My kind of town

piątek, 30 maja 2008
Wyżerka na całego, czyli kuchnia nowoorleańska

Posmakować Nowego Orleanu i umrzeć – tak od weekendu powinna brzmieć parafraza znanego cytatu o Neapolu.

Zaczęliśmy od smażonego aligatora.



W smaku przypomina trochę krewetki, trochę kalmary, a pikanty sos świetnie pasuje do delikatnego smaku gada. Później zamówiliśmy tuzin ostryg.



Matko, tak wielkich ostryg to jeszcze nie widziałam. Były po prostu przepyszne. Jadłam je na zmianę z sokiem cytrynowym, chrzanem i jednym z pikantnych sosów luizjańskich, np. takim. Pierwszego wieczoru mąż srodze rozczarował się lokalną zupą zwaną gumbo. Zupa w samie w sobie powinna być zawiesista i dość pikantna, a dostał coś lurowatego na talerzu. Problem polegał na tym, że restauacja była nieco „ą” i „ę” i zwyczajne gumbo okazało się za pospolite na ichniejszą kuchnię. Ja trafiłam lepiej i moje crawfish etouffee, czyli danie z raków z gotowanymi warzywami, podane na ryżu było przepyszne.

Mąż odbił sobie z nawiązką następnego dnia, gdy znaleźliśmy polecane w przewodniku (Hjuston, dzięki za książkę) miejsce zwane Coop’s Place. Pierwsze wrażenie po wejściu – zakazana speluna, gdzie zamiast podłogi był bruk pamiętający chyba Francuzów w Luizjanie, a każda osoba wychodząca z kuchni wyglądała, jakby właśnie wyszła z pierdla i odbywała resocjalizację przy zmywaku. Kelner miał brodę do pasa, obdarty kapelusz, spodnie z dziurami na tyłku i przyjął nasze zamówienie skinieniem głowy. Myślę, że chyba w ogóle nic do nas nie powiedział. Zero turystycznej szmiry, za to mnóstwo południowej kuchni.

Wybór głównego dania prawie że przyprawił mnie o ból głowy, bo co jedna potrawa, to lepszy opis. Do wyboru nieśmiertelny klasyk jambalaya z mięsem z raków, krewetkami, kiełbasą, królikiem i ryżem, kolejny żelazny punkt programu shrimp creole, czyli krewetki po kreolsku, ryż z czerwoną fasolą i wieprzowiną, smażony kurczak no i gumbo. Na szczęście dla takich niezdecydowanych, jak ja znalazł się danie składające się z porcji każdego z powyższych.


(Wiem, że to zdjęcie nie jest zachęcające, ale naprawdę głupio mi było w tym lokalu robić zdjęcia swojemu talerzowi, stąd pośpiech w robieniu i nie najlepszy efekt).

Obowiązkowym przystankiem na kulinarnej mapie miasta jest Cafe Du Monde. Cafe du Monde serwuje francuskie pączki, zwane beignetami wraz z cafe au lait (w wersji na zimno bądź ciepło) 24 godziny, 365 dni w roku. Uczniwszy zadość prośbie Hjuston, udało nam się znaleźć wolny stolik i za moment wjechały beignety z kawą. O matko, jakie dobre. Cukier puder, którym posypane (a raczej przysypane) są pączki sypie się w wszędzie – na twarz, ręce i podłogę, która jest nim po prostu usłana. Że powtórzę za Hjuston – smaczne, ale jakże niezdrowe.




I na koniec, jak na właścicielkę baru przystało, najsłynniejszy nowoorleański drink, czyli hurricane, który jak powiedziała nam barmanka „isn’t a hurricane if it doesn’t blow you away”.



Jeden kubeczek daje ostro w głowę, może dlatego że jednym ze składników jest rum 151, zawierający 75% alkoholu. Ledwo żeśmy wrócili do Chicago mąż od razu poleciał zakupić takowy.

