My kind of town

czwartek, 28 sierpnia 2008
If you’re going to San Francisco

Mark Twain powiedział, że „The coldest winter I ever spent was a summer in San Francisco." Mam więc nadzieję, że pogoda w długi weekend dopisze i nie będzie żadnego trzęsienia ziemi. Od przegladania atrakcji w przewodniku boli mnie głowa, bo jest tyyyyyle miejsc, które chciałabym zobaczyć, zwłaszcza takich z dala od turystycznych szlaków. No ale na razie w planach typowe turystyczne miejsca: Alcatraz, Lombard Street, wypas kulinarny w Chinatown, wyżerka wizualna w SFMOMA z wystawą Fridy Kahlo (Ania, dzięki jeszcze raz za cynk), przejażdżka tramwajem, Golden Gate, na myśl o którym przypomina mi się znakomity dokument „The Bridge” (naprawdę polecam) oraz co tam jeszcze uda się zobaczyć w 2,5 dnia. California, here I come. Z kwiatkiem we włosach, ma się rozumieć.

PS. Chyba nie muszę dodawać, że już nie mogę się doczekać?

środa, 27 sierpnia 2008
Powiedz “tak” na sianie

Dostaliśmy jakiś czas temu zaproszenie na ślub kolegi. Ślub będzie, zdaje się, z gatunku tych bardziej niecodziennych. Odbędzie się bowiem w niedzielę (7 września), a nie w sobotę, co jak gdzieś ostatnio czytałam, jest modne wśród par, które chcą zaoszczędzić na kosztach, i pewnie z racji tego wczesnym popołudniem, a nie wieczorem. Do tego nie w sali bankietowej, a pod chmurką na farmie za Chicago. Farmie działającej, jak napisano w zaproszeniu, a więc szansa na wdepnięcie w przysłowiowe gówno jest całkiem spora. Panna młoda wystąpi boso (ryzykantka), stąd buty dla gości również nie są obowiązkowe, co w zestawieniu z krowimi kupami stanowi wielce interesującą mieszankę. Buty oczywiście można mieć, ale wyraźnie odradzono szpilki, bo inaczej double bingo: nie dość, że można wdepnąć w łajno, to jeszcze zapaść się pod ziemię (ze wstydu chyba). Ubiór zalecany w zaproszeniu określono jako casual, but dressy.

No więc drodzy czytelnicy, radźcie, co założyć na wesele na farmie? Czy mogę wystąpić np. w takich skórzanych japonkach do zielonej kiecki (Jones New York, rękaw do łokcia, długość w w kolano, dekolt w szpic, chodzę w niej do pracy, nie mam zdjęcia)? Czy dżinsy w ogóle wchodzą w grę, czy są jednak za bardzo casual? Spodnie, czy spódnica? Sandały, czy jakieś baleriny?

Dodam tylko, że jako gość spodziewam się, że para młoda walnie honorową rundkę traktorem z napisem Just Married.

00:06, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (24) »
środa, 20 sierpnia 2008
Legal drinking age

Słyszałam wczoraj na NPR, a i Tribune pisała, o propozycji obniżenia wieku, w którym można zacząć legalnie pić alkohol. Dziekani 100 collegów i uniewersytetów prowadzą kampanię mająca na celu obniżenie tego wieku z 21 lat do 18, gdyż twierdzą, że studenci i tak piją na umór na kampusach, więc po co ta fikcja z piciem od 21 roku życia. Zasady od kiedy można zacząć legalnie pić i kupować alkohol ustalane są przez każdy stan, ale jeśli któryś zdecyduje się obniżyć ten wiek, straci 10% federalnych funduszy na budowę i naprawę dróg, stąd w większości wynosi on właśnie 21 lat.

Sama nie wiem, co myśleć o tej propozycji. Bo z jednej strony, jeśli ktoś dostaje prawo jazdy w wieku lat 16, zyskuje osobowość prawną, gdy kończy 18 i jako pełnoprawny obywatel nie może sobie legalnie kupić browara aż do 21 roku życia, to coś tu jest nie tak. Z drugiej strony, jak się tym osiemnastolatkom pozwoli kupować alkohol i zaczną więcej jeździć po pijanemu i zabijać siebie oraz innych, no to też nie halo. Parę miesięcy temu głośno było o śmiertelnym wypadku nastolatków, którzy zabili się jadąc po pijaku, po tym, jak wyszli z imprezy, na której byli rodzice jednego z nich, przymykający oko na to, jak małolaty popijały. Rodziców aresztowano i postawiono im dość poważne zarzuty. No ale gdyby wiek obniżono do 18, małolaty legalnie piły na imprezie u rodziców, którzy to widzieli, to jaka byłaby wtedy odpowiedzialność rodziców za wypuszczenie ich na drogę po pijanemu? Praktycznie pewnie żadna, a skutki, czyli śmierć na drodze takie same.

