My kind of town

środa, 30 lipca 2008
Sweet Home Chicago

Człowiek czeka, zaznacza w kalendarzu, robi plany, bratu listę rzeczy, których ma nie zapomnieć, z czego on i tak zapomina tej najważniejszej, sam targa jak głupi z rana do roboty krzesła, serwetki, Off na komary, aparat i kiedy w końcu rozsiada się w zapchanym Grant Parku na pokaz kultowego „The Blues Brothers” pod gołym niebem, ogląda przez półtorej godziny, szczerząc zęby w uśmiechu, klaszcząc przy piosenkach Jamesa, Raya i Arethy, to pół godziny przed najlepszym z finałów rozpętuje się burza, wali deszcz, brat nie ma parasolki, ludzie zbierają klamoty, uciekają, trawa nasiąka, wszędzie błoto, z młodego kapie jak ze ścierki, pioruny tłuką, wszyscy cieszą się jak dzieci, im bliżej taki walnie i na sam koniec pozostaje leciutki niedosyt, że nie udało się obejrzeć do końca i pośpiewać z innymi „Jailhouse Rock”, osłodzony na szczęście widokami pięknego jak zwykle downtown by night, miłym towarzystwem i tym zarąbistym uczuciem, gdy setki ludzi klaszczą na widok Sears Tower i za każdym razem, gdy z ekranu pada „We’re on a mission from God”.

wtorek, 29 lipca 2008
Trójkąt z Viagrą

W sobotni wieczór świętowałam z hazbendem rocznicę ślubu. To miało być kameralne wyjście do Greek Town (znowu ta Grecja) na dolmades, musakę i butelkę wina. Wskutek tej butelki oraz niebywałego szczęścia w znajdowaniu parkingu w centrum w środku sobotniej nocy wylądowaliśmy po kolacji na Rush Street w lokalu zwanym Tavern on Rush, znanym mi z niezłych martini i ciekawych obserwacji socjologicznych.

Wczoraj doczytałam się, że bawiłam się w Viagra Triangle, jak zwane są trzy tamtejsze ulice: Rush, State i Chicago, tworzące trójkąt, gdzie the men are men and their pills are blue, older men on the make, and the dolled-up women trying to reel them in. No, trzeba przyznać, że takiej ilości blond piękności w stylu Paris Hilton uwieszonych u ramion starszych panów, dawno nie widziałam. Dawno też nie płaciłam $15 za martini, które na szczęście było przepyszne.

Po paru godzinach w trójkącie hehehe, pojechaliśmy do Davenport’s, gdzie pan przy fortepianie wyśpiewywał dla mnie piosenki Madonny, a ja popijałam jakiegoś drina na bazie rumu kokosowego, co zakończyło się całkiem niedobrze dla piszącej. Rzec tylko, że w niedzielę było źle, a nawet jeszcze gorzej, wczoraj niewiele lepiej, dziś już znośnie, ale na wszelki wypadek proszę głośno nie komentować.

piątek, 25 lipca 2008
Klima

Wprawdzie ostatnio pot nam nie zalewa oczu z powodu upału, bo lato należy raczej do chłodnych, jak na chicagowskie standardy, ale bez klimy ani rusz. Erkondyszon, zwany tak przez moją babcię oraz zacne grono Polonusów, wystający z okien, to latem widok częsty. Należy go umiejętnie zamocować w oknie, tak aby nikomu nie spadł na łeb i Ewa, która przysłała zdjęcie nie musiała się tłumaczyć. W sukurs przychodzi, ma się rozumieć, duct tape.

         

W weekend ma być 31C, więc proponuję podkręcić klimę, żeby nie narzekać, że „kondyszon coś słabowate”. A zdjęcia zastosowania taśmy nadal chętnie przyjmuję na maila (Warszawa78, jak tam zdjęcie dla mnie?).

środa, 23 lipca 2008
Atak marketerów

Ostatnio dzwonią do mnie jak najęci marketerzy z przeróżnych film, a wszyscy z increadible deals, great opportunities, czy valuable advertising options. Moje rozmowy z nimi sprowadzają się więc do takiego mniej więcej dialogu:

-           Dzień dobry, nazywam się Punxsutawney Phil i dzwonię z firmy Groundhoghole. Czy mogę rozmawiać z osobą zajmującą się marketingiem?

