My kind of town

piątek, 31 sierpnia 2007
Co zrobić z mokrym telefonem

Nowy trend, jaki zaobserwowałam tego lata, to brodzenie po pachy w jeziorze z komórką przy uchu. Jak to genialnie podsumował Forrest Gump, shit happens, jeśli więc komuś w czasie długiego weekendu wpadnie telefon do wody, to najlepszą metodą na wysuszenie jest zagrzebanie go w ryżu bądź w piasku dla kota na 24 godziny. Uruchomić dopiero po wysuszeniu! Aha, suszenie gorącym powietrzem w zmywarce do naczyń nie pomaga. Wszystkie metody zostały przetestowane przez pewnego dociekliwego dziennikarza, więc żadnej ściemy Wam tu nie wstawiam.

Z okazji długiego weekendu, mniej mokrych telefonów i więcej słońca na niebie.

19:35, aniabuzuk , www
Link Komentarze (10) »
środa, 29 sierpnia 2007
Jubilat z fast foodu

Pamiętacie?

Jules: What do they call a Big Mac?
Vincent: Well, a Big Mac's a Big Mac, but they call it le Big-Mac.

Big Mac obchodzi czterdzieste urodziny. W Pensylwanii otwarto z tej okazji muzeum Big Maca. No ale w Ameryce otwiera się muzeum wszystkiego czego się da, więc czemu nie hamburgera. Niby już mieli odchodzić od kultury super-size i serwować normalne porcje, a nie wiem, czy słyszeliście, że niedawno Mc Donald’s chyłkiem wypuścił nowy napój, gargantuicznych rozmiarów, bo o pojemności aż 1,2 litra (410 kalorii) i tylko za 89 centów. Parę tygodni temu postanowiłam spróbować sałatek z McDonald's (są w menu od jakiegoś czasu) i po dwóch czy trzech razach okazało się, że niezależnie od nazwy, każda z nich wygląda i smakuje tak samo, a sosy mają po 25% dziennej dawki soli. Cena, owszem, przystępna, bo tylko 5 dolarów, ale do jakości sałatek, które kupuję na lunch, McDonald's niestety daleko.

Pierwsza restauracja koncernu została otwarta na przedmieściach Chicago w Des Plaines w 1955 r., gdzie obecnie mieści się muzeum. Siedziba firmy znajduje się w Oak Brook na zachodnich przedmieściach Chicago. No ładnie się przyczyniliśmy do zdrowego odżywiania narodu amerykańskiego. W życiu zjadłam jednego Big Maca. Wracaliśmy z nart w ubiegłym roku i na środku autostrady poczułam nieodpartą chęć zjedzenia Big Maca. Kazałam mężowi gwałtu rety zjeżdżać do najbliższego McDonald's, których nie brakuje przy żadnej amerykańskiej autostradzie. Zakupiłam i zjadłam w ciągu dwóch minut, nie podzieliwszy się z mężem. Mea culpa, ale każdy ma chwile słabości.

Na koniec, żeby już tak zupełnie nie psioczyć, szanowny jubilat. Gdybyście nie wiedzieli, ile tam się kryje chemii i nie widzieli Super-Size Me, nie mielibyście ochoty na kawałeczek? Bo wygląda bosko.

Zdjęcie Business Week.

poniedziałek, 27 sierpnia 2007
Kosiarką po niedzieli

Po czym poznać niedzielę w Ameryce? Po ryku kosiarek i zapachu skoszonej trawy. O ile to drugie w ogóle mi nie przeszkadza, to pierwsze już nieco tak. Amerykanie za nic mają „Pamiętaj, abyś dzień święty święcił” i wszelakie roboty wokół domu wykonują w niedzielę ochoczo i hałaśliwie. Wczoraj do białej gorączki doprowadził mnie jeden z sąsiadów, który w czasie, gdy spożywałam śniadanie, podparte ulubionym porannym programem w TV, odkurzał liście spod swojego domu. Nie szczotką bynajmniej, ale tym piekielnym ustrojstwem do odgarniania liści. Kosiarka do trawy brzmi przy tej maszynie niczym mucha koło ucha. Za oknem 25C, błękitne niebo, otwarte okna, letnia bryza, pogoda po prostu wymarzona, a ten odkurza liście. Gdzie się podziała stara dobra szczotka?

