My kind of town

poniedziałek, 29 czerwca 2009
No more Oxi Clean

Jest chyba takie powiedzenie, że celebrities umierają trójkami. Najpierw Farrah, potem Michael, a teraz Billy Mays. Że kto? Nazwiska też nie kojarzyłam, ale zobaczywszy zdjęcie, od razu wiedziałam kto zacz - jedna z najsłynniejszych postaci świata reklamy ostatnich lat.

Gość miał specificzny sposób reklamowania środków czyszczących, odrdzewiaczy do grzałek w pralkach i temu podobnych środków gospodarstwa domowego. Mianowicie - za przeproszeniem - darł ryja jak mało kto, zbudzając irytację z jednej strony oraz niepohamowane salwy śmiechu z drugiej. Początkowo działał mi na zęby, ale z czasem nawet go polubiłam i stał się taką samą częścią telewizji, jak nieśmiertelne reklamy Empire Today z piosenką, po której każdy (przynajmniej w Chicago) zna ich numer telefonu (800-588-2300 Empireeeeee), czy reklam Menards.

Na koniec więc próbka Billy'ego i jego farbowanej brody.

21:21, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (15) »
Baby shower

Jednostek wieprzowo-wołowych zwanych hamburgerami i hot dogami zjedzonych: odpowiednio 40 i 20. Jednostek sałatki ziemniaczanej: 3,5 kilograma. Jednostek piwnych wypitych: 60 butelek plus dwa dzbanki margarity. Jednostek ludzkich przybyłych: 31 plus 4 nieletnie. Jednostek ze świata zwierząt: 1.

Prezentów otrzymanych: dużo (na zdjęciu tylko część).


Impreza była bardzo udana, przynajmniej moim zdaniem; mam nadzieję, że goście mieli podobne zdanie. Żadne stare ciotki klotki z agrafkami w ryżu, tylko grill z piwkiem pod chmurką. Więcej osób było tylko na naszym weselu 5 lat temu, które również urządziliśmy w ogródku za domem (wniosek: trzeba się żenić albo rodzić dzieci, żeby mieć dobrą frekwencję na imprezie). Pogoda straszyła burzami i deszczem, ale na szczęście niebo wytrzymało prawie do końca. Zaczęło lekko padać, gdy akurat ściągałam graty ze stołów. Zdjęć jedzenia nie będzie, bo zniknęło tak szybko, że nie zdążyłam nawet porobić fotek. Utrwaliłam za to przepyszny tort - prezent od Ewy - tak duży, że to co zostało przyniosłam dziś do pracy, bo nie było szans, abyśmy go zjedli.


A skoro o prezentach mowa, to dziękuje blogowym koleżankom Hjuston i Sorbet5 za rzeczy, które dostałam od nich z gift registry oraz szczególnie dziękuję Anecie, która znalazla, gdzie jestem zarejestrowana, zdobyła mój adres i przysłała mi kapitalną torbę na pieluchy, zaskakując mnie totalnie.Dziękuję pięknie paniom oraz wszystkim, którzy przybyli.

Jedyną rzeczą, o której na śmierć zapomnieliśmy była tablica, na której goście mieli wpisywać przewidywaną datę porodu (oficjalnie wyjście planowane jest na 30 sierpnia).

Na specjalne życzenie Radarka123, grożącego, że przestanie czytać blog, dopóki nie dam zdjęć brzucha, proszę bardzo - ja prosto z soboty. Pamiętajcie tylko, że normalnie mam na sobie 27 funtów (12 kg) mniej i nie posiadam własnego werbla.

A ja idę na długi lunch na Taste of Chicago. 23 na plusie, wieje przyjemny wiatr, błękitne niebo, i-de-al-nie. Happy Monday, everyone.

piątek, 19 czerwca 2009
Cukierek dla komara

"You must be like candy for mosquitoes." powiedział hazbend po tym, jak wczoraj wieczorem w przeciągu 5 minut zostałam ugryziona 5 razy, co skończyło się bąblami wielkości spuchniętej ćwierćdolarówki. Sezon się zaczął, a dziś jakby na potwierdzenie pisze o komarach Tribune. Wygląda więc na to, że na swój własny baby shower za tydzień będę musiała nie tylko zapewnić browar i hot dogi, ale także butelki z Offem, czy innym anykomarowym świństwem. Ah, witaj lato.

czwartek, 18 czerwca 2009
Zbieraj tyłek w troki i przyjeżdżaj po drywall!

