My kind of town

środa, 29 lipca 2009
Diamenty z włosów Michaela Jacksona

A myślałam, że ominie mnie pisanie o Michaelu Jacksonie. No ale jak tu nie napisać, że chicagowska firma LifeGem wyprodukuje diamenty z pukla włosów Michaela Jacksona. Z tego samego pukla, który Michael spalił sobie na planie reklamówki Pepsi 25 lat temu. Cudowny lok cudownie ocalał, a teraz firma - nie byle jaka, bo z doświadczeniem w branży (wyprodukowali diamenty z włosów Beethovena) - zajmie się stworzeniem diamentów z włosów gwiazdora. Proces ma potrwać od sześciu do dziewięciu miesięcy. Firma wspaniałomyślnie zaoferowała, że jeden z nich otrzymają dzieci piosenkarza za darmo. Reszta zostanie sprzedana.

Teraz powiedzenie, że diamenty są wieczne nabierze całkiem innego znaczenie. Będzie można dodać, że Michael Jackson też.

czwartek, 23 lipca 2009
Powiedz mi skąd jesteś

Czymś, co mnie bardzo irytuje wśród Polonii jest ocenianie ludzi po tym skąd pochodzą. Przychodzi do mnie polski kontraktor, ja do niego "Dzień dobry, jestem Ania", a ten ani be ani me, ani go pocałuj, tylko pierwsze zdanie, które słyszę brzmi "A Ty to skąd jesteś?". Gdy mówię, że z Sokołowa Podlaskiego, pan radośnie odpowiada "A to ja nawet nie wiem, gdzie to jest". No i cholerę, nie musisz, bo to żadna aglomeracja, ale co ma piernik do wiatraka?

Wczoraj na basenie, do stojącego obok mnie pana podpływa jego znajoma i oświadcza, że powinien jakiemuś gościowi dać w mordę. Pan pyta się dlaczego, a pani wyjaśnia, że słyszała jak ten gość mówił, żeby uważać na tych z Tarnowa, bo to skurwysyny. Reakcja pana obok: "A on to skąd? Z tych cholernych Moniek?"

No właśnie. Co ludzi tutaj tak nastawia przeciwko sobie i dlaczego miejsce, z którego się pochodzi tak determinuje znajomości lub ich brak? Moja babcia zawsze mnie ostrzegała, żebym nigdy nie mówiła, że jestem z Warszawy, bo warszawiaków bardzo tutaj nie lubią. A mówiła mi to, myśląc, że może wzorem wielu rodaków, pytana o to skąd pochodzę, powiem, że z Warszawy, no bo przecież moje rodzinne miasto jest ledwie 100 km od niej i mieszkałam tam przez 4 lata. Prawie wszyscy są z Krakowa, Tarnowa, Poznania, a jak przychodzi co do czego, to z małych miast i wsi 12 albo 19 kilometrów spod tegoż Krakowa.

Babcia, w swoich niekończących się opowieściach polonijnych, podawała przykłady osób, które dowiedziawszy się, że mają pracować dla kogoś z np. Moniek, rzucały robotę albo w ogóle jej nie przyjmowały. No przecież to jakaś paranoja, jakaś rodzima odmiana ksenofobii. Nie lubimy "obcych", nawet gdy są z tego samego kraju. I wciąż słyszy się tutaj, że najgorzej jest pracować dla Polaków.

środa, 22 lipca 2009
Biegnij, panno młoda, biegnij!

Rok temu byliśmy na niestandardawym weselu na sianie (choć po prawdzie, było ono na trawie), a w ostatnią niedzielę na jeszcze bardziej niecodziennym. Para młoda pobrała się wprawdzie w styczniu, ale z imprezą weselną czekała pół roku, aby pogoda dopisała. Wesele bowiem odbyło się w takiej scenerii.


Z tradycyjnym weselem nie miało to wiele wspólnego. Państwo młodzi zaprosili rodzinę i znajomych do gry w softball, czyli bardziej spokojną odmianę bejsbolu, gdzie zamiast tradycyjnych piłek używa się dużo większych, które nie fruwają tak lekko ponad trybunami i tym samym spektakularne home runy są rzadsze. No ale nikomu to zdaje się nie przeszkadzało i goście dopisali (na oko przybyło jakieś 40 osób). Para młoda wraz z częścią weselników przyjechała wynajętym autobusem szkolnym około 2 po południu. Stadion znajdował się godzinę jazdy na zachód od Chicago, pośród pól kukurydzy i dość depresyjnych nowych domów pod kreskę (tzw. subdivisions), z parkingami przypominającymi mi motele. Może i cicho i spokojnie, no ale wygwizdów totalny.