Jak uwielbiam kuchnię orientalną i dałabym się posiekać w plasterki za sushi, to kuchnia południa zostawiła na mnie niezatarte wrażenie. Kupiliśmy dwie książki kucharskie i gumbo mambo będziemy gotować.

środa, 28 maja 2008
Tramwaj zwany pożądaniem

Nowy Orlean całkowicie mnie zauroczył. Zabytkowa French Quarter z wąskimi uliczkami, starymi domami z przepięknie kutymi balustradami sprawia wrażenie przeniesionej z Europy i chyba nie bez podstawy mówi się, że Nowy Orlean to jedno z najbardziej europejskich miast w Stanach. Wiele restauracji ma właśnie takie balkony z poustawianymi stoliki i krzesłami i można jeść i pić do woli pod chmurką, czego bardzo brakuje mi w Chicago, gdzie nawet ogródki piwne nie są tak rozpowszechnione.

Słynna Bourbon Street przypominała mi trochę Las Vegas w wersji retro. Przewalają się przez nią tłumy rozochoconych młodzianów i skąpo odzianych dziewczyn, zewsząd dobiega muzyka, jazgot i harmider. Tradycja rzucania koralików z balkonów w zamian za pokazanie piersi utrzymuje się nadal, mimo iż to nie Mardi Gras. Koraliki wiszą i leżą zresztą wszędzie: na drzewach, liniach tramwajowych, samochodach i chodnikach.

Największym dla mnie zaskoczeniem – poza faktem, że drinki i piwo, jeśli tylko serwowane są w plastiku, można nosić otwarcie na ulicy – była ilość wszelkiego rodzaju lokali ze striptizem i innym atrakcjami, reklamowanymi jako „Seeing is Believing”, „Big Daddy’s Bottomless & Topless”, czy „1000’s Beautiful Girls & 3 Ugly Ones”. Tuż przy chodniku porozwieszane setki zdjęć gołych pań, w przeróżnych pozach, konfiguracjach i układach. Normalnie szok. Widać NO ma jakieś specjalne przywileje. Na dłuższą metę na Bourbon Street nie da wytrzymać, ale wystarczy odbić parę ulic dalej, gdzie ciszej, spokojniej, ładniej i taniej. Przy odrobinie wyobraźni naprawdę można poczuć się, jak w Europie, spacerując wąskimi, zielonymi uliczkami, które oświetlają gazowe latarnie. Gdzie ja ostatni raz widziałam gazowe latarnie?

Prawie każdy komu mówiłam, że byłam w NO, pytał się, jak wygląda miasto po Katrinie. Nie mam oczywiście porównania do tego, co było przed huraganem, ale samo centrum i French Quarter wydawało się być niewzruszone. Gdy jednak wsiedliśmy w tramwaj i przejechaliśmy kawałek od centrum, widać było zupełnie pogruchotane domy, puste sklepy i walące się balkony podparte drewnianymi belkami. Pod jednym z wiaduktów ledwie 5 minut od centrum widzieliśmy duże obozowisko bezdomnych, całe wręcz osiedle. Bardzo przygnębiający widok. Zdjęć nie robiłam ani bezdomnym ani zniszczonym budynkom, poza tym jednym wymownym obrazem.

Nie powstrzymuje to jednak innych. Turystyka rządzi się swoimi prawami i na lewo i prawo można zobaczyć ogłoszenia o post-huraganowych wycieczkach po mieście, których główną atrakcją jest oglądanie zniszczeń dokonanych przez Katrinę.

