jak ja. Żeby było jeszcze ciekawiej, Ala jest z Drohiczyna, w którym to nabużańskim miasteczku spędziłam pół dzieciństwa, pławiąc się w Bugu i pływając kajakami w weekendy. A Sokołów od Drohiczyna jest zaledwie 30 km.

Czy Wam - autorom innych blogów - zdarzyło się coś podobnego?


P.S. Zupełnie odbiegając od tematu, drogi wujku Tadziku - poczta pantoflowa działa i odpowiadając na Twoje pytanie - nazywam męża hazbendem, bo tak wyszło w praniu i ta maniera po prostu przyjęła mi się w pisaniu i nie ma to nic wspólnego z brakiem szacunku dla małżonka. Mąż to świetny chłop, o czym miałeś się okazję przekonać, gdy popijał równo polską wódeczkę podczas ostatnich świąt Bożego Narodzenia.

18:12, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (20) »
środa, 05 sierpnia 2009
Historia papieru toaletowego

Nie wiem dlaczego, ale bardzo lubię czytać artykuły na temat higieny w dawnych czasach. "Polityka" wraca do tematu od czasu, jak np. w tym artykule o czystości na przestrzeni wieków. Czytam je wprawdzie z obrzydzeniem, gdy autorzy opisuje jak to francuscy arystokraci załatwiali się po kątach w Wersalu, paniom wszy i pchły biegały po utrefnionych perukach, społeczeństwo kąpało się raz na rok, a rynsztokami płynęły wszelakie ludzkie wydzieliny, roznosząc wokół nieprawdopodobny smród, ale jednocześnie z pewną fascynacją, że ludzkość żyła w smrodzie i brudzie i jakoś przetrwała bez porannego prysznicu.

Jakiś czas temu wpadł mi w oko artykuł o początkach papieru toaletowego, zwanego drzewiej srajtaśmą i będącego swego czasu towarem pierwszej potrzeby, co zapewne większość z mojego pokolenia dobrze pamięta. Szare rolki były artykułem, którego w Polsce mojego dzieciństwa notorycznie brakowało. Każda zbiórka makulatury w szkole nadarzała okazję do przyniesienia do domu paru rolek szarego złota. Jak będę o tym opowiadać moim dzieciom, to nie uwierzą, że coś tak banalnego jak papier toaletowy mogło tak cieszyć.

No ale do rzeczy. Papier toaletowy jest - jak wynika z artykułu - wynalazkiem amerykańskim, który od połowy XIX w. powoli i w bólach wkraczał do amerykańskich domów. Z początku opornie, gdyż idea użycia darmowych katalogów wysyłkowych wydawała się lepsza niż płacenie za specjalny papier. Z czasem i w raz z pojawieniem się kanalizacji, gazety poszły w odstawkę (zapychały się rury) i papier triumfalnie wkroczył - chciałoby się powiedzieć na salony - ale w tym przypadku do łazienek Ameryki i swojej pozycji nie oddał do dziś. Amerykanie zużywają 57 kawałków dziennie, co daje 50 funtów (prawie 23 kg) rocznie i z suma 6 miliardów rocznie wydanych na papier zostawiają w tyle (ahem, ahem) resztę świata. Swego czasu, Sheryl Crow nawoływała do użycia zdaje się jednego kawałka papieru na numer 1 i dwóch na numer 2, ale jej głos pozostał wołaniem na puszczy. Ciekawe, czy ona sama przestrzega tej zasady.