Wracając do wesela. Zawodnicy podzielili się na koedukacyjne drużyny pana młodego i panny młodej i zaczęli grać. Już po pierwszym inningu, czyli rundzie okazało się, kto tu rządzi. Pan młody z drużyną szybko uporał się z przeciwnikami i w ciągu półtorej godziny rozgromił pannę młodą 16:2.


Ja kibicowałam z trybun, jako że ostatnio gram w innej lidze, bardziej przypominającej koszykówkę niż bejsbol.


Po meczu wszyscy udali się na pięterko do przeszkolnej loggi z widokiem na stadion, gdzie podano tradycyjne amerykańskie jadło weselne: hamburgery, hot dogi, kiełbasę na gorąco, czipsy i sałatkę ziemniaczaną. My zakończyliśmy imprezę około 6 po południu, a wkrótce potem autobus zabrał weselników z powrotem do Chicago na nocne balety w centrum.

Mamy wśród znajomych jeszcze całkiem sporo par bez ślubu, więc czekam, gdzie jeszcze zdarzy się nam jechać na wesele.

04:30, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (16) »
czwartek, 16 lipca 2009
Jak brzuch działa na ludzi

Odkąd zaczęłam wyglądać jak kobieta w ciąży, czyli od kilku miesięcy, obserwuję, że ludzie częściej mnie zagadują. Oczywiście, small talk jest rzeczą w Ameryce powszechną i nie trzeba być w tzw. stanie błogosławionym, żeby porozmawiać z kompletnie obcymi osobami, ale ciąża rozwiązuje jeszcze więcej języków. Z reguły ludzie pytają o termin porodu oraz płeć. Osoby z pokolenia moich rodziców przyklaskują naszej decyzji o niespodziance, czyli nie sprawdzaniu płci przed narodzinami. Ludzie w moim wieku w większości są pełni niedowierzania, jak możemy tak spokojnie żyć w nieświadomości (możemy). Niektórzy, zwłaszcza niektóre, próbują zgadnąć płeć na podstawie kształtu brzucha. Faceci szybko schodzą na tematy im miłe i wzdychają, że pewnie ciężko mi bez piwka. Czasem ciężko, zwłaszcza jak każdego dnia mijam wspaniałą reklamę Corony, ale jak już gdzieś tu chyba pisałam, ostawienie alkoholu poszło dość łatwo.

Czasem jednak zdarzają się śliwki-robaczywki w tych krótkich pogaduszkach. Gdy podaję datę porodu, słyszę pełne utyskiwania "uuuuu..." albo "oh, nie...", gdy osoba zdaje sobie sprawę, że końcówka ciąży wypada mi na lato (z reguły duszne i gorące w Chicago). Tak jakbym sama nie wiedziała, że będę się bujać z brzuchem w lipcu i sierpniu! Notorycznie słyszę więc, że będzie upalnie, że będzie mi ciężko, że "poczekaj, aż będziesz w 9 miesiącu", a czasem to mam nawet wrażenie, że niektórzy mają mnie za pomyloną, która akurat na lato zaplanowała sobie ciążę. Na razie pierwszą falę upałów w czerwcu przetrwałam bez problemów. Oczywiście, dalej różnie to może być, zwłaszcza jak mi przybędzie jeszcze parę funciaków (a przybędzie, bo dziecko na razie waży około 4,5, więc jeszcze kilku mogę się spodziewać).

Zaraz potem słyszę, że mogę zacząć pakować kolekcję butów, bo stopy mi urosną i już nie wrócą do przedciążowego stanu. Tutaj, niestety, istnieje pewne ryzyko, gdyż rzeczywiście wiązania w stopach stają się luźniejsze i jest to proces trwały, skutkujący podłużeniem bądź poszerzeniem stopy. No więc o tym też wiem i nie chcę słyszeć i mam nadzieję, że mnie to jednak ominie! Buty większe o pół numeru na wszelki wypadek kupiłam, bo nogi mi od czasu do czasu puchną, a myślę, że pod koniec ciąży mogą spuchnąć na maksa i wtedy żadne chodzenie, trzymanie ich wyżej, basen itd. nie pomogą.

