My kind of town

wtorek, 31 lipca 2007
Chicago Trophy dla Wisły Kraków

Soldier Field w niedzielne popołudnie był z pewnością najbardziej polskim zakątkiem w całym Chicago. Stadion, na którym rozgrywają mecze Chicago Bears udzielił w weekend gościny czterem drużynom, które rozegrały krótki turniej piłkarski pod nazwą Chicago Trophy. Mąż zafundował mi imieninową niespodziankę i zaskoczył biletami na mecz Wisły Kraków. Na mecz z hiszpańską Sevillą FC ściągnął tłum kibiców, w większości ubranych na biało-czerwono. Za jedną z bramek usadowiła się całkiem spora grupka szalikowców Wisły, którzy darli się bez opamiętani przez 90 minut. Kibice hiszpańskiej drużyny nawet nie próbowali konkurować z dopingiem, jaki Białej Gwiaździe zafundowali wierni fani.

Choć stadion był wypełniony ledwie w połowie, to dominacja „naszych” była wyraźna. Nawet kamerzysta, który filmował publiczność, wybierał z reguły polskich kibiców, zwłaszcza nasze urodziwe rodaczki (wiadomo, że najwięcej witaminy mają polskie dziewczyny). Sam mecz nie porwał, ale Wiślacy byli wyraźnie lepsi i w drugiej połowie Niedzielan, ku obłędnej radości kibiców (mojej także) wpakował piłkę do siatki. Hiszpanie po stracie bramki obudzili się i nawet strzelili gola, który nie został uznany (podejrzewam spalonego). Mecz zakończył się jednobramkowym zwycięstwem Wisły i triumfem w całym turnieju. Szalikowcy szaleli.

Siedziałam za bramką i powiem Wam, że zawsze myślałam, że jest to najgorsze miejsce do oglądania futbolu, a tymczasem wcale nie było tak źle. Jedynym mankamentem było to, że najbarwniejsza grupa grupa Polaków siedziała za drugą bramką, więc zdjęcia nie wyszły mi najlepsze. Ale przecież nie o zdjęcia chodziło. Najważniejsza była atmosfera niedzielnego leniwego popołudnia pośród rodaków, wygłodniałych „prawdziwego” sportu.

To był mój pierwszy mecz piłki nożnej w życiu, ironią losu widziany na amerykańskiej, a nie polskiej ziemi. Reputacja naszych krajowych rozgrywek, zwłaszcza pseudokibiców, zawsze skutecznie zniechęcała mnie to pójścia na stadion. W Stanach nie ma bijatyk między fanami drużyn bejsbolowych czy futbolowych. Mąż zapytał się mnie, jak to jest, że Amerykanie, którzy lubują się w agresywnych i bardzo kontaktowych sportach, jak właśnie futbol amerykański czy wrestling, nie urządzają kibicowskich burd, a w Europie zdarza się to często? Sami zawodnicy czasem dadzą sobie po nosach, ale na trybunach z reguły jest spokój. A u nas? Nie chcę generalizować, że tutaj jest „cacy”, a tam to „be”, ale pozostaje faktem, że na amerykańskich stadionach nie ma chuligaństwa, o którym tyle słyszy się w Polsce czy w innych krajach Europy.

Soldier Field powoli zapełniał się kibicami.


Obie drużyny tuż po odegraniu hymnów narodowych.


Sevilla szykuje się do wolnego.


Najwierniejsi fani Wisły




czwartek, 26 lipca 2007
Art matters

Widzę, że niektórzy czytelnicy pospieszyli już z życzeniami (serdecznie dziękuję), ale dajmy szansę innym. Jako że okoliczna ludność nie wie, co to imieniny i poza mężem oraz teściami nie mam co liczyć na życzenia od amerykańskich sąsiadów, kolegów i koleżanki z pracy oraz znajomych, więc spada na Was drodzy czytelnicy ciężar podbudowania mojego imieninowego morale. Żeby Was dodatkowo zmotywować, dodam, że dwa dni temu mieliśmy trzecią rocznicę ślubu.

