My kind of town

środa, 19 maja 2010
Małomiasteczkowe życie

Moje miasto zawsze było małe (20,000 mieszkańców) i takie pewnie pozostanie na wieki, ale ilekroć tu przyjeżdżam, wydaje mi się jeszcze mniejsze. Wylazłam dziś w końcu z Zosią na spacer, bo przestało lać. Skręciłam w lewo, potem w prawo, potem znowu w prawo i 10 minut później byłam w "downtown", a 5 minut później z powrotem domu. Przyznam szczerze, że w Ciupagowie mam więcej spacerowej okolicy, o trzech parkach w promieniu 15 minut nie wspominając. Gdzie ja mam zrzucać "uchwyty miłości" z bioder? No ale nic, pierwsze koty za płoty. Miasto ma dwa centra, będziemy chodzić do tego dalej od domu.

Zmieniło się i nie. Znudzone ekspedientki nadal wystają w drzwiach sklepów. Na ulicach porozkładane kobiałki z warzywami. Na małym skwerku siedzi stara Cyganka i pewnie naciąga na wróżenie z ręki. Listonosz zasuwa na rowerze. Tata mi mówi, żeby kupić karmę dla kota w zoologicznym. Jakim zoologicznym? To przecież całe życie był sportowy! Pytam mamę, gdzie teraz kupuje kosmetyki, a ona na to, że są dwie drogerie w "Diamencie". Ki czort? Ano nowe sklepy, których ja nie znam, bo stoją dopiero od roku. Na szczęście lody "na kulki", na które chodziło się rodzinnie "po kościele" ciągle i nadal w tym samym miejscu.

Miasto stało się ekologiczne i w większości spożywczaków nie uświadczysz plastikowych toreb na zakupy. Ze swoimi trzeba ganiać, jak za komuny, gdy człowiek zbierał, co ładniejsze zagraniczne reklamówki na zakupy. A jeszcze 2 lata temu tata się zarzekał, że nie będzie chodził do sklepu z płóciennymi torbami, które przywiozłam rodzicom. No i przyszła koza do woza.

Zapomniałam też, że polskim zwyczajem jak się idzie do kogoś na 5 minut odebrać wiejskie jajka, to znaczy, że będzie kawa, herbata, lody i ciastka. Babcia (moja) naznosiła mi już drożdżowych babek, pierniczków, serniczków i cukierków, tak więc te spacery to chyba mi się przydadzą, oj przydadzą. Zdążyłam już zaliczyć dwa odcinki "M jak miłość", a śniadanie jem oglądając "Dzień dobry TVN". Został mi jeszcze "Klan" i "Plebania" he he. Dziś powiesiłam pranie na dworzu i poczułam się jak w domu jakieś 10 lat temu.

Aha, bociany też już widziałam.

poniedziałek, 17 maja 2010
Gdzie są skarpetki?

Podróż do kraju-raju przebiegła szybko, gładko i przyjemnie. Zaczęło się dobrze na lotnisku, gdy zapytałam przy stanowisku LOT-u o gate pass dla męża, aby mógł przejść przez bramki ze mną i pomóc mi z security. Zapytałam z głupia frant, bo zarówno TSA, jak i sam LOT, do którego dzwoniłam tuż przed wyjazdem z domu powiedzieli, że nie dają takich przepustek. Dali i mąż przeszedł ze mną aż do bramy, pomagając mi z Zosią i z wózkiem.

W samolocie Zosia oczarowała wszystkich uśmiechami, a bardzo uczynny steward załatwił nam kołyskę, mimo iż na infolinii LOT-u powiedziano mi, że przysługuje dzieciom do 6. miesiąca. Jak widać, dla chcącego nic trudnego. Kołyska wytrzymuje obciążenie do 10 kg (Zosia waży ledwie 7). Mogłam więc wyciągnąć nogi (w przenośni) i próbować spać, co pewnie jakoś by się udało, gdyby nie jakieś dwie przekupy za mną, które postanowiły pół nocy wymieniać się uwagami na temat ruskich pierogów, znaków zodiaku i malowania paznokci. Jezu, normalnie myślałam, że je strzelę, bo WSZYSCY wokół siedzieli cicho. Do tego panu siedzącemu obok mnie spadła na głowę butelka jakiejś wódy należąca do jednej z pań z tyłu, więc już w ogóle zrobiło się ciekawie, bo 30 cm dalej i byłaby to głowa Zosi leżącej w kołysce. Pan i tak był spokojny, bo kant opakowania butelki rozbił mu głowę do krwi (nie jakoś strasznie, no ale zawsze). No, ja bym nie zdzierżyła, ale widocznie musiał to być niespotykanie spokojny człowiek.

