My kind of town

piątek, 29 czerwca 2007
Przeprowadzki

Dostałam parenaście dni temu CV jednego z naszych nowych pracowników. Amerykanie to jest jednak mobilny naród. Facet chyba spędził pół życia na przeprowadzkach z jednego końca Stanów na drugi. Studiował w Los Angeles. Potem robił magistra w Ohio, następnie kończył jakieś uzupełniające kursy w Massachusetts na MIT i na Florydzie. Prawo kończył też na Florydzie. Potem woził się od wybrzeża do wybrzeża za pracą – Floryda, Ohio, Kalifornia (tutaj chyba z pięć miejscowości), Maryland, DC. A wszystko to w ciągu dwudziestu lat.

Przeprowadzałam się parę razy w życiu, ale powiedziałabym, że były to takie „lokalne” przeprowadzki. Najpierw z domu rodzinnego na studia w Lublinie. W Lublinie pewnie ze trzy razy z akademika do innego akademika, potem na stancję, ze stancji do mieszkania (z którego nas wyrzucono), a następnie do innego, w którym nie płaciłyśmy rachunków za telefon (mieszkałam z dwiema koleżankami). Z Lublina do Warszawy, a z Warszawy już międzynarodowo do Chicago. Lecąc do Chicago ledwie z dwoma walizkami miałam mniej gratów niż przy każdej z lubelskich przeprowadzek. Teraz, gdy pomyślę, że kiedyś przyjdzie mi pakować dom, to robi mi się słabo. Co rusz jednak słyszę, że brat/siostra/ciotka naszych znajomych przeprowadza się z jednego końca Stanów na drugi. Wynajmuje ciężarówkę U-Haula, pakuje do niej graty i rusza w trasę.

Moja niemal cała rodzina w Polsce mieszka w odległości góra 30 km od siebie. Tymczasem teściowa mieszka w Columbus, jej siostra w Phoenix, brat na Florydzie, a syn w Chicago. I bądź tu mądry i pisz wiersze. Przeprowadzaliście się wiele razy?

20:42, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (16) »
Krótka opowieść mafijna

Chicago miało wielu gangserów i mafiozów, ale tylko jeden zyskał ponadczasową i uniwersalną sławę. Był to oczywiście Al Capone, postać, która w czasach dzisiejszych urosła do niemal symbolu popkultury. Dziś mało kto pamięta Alowi, że mordował ludzi z zimną krwią (osobiście bądź na swoje zlecenie), prowadził nielegalne interesy, głównie polegające na handlu zakazanym w czasach prohibicji alkoholem, przekupywał miejscowych oficjeli i był właścicielem barów, gdzie potajemnie serwowano ów alkohol. Al Capone to postać- instytucja, uwieczniona w biografiach i rozlicznych filmach i będąca ich inspiracją. Jego duch zapewne przyświeca chicagowskim gangsterom do dziś. Może nie wiecie, ale ta sama mafia, której Al Capone był członkiem, nadal działa w Chicago. Właśnie rozpoczął się w Windy City największy od lat proces przeciwko członkom Chicago Outfit, jak zwie się ta organizacja.

Chicago Outfit działała już przed Caponem. Największe „sukcesy” święciła w czasach prohibicji pod wodzą „Blizny”, jak zwano legendarnego gangestera. Gdy został on zapuszkowany przez Eliota Nessa, rządy przejął Frank Nitti, a po nim kolejni mafiozi o wdzięcznych pseudonimach Kelner, Wielki Tuńczyk, Momo, czy Milwaukee Phil. Od 2003 roku Chicago Outfit jest rzekomo rządzone przez trzech mafiozów: Johna „No Nose” DiFrozno, Jamesa „Little Jimmy” Marcello i Josepha „The Clown” Lombardo. Członków mafii wylicza Wikipedia – warto zajrzeć i sprawdzić te pseudonimy niczym z „Ojca Chrzestnego”.

Po szeroko zakrojonej akcji, FBI doprowadziło do rozpoczęcia federalnego procesu zwanego Family Secrets trial (od nazwy operacji FBI) przeciwko członkom mafii. Proces zaczął się 21 czerwca, a na ławie oskarżonych zasiadło pięciu członków organizacji, oskarżonych o wyłudzanie haraczu i 18 morderstw w ciągu czterech dekad. Żaden nie przyznał się do winy. Prokurator, który zapewne wie, że w świadomości społecznej istnieje romantyczny wizerunek mafii, wykreowany przez Hollywood i rozliczne legendy, zaczął swoją mowę od następujących słów:This is not The Sopranos. This is not The Godfather. These are real people, very corrupt and without honor".