Ale nie o imieninach miało być dzisiaj . W czasie pobytu w Ohio odwiedziłam Columbus Museum of Art (CMA), które choć nieduże, zrobiło na mnie wrażenie spójną i przemyślaną koncepcją. CMA zapewne nie dysponuje funduszami na zakup światowych dzieł, jakie są udziałem chicagowskiego Art Institute czy nowojorskiej MoMA, więc skupiło się na współczesnej i nowoczesnej sztuce amerykańskiej, przeważnie mniej znanych artystów, choć nie zabrakło Roya Lichtensteina czy mojego ulubionego Caldera (następny do kolekcji). Największe wrażenie zrobiła na mnie wystawa Evana Pennego. Artystycznym konceptem Pennego są wykonane z silikonu rzeźby ludzkich głów i twarzy, powiększone do ponadnormalnych rozmiarów, niektóre z nich nienaturalnie rozciągnięte. Ozdobione prawdziwymi włosami są fascynująco przerażające, gdyż z jednej strony wyglądają tak naturalnie, że gdyby nie ich wielkość można byłoby sądzić, że to prawdziwe ciała (zwłaszcza z bliska), a z drugiej poprzez deformację i zmianę kształtu dalekie od bycia prawdziwymi. Zdjęć ekspozycji nie można było robić, więc pozostaje strona Pennego, jeśli kogoś interesują jego rzeźby.

W CMA odbywała się także wystawa prac nieznanego mi wcześniej George’a Bellowsa, który gdy w początkach XX wieku wykładał w szkole Art Institute w Chicago, zadawał swoim studentom zadanie narysowania portretu człowieka w dwie minuty. Muzeum postanowiło się sprawdzić teorię Bellowsa i przygotowało sztalugi z papierem, zegarki do gotowania jajek odmierzające czas oraz ołówki i zaprosiło zwiedzających do zmierzenia się z koncepcją Bellowsa. Szwagier skwapliwie skorzystał, a ja posłużyłam za obiekt.

Po dwóch minutach mogłam oglądać swój portret.


Szwagier nie był zbytnio zadowolony z osiągniętego efektu, no ale jak głosi napis nad drzwiami muzeum Art Matters, więc nawet ta koślawa produkcja, na której wyglądam jak żona neandertalczyka, ma jakieś tam znaczenie. A skoro art matters, to w takim razie może spróbujecie pozgadywać kogo albo co przypomina Wam mój portret?  

18:04, aniabuzuk , Kultura
Link Komentarze (18) »
środa, 25 lipca 2007
Illinois smoke free

Nadchodzą ciężkie czasy dla palaczy w Illinois. W poniedziałek gubernator Blagojevich podpisał Smoke Free Illinois Act obejmujący cały stan i zakazujący palenia w miejscach publicznych od 1 stycznia 2008 roku. Tym samym, Illlinois dołączyło do osiemnastu stanów, w których taki zakaz już obowiązuje. Zakaz dotyczy wszystkich miejsc publicznych, w tym barów i restauracji, pojazdów rządowych (government vehicles), a także prywatnych domów, w których prowadzona jest otwarta działalność gospodarcza. Innymi słowy, gdybym miała licencję na prowadzenie baru w mojej piwnicy, to fajki już by nie można było tam zapalić.

Chicago stało się częściowo wolne od dymu 1 stycznia 2006 r., kiedy wprowadzono zakaz palenia w restauracjach oraz miejscach, jak stacje kolejki CTA. Jedynie w restauracjach, które miały oddzielny bar, można było palić. Do 1 lipca 2008 r. bary i restauracje z tym wydzielonym barem miały albo zainstalować profesjonalny system antydymowy lub zakazać palenia. Zakaz podpisany przez Blagojevicha nie pozostawia właścicielom wyboru, którzy bezwzględnie muszą ogłosić swój lokal strefą wolną od dymu.

Na dokładkę, jedna z komisji Senatu pracuje nad ustawą, która podciągnęłaby produkty tytoniowe pod kontrolę Food and Drug Administration. Tym samym FDA zyskałaby kontrolę nad papierosami, jaką obecnie sprawuje nad jedzeniem, lekami i innymi produktami. Koncerny tytoniowe musiałyby przestrzegać wytycznych FDA np. co do poziomu nikotyny w papierosach. Zapewne ukrócono by również reklamę papierosów.