Ledwo on skończył, zaczął sąsiad z boku. Sąsiad jest na emeryturze i jego ulubionym zajęciem jest pielęgnacja ogródka i przydomowej trawy. Strzyże ją chyba ze trzy razy w tygodniu, podlewa, nawozi, no cuda wianki z nią wyczynia. Jakby mu było mało w tygodniu, włączył wczoraj kosiarę i wruuu, wruuuu, wruuu przez 45 minut.

W moim rodzinnym mieście, niedziela to był czas, kiedy latem szło się na lody albo leniwie leżało na leżaku pod domem popijając kompot z rabarbaru. Cisza jak makiem zasiał. Wyjątkiem były żniwa. Miasto otaczają pola uprawne, więc czasem i w niedzielę słyszało się kombajny wyjeżdżające do zbiorów. Ale to był wyjątek, o którym mój św. pamięci dziadek mówił niemal z nabożeństwem, że zboże ważniejsze niż niedziela. Gdy mieszkałam w Warszawie, nikt nie trzepał dywanów pod blokiem i nie darł gęby pod oknem. Mamy zachowany mniej lub bardziej nabożny stosunek do niedzieli. Niedziela, to niedziela. Tutaj, od rana do nocy kosiarki i odkurzacze do liści, które notabene uważam za kretyński wynalazek. Brakuje mi ciszy i niedziel, jakie pamiętam z Polski.

czwartek, 23 sierpnia 2007
Opera about Oprah

Czy Wasza firma płaci nadgodziny? Moja płaci i to całkiem nieźle. Chyba jednak nie tak dobrze, jak Oprah Winfrey. Wczoraj jeden z chicagowskich dzienników zbulwersował się faktem, że jedna z pracownic Harpo Studios (produkujących The Oprah Winfrey Show) za 800 nadgodzin zainkasowała bonus w wysokości 32 tysięcy dolarów. Nie wysokość była szokująca, bo wychodzi 40 dolarów za godzinę, a czas w jakim tenże bonus został wypracowany – w ciągu zaledwie 17 tygodni. Z matmy nie byłam nigdy dobra, ale spróbuję się pobawić. 800 godzin dzielę przez te 17 tygodni. Wychodzi mi pi razy oko 47 nadgodzin na tydzień. Dzielę 47 nadgodzin przez 5 dni tygodnia, co daje nieco ponad 9 nadgodzin na dzień. Ula la la...

Oczywiście, cały artykuł to woda na młyn i szukanie sensacji, bo nie ma żadnych ograniczeń w ilości przepracowanych nadgodzin. Mi, przyzwyczajonej raczej do wieści o niezapłaconych nadgodzinach niż nadpłaconych, wydało się cokolwiek dziwne, aby rozliczać najbogatszą kobietę Ameryki z tego, ile płaci swoim pracownikom.

Oprah to taka medialna święta krowa w Chicago. Nawet jak się o niej coś źle pisze (rozrzutna baba), to i tak wychodzi jej to na dobre, a nic z jej życia nie umknie ani „Chicago Tribune” ani „Sun Times”. W ostatnich miesiącach doniosły nam m.in., że Oprah otwiera butik. Nikt nie wiedział kiedy go otworzy, co w nim będzie sprzedawać (poza lakoniczną informacją o obudowach na iPody i ozdobach inspirowanych Afryką), a informacja i tak znalazła się na pierwszych stronach (internetowych). To nic w porównaniu z artykułem Oprah mourns her dog, o tym, że Oprah opłakuje śmierć swojego psa. I ma się rozumieć nikt nie przoczy kolejnego przyjęcia czy zbiórki pieniędzy zorganizowanej przez Oprah dla poparcia Baracka Obamy. Prasa trzęsła się także, gdy James Frey, autor z książkowego kluby Oprah przyznał, że kłamał w swojej książce, w co gwiazda najpierw nie wierzyła i publicznie wspierała Freya, a potem zjechała go podczas show.