Wczoraj w sądzie zaprezentowano nagrania z mieszkania tajnego współpracownika FBI, który przez kilkanaście lat prowadził sklep porno. Sklep ów był wielokrotnie nachodzony przez członków mafii z żądaniami haraczu. Kiedy kooperant FBI podpuścił Franka "the German" Schweihsa, że ktoś inny wchodzi na jego terytorium, ten odparł, że nie obchodzi go, kto to jest, choćby nawet był to zmartwychwstały brat Ala Capone. Dodał także, że Chicago Outfit ma najgorszą opinię w Stanach (znaczy się pewnie są najlepsi w jego mniemaniu) i nikt z zewnątrz nie przyjdzie na chicagowskie terytorium, żeby z nimi zadzierać („No one would mess with a business connected to the Outfit in "Chicago's back yard”).

Proces mafii zelektryzował Chicago, zwłaszcza że na ławie oskarżonych zasiadł również emerytowany policjant, który wyłudzał haracze dla mafii i ostrzegał jej bossów o planowanych akcjach policji. Oskarżenie nie przebierali w środkach i swoim ofiarom podcinali gardła, zakłuwali nożami, tłukli kijami bejsbolowymi na śmierć, podkładali bomby w samochodach, wieszali i zabijali na oczach członków rodzin. To nie przelewki i nie Hollywood, tylko prawdziwy syndykat zbrodni pod naszymi nosami.

czwartek, 28 czerwca 2007
Poniedziałek, czwartek czy piątek?

Mamy w Chicago co roku Taste of Chicago, czyli wielki festiwal jedzenia w samym centrum miasta. Park Granta jest oblężony przez setki namiotów z jedzeniem z chicagowskich restauracji oraz tysiące mieszkańców oraz turystów. Można popróbować czego dusza zapragnie: aligatora, polskich pierogów, hot dogów, pizzy, dań nowoorleańskich, indyjskich, chińskich, słowem niemal każdej kuchni ze świata.

Moja firma, z okazji wielkiego żarcia, daje nam dwugodzinny lunch oraz darmowe kupony, za które można kupić sobie ośmiornicę z grilla czy innego kurczaka w winie. Porcje są wprawdzie małe (bo to w końcu tasting, a nie wyżera u szwagra na weselu), ale można się najeść. Mam do wyboru trzy dni, w które mogę się iść do parku: poniedziałek 2 lipca, czwartek 5-tego i piątek 6-tego. Wtorku nie ma liscie, bo i tak pozwolą nam iść do domu o jakiejś trzeciej po południu. Zrobić sobie leniwy poniedziałek, czy po wolnej środzie (Independance Day) nie spracować się w czwartek? A może zacząć weekend w porze lunchu w piątek? Oczywiście nikt nie powiedział, że ja muszę iść na ten festyn. Moge sobie siąść nad jeziorem i kiwać palcem w bucie przez dwie godziny. Ale zdecydować kiedy muszę szybko, żeby wpisać się na konkretny dzień, zanim cały tabun innych pracowników to zrobi. Poradźcie, bo miałam dziś cholerny dzień w robocie i nie ma siły podejmować strategicznych decyzji. Idę na McLaina.

00:05, aniabuzuk , Grrr
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 25 czerwca 2007
Welcome to Pride


Aby zdążyć na Pride Parade, czyli doroczną paradę gejów i lesbijek, musiałam stanąć w pedałach. Swojego roweru, ma się rozumieć. W tym roku aura była litościwa i z nieba nie lał się żar, choć wróciłam do domu z czerwonymi ramionami, a mąż z szyją kwalifikującą go z miejsca jako redneck. Na ulicach tysiące ludzi, z przewagą panów, poubierani kolorowo, wszędzie tęczowe flagi, bębniąca muzyka, drag queens w pomarańczowych szpilkach i boa na szyi, dziewczyny z gołymi piersiami, śmiech i zabawa. Dużo lokalnych polityków i wszystkie szanujące się stacje telewizyjne. Para gejów obok mnie całowała się namiętnie i sprawdzała sobie stan owłosienia na klatce piersiowej. Ich znajomy z lubością batożył pejczem każdego z przyjaciół oraz niektórych uczestników parady. Be happy, be gay.

Bardzo liberalny kościół metodystów promuje wiarę, ale od tęczowej flagi nie stroni.


Policja nie tylko zabezpieczała imprezę, ale miała również swoją lawetę i zachęcała na tęczowo do wstąpienia w jej szeregi.