Jakby naprawdę nic ciekawszego nie było do oglądania w mieście, z tak bogatą historią, kulturą, architekturą i jedzeniem. Ale jedzenie i picie to osobny rozdział, więc o uciechach kulinarnych Nowego Orleanu będzie w następnym poście, a więcej zdjęć w mojej galerii na Picasie.

czwartek, 22 maja 2008
Wyjątkowo zimny maj

Niemal każdego ranka, kiedy wstaję i sprawdzam temperaturę za oknem przypomina mi się piosenka Maanamu z tytułu powyżej. Szlag mnie trafia, że w drugiej połowie maja muszę się martwić o to, czy nie zmarznę rano na peronie czekając na pociąg i wybierając ciuchy do pracy przedkładam spodnie ponad spódnice i sukienki. Do tego posadzone w ostatni weekend ogórki najprawdopodobniej wykitują z powodu tego zimna. Dziś rano na NRP słyszałam, że Amerykanie sadzą w tym roku więcej warzyw niż w poprzednich latach, co ma być podobno kolejną oznaką recesji. Ostatni warzywny boom obserwowano bowiem w 2001, gdy gospodarka również przeżywała załamanie. Wygląda na to, że dołożę do tego swoje dwa grosze, gdy będę musiała ponownie kupować sadzonki, aby zastąpić te zdechłe.

Na szczęście w weekend lecę na południe, pogrzać stare kości w słońcu. Mam tylko nadzieję, że po powrocie nie zacznę pisania od zdania, które w swoim pamiętniku napisała Lilka Sagowska, bohaterka „Słoneczników”, mojej ulubionej książki z młodości: „Nie pisałam długo, bo przez moje życie przetoczył się huragan”.

17:25, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 19 maja 2008
What a spectacular view

Było Chicago widziane z auta i roweru, czas więc na sporty wodne. Oto jak wyglada miasto w sobotni poranek z pokładu statku wycieczkowego. Było ciepło, słonecznie i sympatycznie, a widoki spektakularne.


A na zdjęciach - dla odmiany po szkle i stali - przedstawiciele nieco starszej chicagowskiej architektury, które mija się podczas rejsu, na czele z budynkiem Wrigley i Tribune (pierwsze i ostatnie zdjęcia).







Wycieczkę statkiem po Chicago River polecam każdemu odwiedzającemu miasto w sezonie wiosenno-letnim.

wtorek, 13 maja 2008
Braterski nalot na Amerykę

Człowiek żyje sobie spokojnie, nikomu nie wadzi, aż tu nagle któregoś dnia dostaje taką wiadomość: „No i dostałem wyrok na 10 lat. Sprzątaj, rób porządki, wódkę kupuj, wieprzka szlachtuj”. Tak mój brat oznajmił mi, że właśnie dostał wizę i przyjeżdża do mnie na wakacje.

No i zapowiada się pracowite lato. Jako że brat nigdy jeszcze tutaj nie był, trzeba będzie oblecieć z nim wszystkie turystyczne atrakcje, a więc wjechać na Sears Tower, zabrać do Muzeum Przemysłu i Techniki, bo mają tam samoloty (a brat lubi latające maszyny), obejrzeć dinozaury w Field Museum, sfotografować się z każdej strony pod fasolką, przejść po Wacker Drive i Michigan Avenue, wykąpać w jeziorze i tak bym mogła wymieniać niewiadomo ile. Oczywiście, nic za darmo, więc mam już dla brata ustalony plan odrabiania pańszczyzny w zamian za wikt i opierunek, a więc: naprawa kosiarki, koszenie trawy, mycie samochodów, wymiana oleju, klocków hamulcowych, filtrów oleju i powietrza i co tam akurat potrzeba, pielenie zielska w ogródku, podlewanie pomidorów, mycie okien, zakupy itede (możecie dorzucać propozycje, żeby się chłopak nie nudził).

Muzea muzeami, ale trzeba mu też pokazać Amerykę od najbardziej amerykańskiej strony i zabrać go do MacDonald’s, żeby popróbował lokalnego macszajsu, spoić Millerem Lite (choć nie wiem, czy to wykonalne, zważywszy na jakość Millera i dość mocną głowę brata) i może nawet – o zgrozo – zabrać na mecz bejsbola. Myślę, że powinnam go również patriotycznie zawieść na Jackowo, wstąpić do polskiego sklepu kupić pamiątki dla rodziny i nakarmić jedzeniem bufetowym z „Czerwonego Jabłuszka” albo „Staropolskiej”. Szkoda, że jest już po 3 maja, bo wysłałabym go na Belmont z flagą.