Mi, jako osobie niepalącej, całkowity zakaz palenia bardzo się podoba, zwłaszcza w barach, do których po prostu nie chodzę, gdyż 1. nie chcę wdychać dymu, 2. nie cierpię śmierdzieć jak popielniczka, 3. dym drażni mi gardło. Narzekania palaczy, że zakaz ogranicza ich wolność osobistą, szczerze mówiąc nie bardzo mnie przejmują (palacze, wybaczcie), ale własne płuca są dla mnie ważniejsze. Wielu właścicieli barów obawia się, że klienci, którzy lubią zapalić papierosa przy piwku, przestaną przychodzić. Restauratorzy wieszczą, że wiele osób będzie zamawiać jedzenie na wynos, zamiast siedzieć w restauracji, w której nie można palić. Wątpię, aby te obawy się sprawdziły. Przykład Włoch, które są smoke free już od jakiegoś czasu pokazuje, że mimo początkowego sceptycyzmu, obecnie zakaz cieszy się powszechną aprobatą. 

poniedziałek, 23 lipca 2007
Noc z Harrym

Weekend upłynął pod znakiem Harrego Pottera. Teściowie i ja jesteśmy wiernymi czytelnikami oraz widzami przygód Harrego, więc w piątkowy wieczór zaciągnęliśmy męża oraz szwagra z żoną na piątą filmową część opowieści o Harrym, Hogwarcie, Voldermorcie i Zakonie Feniksa. Po seansie około jedenastej wieczorem wybraliśmy się do biblioteki w Worthington (przedmieścia Columbus, Ohio, gdzie mieszkają teściowie), aby zobaczyć, jak najlepsza biblioteka w Stanach czeka z niecierpliwością na przybycie ostatniej książki.


Niewielka czytelnia była zapełniona najmłodszymi fanami Harrego, jak i tymi ciut starszymi, którzy przestępując z nogi na nogę spoglądali nerwowo na zegarki w oczekiwaniu na godzinę 12:01, kiedy to drzwi jednego z pomieszczeń otworzyły się i dwustu szczęśliwców z kolejki mogło po promocyjnej cenie 26 dolarów i 14 centów zakupić pierwsze egzemplarze siódmego tomu przygód Harrego.

Zanim jednak nadeszła godzina zero, miałam chwilę, aby poobserwować co działo się w bibliotece. Najważniejszym punktem programu był wybór najlepszego kostiumu inspirowanego serią o Harrym. Na korytarzach można było więc zobaczyć Harrych Potterów bez liku, w pelerynach bądź strojach do Quidditcha (Mugole, jak nie wiecie co to Quidditch, to sprawdzcie czym prędzej), braci Weasley, Lunę, Hermionę i innych czarodziejów oraz czarownice.

Pierwszoroczniak w Tiarze Przydziału, która zdecyduje do którego z domów w Hogwarcie zostanie przydzielony.

Odwieczni wrogowie: Gryffindor i Slytherin.

Profesor Dumbledore zaczytany w historii Hogwartu.

Najnowszy model Firebolta.

Great Hall.


Mi do gustu najbardziej przypadł jednak Hagrid i nie omieszkałam zrobić sobie z nim pamiątkowego zdjęcia.


Szczerze mówiąc nie wiem, kto wygrał, bo bateria w moim aparacie dogorywała, a chciałam uwiecznić pierwszych szczęśliwców z nową książką w ręku, więc opuściłam salę z konkursem i czatowałam pod drzwiami, za którymi układano już nowe książki na stole. Kiedy 10 minut przed północą jeden z bibliotecznych czarodziejów oznajmił, że książki właśnie dojechały, zgromadzeni fani zaczęli zdradzać objawy lekkiego opętania. Zanim wybiła północ udało mi się zobaczyć opasłe tomiska przez szybę, ale zdjęcia nie zrobiłam, delikatnie odgoniona od drzwi przez jedną z czarownic z biblioteki. Minutę po dwunastej otwarto drzwi, z gardeł zgromadzonych wydobył się huralny okrzyk radości i za kiladziesiąt sekund pierwsi potteromaniacy wyszli z łupem w garści.




Mój egzemplarz ostatniej książki o Harrym Potterze leży nierozpakowany w domu, aby mnie nie kusiło. Kończę czytać szóstą część (czytałam wcześniej, a teraz czytam dla przypomnienia) i najdalej w środę rozrywam pudełko i zabieram się za siódmy tom. Dziś rano widziałam w pociągu dwie babki siedzące naprzeciwko siebie, obie zaczynane na amen. W downtown zobaczyłam kolejne dwie osoby z książkami pod pachą. Nie rozumiem tych wszystkich osób, którzy za punkt honoru stawiają sobie umieścić w sieci zakończenie serii. Najchętniej wzięłabym trzy dni urlopu, wyłączyła komputer i spokojnie przeczytała siódmy tom, bo wkurza mnie, że nikt nie szanuje prawa czytelników do lektury ulubionej serii. Ludzie! Dajcie nam spokojnie przeczytać! 