Artykuł wieszczy, że papier toaletowy stanie się dobrem luksusowym (ze względu na koszty produkcji) i zastąpią go bidety. O ile zaprzestanie produkcji innego papierowego produktu - gazet (również związane z nieopłacalnością druku oraz marnotrawieniem drzew) - wcale by mi nie przeszkadzało, to już zniknięcie papieru toaletowego spowodowałoby niezły zamęt. Zamęt grubymi nićmi szyty, ale i tak byśmy wiedzieli, lep jakiej propogandy się za tym kryje.

poniedziałek, 03 sierpnia 2009
Cztery tygodnie przed

Nie bardzo jestem w stanie skoncentrować się na czym innym niż nieuchronnie nadciągającym terminem, więc wybaczcie, ale muszę sobie ulżyć i pogadać na ten temat, bo w obliczu powiększenia się rodziny za 4 tygodnie, spory o publiczną służbę zdrowia, jak i o to, czy prezydent miał na tyłku "mom jeans" albo dlaczego pił Budweisera (nie ma innych, lepszych piw???) na spotkaniu z profesorem i policjantem, wlatują mi jednym uchem, wylatują drugim, a i tak wszystko sprowadza się do pytania, kiedy junior/ka zaszczyci nas swoją obecnością.

W początkach dziewiątego miesiąca, mam już szczerze dosyć tej hodowli. Nie lubię być w ciąży i tyle i nie robię z tego tajemnicy. Tego nie można, tamtego też nie, wielki brzuch, znienawidzone już ciuchy ciążowe (choć, gdy je kupowałam, to byłam taka zadowolona, że będę miała tyyyyyyle fajnych sukienek), podpuchnięte stopy itd itp. Wprawdzie fizycznie nadal nie jest źle, no ale ile można być w tej ciąży. Wiadomo, że chodzić ciężej, a przekręcić się w nocy z boku na bok to wyczyn wart własnej kategorii sportowej. Na szczęście trafiło mi się super lato - bez upałów, zabójczej wilgotności, z rześkimi porankami. Najgorsze jednak w tym wszystkim - praca. O Jezu, jak mi się nie chce. Zero motywacji, a do tego w robocie sezon ogórkowy, mało się dzieje, więc pół dnia coś robię, pół się nudzę i odliczam dni, kiedy w końcu nie będę musiała wlec tyłka co rano do pociągu.

Jakby mi było mało atrakcji, to czeka nas jeszcze wymiana okien. Zupełnie tego nie planowaliśmy (finansowo i logistycznie), ale że mieszkamy w starym domu, więc zdecydowaliśmy się przeprowadzić inspekcję na obecność ołowiu (głównie w farbie), który może szkodliwe wpłynąć na rozwój dziecka. No i wyszło (czego zresztą się spodziewaliśmy), że farba na oknach oraz w paru innych miejscach ten ołów zawiera. A że okna są dodatkowo w kiepskim stanie, więc wymieniamy je w ciągu najbliższych mam nadzieję dwóch tygodni. Słabo mi, jak sobie pomyślę, że znowu - jak w czasie naprawy ścian - trzeba będzie wszystko przykrywać, wynosić, odkurzać, czyścić itd. Nieeeeee....To już nie na mój brzuch takie zabawy.

Z pozytywnych wieści, w weekend skończyliśmy urządzać pokój młodego/młodej i poza paroma drobiazgami jesteśmy praktycznie gotowi. Taki był zresztą zamiar - mieć przygotowania zapięte na ostatni guzik z początkiem sierpnia. Zostało mi spakowanie się do szpitala, ale to pestka. Zajęcie przedporodowe ukończone: kurs pierwszej pomocy, opieka nad niemowlakiem i karmienie. Typową szkołę rodzenia sobie podarowaliśmy, bo zajęcia trwały bite 8 godzin, co nas skutecznie zniechęciło. Wypożyczyliśmy z Netflixu bardzo dobre dvd na ten temat i oboje czujemy, że na tyle, ile możemy jesteśmy przygotowani. Podarowaliśmy sobie za to oglądanie filmów z porodu oraz tworzenie tzw. planu porodu, czyli listy rzeczy, ktore chciałabym albo nie chciałabym, aby zdarzyły się w trakcie. Wiem, że chcę epidural, czyli znieczulenie, a reszta co ma być, to będzie. A dziś wieczorem idziemy zwiedzić oddział położniczy.

Siedząc w sobotę nad stosem świeżo upranych mikroskopijnych dziecinnych ubrań, chyba dotarło do mnie, że oto moje ostatnie tygodnie w dwupaku. A potem będzie już nas troje. Aaaaaaaaa!