Nic do kobity nie mam. Nawet ją podziwiam, że z biedy Mississippi zdołała wydostać na absolutny szczyt i przez 20 lat prowadzić talk-show, który przyciągał przed telewizory miliony Amerykanów i uwrażliwiał ich na biedę, molestowanie seksualne i potrzebę edukacji. Poza tym wydaje miliony na pomoc dzieciom, głównie w Afryce, daje pracę setkom osób i jakby nie patrzeć jest pierwszą damą Windy City. Jej programów nie oglądam, bo są późno w nocy i poza tym średnio mnie interesują. Co rusz jednak media podniecają się bzdurami z jej życia . We mnie wywołuje to uczucie niesmaku (do mediów, a nie niej), bo naprawdę niewiele mnie obchodzi jej zdechły pies. A taką wieść na pierwszej stronie niestety trudno przeoczyć. Parafrazując – nic co prywatne, nie jest nam czytelnikom obce. 

piątek, 17 sierpnia 2007
Chicago na filmowo

Czyli o filmach w starym kinie i pod gwiazdami. Zapraszam na Bez popcornu.

21:01, aniabuzuk , Kultura
Link Komentarze (4) »
BLT, czyli jak się boczek z pomidorem spotkał

Niektórzy już mówią, że lato się kończy i idzie jesień. Koleżanka w pracy przestała już nosić czerwone spódnice i wróciła do czarnych spodni. W sklepach wyprzedaże pod hasłem „Back to school”, co jest pojęciem szerokim i obejmuje ubrania, buty, tornistry, ale także komórki, komputery i ipody. iPhony jeszcze nie, ale poczekamy, zobaczymy. A u mnie w ogródku pomidorobranie. Codziennie przynoszę po parę dorodnych okazów, wkładam do papierowej torby i czekam aż dojrzeją. Na krzaku nie mogę zostawić, bo wiewiórka albo królik chętnie ich popróbują. Gdy nazbiera się cała torba, gotujemy sos pomidorowy, który mrozimy na przyszłość do spaghetti czy ravioli. Kuchnia, upstrzona pomidorami w formie stałej, ciekłej i rozgotowanej, przypomina pobojowisko, ale efekt jest wart zachodu.

Tego, czego nie przetworzymy, zjadamy w postaci kolejnego amerykańskiego wynalazku, czyli najlepszej wakacyjnej kanapki zwanej BLT (czytaj: bi-el-ti od bacon, lettuce & tomato). Wykonanie jest proste jak budowa cepa.

Smażę trzy plasterki boczku na osobę. Moje uwielbienie dla smażonego boczku sięga czasów zamierzchłych i nie słabnie, mimo pozostawania w stosunkach zażyłych z takimi specjałami jak sushi czy porządny stek z tuńczyka. Boczek rules i basta. W międzyczasie płuczę parę liści sałaty. Ja używam romaine, ale myślę że każda sałata się nada. Kroję dorodnego pomidora na grube plastry i opiekam dwie kromki chleb w tosterze, choć może być i nieopiekany. Obie pajdki smaruję majonezem, kładę na jedną sałatę, boczek, pomidora i przykrywam drugą.


Inne odmiany BLT to BLAT (z avokado) i BELT (z jajkiem).

No to tradycyjnie smacznego. 

wtorek, 14 sierpnia 2007
Sztuka samochodowa

Czytelnicy, którzy widzieli w zamierzchłej przeszłości komedię „Świat Wayne’a”, być może pamiętają z filmu oryginalny obiekt: wysoką na kilkanaście metrów metalową iglicę z nadzianymi na nią ośmioma samochodami. Nie była to bynajmniej metoda składowania wraków samochodowych, ale rzeźba autorstwa Dustina Shulera, która w 1989 r. została ustawiona w Berwyn, niewielkim miasteczku na zachód od Chicago. Wzbudzająca od początku liczne kontrowersje rzeźba, zwana Spindle, wrosła jednak w klimat miasta, a kilka lat później zobaczył ją cały świat we wspomnianym już filmie.


