My kind of town

piątek, 27 czerwca 2008
Płać za dżinsy w piątek

Wraz z nastaniem lata, firma przypomniała nam o obowiązującym dress code (standardowo: buty z zakrytymi palcami, a jak sandały, to z rajstopami, żadnych bluzek na ramiączkach, szortów itp). Temat nienowy, gdzieś już przewijał się na blogu, ale ostatnio w firmie znowu wypłynął pomysł casual Fridays. Pojawił się, bo dżinsów nie możemy nosić nawet w piątki, więc co jakiś czas jakaś zdesperowana jednostka ponawia próbę, aby na koniec tygodnia nosić dżinsy. Tym razem ktoś więc zaproponował rozwiązanie stosowane z powodzeniem w wielu firmach. Za możliwość założenia dżinsów w piątek trzeba zapłacić. Pieniądze przeznaczane są na jakiś charytatywny cel, a pracownicy mogą wskoczyć w ukochane wycieruchy. Na pytanie, kto byłby zainteresowany takim rozwiązaniem, jakieś 90% wyciągnęło radośnie ręce w górę.

Powiem tak. Nie mam nic przeciwko działalności charytatywnej, ale po po paru latach pracy bez dżinsów, aż tak bardzo mi już nie brakuje ich w piątki ani w inny dzień tygodnia. Owszem, zawsze chętnie je zakładam w weekendy, czy po pracy, ale gdybym miała płacić dwadzieścia dolców (ktoś rzucił taką kwotę) co piątek, to wolałabym wydać te pieniądze na dwa bilety do kina albo dołożyć do nowej bluzki czy spodni. Bardziej niż brak dżinsów doskwiera mi to, że nie mogę założyć butów z odkrytymi palcami i nawet ładne, modne i wygodne peep toes nie są mile widziane. Mogłabym się kłocić, że czarne szpilki, z których wystaje mi półtora palca nie są w żadnym wypadku sandałami (bo to one głównie objęte są zakazem), no ale przecież gościowi, który nie odróżnia spódnicy od sukienki nie będę robić wykładów z butologii stosowanej.

Najlepsze jest to, że o casual Fridays zawsze upominają się ci, którzy i tak każdego dnia paradują w ciuchach dalekich od standardów business casual, który oficjalnie obowiązuje w firmie. Ktoś, kto do pracy przychodzi w spodniach do jogi chyba aż tak bardzo nie powinien pieklić się o dżinsy w piątek.

środa, 25 czerwca 2008
Co zrobić z dziewięcioma dniami wolnego?

Właśnie odkryłam, że chyba jednak musiałam się przez te cztery lata zamerykanizować. Wzorem Amerykanów, których nikt nie rozpieszcza po europejsku sześcioma tygodniami wakacji i w związku z tym często nie wiedzą, co zrobić ze swoimi dziesięcioma dniami urlopu na rok, mam ten sam problem. Nie z dziesięcioma wprawdzie, a z trzema (czyli dziewięcioma), które planuję wziąć w listopadzie tuż przed Świętem Dziękczynienia i razem z niepracującym "indykiem" oraz wolnym po nim piątkiem mieć ponad tydzień wolnego. Jeszcze w poniedziałek leciałam do Meksyku albo na Hawaje. Wczoraj na Key West na Florydzie, dziś rano na objazd po Miami i parkach narodowych w okolicy, a teraz po przejrzeniu listy parków narodowych w Kalifornii, Utah i Arizonie skłaniam się ku powrotowi do pierwotnego planu sprzed miesięcy, czyli road trip po zachodzie, który to plan zdaje się najbardziej podobać hazbendowi.

Mój szef, który za wakacje uznaje czterodniowy weekend w Wisonsin raz na rok, na moje utyskiwania o małej ilości wolnych dni, odpowiada, że on by nie wiedział, co z nimi zrobić. Normalnie jak ja.

piątek, 20 czerwca 2008
Taśma, która zbudowała Amerykę

Chyba żaden amerykański dom nie może obejść się bez duct tape, czyli słynnej srebrnej taśmy, używanej początkowo w armii, a później do uszczelniania przewodów wentylacyjnych. Dziś mało kto chyba używa jej zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem. Odkąd pamiętam, pozawentylacyjne użycie tego produktu było przedmiotem mojej fascynacji. Zastosowania taśmy są bowiem przeróżne. Widziałam panów w dżinsach poklejonych taką taśmą, rowery poskładane do kupy dzięki taśmie i błotniki samochodowe trzymające się samochodu dzięki duct tape (co uważam za szczyt jej możliwości i dziesiąty stopień wtajemniczenia). Taśmie przysłużył się też MacGyver, który wielokrotnie jej używał. Generalnie zasada taśmowa jest taka: jak coś ma odpaść albo jest połamane, a nie chcesz inwestować w naprawę, zainwestuj w rolkę duct tape, która będzie Ci służyła długie miesiące albo i lata.