19:35, aniabuzuk , Kultura
Link Komentarze (28) »
czwartek, 19 lipca 2007
Z (życia) forum wzięte...

Dziś zrobię trochę PRu blogowi ratunku-co-robić, który przypadkowo znalazłam w sieci, a przy którym rżnę końskim śmiechem ilekroć tam zajrzę. Autorka publikuje nadsyłane przez czytelników bloga posty z przeróżnych forów, w których ludzie proszą o rady w sprawach zwykłych i niezwykłych, np. jak złamać rękę domowym sposobem albo jak radzić sobie z chłopakiem, który jest na bakier z higieną (tego ostatniego nie jestem w stanie doczytać ze śmiechu). Jest też wątek amerykański dotyczący popularnego reality show Extreme Makeover: Home Edition. Poczytajcie w wolnej chwili, pośmiejcie się, a ja za parę godzin zmykam na trzy dni do Ohio w odwiedziny do teściowej. Fun stuff.

21:17, aniabuzuk , www
Link Komentarze (7) »
środa, 18 lipca 2007
Śmierdzące początki

Czyli krótki wpis informacyjny.

Pisałam kiedyś o tym, że według mnie Chicago pachnie czekoladą. Tymczasem, kilka stuleci temu wcale nie było tutaj tak pachnąco. Nazwa miasta pochodzi albo od francuskiego tłumaczenia słowa shikaakwa lub checagou, które w języku Potawatomi (Indian z górnej części rzeki Mississippi) oznaczało dzikie pory (według innej teorii dziką cebulę) bądź skunksa. Zanim na terenach dzisiejszego miasta rozpoczęło się osadnictwo, ziemie te porastały pory, a gdy gniły wydzielały smrodliwą woń, od której pochodzi nazwa miasta. Pierwszym osadnikiem przybyłym do Chicago około 1770 r. i znanym z nazwiska był Haitańczyk Jean Baptiste Pointe du Sable, który poślubił Indiankę z plemienia Potawatomi i założył tutaj faktorię. Chicago uzyskało prawa miejskie w 1837 r.

I pomyśleć, że ledwie dwieście czy trzysta lat temu teren miasta mógł być tłem jak z książek Karola Maya lub z powieści Szklarskich, którymi zaczytywałam się jako nastolatka (czytaliście?). Ale o gnijących porach nic nie było.

poniedziałek, 16 lipca 2007
1,000 Places To See in the USA and Canada Before You Die

Właśnie ukazała się książka Patricii Schultz pod takim tytułem, a 15 miejsc (restauracje, muzea, obiekty sportowe, atrakcje turystyczne), które należy zobaczyć przed zejściem z tego świata, znajduje się w Chicago. Oto lista.

1. The Art Institute of Chicago -- Ze wszechmiar słuszny wybór – wspaniałe zbiory sztuki najnowszej i nieco starszej z całego świata.

2. Arun's -- Chodzi zdaje się o Arun’s Thai Restaurant. Nie byłam.

3. Charlie Trotter's -- Znowu knajpa. Też nie byłam.

4. Architektura chicagowska --Trudno przegapić. Polecam znany co niektórym rejs statkiem po Chicago River w celu zapoznania się z najpiękniejszymi punktami miasta.

5. Chicagowska scena komediowa -- Nie bardzo wiem co z tą sceną.

6. Chicago-style pizza, zwana również deep-dish pizza -- Lubię, zwłaszcza nadziewaną szpinakiem.

7. The Magnificent Mile -- Michigan Avenue z luksusowymi sklepami, hotelami i restauracjami.

8. Millennium Park -- Wizytówka miasta. Żelazny punkt na mapie turystycznej.

9. Museum Campus -- Czyli coś dla fanów historii naturalnej, astronomii i ryb: kampus z Field Museum, planetarium i oceanarium nad brzegiem jeziora. Bardzo malowniczo.

10. Festiwal muzyki w Parku Granta -- Koncerty muzyki poważnej pod gołym niebem.

11. Ravinia Festival -- To jeszcze przede mną (cykl letnich koncertów muzycznych w Ravinii pod Chicago). W tym roku byli bądź będą: Aretha Franklin, Gypsy Kings, Hootie & Blowfish, Wynton Marsalis i B.B. King.