Może Sorbet5, mama nastolatki, która właśnie dostała prawo jazdy, powie co myśli o propozycji obniżenia legal drinking age?

Obrazki z mojego ogródka

Chciałabym napisać, że jest sezon ogórkowy, no ale jak na złość ogórki mi nie rosną. Mam za to znowu klęskę urodzaju pomidorów, więc w menu od rana do wieczora pomidory. Na śniadanie jajka pieczone w pomidorach, na lunch sałatka z pomidorów, na kolację spagetti z pomidorami, a lodówce sok pomidorowy. I codziennie wór pomidorów zebranych z krzaków.

Jakby mi ktoś ze trzy lata temu powiedział, że będę SAMA sadzić pomidory, paprykę, nawet te nieszczęsne ogórki, a co lepsze, mieć nawet plony, to popukałabym się w głowę. Ja i ogrodnictwo, warzywnictwo oraz dokarmianie ptaków? To dobre dla moich rodziców. Może już tak jest, że grzebanie w ziemi przychodzi, gdy ma się własny kawałek podwórka, podobnie jak pieczenie ciast – w mojej opinii – nachodzi człowieka, gdy ma dzieci.


Nie wiem skąd się wział w ogrodzie ten rodzaj papryki. Musiała zaplątać się z innymi sadzonkami. Ostra jazda, idealne do chińskiego i tajskiego. Mięta i bazylia też z ogrodu.



Jalapenos.

Papryka melrose. Słodka, akurat do sałatek z pomidorem.

Wczorajszy zbiór.


No i największa tegoroczna duma, mój własny bakłażan. Posadziłam pierwszy raz w tym roku. Jest tak śliczny, że mogłabym siedzieć przy nim i patrzeć, jak rośnie.

A jutro na kolację BLT. Z pomidorem, oczywiście.

piątek, 15 sierpnia 2008
Jak Bill Murray kocha Chicago

Skokiem ze spadochronem, Bill Murray (zdjęcie Chicago Tribune) otworzył jubileuszowe, 50. Air & Water Show. Spadochron się otworzył, pacjent przeżył. Jak będzie jakieś wideo dostępne ze skoku, to podlinkuję. Nie wiem tylko, kto to planował i szkoda kurna, że nie skakał jutro, tylko dziś, gdy człowiek jeszcze siedzi w robocie.

PS. We love Bill, too. Za “Dzień świstaka”, “What about Bob”, “Broken Flowers”  i “Lost in Translation”. I za “Ghostbusters” też.

22:50, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (8) »
Jaja w tropikach

Czy ktoś się wybiera na film „Tropic Thunder” z Benem Stillerem, Jackiem Blackiem i Robertem Downeyem Jr.? Od dobrych paru dni można poczytać, a także usłyszeć o planach zbojkotowania tego filmu  z powodu słowa retard, czyli szykuje się kolejny po wyrazie nigger szlaban językowo-społeczno-politycznie poprawny. Nie mówię, że to źle, bo piękne słowa to nie są, co mnie osobiście jednak nie zniechęca, bo od momentu, gdy zobaczyłam trailer, w którym Robert Downey Jr. jest ucharakeryzowany na Murzyna* - ciemnoskórego* - Afro-Amerykanina* - czarnoskórego* (niepotrzebne skreślić), czuję, że musi być to niezły polew i na film na pewno pójdę. Nie ma jednak jak protest, bojkot albo demonstracja, żeby dobrze sprzedać produkt. Ciekawe, jakie będą wyniki finansowe filmu po weekendzie.

17:20, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (20) »
środa, 13 sierpnia 2008
Rama od roweru

Jako że trwa olimpiada, Michael Phelps Wspaniały wygrywa, jak chce, nasi zawodnicy przegrywają, jak zwykle, ja mam oczy na zapałkach od nocnych transmisji, a kolarstwo to dyscyplina olimpijska, choć okryta niesławą, bo pierwszy przypadek dopingu wykryto właśnie u kolarki, dziś zdjęcie z działu sportowego. Jeździliście kiedykolwiek na ramie od roweru jako pasażer? Bo ja pamiętam tylko jazdę z tyłu na składaku marki Wigry, który to rower był przedmiotem mojego pożądania w latach wczesnej młodości, gdy fabryka Romet z Bydgoszczy produkowała te wspaniałe bicykle. I pomyśleć, że one przecież nie miały przerzutek. Jak człowiek jeździł tym pod górę i po lesie na grzyby?

Na ramie tego roweru chyba jednak nie chciałabym się przewieść, choć zaufanie do taśmy mam duże.

       

Zdjęcie z zasobów własnych, zrobione pod drzwiami pracy któregoś pięknego poranka.

Podatki nie dla wszystkich?