W moim domu roleczka taśmy zawsze znajduje się pod ręką. W sezonie letnim zużycie wzrasta, gdyż używamy jej do łatania dziur w siatce okiennej. Taśma trzyma się jakieś 3-5 dni, co jest wynikiem lepszym niż przy zastosowaniu zwykłej taśmy, odpadającej już po jednej nocy.



Nie pytajcie dlaczego mąż nie naprawił siatki albo nie kupiliśmy nowej. Dziury są częścią folkloru domowego, a twórców duct tape użycie ich produktu w tak szczytnym celu (ochrona przed komarami, wirusem Zachodniego Nilu i pająkami, które można połknąć przez sen) powinno napawać dumą.


A tu bardziej prozaiczne zastosowanie taśmy w moim gospodarstwie domowym.



W ostatni weekend udało mi się uwiecznić prawdziwe cacko, dzięki uprzejmości koleżanki Tradycji, której niechęć do zainwestowania 150 dolarów w naprawę, zmusiła do użycia duct tape we własnym samochodzie, ku mojej nieukrywanej radości.



(Tak na marginesie, jeśli czyta to jakaś złota rączka, który koleżance Tradycji naprawi wlew paliwa za mniej niż $150, to proszę o kontakt.)


Hjuston ma swoje pickupy. Ja chyba zrobię sobie kategorię „Taśma, która zbudowała Amerykę". Jeśli ktoś ma zdjęcie (nie)typowego użycia duct tape i chciałby się ze mną podzielić, to proszę wysłać na maila aniabuzuk małpa gazeta.pl, a ja ochoczo tutaj opublikuję, wraz z tymi, które mi samej uda się upolować.

środa, 18 czerwca 2008
Z pamiętnika mojego brata

Skoro mój brat nie chce opisywać swoich wrażeń z Ameryki (a leci mu już trzeci tydzień pobytu), to w takim razie ja rzucę garść jego przemyśleń, bo akurat nic ciekawego się nie dzieje, Polacy odpadli, a emocje opadły.

Pierwsze minuty pobytu na amerykańskiej ziemi: parę niecenzuralnych słów na temat lodowatego wiatru, którym akurat przywitało go Wietrzne Miasto.

Wrażenia na temat motoryzacji: mamy w cholerę samochodów (niektóre nawet ładne) i dziurawe drogi.

Everything is big in America: przeraził go rozmiar mojej pralki.

Rodacy Polacy: generalnie wszędzie nas słychać.

Miasto: widoki z Sears Tower i spod Field Museum niczego sobie. Millennium Park fajny, a pod fasolką śmiała mu się gęba, jak każdemu turyście mogącemu zrobić sobie zdjęcie własnej twarzy.

Ludzie: na ulicach na bezczela oglądał się za grubasami, a jednej puszystej pani pod fontanną w parku zrobił nawet zdjęcie.

Telewizja: Połowa reklam w telewizji dotyczy jedzenia, co powinno być zabronione, zważywszy na to, jak wygląda przeciętny Amerykanin.

Amerykanki: wypłowiałe i głównie blade blondynki. Polki ładniejsze bez porównania.

Napiwki: napiwek dla barmana? Nie może być. Co za ... kraj.

Jedzenie: wszystko, co zielone odpada. Meksykańskie dobre, tajskie przejdzie, chińszczyzna też. Nie lubi słynnych sports peppers dodawanych do hot dogów (nie wiem, czy my na pewno mamy tych samych rodziców).

Ulice: Nikt nie chodzi na piechotę. Bożesz Ty mój, jak tu żyć?

Jazda samochodem po mieście: bajecznie prosta.

Znaki drogowe i oznaczenia dróg: nawet idiota by się nie zgubił.

Okolica mojego domu: spokojnie, jak nie w mieście.

Zwierzęta: ptactwo inne niż w Polsce, króliki w ogródku fajne.

Szwagier: w porzo.

Siostra: tu już może się brat sam wypowie.