A propos jedzenia, brat nastawia się już na głodowanie, bo moje nawyki kulinarne przez ostatnie 4 lata uległy radykalnej zmianie i po schabowych i mielonych nie ma śladu, a z kolei tajskie, chińskie, czy meksykańskie w jadłospisie brata powszechnie nie występuje. No ale nas jest dwoje, on jeden, więc jeśli usłyszę od brata „Nie jem i nie będę jadł”, to trzeba będzie karmić dożylnie. W każdym bądź razie, inwazja nastąpi za 2 tygodnie i potrwa też dwa. Miesiące.
14:45, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (31) »
niedziela, 11 maja 2008
Jak działa urząd imigracyjny

W zeszłym roku immigration, jak potocznie nazywa się ten urząd, podniosło opłaty za większość najbardziej popularnych usług: pozwolenia o pracę, zielone karty i obywatelstwo. Miało to podobno przynieść ekstra kasę na zatrudnienie dodatkowych pracowników. Tymczasem podwyżki spowodowały, że urząd został zalany falą wszelkiego rodzaju aplikacji, totalnie się zablokował i dla przykładu średni czas oczekiwania na naturalizację wydłużył się z 6-8 miesięcy do 16-18.

Załóżmy, że trzeba nam pogadać z tymże urzędem, bo opieprzają się z papierkową robotą, człowiek czeka na wieści, które nie przychodzą i niedługo mija termin ważności zielonej karty. Co się robi w takiej sytuacji? Dzwoni na infolinię. No ale dodzwonić się do immigration nie idzie za cholerę. Kiedyś można było pogadać z żywą osobą. Teraz, po fali aplikacji, wycwanili się i zablokowali możliwość rozmowy, zostawiając jedynie masę guzików do naciskania. Good night and good luck. W razie wątpliwości odsyłają na ich stronę internetową, która nic nie wyjaśnia i z kolei odsyła na tę samą infolinię, jednocześnie informując, że informacji o statusie sprawy nie udziela się przez telefon!

Można więc umówić się na rozmowę z urzędnikiem oko w oko, ale gdzie tam. Strona w necie, za pośrednictwem której można to zrobić, za każdym razem wywala informację, że na dzień dzisiejszy i w nieokreślonej przyszłości nie ma możliwości spotkania się z kimkolwiek i w jakiejkolwiek sprawie i odsyła na stronę immigration, no a dalej, to już wiadomo co.

Podobno trzeba czekać 30 dni od upłynięcia ważności jakiegoś dokumentu, zanim można wszczynać panikę. Nie wszczynam, bo moje papiery są w porządku i właśnie dokument, na który czekałam dotarł do mnie w sobotę. Niemniej szlag człowieka trafia, że jedynym sposobem dowiedzenia się o postępach aplikacji jest sprawdzanie pięć razy na dzień statusu sprawy online i wyczekiwanie jakiegokolwiek komunikatu. Tak na dobrą sprawę, jakby się ktoś baaaardzo uparł, to przez pewien czas, gdy minął termin ważności mojej zielonej karty, a o nowej nie było żadnej informacji, zasilałam szeregi dwunastomilionowej rzeszy imigrantów o nieuregulowanym statusie. Skoro jednak ten bajzel właśnie się wyjaśnił, składam papiery o obywatelstwo. Bo, gdy je dostanę, to immigration będzie mi mogło skoczyć.