(Zdjęcie Joe M500)

Po osiemnastu latach istnienia zakłócanego jedynie rdzą oraz odchodami gołębi, Berwyn oraz pobliskie Chicago zelektryzowała wieść, że Spindle ma zostać rozebrana, a na jej miejcu ma powstać Walgreens. Dla tych, którzy nie wiedzą, co to Walgreens, wyjaśniam, że jest to sieć sklepów, w których można zaopatrzyć się niemal we wszystko, co potrzebne do domowego i osobistego użytku: od mleka przez ekspres do kawy po papier toaletowy i tusz do rzęs. Niewielkie sklepy Walgreens są dosłownie wszędzie. W promieniu trzech bloków od mojego biura jest ich przynajmniej trzy. No a teraz ma powstać kolejny i to w miejscu, jeśli nie dzieła sztuki przez duże „S”, to przynajmniej projektu artystycznego, który przez lata stanowił jedną z atrakcji miasteczka.

Mojego zdania na ten temat możecie się zapewne domyślać. Podpisuję się pod wszelkimi projektami, które przybliżają sztukę niechętnym muzeom i galeriom widzom. Dlatego tak dużą estymą darzę Flamingo Caldera czy Picassa z Daley Plaza. Dlatego rzeźba Cloud Gate w Parku Milenijnym, zwana „fasolką” stanowi najlepszy przykład, jak prosta w formie i przekazie sztuka tworzy niesamowitą interakcję z widzami. Oczywiście, gdzie Spindle do „fasolki”, ale w tym momencie nie chodzi o siłę oddziaływania ani jakość artystyczną. Chodzi o to, że konsumpcja bezczelnie wkracza na terytorium zarezerwowane dla sztuki, nawet jeśli ta sztuka to osiem starych samochodów. Po co komu kolejny Walgreens?

Spindle ma być podobno rozebrana, poddana konserwacji i ustawiona ponownie 100 metrów od placu, gdzie aktualnie się znajduje. I nie byłoby w tym może nic złego, gdyby nie to, że koszt takiej operacji szacowany jest na około 350 tysięcy dolarów. Istnieje więc realna szansa, że Spindle skończy cichaczem na złomowisku, a mieszkańcom Berwyn pozostanie co najwyżej „Świat Wayne’a” z wizerunkiem iglicy.

W międzyczasie, Museum of Contemporary Art w Chicago bez obaw zagospodarowuje przestrzeń publiczną, a nawet ją nieco demoluje na potrzeby sztuki, a wysłużony Yugo robi za atrakcję muzeum zanim jeszcze przyjdzie nam oglądać, to co w środku.


Zawsze mówię, że chcieć to móc. Jak widać, komuś w Berwyn nie bardzo się chce. 

21:00, aniabuzuk , Kultura
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 13 sierpnia 2007
Z czeluści bloga

Dziś, z pełną świadomością posuchy blogowej i braku ciekawszych tematów, popełniam tradycyjny blogowy zapych, czyli przedstawiam listę najzabawniejszych słów bądź fraz, dzięki którym czytelnicy trafili na mojego bloga. W powodzi słów tak banalnych jak „windy city”, „chicago”, „amerykanka”, „hot dogi”, „krewetki” czy „cykady” trafiają się ciekawsze kwiatki. Od miesięcy najpopularniejszą zbitką słów jest „taniec na rurze”, o którym wspominałam przy okazji remontu piwnicznego, więc widać, że konotacje z barów go go są czytelnikom miłe.

Poza lekcjami tańca, można mnie znaleźć wystukując następujące wyrażenia: buty moma, moje stringi, windy kuchenne, nago na basenie, tylko cycki, wyrób kaszanki, marek niedźwiecki gay, amerykański smok, bielyje rozy akordy (chyba mój ulubiony), chińskie wanny hydromasaż, dlaczego nie je się razem ogórka i pomidora, gdzie mieszkają misie koala, gry z koparkami, które morzna ściągnąć (pisownia oryginalna), ile zapłacę za szycie ręki, jak rozpieprzyć samochód, jak wygląda kaszanka (jak do tej pory nie wiesz, to nie ma dla Ciebie nadziei), kebab na świętokrzyskiej (dobry, jadłam w kwietniu), majtki Hermiony, marek niedźwiecki żonaty (biedna żona), męskie obcisłe spodnie na plażę, robaki lubiące wilgoć, sceny erotyczne pożadane przez kobiety, windy do wanien (też chcę!), zdjęcia wszystkich ań i na koniec śledzie góralskie+sprzedaż.

