My kind of town

czwartek, 17 czerwca 2010
Usłyszane

Wchodzi kogut do łazienki, a tam wszystkie kurki pozakręcane.

16:13, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (6) »
środa, 16 czerwca 2010
Gu gu gu, ga ga ga

Pisała Tracy Hogg, żeby do niemowlaków mówić jak do ludzi, dwudniowego delikwenta oprowadzić po domu i wytłumaczyć mu co gdzie jest, a zmieniając pieluchę zapytać się go/jej o pozwolenie. Zawsze się trochę z tego z mężem śmialiśmy, ale coś nam jednak po lekturze zostało, gdyż rzeczywiście sporo rzeczy Zosi tłumaczyliśmy i unikaliśmy mówienia do niej samymi zdrobnieniami, co zresztą w przypadku męża jest raczej trudne, gdyż angielski nie daje chyba takich możliwości jak polski.

Tymczasem w kraju-raju babcie, ciocie i wujkowie mówią językiem gu gu gu, ga ga ga. Niech się babcie i ciocie nie obrażają, broń Panie Boże. To bardziej moja obserwacja niż krytyka. Pewnych przyzwyczajeń nie da się zapewne zmienić. W każdym bądź razie, dzień Zosi w gwarze rodzinno-sokołowskiej wygląda tak:

Tuż po obudzeniu Zosia dostaje cyca. Po cycu dobrze by było, aby Zosia zrobiła beku beku. Potem następuje zmiana pieluchy. Jeśli pieluchę zmienia babcia, nie omieszka zapytać się Zosi "A kto tu tak naciciał?", "A kto tu tak naciciał?", "A kto tu tak naciciał?" (ctrl + V mi się nie zacięło). Kilka razy w ciągu dnia Zosia robi am am. Trzeba uważać, żeby nie było si. Nawet przy najlepszych chęciach Zosia zawsze się ubarduni robiąc am am. Trzeba wtedy zrobić chlastu chlastu twarzy i rąk. Po am am jest czas na zabawę, ostatnio przy użyciu pisu pisu. Chodzimy też lalu. Jak jesteśmy lalu, Zosia często widzi brum brum. Wieczorem Zosia bardzo lubi kąpku kąpku, a potem idzie spakulać.

Wpisane już chyba jest w nasz język i podejście do małych dzieci używanie zdrobnień jak rączka, nóżka, główka, czy syneczek. Zresztą, chyba nie tylko do dzieci, bo siedząc wczoraj na pedicurze, byłam proszona o zgięcie nóżki i założenie klapeczków. Paznokietki wyszły bardzo ładnie.

21:58, aniabuzuk , Zosia
Link Komentarze (19) »
niedziela, 13 czerwca 2010
Przy sobocie po robocie

Dziś niedziela i to już kończąca się, więc będzie o sobocie. Mam nadzieję, że jeszcze macie cierpliwość na relacje sokołowsko-polskie, bo podejrzewam, że do czasu mojego wyjazdu innych tu nie będzie. Nawet wygranego przez Chicago Blackhawks Pucharu Stanleya nie chciało mi się blogowo odnotować.

Truskawek miało nie być z powodu deszczu, a te które można kupić podobno są z terenów powodziowych. Ludzie to naprawdę nie mają jakich plot wymyślać. Truskawki są bardzo smaczne, a ich zapach po prostu wymiata. Tego mi było trzeba.

Żeby było jeszcze lepiej, ostatnio modne w domu zrobiło się pieczenie chleba. Ja na razie jeszcze nie piekę, ale powinnam się nauczyć. Robiony z razowej mąki, przywiezionej z odległego o kilka kilometrów młyna. W sobotę mama upiekła dwa, a dziś też dwa. Ja mogę go jeść w każdej ilości.

W sobotę wujek Samo Zuo grał koncert na zamku w pobliskim Liwie. Zameczek z XV wieku, armaty nie wiem, z którego, obok płynie leniwie Liwiec, w którym nie brakowało amatorów kąpieli, a Premier z Brudnymi Kunami grzmocił na garach z okazji Summer Festival. Mało go widać, no ale taki już już los perkusisty.

O ile wydawało mi się, że zapachu polskich truskawek nic nie przebije, to okazało się, że zapach świeżo skoszonego siana pobił truskawki na łeb na szyję. To poniżej to nie wiem, jakiemu celowi miało służyć, ale się mi podobał pomysł.

I na koniec maki, nie spod Monte Cassino, a spod Sokołowa.

No i tak to minęła sobota.

20:23, aniabuzuk
Link Komentarze (14) »
czwartek, 03 czerwca 2010
Akcent

Spotkałam dziś koleżankę z podstawówki. Gadu gadu, a ona do mnie w pewnym momencie, że słychać u mnie akcent, w domyśle amerykański, no bo niby jaki inny. O matko. To ja mam dziecka uczyć polszczyzny, naszpikowanej Szczebrzeszynem i Grzegorzem Brzęczyszczykiewiczem, a tu się okazuje, że może niedługo będę wymawiać "rabarbar" jak mój mąż - "łabałbał"? Zaraz w mieście gruchnie plota, że Buzukówna się zamerykanizowała.

Czy Ci co znają mój głos, potwierdzają, że inny już mój polski?

wtorek, 01 czerwca 2010
Dzień Dziecka

Z okazji Dnia Dziecka dziecko moje zrobiło mi piękny prezent śpiąc niemal do 8 rano, z krótką przerwą na wiadomości mleczarskie. Wstałam więc wyspana jak człowiek, a nie jak zombie od dwóch tygodni, gdyż panna Zosieńska ostatnio zdecydowała, że szkoda jej czasu na spanie do 7, jak to było w Chicago i będzie wstawać o 5:30. W zasadzie to jej się nie dziwię, bo w Chicago tylu atrakcji nie mamy.


Zosi znudziło się też siedzenie na podłodze.

Znudziło jej się też tradycyjne jedzenie. Wczoraj pod (nie)czujnym okiem mamy czytającej "Twój Styl" i popijającej kawkę 5 metrów dalej, zjadła róg strony katalogu z Ikei. Samo zdrowie, celuloza, telefonicznie wzruszył ramionami ojciec dziecka na wiadomość o zapędach czytelniczych córki.

I co jeszcze. Po prażonym ryżu oraz lemoniadzie i Visolvicie wyjadanym na sucho palcem z torebki, przyszedł czas na watę cukrową. Z okazji Dnia Dziecka, warszawskie zoo postanowiło dać bana wacie cukrowej i nie zamierza jej więcej sprzedawać na swoim terenie. Jak przestaną sprzedawać w wesołych miasteczkach, to będzie koniec świata. W Warszawie będziemy w weekend. Do zoo się nie wybieramy, za to mama - choć hazbend za oceanem - ma nadzieję na "Seks w wielkim mieście".

Z okazji Dnia Dziecka, wszystkiego najlepszego dla dziadka, który ma dziś urodziny.