Wiadomość, że dwie trzecie amerykańskich korporacji nie zapłaciło podatków federalnych w latach 1998-2005, wyrwała mnie z butów. Zawsze mi się wydawało, że IRS to instytucja wszechpotężna, która dosięgnie każdego, a tu proszę. Dziury w ustawodawstwie dziurami (bo to podobno je trzeba winić za to niepłacenie), no ale na taką skalę? To, kurna jego mać, jakbym ja nie zapłaciła podatku, to zaraz bym dostała papier z ponagleniem, kary i Bóg wie, co jeszcze, a tu 1, 2 miliona firm nie płaci ich w ogóle i dopiero teraz ktoś się kapnął? A mówi się tutaj, że w życiu tylko dwie rzeczy są pewne: śmierć i podatki. No jak widać została tylko jedna.

piątek, 08 sierpnia 2008
Sportowe klapki na oczach

W momentach takich, jak zbliżająca się olimpiada, wychodzi z całym bólem amerykańska megalomania. Tutejsza telewizja transmituje, a jakże, takie wydarzenia sportowe szeroko, buląc ciężką kasę za prawa do transmisji. Może właśnie też z racji tych wywalonych dolarów, a może z wrodzonego amerykańskiego przekonania o wspaniałości kraju i jego obywateli, w trakcie relacji sportowych nie da zobaczyć się wiele poza konkurencjami, w których startują Amerykanie. Oczywiście, w Polsce jest podobnie i wiadome jest, że telewizja pokaże te, choćby najbardziej nudne konkurencje, w których mamy swoich reprezentantów. Tutaj przybiera to jednak czasem kuriozalne wymiary, gdyż pokazują tylko swoich, a do tego wstawiają jakieś koszmarne przebitki z historii wcześniejszych igrzysk. Gdy na stadionie dzieje się historia, telewizja daje jakieś archiwalne wywiady ze sportowcami i karmi widzów statystykami. Normalnie można szału dostać. Podczas oglądania igrzysk w Turynie, myślałam, że krew mnie zaleje.

To będzie moja pierwsza olimpiada letnia oglądana w Stanach, bo poprzednią zdaje się udało mi się obejrzeć jeszcze w Polsce tuż przed przeprowadzką za ocean. Nie mam więc wielkich oczekiwań, że uda mi się zobaczyć zmagania Motylii, czy Radwańskiej, chyba że na torze obok będzie płynąć Dana Torres albo na korcie jako przeciwniczka pierwszej polskiej rakiety pojawi się któraś z sióstr Williams. Na razie więc czytam namiętnie wszystkie chyba możliwe polskie blogi z Pekinu, a jutro planuję zasiąść przed telewizorem i obejrzeć ceremonię otwarcia igrzysk. Na zobaczenie maszerującej polskiej reprezentacji nie bardzo liczę, no chyba że w chińskim alfabecie nazwa naszego kraju zaczyna się na tą samą literę, co nazwa USA i dzięki temu cudem załapiemy się w kadrze.

środa, 06 sierpnia 2008
Z pamiętnika mojego brata, czyli część druga i ostatnia

„Jestem. Cały i zdrowy. Samolot się spóźnił pół godziny, znaczy się później wyleciał. Nie zdążyłem na ten z Paryża, ale się firma postarała i dali nam bilety na następny lot + voucher na jedzenie. Czekałem dwie godziny w Paryżu. Lot z Chicago masiakra, zjadłem obiad i miałem prze...ne. Brzuch mnie bolał non stop. W Paryżu się wyrzygałem i jak ręką odjął. Wszystkie graty przewiozłem w walizce. Czyli wsio ok. PAPAPA.”

Brat już na polskiej ziemi, więc czas na podsumowanie dwumiesięcznego pobytu. Jak może pamiętacie, w zamian za wikt i opierunek, miał odrabiać pańszczyznę, więc zobaczmy, jak się wywiązał: 1. naprawa kosiarki – coś tam chyba podokręcał, 2. koszenie trawy – kosił, wycinał obrzeża i zamiatał, 3. mycie samochodów – nie umył, ale wybaczam, bo mi też by się nie chciało, 4. wymiana oleju, klocków hamulcowych, filtrów oleju i powietrza i co tam akurat potrzeba – sprawdził powietrze w kołach i naprawił jakieś popękane klipsy pod maską, które pękły po tym, jak trzasnęłam babę w zderzak, 5. pielenie zielska w ogródku – chwycił za szpadel i wykopał, co większe, 6. podlewanie pomidorów – podlewał, a jakże, właśnie zbieram pierwsze z krzaków, 7. mycie okien – podobnie, jak z samochodem, nie umył, ale wybaczam, bo mi też by się nie chciało, 8. zakupy – robił.

Do tego naprawił schody, furtkę, odkurzał, sprzątał łazienkę, wywieszał flagi i przywoził szwagra ze stacji. No nie powiem, pożytek z niego jakiś był, nie pokłociliśmy się chyba ani razu, normalnie sielanka, więc teraz jest trochę pusto bez niego, że wyjechał, a tak po prawdzie to jest mi w cholerę smutno i złapała mnie emigrancka dżuma.

 


Create Your Own

19:50, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (12) »
 
1 , 2