No i teraz, gdyby ktoś przyznał się w komentarzu, że znalazł mnie dzięki majtkom Hermiony, byłoby to naturalnym uzupełnieniem statystyk, które, podejrzewam, większość blogowiczów przegląda po to, aby potem mieć co włożyć na bloga, gdy nic ciekawszego nie przychodzi do głowy.

Pozdrawiam nieszczęśnika, który nie wie, jak wygląda kaszanka (choć po wizycie tutaj już chyba wie), a reszcie życzę kolejnych ciekawych pomysłów na znalezienie mojego bloga. Będzie się z czego śmiać.

piątek, 10 sierpnia 2007
Guess who's in town

Najbardziej obfotografowana para Hollywoodu przyjechała do Chicago, gdzie Ona kręci film „Wanted”, a On przyjechał, choć nic nie kręci. Zresztą, wkrótce po przyjezdzie wziął się i zabrał do Los Angeles, gdzie miał jury duty, które podobno odwlekał w nieskończoność, aż się sąd na niego zdenerwował.

Tymczasem Ona wybrała się do sklepu z zabawkami na Lincoln Square, ale wredna sprzedawczyni nie ujawniła mediom, co Ona kupiła. Wczoraj około 11 wieczorem była na planie filmowym, ale wiadomości ABC nadawały stamtąd o 10:30, więc nie udało się złapać żadnego ujęcia z Nią w tle. Ona nie je nic poza energetyzującymi batonami, ale wypija 12 butelek wody w ciągu dnia. Podobno wygląda chudo, o czym zdążyłam się naczytać w ostatnią niedzielę siedząc 3 godziny u fryzjera, jako że fotel w salonie jest jednym z nielicznych miejsc, gdzie poczytuję plotkarską prasę.

Wieści, że Ona i On są w Windy City podały również oba najważniejsze chicagowskie dzienniki. Rezydują w hotelu Peninsula i mają zostać przez najbliższe dwa tygodnie. Kto? No, jak to kto?  (Zdjęcie AP/Sun-Times)

Jeśli ktoś ich zobaczy gdzieś w Chicago, może powiadomić Sun Timesa lub przesłać zdjęcie do redakcji. Zaiste, nie ma to jak robić sobie dobrą prasę i zaangażować czytelników w śledzenie celebrities. O tempora, o mores. 

środa, 08 sierpnia 2007
Found clothing

Natknęłam się na wzmiankę o blogu Found Clothing, którego autorka ma dość nietypową garderobę. Składa się ona z rzeczy znalezionych na ulicy. Zamieszkała w Chicago Lauri znalezione rzeczy, pierze, jeśli trzeba przerabia i zakłada na siebie. Sporo z tych ciuchów to ubrania z metkami Calvina Kleina, Tommiego Hilfigera, J Crew czy nawet Armaniego. Już pierwsza strona bloga wyjaśnia, że najlepszym miejscem do szukania jest chicagowska dzielnica Lakeview (Lonelystar, nadal tam mieszkasz?), co w sumie nie dziwi, gdyż okolica jest hip and trendy. Poleca również Bucktown i Wicker Park (kolejne modne dzielnice). Część znalezisk na blogu pochodzi także z Nowego Jorku. Autorka wyjaśnia, że porzuconych rzeczy należy szukać przy śmietnikach, a nie przy samochodach i wyjściu ze sklepu, gdzie ktoś może wrócić po zgubę.

Zdarza Wam się znaleźć coś ciekawego na ulicy? Mi nie bardzo. Parę lat temu tata znalazł zegarek Levisa, który noszę do tej pory i uwielbiam (choć przez długi czas miałam wyrzuty, że może jednak trzeba było go gdzieś zgłosić). I czy założylibyście parę dżinsów od Kleina znalezionych przy śmietniku? 

18:01, aniabuzuk , www
Link Komentarze (30) »
 
1 , 2