My kind of town

czwartek, 29 lipca 2010
Sezon ogórkowy

Najlepszy ostatnio sposób na "pozbycie się" dziecka na pół godziny.

14:15, aniabuzuk , Zosia
Link Komentarze (12) »
wtorek, 20 lipca 2010
Dzięki, Hjuston

No i kto mi teraz będzie przysyłał zdjęcia taśmy? Mam nadzieję na jakieś z Norwegii. Poniżej te, które dostałam z Houston. Może ja się odwdzięczę pickupami?

Tapicerka z houstońskiego zoo.

Ramka z chodnikowego rysunku.

Szyba za kierowcą.

Pan ze stopem.

sobota, 17 lipca 2010
Kawa na zimno

Wszystko ostatnio jest "stulecia". Powódź (niestety) stulecia, lato stulecia (kto widział mój ostatni wpis na FB, wie, że najbardziej brakuje mi tutaj klimatyzacji), ja mam przeziębienie stulecia, które złapałam od Zosi, a na deser jest sześćsetna rocznica bitwy pod Grunwaldem, która na bank była bitwą tamtego stulecia. Wiem, wiem, pierdzielę trzy po trzy, ale jest tak gorąco i tak mi leci z nosa, że już mi się na mur mózg zlasował. A jeszcze do tego zachciało mi się lasanii. Nie ma jak nastawiony na 200C piekarnik w domu, w którym jest już 100C. Boże, najchętniej wskoczyłabym do basenu i nie wyszła z niego przez następny tydzień.

Nie zważając na chore gardło, ratuję się lodami i kawą na zimno, robioną tak jak to widziałam w Grecji. Do wysokiej szklanki wsypuję łyżeczkę kawy rozpuszczalnej i cukier wedle uznania (ja daję łyżeczkę). Dodaję ciutkę wody i całość miksuję z minutę takim oto ustrojstwem, do nabycia np. w Ikei. Dorzucam parę kostek lodu i dodaję mleko aż pod czubek szklanki. Niedbającym o dietę polecam bitą śmietanę na wierzch. Nie wiem, czy kawa jest stulecia, ale na pewno jest pycha. Taki pseudo Starbucks w wersji "jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma".


poniedziałek, 05 lipca 2010
Szklana pogoda

Nuda, panie, jak w polskim filmie. To znaczy może nie nuda, ale mundial. Jak na razie lepiej być nie może. Brazylia, Argentyna i Portugalia - do domu. No po prostu marzenie. Pomarańczowi, którym kibicuję nieustannie od 1988 r., gdy zdobyli mistrzostwo Europy, grają może nie pięknie, ale skutecznie. Pięknie grają natomiast sąsiedzi zza Odry i mam nadzieję, że w środę pokażą Hiszpanom, jak się gra w piłkę. Jeśli będzie finał Niemcy-Holandia, będę miałą zagwozdkę, komu kibicować.

No więc Bronek, ogródek, piwko, telewizorek, żeby nie wypaść z praktyki używania zdrobnień. Odkąd przyjechałam, telewizji naoglądałam się tyle, co za rok w Chicago. Tutaj telewizor gra praktycznie od rana. W Chicago to raczej niemożliwe, bo jedyny jaki mamy (co zawsze bywa powodem zdziwienia panów od Dish Network) znajduje się w piwnicy i "gada" głównie wieczorem, gdy Zosia śpi, a i to nie codziennie. Jak w większości polskich rodzin, tak i w mojej (tej polskiej, nie amerykańskiej) telewizor zajmował centralne, nawet jeśli nie dosłownie, miejsce w pokoju gościnnym i wokół niego toczyło i toczy się codzienne życie.

Lat temu kilkadziesiąt w Sokołowie były ledwie dwa telewizory i mały Stefek, czyli mój tata ganiał do Domu Rzemiosła oglądać czarno-białą "Bonanzę", aby po wielu, wielu latach dowiedzieć się, że serial leciał w kolorze. Pięćdziesiąt czy czterdzieści lat temu, kolorowy telewizor był zresztą kompletną abstrakcją. Moi dziadkowie kupili sobie własny odbiornik w 1962 r. i mogli cieszyć się całymi dwoma programi telewizyjnymi. Telewizor marki "Alladyn" miał już wtedy pilota, podłączonego kablem do odbiornika. Siostra mojej babci miała zaś słynny telewizor "Fala", znany z tego, że obraz autentycznie na nim falował. Pod koniec lat 70. rodzice zaś dorobili się kolorowego radzieckiego Rubina, na którym przez całe lata oglądałam "Bolka i Lolka", "Reksia", "Muppety", pstrajki na Wybrzeżu (tak mówiłam na strajki), olimpiady w Moskwie i Sarajewie, "5-10-15" z Krzysiem Ibiszem oraz tę niedzielę, gdy nie było Teleranka.

Upadek muru berlińskiego i kapitalizm powitaliśmy już z 32 27-calowym produktem imperializmu japońskiego marki Sony. Do tego odtwarzacz wideo, zarwane noce spędzone na oglądaniu Szwarcego i Stallone i można było świat doganiać. Soniak służył nam długo i w końcowym etapie swojego żywota buczał, a sygnał telewizyjny musieliśmy puszczać przez wideo, bo inaczej w ogóle nie odbierał. W międzyczasie byłam na studiach i gdzieś w okolicach drugiego roku, dostałam od rodziców 14-calowy telewizor Deawoo. Nie pamiętam, co wtedy się oglądało w akademiku. "Kasię i Tomka"? "M jak miłość"? "Klan" he he?

Wraz z nastaniem epoki dvd, starego dziadka wymieniliśmy na nowszy model tej samej marki. Z tym nie jestem jakoś specjalnie uczuciowo związana, bo został kupiony, gdy szykowałam się za ocean, czy jakoś podobnie. Tegoroczny mundial oglądamy już na telewizorze z płaskim ekranem i o większej niż dotychczas przekątnej ekranu. Ciekawe, co będzie w salonach za 20, 30 lat, zważywszy, że w czasach mojej młodości nikomu się nie śniło o pilotach, płaskich ekranach, automatycznej regulacji głośności i rozmiarach większych niż 21 cali. Statystycznie Polacy oglądają 4 godziny telewizji dziennie (najwięcej w Europie). Szklana pogoda.