04:52, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (22) »
piątek, 13 czerwca 2008
Z ręcznikiem na siodełku

Chicago jest rowerzystom przyjazne mniej więcej tak, jak polscy kibice Beenhakkerowi: sami nie wiedzą, czy go kochać, czy nienawidzić. No niby mamy piękne ścieżki rowerowe nad jeziorem oraz leśne, głównie w północnej i zachodniej części miasta („na saucie” nie jeździłam, to nie wiem). Wiele ulic, zwłaszcza tych bliżej centrum, ma wydzielony pas dla rowerzystów i co bardziej odważni ryzykują jazdę pośród samochodów. Generalnie jednak z jazdą na rowerze w mieście nie jest różowo. Jakby nie patrzeć, mieszka tu prawie 3 miliony ludzi, samochodów mamy pewnie kilkaset tysięcy albo może trzeba je liczyć w miliony, więc przebijanie się w korkach nie należy do przyjemności. Kierowcy traktują rowerzystów, jak zło konieczne. Wprawdzie burmistrz Daley wspiera pedałowanie i wizytując kilka miesięcy temu Paryż obserwował, jak u Francuzów działa system wypożyczalni rowerowych, planując przeszczepienie tego pomysłu na chicagowski grunt, no ale od planów do realizacji daleka droga.

Mijający tydzień został ogłoszony w mieście tygodniem jeżdżenia do pracy rowerem, z kulminacyjnym spotkaniem rowerzystów dziś rano na Daley Plaza. Niestety, upłynął on pod znakiem tragedii. Rowerzysta, któremu jakiś baran otworzył drzwi samochodu prosto przed nosem, wpadł prosto pod koła innego auta i zmarł w wyniku obrażeń. Inny został potrącony przez autobus. No nic, tylko siadać na rower i jechać do pracy.

Ci, którzy w tym tygodniu przegapili szansę na dojazd rowerem do pracy, mogą za to jutro dołączyć do dorocznej przejażdżki dla golasów. W proteście przeciwko uzależnieniu transportu od benzyny wystarczy NIE założyć spodenek czy biustonosza i stawić się około 6 po południu w Union Park z rowerem. Dozwolony jest body-paitning. Ciuchów im mniej, tym lepiej. Dla zatroskanych, jak klejnoty rodowe bez okrycia zniosą siedzenie na siodełku, organizatorzy doradzają nakrycie siodełka ręcznikiem. Ostrzegają też, że generalnie jazda na golasa jest nielegalna i zdarzały się przypadki aresztowań. Zalecają więc przykrycie strategicznych miejsc. Dotyczy to zwłaszcza panów. Można przyjechać z dzieckiem. Też pewnie nagim, bo im więcej gołych protestujących, tym lepiej. A jak ktoś chce golasów zobaczyć, to może stawić się w centrum Boystown na rogu Belmont i Halsted około 10 wieczorem, gdzie będzie przejeżdżać kawalkada. Kto chętny?

czwartek, 12 czerwca 2008
Euro w necie

W momentach takich, jak zakończony właśnie mecz Austria-Polska, mogę się tylko cieszyć, że siedząc w robocie nie miałam okazji oglądać tego na żywo i oszczędziłam sobie przeklinania i rozpaczy. Niemniej, mistrzostwa jeszcze trochę potrwają, a ćwierćfinały i półfinały chętnie bym ukradkiem pooglądała w pracy (zakładam, że finał będzie w sobotę albo niedzielę i obejrzę przed telewizorem). Może więc ktoś podzieli się tajemną wiedzą, gdzie i jak oglądać Euro 2008 w necie, najlepiej bez konieczności instalowania software’u na pracowym kompie.

23:19, aniabuzuk , www
Link Komentarze (17) »
wtorek, 10 czerwca 2008
Miłe złego początki

Jakby to powiedział Earl z ulubionego serialu „My name is Earl”, karma musiała się na mnie wkurzyć i odpłaca pięknym za nadobne. Pomijam już pomidory, bo jakoś się nimi nie przejęłam i dziś rano zjadłam kanapkę z jednym. Gorzej, że w piątek wieczorem wracając samochodem spod pewnej znanej polskiej dyskoteki, do której odwoziłam brata, spragnionego polonijnych wrażeń, zagapiłam się na drodze i stuknęłam swoją toyotą inną toyotę. No i moje czyste konto kierowcy już nie jest czyste. Pani z toyoty była miła i przejęła się bardziej tym, że ja byłam przejęta niż swoim autem. „Kurturalnie" wymieniłyśmy się danymi i szczerze mówiąc to sądziłam, że więcej nie będę słyszeć o sprawie, zwłaszcza że to mój samochód ucierpiał bardziej, a jej właściwe wcale, nie licząc małego wgniecenia o średnicy 1 cm, które powstało w zderzaku po tym, jak ją pierdyknęłam.