Hasło “Be American, buy American” w wersji paradnej.


Menora w tęczowych kolorach


Zaprezentowało się także Center on Halsted, o którym niedawno pisałam.


Grand Marshal, były zawodnik NBA, który przyznał się niedawno, że jest gejem. Dostał wielkie brawa.


Pirates are gay?


Wszyscy i tak czekali na jedno: tańczących chłopców. No no no.



Można? Można. Szkoda, że na razie tylko za oceanem albo zachodnią granicą.

piątek, 22 czerwca 2007
Mądrzejsi od rodzeństwa

Najnowsze badania wskazują, że dzieci urodzone jako pierwsze są inteligentniejsze od swojego rodzeństwa. Różnica nie jest ogromna, bo tylko 2 punkty IQ, choć podobno liczba jest bardziej znacząca niż się ludziom wydaje. Do artykułu dodano  listę znanych Amerykanów, którzy urodzili się jako pierwsi. Pierworodnymi synami bądź córkami są: Hillary Clinton, George Bush, Lindsay Lohan, Usher, Marc Anthony, Brandy, Brad Pitt, Mandy Moore i George Washington. Prezydent może najmądrzejszy nie jest, ale jak pomyśleć, że jego brat był „tylko” gubernatorem, a on prezydentem, to może i coś w tym jest. A jak Hillary zostanie prezydentem, to teoria się potwierdzi.

Zainteresowała mnie również lista znanych osób urodzonych jako trzecie. Nie wiem, czy specjalnie tak wybrano, ale znaleźli się na niej: Mike Myers, Jim Carrey, Halle Berry, Orlando Bloom, Hilary Duff i Frankie Muniz. Wniosek: jako trzeci z rodzeństwa masz szanse zostać gwiazdą Hollywoodu bądź sceny.

W każdym bądź razie, ja urodziłam się jako pierwsza. Brat, co Ty na to?

18:07, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (19) »
czwartek, 21 czerwca 2007
Przewodnik po języku chicagowskim

Czyli, co każdy turysta wiedzieć powinien. Wprawdzie powinnam zamieścić taki przewodnik zanim Hjuston, Scarlett oraz czytelniczka Ania_2000 odwiedziły Windy City, ale sądzę, że przyda się mimo wszystko. Może przyszli turyści nie zrobią oczu jak 5 złotych (lub 25 centów) gdy ktoś nagle zapyta ich, gdzie jest LSD.

Loop: centrum miasta, zwane także downtown

Inbound: kierunek podróży do centrum

Outbound: z downtown na wieś

LSD: Lake Shore Drive, czyli autostrada nad jeziorem. Bardzo piękne są tam widoczki

Kitty-corner: wbrew pozorom to nie jest miejsce z kotami na rogu, a określenie rogu ulicy po przekątnej od rogu, na którym jesteśmy

The L (od elavated [train]), czyli kolejka miejska, zbudowana ponad poziomem ulic.

Cooler by the Lake: tak gadają każdego wieczoru w telewizorze, ale nie wierzcie im za bardzo.

Goose Island: podobnoż jedyna wyspa w granicach miasta, a także popularny browar

Dawg: believe or not, ale chodzi o hot doga (w stylu chicagowskim, oczywiście)

The boot (nie mylić z „Das Boot”): żółty metalowy kapeć zakładany na koło samochodu za niezapłacone mandaty

Empire Carpet: sklep z wykładziną, którego reklamę i numer telefonu każdy szanujący się Chicagowianin powinien znać wyrwany ze snu o północy i bez szukania w googlach

My kind of town: słowa piosenki Franka Sinatry sławiącej Windy City

Polish: rodzaj kiełbaski.

Six Corners: skrzyżowanie ulic Irving Park, Milwaukee i Cicero, tworzące sześć „rogów”. Bardzo trudne do opanowania dla początkujących kierowców.

I 90/94: czyli autostrada do miasta, z miasta, w mieście i po mieście. Najważniejsza arteria drogowa.