-           Tak, to ja. W czym mogę pomóc?

-           Fantastycznie! Czy mogę wiedzieć, jak masz na na imię?

-           Ania.

Po czym z racji, że telefon trochę zniekształca, ja mam akcent, a zdrobniała forma mojego imienia nie jest tutaj popularna, następują próby jego wymówienia: Ena, En, Ana, Sanja, Tanja, Anija i Anja (czekam kiedy będzie Banja).

-           Ania (w końcu), mamy dla twojej firmy wspaniałą okazję do zakupienia przestrzeni reklamowej w dzienniku ... (tu nazwa).

-           Dziekuję, ale nasza firma się nie reklamuje.

-           Tak, rozumiem, ale w piątek mija deadline i kończy się promocyjna cena (cena ZAWSZE jest promocyjna) na wykup ogłoszenia.

-           Dziękuję, ale w naszym budżecie nie ma w tej chwili miejsca na reklamę.

-           Tak, ale...

Rozumiem, że to jest ich praca i to niełatwa, bo zapewne na 10 telefonów mają dziewięć osób, które nie chcą z nimi rozmawiać. Mnie denerwuje tylko, że jeśli jasno mówię, że firma z założenia się nie reklamuje, to nadal nie odpuszczają i drążą temat, do punktu, gdy rozmowa staje się nieprzyjemna. Albo słychać, że czytają wyklepaną formułkę. Najbardziej upierdliwi są przedstawiciele wszelakich odmian Yellow pages. Idzie z nimi, jak po grudzie. Atakują też mailowo: I hate to bother you, but can you tell me who handles your direct marketing and how I might get in touch with them?

Czasami, gdy widzę jakiś „dziwny” numer po prostu nie odbieram. Raz dzwonił ktoś z Indii i powiedziałam mu, że nie mogę go zrozumieć (nie mogłam – on mnie pewnie też nie he he). Najlepszy jest jednak pewien gostek z Anglii, który musi mieć niezły pierdzielnik w papierach, bo jednego dnia zadzwonił do mnie trzy razy z tą samą ofertą. No chyba, że taki z niego desperado.

poniedziałek, 21 lipca 2008
Wieczór w stylu greckim

Na zakończenie całkiem udanego weekendu (par butów zakupionych: dwie, filmów w kinie obejrzanych: dwa plus wycieczka do Shedd Aquarium) kolacja pod chmurką. Tzatziki w gustownej metalowej misce, sałatka grecka w szklanej, świeża bułka, tanie wino z Trader Joe’s, kawior w stylu greckim oraz piłujące do towarzystwa cykady oraz skacowany brat dogorywający w swojej podziemnej komnacie.


A pod stołem w kuchni robią się ogórki małosolne.

Dobranoc państwu.

czwartek, 17 lipca 2008
Czekając na Batmana

Można śmiało rzec, że takiego szumu w mediach chicagowskich, jakie wywołuje premiera najnowszej odsłony Batmana (w kinach od 18 lipca), nie miał dawno żaden film. Odkąd ekipa filmowa zjechała do miasta rok temu, co miałam zresztą okazję zobaczyć, gdyż wiele scen kręcili na La Salle pod giełdą (czyli rzut beretem od mojej pracy) gazety po prostu prześcigały się w doniesieniach z planu, a teraz z premiery. Tragiczna śmierć Heatha Ledgera na początku roku (w co nadal chyba nie mogę uwierzyć) tylko dolała oliwy do ognia. Na dwa dni przed premierą pojawiają się pierwsze recenzje krytyków. Tradycyjnie nie czytam zanim nie obejrzę, ale po ilości gwiazdek widać, że pismacy byli zachwyceni.

Ci, którzy czytają mój drugi blog, wiedzą, że mam słabość do filmów kręconych w Chicago i poświęciłam im osobną kategorię. W „Batman Begins” widać było całkiem sporo miasta, m.in. Chicago Board of Trade, kolejkę i Wacker Drive. W tym ma być Wietrznego Miasta jeszcze więcej. Wylicza Suntimes: Sears Tower, budynek IBM-u, Marina Towers, czyli kukurydze, Chicago Theatre, Daley Center, Navy Pier, hala McCormick i wiele, wiele innych. Będzie na co popatrzeć.