Oczywiście, w poniedziałek rano loguję się na stronę swojego banku, ktory jest również moim ubezpieczycielem i widzę, że baba już zgłosiła kolizję. Szlag mnie trafił na miejscu. Tak, moja wina, że ja stuknęłam, ale żeby kurna jego mać wymieniać od razu cały błotnik z powodu jednego wgniecenia? Nie było dziury, nie było pęknięć, obtarłam jej błotnik i wgięłam lekko. Żeby to była nówka, to rozumiem, ale sądząc po roczniku samochód był gdzieś z 2000-2002 roku. No ale ona przecież za to płacić nie będzie, więc co jej szkodzi nowy błotnik na mój koszt. Zła jestem okrutnie, na siebie, na babę i na świat. Na dokładkę wczoraj fryzjerka totalnie spieprzyła mi włosy i wyglądam, jak pół dupy zza krzaka. Do tego mój brat opiernicza się równo i zamiast wspomóc siostrę w niedoli i pisać swoje wspomnienia z pobytu w Chicago, korzystając z gościny na moim blogu, łazi po muzeach, czy Bóg wie gdzie, a ja tu muszę wypisywać niewiadomo co. Jakieś pozytywy, anyone?

17:16, aniabuzuk , Grrr
Link Komentarze (23) »
poniedziałek, 09 czerwca 2008
I nie będzie pomidora

Zamawiałam dziś w pracy lunch dla dwudziestu osób na jutro z Burrito Beach, które to miejsce darzę dozgonnym uwielbieniem dla ich tacos albo burrito w wersji sałatkowej, a pani do mnie, że nie będzie pomidorów. No tak, najpierw był szpinak, wołowina, a teraz pomidory. McDonald’s też wycofał pomidory ze swoich kanapek. Od kwietnia 145 osób zatruło się pomidorami z salmonellą, stąd te środki ostrożności, bo wiadomo, że na bycie pozwanym przez otrutego klienta nawet McDonald’s nie może sobie pozwolić. Szkoda, kurna, że moje pomidory w ogródku ledwo odrosły od ziemi i muszę poczekać ze dwa miesiące, aby raczyć się swoimi. Może zacznę obstawiać, co będzie następne? W międzyczasie,  tacos bez pomidorów.

poniedziałek, 02 czerwca 2008
Prezent od rodziców

Ilekroć ktoś z mojej rodziny wyjeżdżał w odwiedziny do kogoś mieszkającego zza granicą (a mówię tutaj o latach 80. bądź wczesnych 90.) zabierał ze sobą patriotyczno-polskie prezenty, na widok których wygnaniec na obczyźnie miał uronić łzę i wspominać nasz piękny kraj. Najlepszym miejscem, aby kupić takowy prezent była Cepelia, specjalizująca  się w takich właśnie pamiątkach. Na pierwszy ogień szły więc lalki w ludowych strojach. Nie wiem, kto wpadł na pomysł, że gumowa lala w pasiaku może być dobrym, polskim prezentem, ale pamiętam, że obdarowywano nimi również gości zza granicy, którzy przyjechali do Polski w odwiedziny. Jeśli nie lala, to kupowało się obrusy, robione szydełkiem, wyszywane – o ile pamiętam – haftem  Richelieu albo lniane. Rękodzieło też było popularne. Mojej babci, która mieszkała w Chicago ktoś kiedyś zawiózł rzeźbiony w drewnie obraz („Ostatnią wieczerzę", zdaje się), możliwe, że też z Cepelii.

Tradycje obrusowe są nadal żywe i moja mama przy każdej okazji próbuje dać mi ze dwa, a ja grzecznie odmawiam, bo obrusów z reguły nie używam, podobnie jak firanek i zasłon, których nie mam wcale. Jedyną rzeczą, którą obecnie przywożę z Polski jest wódka marki Zawisza, której nie widuję w lokalnych monopolowych, a mam sentyment, gdyż taką miałam na swoim weselu w Polsce. Swego czasu przywoziłam też gąbki do kąpieli, bo tym, co oni tutaj mają – mam na myśli plastikowe pompony – myć się nie da. Gąbek mam zapas na dwa lata, wódki dowiózł brat, więc na razie jestem ustawiona.

Mama chyba jednak poddała się ostatnio z obrusami, bo brat nie przywiózł mi żadnego, za to dostałam od rodziców wyrób drewniany, biało-czerwony, patriotyczny, który jeśli nawet nie kupiony w Cepelii, z powodzeniem mógłby stamtąd pochodzić. Na razie stoi na honorowym miejscu w jadalni i każdego ranka przypomina mi o zielonych, polskich łąkach. Czasem jednak zastanawiam się, czy aby przypadkiem nie było zamysłem moich rodziców było, abym postawiła ów prezent w sypialni? Gdzie w takim razie trzymano te gumowe lale, to już nawet nie pytam.