To tak na początek, aby nie zgubić się w mieście.

wtorek, 19 czerwca 2007
Chicago Picasso

Jeden z najbardziej znanych i rozpoznawalnych obiektów na mapie Chicago jest podarunkiem mistrza Picassa dla miasta. W połowie lat 60-tych władze Chicago poszukiwały czegoś, co wypełniłby pusty plac zwany Daley Plaza na rogu ulic Washington i State. Jeden z chicagowskich architektów zaproponował Pablowi wykonanie projektu. Picasso nie tylko nie odmówił, ale wręcz zapalił się do pomysłu i w 1965 roku przedstawił makietę rzeźby, która po dziś dzień nie ma nazwy, a znana jest po prostu jako Chicago Picasso. Ważąca 162 tony rzeźbę wykonano w United States Steel Corporation w pobliskim Gary. Rzeźba została całkowicie złożona w fabryce, zatwierdzona przez architektów, a następnie rozłożona na części, przetransportowana na Daley Plaza i ponownie zmontowana.
Uroczyste odsłonięcie odbyło się 15 sierpnia 1967 roku, a więc niedługo stuknie chicagowskiemu Picassowi 4 dychy. Mimo początkowych protestów, rzeźba wrosła w krajobraz miasta niczym Sears Tower czy Wrigley Field. Picasso odmówił zapłaty i poprosił, aby sto tysięcy dolarów zostało przekazane „ludziom miasta”. Oryginalna makieta znajduje się w Art Institute, ale w trakcie ostatniej wizyty nie mogłam jej znaleźć. Dopiero pani z z informacji wyjaśniła mi i Ewie, że z braku miejsca nie wszystkie prace są wystawione. Trzeba więc poczekać dwa lata aż zakończy się budowa drugiego skrzydła AI przenaczonego na nowoczesną i współczesną sztukę. Być może tam będzie można zobaczyć makietę.

Picasso także nigdy nie wyjaśnił, co przedstawia rzeźba. Mi przypomina pawiana (forgive me Pablo) lub twarz Indianina, mężowi konia. Według niektórych jest to twarz kobiety z rozwianymi włosami lub też wizerunek ulubionego psa artysty. A Wam z czym się kojarzy?




Tutaj widok z kosmosu (to czarne na środku to właśnie Picasso).

05:43, aniabuzuk , Kultura
Link Komentarze (18) »
poniedziałek, 18 czerwca 2007
Łabędzi śpiew cykad

Mieliśmy wczoraj pojeździć na rowerach, ale przekonaliśmy się naocznie, że to nie był najlepszy pomysł. I nie chodzi o to, że było gorąco jak w piekle. Chodziło o cykady. Jechaliśmy samochodem do myjni i zrozumiałam o co chodzi tym wszystkim ludziom narzekającym na hałas i robactwo. Cykady dało się świetnie słyszeć mimo zamkniętych szyb i muzyki w aucie, ale to przecież nie przeszkadzałoby nam w jeździe. Problem polegał na tym, że one fruwały. I to w jakich ilościach. Trzy tygodnie temu, gdy się wykluły, siedziały sobie grzecznie na drzewach i krzakach, czekając aż ich chitynowa osłonka stwardnieje, a skrzydła się wysuszą. Teraz, gdy samce wabią samiczki wydając przy tym bardzo głośny dźwięk, zaczęły również latać i powiem Wam, że nie jest już tak urocze.

Wracając z myjni, zatrzymaliśmy na moment się w lesie, aby posłuchać ich śpiewu. Dźwięk było ogłuszający. Jakby tysiąc pił motorowych pracowało w jednym czasie. Robactwo latało też wszędzie dokoła, część już lotem nurkującym ku ziemi, gdzie dokonywały żywota. Przekonaliśmy się zupełnie, że nie będziemy się narażać na połknięcie cykady w trakcie pedałowania z otwartymi z wrażenia ustami lub zderzenie z owadem. A już skutecznie wyleczyliśmy się z tego pomysłu, gdy całkiem niespodziewanie jedna z cykad wylądowała na koszuli mężą. Jak otworzyłam buzię, jak się zaczęłam drzeć „Open the car, open the car!”, jak ruszyłam z kopyta do samochodu. O matko. Uratowana we wnętrzu samochodu patrzyłam, jak mąż się zwija ze śmiechu. Wsiadł do samochodu, odwraca się, żeby zapiąć pas, ja patrzę, a na plecach siedzi mu jeszcze jedna. To ja znowu dziki wrzask, otworzyłam drzwi, prawie spadłam na ziemię, ale gdzie lecę, głupia, przecież na zewnątrz jest ich pełno. Mąż się przestraszył, bo nie wiedział, czemu się tak darłam, też wypadł z samochodu i zaczął się oganiać, bo w końcu mu wytłumaczyłam, że miał robaka na plecach.