Generalnie filmy o superbohaterach latają mi koło tyłka, za wyjątkiem właśnie Batmana i mojego nowego odkrycia „Iron Mana”. „Batman Begins” podobał mi się bardzo i według mnie był to najlepszy film z batmanowej serii (lepszy od „Batmana” Burtona). Już nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć najnowszy i to, jak Chicago zmieniło się w Gotham. Gdybym miała cierpliwość do tłumów, zapachu popcornu i kilometrowych kolejek poszłabym na film w ten weekend. No ale choć będzie mnie nie wiem, jak skręcało, przeczekam pierwszą falę widzów i wybiorę się pewnie w tygodniu albo w następny weekend. No chyba że skuszę się na jakiś wczesnopołudniowy seans w niedzielę, licząc, że nie będzie tłumów (czy to naiwna wiara?). Normalnie skisnę w oczekiwaniu. Wybieracie się?

PS. Tutaj moja relacja z ubiegłego roku, gdy ekipa kręciła pod giełdą.

wtorek, 15 lipca 2008
Budweiser w rękach Stelli

Tematem numer jeden rozmów w kuchni podczas lunchu jest od paru dni przejęcie browaru Anheuser-Busch przez belgijską grupę InBev, która ma w swojej stajni takie specjały, jak Stella Artois, czy Beck’s (mniam). Anheuser-Busch zaś jest producentem „legendy” amerykańskiego browarnictwa, czyli Budweisera. Belgowie właśnie dokonali szeroko komentowanego w mediach przejęcia, zaś babki w kuchni „ochują i „achują” nad tym, jak to w ogóle jest możliwe. Normalnie koniec świata. Sam browar zaś, mimo iż według zapowiedzi, ma dostać od InBev 52 miliardy dolarów (?!) też chyba nie może tego przeżyć i puszcza w telewizji reklamówki pokazujące, jak po zakończeniu prohibicji jako pierwsi zawitali do Białego Domu z beczkowozem piwa.

Well, to se nevrti. Taki jest kapitalizm. Nie pierwszy to przykład, gdy narodowa bądź lokalna marka idzie w obce ręce. Chicago trzęsło się dwa lata temu, gdy Marshall Field’s, najsłynniejszy department store w mieście, dostał się w ręce Macy’s. Lojalni klienci podobno ostentacyjnie przecinali karty kredytowe wydane przez Marshall Field’s i deklarowali, że od „wrogiego” Macy’s karty nie wezmą. Gdy po roku działalności, Macy’s miało słaby dochód, pojawiały się zadowolone komentarze byłych klientów Fieldsa, że nie trzeba było pozbywać się flagowej chicagowskiej marki.

Co mają jednak powiedzieć Anglicy, których sztandarowe marki samochodowe: Land Rovera, Rolls’ Royce’a i Jaguara wykupiły amerykański Ford i niemieckie BMW? O końcu świata w Ameryce będzie można chyba więc mówić, gdy Toyota kupi General Motors, a nie dlatego, że dzięki belgijskiemu koncernowi poprawi się może smak ich naczelnego piwnego sikacza.

piątek, 11 lipca 2008
Sausage fest

Sausage fest to zjawisko społeczno-towarzyskie polegające na tym, że dwóch chłopów, z których jeden mieszka ze mną od czterech lat, a drugi przyjechał do mnie na wakacje, zabiera tyłki w troki i jedzie wraz z innymi sześcioma gachami do Wisconsin na weekend łowić ryby, pić piwsko, leczyć kaca i spać pod namiotem. No i pewnie piec jakąś kiełbasę w ognisku, choć zdaje się, że nazwa sausage fest do kiełbasy się nie odnosi he he. O słodka samotności! W planach leżak w ogródku z drinem przy boku, wylegiwanie się w wannie, nadrabianie kinowych i netflixowych zaległości, babskie ploty, zakup obuwia dla siebie (w nagrodę za to, że mam wolny weekend), spodni dla hazbenda (w nagrodę za to, że wyjechał) i sukienki dla mamy (w nagrodę za bycie mamą). Kuchnia oraz odkurzacz mój wróg. A kysz, siło nieczysta.