Oczywiście nic nie przebija dotykania brzucha. Z jakiegoś tajemniczego powodu, ludzie czują potrzebę jego dotknięcia. Na szczęście nie zdarzyło mi się to wiele razy, ale jest to dość wkurzające, gdy jakaś obca baba wyciaga łapska w jego kierunku. Ostatnio właścicielka salonu, gdzie chodzę na pedicur dosłownie przyssała się do mnie i brzucha. I zrobiła to tak znienacka, że nie miałam jak zaprotestować. Co jest, kurna, jakiś talizman odczyniający złe uroki, czy co?

Najwięcej zainteresowania wzbudzam chyba jednak na basenie. Może to moja wyobraźnia, ale mam wrażenie, że każde moje wejście wywołuje niedowierzanie, że jak to i w ogóle, gdzie z tym brzuchem, w domu siedzieć i tyć, zwłaszcza u starszych panów, którzy z reguły nie kwapią się do przepłynięcia długości basenu, a siedzą w kącie i plotkują z innymi. Oczywiście, zdarzają się miłe momenty, gdy ktoś w początkach, gdy tak do końca nie było wiadomo, że na pewno jestem w ciąży, pytał, czy się spodziewam potomka i dodawał, że będzie uważał, żeby mnie niechcący nie kopnąć.

No a na sam koniec dochodzi ustępowanie mi miejsca we wszelakich środkach transportu publicznego, parkowanie pod samym sklepem w miejscach przeznaczonych dla oczekujących matek oraz darmowe dodatkowe porcje chleba i większy niż zamówiony rozmiar zupy w Corner Bakery na dole moje budynku, gdzie bywam częstym gościem podczas napadów głodu. Panie już kilka razy tak się "pomyliły". Rzeczywiście, nic tylko, siedzieć, tyć i czekać z założonymi rękoma na własnym wyhodowanym oparciu (sprawdza się również jako podstawka do napojów oraz dobre miejsce dla pilota od telewizora).

No to sobie pogadałam.

poniedziałek, 13 lipca 2009
Bruno nie dla homofobów

Pamiętacie scenę z "Borata", w której tarzał się on nago po pokoju hotelowym razem z obleśnym grubasem? No więc jeśli myśleliście, że była to najobrzydliwsza scena filmu, to przygotujcie się na to, że "Bruno" (bez kropek nad "u", bo nie wiem, jak je wstawić) to jeden ciąg tego typu obleśno-pornograficzno-obscenicznych sekwencji, po których inaczej spojrzycie na to, co dwóch facetów może razem wyprawiać w łóżku (albo i nie łóżku). "Największa austriacka gwiazda od czasów Hitlera" już na ekranach i jak nie cierpię chodzić do kina w weekendy otwarcia, to na "Bruno" poszliśmy.

Wydawało mi się, że już bardziej niż "Borata" przegiąć się nie da, ale w "Bruno" Sacha Baron Cohen przeszedł samego siebie. Gość naprawdę pojechał po bandzie. Golizny na ekranie jest w cholerę i szczerze mówiąc, to zastanawiam się, jak film dostał kategorię "R", a nie "NC 17", bo to co się dzieje w filmie, jest naprawdę hardcore. Jest oczywiście znane z "Borata" wkręcanie celebrities w absurdalne sytuacje oraz wiele momentów, których do końca nie można ocenić, czy zostały improwizowane na Bogu ducha winnych osobach trzecich, czy zagrane z aktorami. Pół niedzieli bolały mnie mięśnie od śmiechu.

"Bruno" rozbawił mnie i męża dużo bardziej niż "Borat", choć myślę, że film okaże się jednak zbyt obsceniczny jak na amerykańskie gusta. Niby jest na pierwszym miejscu w box office po weekendzie, ale już w sobotę liczba tych, którzy poszli do kina była mniejsza niż w piątek, co zresztą sama zauważyłam w kinie, w którym byliśmy, gdzie nie było żadnego problemu z dobrym miejscem, a sala była w połowie pusta. Może więc można szydzić z Ameryki (powinnam dodać Północnej, bo mnie zaraz ponownie ktoś uświadomi, że Peru to też Ameryka), antysemityzmu i ksenofobii, ale 20 penisów prosto w oczy może okazać się o 19 za dużo. Ciekawe, czy Cohen pójdzie kolejny raz tą samą ścieżką i za 2-3 lata wyskoczy z kolejnym borato-brunopodobnym wcieleniem.