Jak niedawno pisała Atsanik, mały jest ten świat. Okazuje się, że nie tylko kanadyjski, ale również chicagowski.

Hazbend wystawił wczoraj na craigslist 10 płyt gipsowych, pozostałych nam jeszcze po remoncie piwnicznym. Wkrótce po ukazaniu się ogłoszenia, dostał maila, że osoba zainteresowana chciałaby przyjechać po ten drywall tego samego dnia (czyli wczoraj) albo dzisiaj. Mąż cały ucieszony, bo to już druga próba sprzedaży - mimo iż chętnych wielu, jakoś nikomu nie udało się dojechać i ostatecznie kupić te płyty (o craigslist muszę chyba popełnić wpis tak jak Aneta, bo generalnie kupującym, a właściwie zainteresowanym kupnem brakuje piątej klepki). No i git.


Wieczorem siadam do komputera i widzę otwartą skrzynkę Gmaila męża i ostatni mail w sprawie płyt od kobiety o dość charakterystycznym imieniu. Chodziłam z jedną D. do tej samej klasy ogólniaka, więc zaintrygowana klikam na pierwszy mail od tejże osoby, po czym doznaję szoku, gdyż po imieniu następuje nazwisko tej samej D. z mojej klasy.

Tu dygresja: żebyście nie myśleli, że czytam maile męża. Nie czytam. Ten po prostu napatoczył się prosto w moje oczy, a że imię było znajome i powiązałam szybko fakty, dlatego przeczytałam.

Ludzie! Jak zakręcony jest świat, żeby moja koleżanka z tej samej klasy z sokołowskiego ogólniaka kupowała od mojego męża płyty gipsowe w Chicago! Wprawdzie wiedziałam, że koleżanka lat temu ileś wyemigrowała tutaj i nawet znalazłyśmy się dzięki N-K (choć nie spotkałyśmy), but what are the chances, że to właśnie ona akurat potrzebowała płyt i jako pierwsza odpowiedziała na ogłoszenie męża? He?

Uknułam więc niecny plan, że zaskoczę ją totalnie, jak przyjedzie po płyty, w stylu, że hazbend ładuje te płyty do jej auta, a ja wychodzę gdzieś zza węgła, tzn. najpierw idzie brzuch, a potem ja (a ona nie wie, że zaciążyłam). No przecież dziewczyna doznałaby szoku życia. Już zacierałam łapska z radości, gęba mi się śmiała, ale niestety, plan spalił na panewce. D. zadzwoniła wieczorem i powiedziała, że po płyty dzisiaj przyjedzie mąż. Kurna! No więc w związku z tym, jak mam jej dać do zrozumienia, że kupuje te płyty ode mnie i męża? Hazbend wymyślił, że jak jej mąż przyjedzie, to powinnam sobie strzelić z nim fotę i jej wysłać z podpisem "zobacz, kogo spotkałam pod garażem". Ja że w trakcie jak on tu będzie, zadzwonić do niej (dzięki za caller ID!) i zapytać, czemu nie przyjechała mnie odwiedzić. Czy po prostu napisać do niej maila o tym zbiegu okoliczności?

D., jeśli to czytasz, to tak jak w tytule - zbieraj tyłek w troki i przyjeżdżaj z mężem po te płyty!!!

18:30, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 15 czerwca 2009
Starej knajpy czar

Czy ja już kiedyś pisałam, że uwielbiam diners, czyli restauracje serwujące typowe amerykańskie jedzenie od jajek z boczkiem i smażonymi ziemniakami przez lunch po hamburgery z roztopionym serem, gdzie nieodzownym elementem wystroju jest bar ze stołkami oraz booths, czyli szerokie siedzenia na 4 osoby? Za dużo się pewnie amerykańskich filmów naoglądałam w młodości, ale obrazki z tego typu miejsc utkwiły mi w głowie i do tej pory lubię klimat z lekka zakurzonych i zaniedbanych restauracji z drewanianopodobnymi panelami na ścianach, zdjęciami sportowców, Tony'ego Benetta i innych przebrzmiałych gwiazd, gdzie kelnerki mówią do ciebie hon' i dolewają kawy raz po raz do białych porcelanowych kubków, a ten sam od lat bus boy zbiera talerze i widelce. Słowem, Americana pełną gębą.