Dzisiejszy wpis sponsorowała literka „S”.

00:16, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (23) »
wtorek, 08 lipca 2008
Dom nad wodospadem

Dom nad wodospadem zobaczyłam pierwszy raz kilkanaście lat temu w książce o stu najsłynniejszych budowlach świata. Przeglądając wraz z ojcem czarno-białe zdjęcia zauważyłam niezwykły dom, zawieszony ponad płynącym pod nim potokiem. Do głowy mi nie przyszło, że przyjdzie mi kiedyś na własne oczy zobaczyć to cacko architektoniczne, zbudowane jako dom letniskowy dla rodziny Kaufmannów, którą może niektórzy znają z sieci department stores na Midweście.

Dom znajduje się w Pensylwanii, jakieś 10 godzin jazdy od Chicago. Normalnie pewnie byśmy się tam specjalnie z Chicago nie wybrali, ale że byliśmy w weekend u teściów w Ohio, to ponad 2/3 drogi do Falling Water mieliśmy za sobą. Wymyśliłam więc parę tygodni temu, aby pojechać do Fallingwater, skoro dom znajduje się ledwie 4 godziny jazdy od Columbus.

Fallingwater zaprojektował sławny Frank Lloyd Wright. Dom jest przykładem doskonałej harmonii z naturą, której to zasadzie hołdował architekt. Planując Fallingwater chciał, aby szum przepływającego potoku słychać było w każdym zakątku domu, a widoków roztaczających się z okien i tarasów nie burzyły żadne dodatkowe przeszkody. Stąd jak najmniejsza ilość ram w oknach. Stąd trzymanie jednego poziomu tarasów, aby wzrok nie "ześlizgiwał się" po ich różnych wysokościach, a patrzący cieszył się niezmąconym widokiem otaczającego lasu. W środku (oczywiście zdjęć nie można było robić) dom wygląda równie wspaniale, jak z zewnątrz. Dominuje prosty, niemal ascetyczny styl Wrighta. Surowość wystroju przełamują czerwone i żółte poduszki oraz dywany nadające podłodze z litej skały cieplejszy wygląd. Wszystkie meble są oryginalne, a większość zaprojektowana przez Wrighta.





Dzięki dużej ilości okien i potokowi pod spodem podobno było tam chłodno (dom nie ma klimatyzacji). Nie chcę jednak myśleć o ilości robaków (komary!), jakie tam mieszkały, korzystając z otwartych okien. No ale co tam robaki. Dom jest przepiękny. Wodospad rzeczywiście słychać z każdego pokoju. Do dyspozycji jest kilka tarasów, na których można bylo się opalać i imprezować, a potem ochłodzić w ekologicznym basenie (woda basenowa napływa z pobliskiego strumienia, a nadmiar wypływa z powrotem do rzeczki). Normalnie pogoda dla bogaczy. I pomyśleć, że nawet jakbym wygrała w totka, to nie mogłabym tak pomieszkać, bo zrobili z tego muzeum. Wiecie, tak samo Concordem się już nigdy nie przelecę, bo poszedł na żyletki. 

W międzyczasie, pozostaje posłuchać szumu wody. Polecam również odwiedziny podchicagowskiego Oak Park, gdzie mieści się dom i studio Wrighta oraz wizytę w nowojorskim muzeum Guggenheima, które również zaprojektował.

poniedziałek, 07 lipca 2008
Sporty wodne

No to czas najwyższy ruszyć z taśmową kategorią. Na pierwszy ogień (choć w tym przypadku chyba na wodę) idzie zdjęcie nadesłane przez Anetę z Syracuse. O wodoszczelnych właściwościach taśmy nie wiedziałam. A tu proszę bardzo.

Kajakiem pływałam jako małolata po Bugu w Drohiczynie, mieście znanym z tego, że urodził się w nim Daniel Olbrychski, a później znanym z tego, że aktor przyjeżdżał tam z Marylą Rodowicz, z którą miał głośny romans w latach 70. Kajakowanie polegało głównie na tym, że tata machał wiosłami, a ja odganiałam się od komarów ( a propos komarów – czy u was też jest ich od cholery w tym roku?)