17:50, aniabuzuk , Kultura
Link Komentarze (14) »
piątek, 10 lipca 2009
Wspominki z demoludów

W robocie sezon ogórkowy i za wiele się nie dzieje, więc czytam ostatnio z prawdziwą przyjemnością i nostalgią dział specjalny Wyborczej "Bazarowa odyseja Polaków" o tym, jak rodacy w latach osiemdziesiątach jeździli na wczasy zagranicę, jednocześnie handlując czym się dało na miejscu i przywożąc inne dobra z zaprzyjaźnionych demoludów.

U mnie w rodzinie tradycje bazarowe nie były tak żywe, ale z każdego zagranicznego wyjazdu rodzice przywozili jakieś precjoza, będące zupełnie nie do dostania w Polsce. Jeszcze przed moimi narodzinami, wraz z moim późniejszym chrzestnym wybrali się do Berlina, zapewne Wschodniego. Nie wiem, czym tam handlowali i czy w ogóle (może jak przeczytają, to uściślą), ale na pewno przywieźli deficytowe w PRLu staniki, o które wujek swoją łamaną wtedy jeszcze niemiecczyzną targował się w tamtejszych sklepach. Z wypadu do Berlina najdłużej uchowały się zdjęcia i para takich samych koszulek, które kupili sobie rodzice.

Parę lat później, kiedy ja i brat byliśmy na tyle duzi, aby zostać z dziadkami, rodzice pojechali do Pragi. Znów nie wiem, czy zabrali coś ze sobą na handel, no ale za to skala tego, co przywieźli była oszałamiająca. Dla brata - zestaw kolejkowy: tory, wiadukty, mostki, lokomotywy i wagony. Wypas totalny, zwłaszcza dla cztero- czy pięciolatka. Dla nas obojga - rękawiczki z jakiegoś ortalionu, idealne do lepienia bałwanów. Do tego były zdaje się buty na rzepy oraz coś dla duszy - "Pan Tadeusz" i "Czterej pancerni i pies". "Pan Tadeusz" rozpadł się na kawałki, gdy wiele lat później czytałam go jako lekturę, natomiast "Pancerni" w solidnej twardej okładce, ze zdjęciami z planu filmowego, stoją do dziś na półce w domu rodziców. Dodatkowo, tata kupił sobie jakieś zupełnie odlotowe tenisówki z odblaskowym pomarańczem na pięcie - ah, jak ja mu ich zazdrościłam.

W 1989 r. pojechaliśmy na dwutygodniowe wczasy do Miczurina w Bułgarii. To była pierwsza moja i brata wyprawa poza granice Polski, więc jak to się mówiło "jaraliśmy" się perspektywą byczenia się w ciepłym Morzu Czarnym no i samą wyprawą. Ponieważ jechaliśmy przez ZSRR, Rumunię, Węgry i Czechosłowację, rodzice zabrali jakieś suweniry na handel. Były to raczej drobiazgi typu lakiery do paznokci, a nie np. telewizory, które opisywani w Wyborczej Polacy pchali do maluchów, wraz z dwójką dzieci i bagażem. Mieliśmy też mnóstwo gum do żucia Mamba. Nie pamiętam, czy były na handel, ale przypomina mi się, że rzucaliśmy je w Rumunii dzieciom z samochodu, nie mam pojęcia dlaczego. W Rumunii bieda była straszliwa. Miasteczka zrujnowane, na polach same słoneczniki i bocianów tyle, że Polska chyba mogła się schować. W każdym miejscu, gdzie się zatrzymywaliśmy, miejscowi pytali, czy mamy coś do sprzedania. Podróż była oczywiście z przygodami, w obie strony. A to za Lwowem nie pozwolono nam dojechać do granicy z powodu jakiejś "zarazy", a to spaliśmy gdzieś w jakimś polu cebulowym, a to tata przejechał kota w Czechosłowacji i nic mi nie powiedział, aby mnie nie denerwować, a to notorycznie staliśmy w kolejkach na granicach.