Zosia przez pierwsze dni była na czasie chińskiem i dopiero dziś, czyli w poniedziałek poszła spać o jakiejś ludzkiej godzinie, tj. 8 wieczorem, a nie o 2 w nocy albo 11:30 pm. Dziadek i babcia oczywiście zachwyceni wnusią, podobnie jak obie prababcie.Dostałyśmy już trzy grzechotki, pluszową żabę, zabawki do kąpieli i klocki. Grunt, że mam trzy walizki.


Zosia zaś oszalała na punkcie kota Jozina i na jego widok wydaje radosne piski i wrzaski. Kot dostał kota i jest w ciężkim szoku, a gdy widzi małą, wieje, gdzie pieprz rośnie. Hitem jest też pomidorowa z ryżem i w ogóle polskie gotowe zupki dla dzieci, które biją na łeb na szyję podobne produkty w Jueseju, przynajmniej te, które ja widziałam.


A jeśli chodzi o skarpetki, to pytanie "Gdzie są skarpetki?" słyszałam od wejścia na pokład samolotu, przez pół lotu, potem od pani celnik czy jak tam ją zwał, potem od pana z obsługi lotniska, który pomógł mi z walizkami no i oczywiście od całej rodziny. Zosia od niepamiętnych czasów ma skarpetki w głębokim poważaniu i ściąga je po minucie od założenia. Ja już dawno przestałam z nią walczyć, ale rodzina musi się jeszcze przystosować i przyjąć do wiadomości, że miejsce skarpetek jest na lodówce w roli ozdobnika.


A ja - wiadomo. Stay tuned, będzie więcej.

wtorek, 04 maja 2010
Maumee Bay State Park

W weekend byliśmy w parku stanowym Maumee Bay nad jeziorem Erie. Weekend zafundowała nam i szwagrom teściowa jako prezent bożonarodzeniowy. Opłaciła hotel, śniadania i kolacje. Wszystko co musieliśmy zrobić, to dojechać na miejsce. To był chyba jeden z lepszych prezentów jaki kiedykolwiek dostałam. Pod koniec weekendu szwagry i my zgodziliśmy się, że może zamiast kupować sobie tradycyjne prezenty na święta, powinniśmy co roku zrzucać się na podobny wyjazd.


Pierwszy weekend maja okazał się bardzo dobrym czasem, aby odwiedzić park. Nie było jeszcze ani komarów ani tłumów turystów ani zbyt wielu wielbicieli ptactwa, którzy zjeżdżają do Maumee obserwować rozliczne gatunki ptaków. Wieczorami, gdy Zosia i córka szwagrów spały, a my siedzieliśmy na patio popijając wino, nie było słychać żadnych dźwięków. Kompletna cisza i niemal kompletna ciemność.

W hotelu były głównie rodziny z dziećmi w wieku przeróżnym, starsze pary z lornetkami na ptaki oraz grupy 30- i 40-letnich kobiet spędzających tam weekend z psiapsiółkami. Obok jest piękne pole golfowe (aż szkoda mi trochę było, że moje próby z golfem parę lat temu skończyły się rzuceniem kijów w kąt) oraz typowe dla takich miejsc rozrywki: basen kryty i na wolnym powietrzu, wypożyczalnia rowerów i sprzętu do kajakowania i łowienia ryb, spa i masaże, a w niedzielę wypasiony brunch w postaci bufetu z czym tylko dusza zapragnie. Pogoda trochę pokrzyżowała nam plany i nici wyszły z rowerów. Zostały więc spacery po plaży i basen.


W sobotę pojechaliśmy do pobliskiego Toledo odwiedzić kultową restaurację Tony Packo's, unieśmiertelnioną w M.A.S.H-u. Pamiętacie Klingera - tego, który przebierał się w sukienki? No więc Klinger był z Toledo (podobnie jak grający go aktor) i w siedmiu odcinkach, o czym dokładnie informuje krótki opis w menu, wspomniał właśnie o Tony Packo's. A w samej restauracji roi się od odniesień do serialu.


Tony Packo's specjalizuje się w hot dogach, więc można powiedzieć, że czułam się tam jak ryba w wodzie. Oprócz hot dogów z chili (w końcu spróbowałam) serwują węgierski paprikas oraz właśnie chili, które można również nabyć w ilościach dowolnych na wynos.

Aż szkoda, że weekend ma tylko dwa dni.