My kind of town

piątek, 11 maja 2012
Cyfrowa "Polityka"

Mój ulubiony tygodnik właśnie uruchomił wersję cyfrową. Oferuje pełne wydanie ostatniego numeru, 10 artykułów w wersji audio i archiwum od 2000 r. Wszystko za 16 złotych miesięcznie. Nie trzeba mi tego dwa razy powtarzać. Wprawdzie w Chicago mam bardzo łatwy dostęp do wydania papierowego, bo mogę je kupić w pobliskim sklepie spożywczym, ale jeden egzemplarz kosztuje 5 dolców, więc matematyka jest prosta. I czasem zanim się obejrzę wszystkie egzemplarze są wykupione. Wprawdzie nadal lubię fizycznie wziąć do ręki magazyn, no ale w tym przypadku nie będę się chyba długo zastanawiać. Jeszcze jakby "Twój Styl" zrobili w podobnym formacie, to byłoby super. W Chicago jeden numer kosztuje $10 no i sorry Winnetou, ale to jest przegięcie. Myślę, że niedługo coraz więcej magazynów i dzienników zacznie kasować za dostęp do swoich treści w internecie. Skoro czytelnictwo papierowych wydań od lat leci na łeb na szyję, będzie logiczną konsekwencją, aby za wydanie  online pobierać opłaty. Sama widzę po sobie. Nie kupuję ani "Chicago Tribune" ani "Sun Timesa", a czytam je codziennie.

I chyba dojrzałam w końcu do Kindle. Podchodzę do takich nowinek jak pies do jeża, no ale Kindle to już daaawno żadna nowinka. Po tym, jak przeczytałam pierwszy rozdział "The Hunger Games" na urzadzeniu szwagierki, stwierdziłam, że chyba czytałabym więcej, gdybym miała tak łatwy dostęp do książek. I nie musiałabym targać trzech tomów wspomnianej wyżej trylogii do Polski (bo kupiłam tradycyjne wydanie). Która to trylogia jest chyba dla czytelników ze 20 lat młodszych ode mnie. Jeszcze pierwszy tom dał się przeczytać, ale dwa pozostałe były słabiutkie. Teraz na tapecie książka Wałęsowej.

15:28, aniabuzuk , www
Link Komentarze (17) »
czwartek, 10 maja 2012
Różności

Trudno uwierzyć, że już więcej za mną niż przede mną i że za 4 tygodnie trzeba będzie zwijać żagle. A tak mi się ostatnio tu dobrze zrobiło w Sokołowie, że nawet niespecjalnie chce mi się jeździć do Warszawy. To chyba głównie dlatego, że chciawszy niechciawszy muszę zabierać ze sobą Antu (ciągle karmionego piersią) i jak pomyślę o wszystkich gratach, które ze sobą muszę ciągnąć, to mi się odechciewa.

W Sokołowie znalazłam dla Zosi bardzo fajne przedszkole, do którego chodzi dwa razy w tygodniu. Przedszkole jest o niebo ładniejsze niż wszystkie tego typu placówki, jakie zwiedziłam w Chicago, gdy szukałam czegoś dla niej. Kolorowe, przestronne, nowe i z miłymi paniami. No i ta cena. Miesiąc kosztuje 350 złotych. Ja płacę za godziny, więc wychodzi mi 40 złotych na dzień. Za dzień w Chicago płacę 40 dolców. Nóż się w kieszeni otwiera. No cóż, po powrocie trzeba będzie płacić i płakać.

Do tego sokołowski basen. Zaczęłam chodzić w połowie kwietnia. To był mój pierwszy raz na basenie od urodzenia Antu i myślałam, że będę umierać następnego dnia. Ale nie. Gnaty mnie lekko bolały, ale tak przyjemnie. Bardzo lubię taki ból po wysiłku fizycznym. Na basenie zobaczyłam nauczyciela wuefu ze swojej podstawówki, który uczył pływać jakieś dwie laski. Zapisałam się więc do pana od wuefu na lekcje stylu dowolnego, bo jakoś nigdy nie miałam okazji się nauczyć. Żabka mi się ostatnio trochę przejadła. Pływanie, choć świetne jest w sumie nudne. Zawsze marzyło mi się urządzenie do słuchania muzyki pod wodą. I voila, prośby zostały wysłuchane. Chyba skuszę się na wodoodporne pudełko na iPoda Shuffle. Ale to juz po powrocie do Chicago. Na razie mam jedyną chyba szansę, żeby się nauczyć kraula. W Chicago byłoby trudniej, bo i mniej czasu i nie ma dziadków. A tutaj tanio jak barszcz (40 złotych za godzinę). A mówią, że Ameryka jest tania. Chyba następnym razem muszę przylecieć do Polski zimą i jechać w góry, żeby w końcu nauczyć się porządnie jeździć na nartach. Na pewno będzie taniej niż w Stanach. 

Znalazłam też lepsze lody niż te, które jadłam w dzieciństwie. Normalnie pycha. Każde wyjście do miasta kończy się więc wypadem na lody. No pięknie w tym Sokołowie, nie ma co. 

*******

Od 2010 każdego roku, gdy jesteśmy w Polsce na działkę rodziców przychodzi człowiek z koniem, żeby zrobić grządki pod warzywa. Zośka oczywiście ma radochę. Tym razem też się załapałyśmy. Koń, a właściwie kobyła, była źrebna. Tłumaczyłam więc Zosi, że to jest mama koń, która będzie miała małego konika. "To tak jak mama, gdy miała Antosia w brzuchu." - mówię jej. Po jakimś czasie, dziadek pyta się Zosi, kogo mama koń ma brzuchu. A Zosia na to: "Antosia".

******

Antoś zaczął niedawno raczkować. Oj, będzie z nim bal w samolocie. Nadal śpi w kratkę, ale zdarza mu się dospać do rana. Ma już 4 zęby. Zosia rozgadała się na całego i buzia jej się nie zamyka. Codziennie robi z dziadkiem obchód ogrodu, zbierając ślimaki, kamyki, patyki i obserwując biedronki, pająki i inną florę i faunę. Przez kilka dni pod koniec kwietnia było tak ciepło, że rozstawiliśmy basen dla dzieci. Antu zaliczył swój pierwszy raz w wodzie i od razu mu się spodobało, co nie było zaskoczeniem, bo uwielbia, gdy siedzi w wannie. 

******

Za dwa tygodnie przylatuje tata i mąż, więc mam nadzieję, że uda nam się wyrwać kilka razy na jakąś kolację i pozwiedzać sokołowskie restauracje, które pewnie można zliczyć na palcach jednej ręki, no ale na bezrybiu i rak ryba. Może i do stolicy się wybierzemy. Na razie byczymy się na wsi. 

11:42, aniabuzuk
Link Komentarze (11) »