W Bułgarii był prawdziwy wypas. Po nieco siermiężnych ośrodkach wczasowych nad Bałtykiem i Mazurach, Miczurin jawił się niczym kurort klasy de luxe. Mieszkaliśmy na prywatnej kwaterze - rodzice w jednym pokoju, my w drugim, pełen luz. Za dolary można było dostać chyba wszystko, czego turystyczna dusza zachciała. Pamiętam, że rodzice byli zachwyceni cenami i z radości raczyli się więc koniakami co wieczora, a my landrynkami, które żeżarły nam mrówki, po tym, jak zostawiliśmy je na oknie. W morzu siedzieliśmy non-stop aż w końcu oboje nauczyliśmy się pływać.

W drodze powrotnej zachwycił nas Budapeszt, który w porównaniu z Warszawą wydawał się stolicą zupełnie niesocjalistyczną, z kolorowymi sklepami i niebotycznymi cenami rodem z Zachodu. Zakupów wielu w Budapeszcie nie było. Największą atrakcją okazały się piekielnie strome schody do metra.

Z wyprawy do Bułgarii przywieźliśmy opalone twarze (ja dodatkowo spalone ramiona i plecy), toster, którego rodzice używają do dziś, mały elektryczny grill, który zdaje się nie przeżył transformacji ustrojowej i przegrał z grillem na węgiel, stosy zdjęć, które jakiś baran w Sokołowie wywołał na różowo i wspomnienia jednych z najlepszych wakacji w życiu.

22:27, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (16) »
środa, 08 lipca 2009
Za $3 do sądu

Jak wiadomo, w Ameryce można pozwać za wszystko i każdego, a sztandarowym przykładem jest słynna sprawa pozwania McDonald's za zbyt gorącą kawę. Można do sądu też podać bank, który na swoim bankomacie nie prezentuje ostrzeżenia o pobraniu opłaty za dokonanie transakcji. Pani w podchicagowskim Oak Forrest wypłaciła pieniądze z automatu bez takowego ostrzeżenia, została następnie skasowana 3 dolary za transakcję i tak się wkurzyła, że pozwała bank o 90,000, z czego ona może dostać 1,000, jej adwokat 27,000, a reszta pójdzie na opłacenie innych poszkodowanych, którzy korzystali z tego samego bankomatu.

Jak widać, pieniądze da się tutaj zarobić na wszystkim. Pomysłowość tego narodu jest naprawdę nieograniczona. Niedługo ktoś pozwie jakiegos producenta obuwia za brak ostrzeżenia, że chodzenie z rozwiązanymi sznurówkami może skutkować a. wywinięciem orła, b. wkręceniem się sznurówek w ruchome schody, c. upadkiem na pysk i potłuczeniem sobie głupiego łba.

Niezła lista najgłupszych pozwów świata jest tutaj. Mój ulubiony - pozew włoskiej pary, której zaparkowany samochód został uderzony z tyłu, podczas gdy oni akurat uprawiali małe bara-bara. Uderzenie tak rzekomo zdekoncentrowało pana, że nie utrzymał, co miał trzymać i pani zaszła w ciążę. To się nazywa wypadek przy pracy.

17:00, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 06 lipca 2009
W kratkę

Wraz z reaktywacją bloga, czas na zmartwychwstanie kategorii taśmowej. W dzisiejszym odcinku, tytułem nawiązującym do mojego poniedziałkowego humoru po trzydniowym weekendzie, wzory geometryczne od Teksasu po Chicago.

Najpierw hjustońska torba na zakupy z Whole Foods. Zważywszy na spłowiały kolor taśmy, torba już niejedno przeżyła.


Następnie, równie ciężko doświadczona przez los walizka na O'Hare, utrwalona bodajże po powrocie z Dżamajki.


I na koniec prawdziwa taśmowa bonanza, której celu nie jestem w stanie się domyślić - La Salle między Monroe a Madison.


A tak poza tym, to weekend był miły, choć pracowity, jak wszystkie weekendy ostatnio. Pocieszyliśmy się tuńczykiem z grilla w sobotę i żeberkami w niedzielę oraz dodatkową porcją custard (coś w rodzaju lodów, tylko słodsze, tłustsze i o niebo lepsze) ze Scooter's w trzech smakach. Chyba się robi lato w Chicago.

środa, 01 lipca 2009
Nigdy w życiu

Pozazdrościliśmy Wielkiemu Kanionowi przeszklonego tarasu nad przepaścią i zrobiliśmy sobie wersję zurbanizowaną.

The Ledge "wisi" na jednej ze ścian Sears Tower na wysokości ponad 400 metrów. Są chętni? Czynne od jutra.