Niewiele czasu zostało cykadom. Jeszcze z tydzień, dwa i wszystkie umrą, pozostawiwszy jajeczka, z których za siedemnaście lat wykluje się następne pokolenie. Do zobaczenia i usłyszenia.

sobota, 16 czerwca 2007
Taniec na rurze

Pamiętacie moją piwnicę? Czas na krótkie podsumowanie tego, co działo się pod podłogą od ostatniego wpisu (o wcześniejszych zmaganiach remontowych możecie poczytać w kategorii „Tajfun piwniczny”). Zła wieść jest taka, że nadal nie ma baru. Baru, w którym, jak pisałam wcześniej, mąż będzie mieszał margarity, mohita, manhatany, kosmopolitany, śrubokręty, martini (a przepraszam, tu będzie wstrząsał, bo ma być przecież wstrząśnięte, nie mieszane) i inne krwawe maryśki. Dobra to, że mamy już plan i wiemy, co, jak i gdzie. Na razie w miejscu, gdzie będzie bar – miejsce przyszłych nocnych Polaków rozmów, zwierzeń nad kontuarem, miksowanych trunków, rozlanych drinków i pobitych szklanek – leży wata szklana. Czyli idzie ku lepszemu, skoro baru nie ma, a my już mamy szkło.

Widzicie, jakie to marnotrawstwo w tej Ameryce. Jakbyśmy mieli bar, to już można by było na tej mięciutkiej watce spać, gdyby do sypialni było za daleko i nogi odmawiały posłuszeństwa. Ale wszystko w swoim czasie.


Tutaj drugie ujęcie baru, ze słynną rurą. Słynną, bo z opowieści męża wynika, że co najmniej trzy czwarte robotników głosowało za jej pozostawieniem, abym mogła na niej tańczyć. Co poniektórzy nasi koledzy także mieli taki pomysł, a znalazła się również koleżanka, która poparła tę ideę. Muszę rozczarować przyszłych bywalców – to nie będzie klub go go i rura zostanie zabudowana. Tańce oczywiście niewykluczone, od czego bar. Nareszcie będę mogła zakrzyknąć za Sienkiewiczem „bar wzięty!”

Ta dziura w ścianie to tzw. walking closet, czyli garderoba, gdzie będę trzymać buty, ubrania, kapelusze, płaszcze i kurtki. Wielka – można w niej chodzić, jak nazwa wskazuje.

Na koniec pierwsze zdjęcie z prawie skończonej łazienki. Mamy już płytki na ścianach i podłodze, brakuje nam tylko tronu i umywalki. Efekt przeszedł moje oczekiwania (a to małe zdjęcie tego nie odda).

Na razie wszędzie jest jeszcze bardzo brudno, fugi w łazience mokre, ale nieuchronnie zbliżamy się do końca projektu. Zostaje nam zrobić podłogę, bar, pomalować, wstawić drzwi i ruszamy z tym kramem. Jeszcze trochę i zacznę przyjmować zapisy na imprezę inaugurującą. Kto pierwszy, ten lepszy.

06:41, aniabuzuk , Remont
Link Komentarze (14) »
piątek, 15 czerwca 2007
Amerykanka

Każdego roku począwszy od 2005, lecę na kilkanaście dni „ładować akumulatory” w Polsce. I odkąd zaczęłam przylatywać do kraju w odwiedziny, słyszę niemal za każdym razem, że albo akcent mam już amerykański albo że zmieniłam się i jestem taka bardziej „amerykańska”. Mówi mi rodzina, że się zamerykanizowałam. Co to w ogóle dziś oznacza?

W latach 80., gdy moja babcia po kilkuletnim pobycie w Chicago przyleciała w odwiedziny do kraju, wszyscy wokół głosili jaka z niej Amerykanka. Bo jeździ samochodem, zarabia dolary, mówi po angielsku, chodzi w spodniach (czy Wasze babcie chodzą w spodniach?) i w ogóle światowa z niej kobieta. Ale to było 20 lat temu i świat się ciut skurczył. To, co kiedyś niedostępne i dalekie niczym sama Ameryka jest dziś na wyciągnięcie ręki. Co więc znaczy to cała amerykanizacja? Fast food i kino z Hollywoodu? Komfort życia (na kredyt) i brak zamartwiania się o jutro? Czy ktoś powiedział Wam, że się zamerykanizowaliście? Albo czy znajomą osobę mieszkającą w Stanach odbieracie jako zamerykanizowaną? Wydaje mi się, że jeśli się zmieniłam w ciągu tych trzech lat odkąd przyjechałam, to tylko na lepsze. Jestem bardziej wyluzowana, uśmiechnięta i zadowolona z życia. Jeśli na tym to polega i tak mnie widzi rodzina i znajomi, to jestem już zamerykanizowana.

 
1 , 2