Mam taki diner w okolicy - z zewnątrz zwykły stary budynek, w środku booths z imitacją skóry, zakurzone żaluzje, wytarty bar, zdjęcia na ścianach, lampki bożonarodzeniowe przez cały rok, świeżo wyciśnięty sok pomarańczowy i domowej roboty corn beef hash, przysmak śniadaniowy męża. Spotykałam się tam regularnie na weekendowe śniadania z przyjaciółmi, zabierałam rodzinę, a ostatnio po raz pierwszy jadłam ich cheeseburgera po tym, jak usłyszałam w pociągu telefoniczną rozmowę jakiegoś gościa narzekającego, że nie może już więcej jeść już fast foodu, ma dość tłustych hamburgerów i w związku z tym proponuje pójść do jakże lepszego i zdrowszego KFC. Myślałam, że spadnę z fotela, jak to usłyszałam. W każdym bądź razie, opis tłustego hamburgera podziałał na wiecznie głodną kobietę w ciąży na tyle przekonywująco, że zaciągnęła hazbenda do tegoż lokalnego dinera i zamówiła pół funtowego cheeseburgera deluxe z frytkami za około $7. Hamburger był duży, tłusty i pyszny, frytki świeże i nie posolone (nie lubię, jak mi solą fryty z góry), ogórek kiszony chyba na zapleczu, bo wyglądał i smakował bardzo domowo, a milk shake na deser wielki i słodki. Słońce świeciło przez żaluzje, a my patrzyliśmy na stałych zdaje się bywalców w wieku conajmniej średnim, których menadżer bądź właściciel witał po imieniu i proponował do jedzenia to co zawsze. Miejsce pasuje idealnie do charakteru mojej emerytalnej okolicy i mam nadzieję, że recesje i inne kryzysy ominą go szerokim łukiem i ta sama pani kelnerka będzie witać klientów nieśmiertelnym What can I get for you, hon'?.

czwartek, 11 czerwca 2009
Czarne perspektywy

No i jak tu się przestać stresować, gdy czytam wczoraj w gazecie, że firma męża planuje zwolnić 1000 osób z pionu admistracyjno-technicznego, a sam mąż dodaje, że z jego departamentu mają wyrzucić na zbity pysk 1/3 pracowników? Zważywszy, że mamy ubezpieczenie właśnie z pracy męża, to na 2,5 miesiąca przed pojawieniem się młodego/młodej na świecie, perspektywa rodzenia w szpitalu bez takowego, wydaje się średnio interesująca.

Oczywiście, nikt nikogo na razie nie zwolnił, ale wyraźnie do nas dotarło, że nie znasz ani dnia ani godziny. Do tej pory naprawdę cieszyliśmy się z naszych stabilnych etatów. Wprawdzie firmy prawnicze zwalniają również i oba chicagowskie dzienniki o tym często piszą, ale po prawdzie dotyczy to głównie molochów zatrudniających po kilkuset prawników i cierpiących na przerost formy nad treścią. U mnie w firmie generalnie takiego problemu nie ma, a ostatnio nawet zatrudniliśmy paru nowych adwokatów i personel pomocniczy. Mąż zaś pracuje w instytucji zarządzanej przez miasto, która wprawdzie boryka się z notorycznym deficytem, ale - jak to na stanowych, czy federalnych posadach bywa - mało kto zostaje zwolniony, jak już wciśnie foot in the door, jak to tutaj mówią.

Na razie czekamy. U męża atmosfera bardzo nerwowa, nikt nic nie wie, a jednocześnie aż huczy od plotek. A propos jeszcze tej stopy w drzwiach. Czytałam dziś, że poszukujący pracy posuwają się do coraz bardziej desperackich i oryginalnych metod reklamowania siebie dla potencjalnego pracodawcy. Ktoś wysłał but razem z CV jako pierwszy krok do wciśniecia się do firmy. Inny wysłał życiorys zawinięty jak prezent z dopiskiem, że jego umiejętności są "darem" dla firmy. Billboardy i tshirty z CV są jaki widać passe. Jakby co, to butów mamy w szafie oboje od cholery (tfu, tfu, tfu).