12. Superdawg -- Joint z hot dogami. Byłam i nie wrócę. Najlepsze hot dogi wiecie, gdzie dają.

13. Taste of Chicago -- Byłam, widziałam, jadłam. Mogę żyć bez i cieszyć się, że nie zatrułam się salmonellą, jak 126 osób w tym roku.

14. Wrigley Field -- Jeden z najstarszych i najładniejszych stadionów bejsbolowych w USA. Bejsbol nudny, ale stadion warto zobaczyć.

15. Dom i studio Franka Lloyda Wrighta – Słynny amerykański architekt z początku XX wieku mieszkał i pracował w Oak Park pod Chicago.

Tyle Chicago. Trochę mnie korci, żeby kupić tę książkę i przeczytać o pozostałych 985 miejscach w Stanach i Kanadzie, zwłaszcza, że za półtora miesiąca kolejny długi weekend i można byłoby gdzieś pojechać. Wasze top-miejsce do odwiedzenia na kontynencie amerykańskim?

piątek, 13 lipca 2007
Summer drink

Po ciężkim tygodniu pracy na blogu, wypełnionym Anglikami w kąpielówkach, hamakami, ogórkami i kabrioletami, czas na zasłużony odpoczynek z letnim drinkiem w ręku. Panie i panowie, ulubione ostatnio mojito.


Podaję przepis, choć mąż się krzywił, że zdradzam sekrety rodzinne, w trudzie wyszperane w internecie, a następnie doskonalone metodą prób i błędów we własnej kuchni. Do wysokiej szklanki wsypujemy dwie łyżeczki brązowego cukru (w tle the Rolling Stones – kto zna, wie o który utwór chodzi). Wyciskamy sok z limonek, tak aby było go trzy porządne łyżki stołowe. Mieszamy sok z dwoma kieliszkami rumu Bacardi oraz kilkoma liśćmi mięty z mojego ogródka. Wlewamy do szklanki z cukrem, wsypujemy lód i na koniec trochę Sprite’a. Rureczką mieszamy zalegający na dnie cukier, aby się stopniowo rozpuszczał. No i jak tu nie poczuć mięty do takiego drinka? Zakładamy hawajską koszulę, spodnie bermudy, słomiany kapelusz na głowę i z drinkiem w ręku kołyszemy się do muzyki wakacyjnego hitu sprzed lat w wykonaniu najbardziej plażowego zespołu świata.

Udanego weekendu.

czwartek, 12 lipca 2007
Wiatr we włosach

Był półnagi James Bond dla pań, to teraz czas na coś dla panów. Nie, nie Angelina Jolie w bikini. Porozmawiajmy o samochodach. Skoro mamy lato, to na myśl przychodzi mi tylko jeden rodzaj. Kabriolet.


Może niekoniecznie tenże ze zdjęcia, bo przedstawiony wytwór amerykańskiej motoryzacji prowadził się fatalnie, miał kiepskie hamulce i koszmarny „martwy punkt”. Jednak w momencie, gdy dach się złożył, świat nabrał zupełnie innej perspektywy, o czym pisząca miała okazję się przekonać prowadząc auto w słoneczny dzień nad samym brzegiem Pacyfiku.

Moim absolutnym marzeniem jest posiadanie wielkiego amerykańskiego krążownika szos z lat 60. lub 70., w wersji kabrio ma się rozumieć. Mąż podziela moją pasję tak w połowie, przyzwyczajony do niezawodności naszych japońskich aut, ale przecież nie wybrałabym się takim samochodem w objazd Ameryki (choć to by dopiero była podróż), tylko zadawałabym szyku na ulicach Chicago. Oczywiście, zanim będę mogła pozwolić sobie z czystym (no, prawie czystym) sumieniem utopić gotówkę w czterdziestoletnim samochodzie, minie trochę czasu, ale na razie można pomarzyć. Ah, ah, ah...


19:00, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (18) »
Ramka

Jeśli ktoś zna się na CSSie lepiej niż ja, może mi powie, jak pozbyć się tej cholernej szarej ramki wokół zdjęcia  pojawiającej się w Explorerze (w Mozilli jej nie ma)? Będę wdzieczna.

05:47, aniabuzuk , www
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2