środa, 10 czerwca 2009
Dym bez ognia jednak jest

Nic tak nie podnosi ciśnienia w mało ekscytujące wtorkowe popołudnie, jak telefon od firmy alarmowej, że odebrali sygnał z czujnika dymu/ognia pochodzący z mojego domu i wysyłają wóz strażacki na miejsce. Najpierw zamarłam, potem zapytałam się pani, czy się naprawdę pali, potem, czy ten wóz naprawdę jedzie, a potem podziękowałam, rozłączyłam się i zadzwoniłam do hazbenda, żeby ustalić szczegóły akcji ratunkowej. Mąż, szczęśliwym trafem, zgubił ostatnio swoją komórkę z powodu dziury w kieszeni marynarki, którą to dziurę powinnam zapewne wykryć szóstym zmysłem żony i zaszyć prewencyjnie. No ale nie zaszyłam, więc komórka została zgubiona gdzieś w drodze między domem a Ikeą parę dni temu, a ja sobie mogłam dzwonić na stacjonarny telefon męża w pracy i pisać głuche maile bez odzewu, widząc oczami wyobraźni czerwonego kura pożerającego chałupę.

Po prawdzie w to w ten pożar nie wierzyłam, bo tak się składa, że mamy od dwóch dni panów łatających nam plaster, czyli tynk w domu (efektownie odpadający w niektórych miejscach) i jakoś nie umiałam poskładać tumanów białego kurzu ze szlifowania z zaprószeniem ognia. Czekając na znak od męża, znalazłam numer do jednego z panów kontraktorów, nagrałam się i czekałam dalej. Pan oddzwonił za 5 minut, że i owszem straż przyjechała (daleko nie mieli - 3 przecznice), ale pojechała z powrotem, gdyż ognia nie ma, a czujnik włączył się z powodu pyłu z przycierania tynku. W jednej chwili bardzo się ucieszyłam, że nadal mam dach nad głową, a z drugiej pomyślałam, że skoro od kurzu włączył się alarm, to ILE tego musi być w domu. Dom już wczoraj wyglądał jak po bombardowaniu - meble niby nakryte folią, ale na folii biały osad, nachlapane nowym tynkiem, wszędzie białe ślady, a weranda z przodu mogłaby robić za pełnoprawny sklep kontraktorski z tą ilością narzędzi, gipsów i tynków. Kurna, żeby nie użyć innego podobnego słowa z "w" w środku, tak to jest jak się ma stary dom i robi się remonty razem z całym inwentarzem.

No i ciekawe, czy firma obarczy nas kosztami fałszywego alarmu. Oraz kiedy hazbend kupi sobie nową komórkę.

Następnego dnia: Wiecie co, jak usłyszę słowa "kontraktor w moim domu" to nie ręczę za siebie. Wczoraj nie ręczyłam i powiedziałam hazbendowi, żeby lepiej poszedł z jednym panów porozmawiać, bo jak ja to zrobię, to w powietrzu będą latać pióra. Panowie kontraktorzy w swojej niefrasobliwości postawili jakiś mokry przedmiot na antycznym bufecie, który hazbend odziedziczył po swoich dziadkach. Mówimy więc o meblu, który ma kilkadziesiąt lat i przez te wszystkie lata nie dorobił się ani większych rys ani zniszczeń. A te dwa barany postawiły jakieś mokre wiadro na nim! Ludzie, trzymajcie mnie! Pół bufetu jest zniszczone. Nie wiem, co mąż ustalił z panem kontraktorem, bo nie byłam w stanie wczoraj słuchać. Do tego podłoga po dwukrotnym umyciu wygląda tak samo jak przed myciem. Kurz wyłazi z każdego kąta. Nigdy więcej łatania tynków. Trudno, najwyżej będzie mi spadać na łeb.

00:07, aniabuzuk , Grrr
Link Komentarze (17) »