środa, 07 maja 2008
Randka z lokalną sztuką

Jak na razie realizacja planu atrakcji na wiosnę i lato idzie jak po maśle. Byłam na wystawie zrobionych 40 lat temu zdjęć dokumentujących pierwsze miesiące istnienia chicagowskiego Picassa. Na 17 maja udało mi się zarezerwować bilety na darmowy rejs statkiem po Chicago River. Przewodnikiem będzie pan z WTTW (lokalna stacja PBS), którego programy z pokładu statku można czasem oglądać w tejże telewizji. Rejs statkiem już kiedyś zaliczyłam, ale dla mnie jest to jedna z lepszych atrakcji w mieście, jeśli chce się zobaczyć Chicago nie z poziomu chodnika, więc cieszę się, jak młody pelikanik.

A pod koniec kwietnia poszłam na Artropolis, czyli coś w rodzaju targów artystycznych, podczas których swoje kolekcje pokazują galerie ze Stanów i Europy. Jedną z atrakcji Artropolis był projekt zwany Next, prezentujący innowacyjne dokonania artystyczne, choć tak naprawdę to chciałoby się napisać, że niektóre z nich były mniej innowacyjne, a bardziej zakręcone, dziwne, niezrozumiałe, a czasem po prostu śmieszne. Sztuka, prowokacja, kicz, tandeta, nazwijcie jak chcecie.





Więcej tutaj. Swoją drogą, to zastanawiam się, jak oni te dwa samochody tam wtarabanili.

Najbardziej przypadł mi do gustu projekt artysty, którego nazwiska z wrażenia nie zapisałam. Na pierwszy rzut oka miałam przed sobą chaotycznie poustawiane sztalugi z przymocowanymi do nich zdjęciami. Dopiero, gdy zrobiłam zdjęcie i spojrzałam na ekran aparatu, zobaczyłam to, co ominęłam gołym okiem. Sztalugi, mimo iż ustawione nie dalej niż metr w głąb, oraz umieszczone na nich zdjęcia tworzą niesamowitą głębię. Wydaje się, że można wręcz zanurzyć się w tą azjatycką uliczkę, wejść do pierwszej z brzegu knajpki i zamówić coś pysznego do jedzenia, popijając zieloną herbatą.


Na lokalnym podwórku odkryłam prace Hiroshiego Ariyamy. Ariyama obrabia cyforwe zdjęcia, tworząc z nich nieco komiksowe, może popartowe obrazy charakterystycznych obiektów z Chicago, jak kolejka CTA, czy słynny neon teatru Chicago na State Street.


Hiroshi Ariyama Untitled


Hiroshi Ariyama Artificial Color

Podczas Artropolis natknęłam się też na chyba moją ulubioną chicagowską artystkę Marketę Sivek (niestety, strona w przebudowie). I ilekroć patrzę na jej prace, myślę, że może za wcześnie postanowiłam przeznaczyć 1,200 dolarów od wuja Sama na własną emeryturę...

19:57, aniabuzuk , Kultura
Link Komentarze (19) »
poniedziałek, 05 maja 2008
Rowerem nad Michiganem

Jedną z niewątpliwych oznak wiosny jest, oprócz grilowania, motorów na ulicach, samochodów z lodami jeżdzącymi po okolicy, biało-czerwonych flag na Belmont z okazji 3 maja, rozpoczęcie sezonu rowerowego.

Jedyny problem z jeżdżeniem rowerami po Chicago polega na tym, że tak naprawdę nie mamy wielu ścieżek rowerowych. Jeśli nie mieszka się w Lincoln Park, Lake View albo bardziej północnych okolicach, jak Rogers Park, czy Edgewater, to rekreacyjne jeżdżenie na rowerze nie jest takie proste. Niby część ulic ma wyznaczone oddzielne pasy dla rowerzystów, ale to z reguły średnia przyjemność jeździć razem z samochodami, które przelatują obok 50 km/h.

Ja mam w zasadzie dwie alternatywy: albo jeździć po bocznych ulicach, co nie jest żadną frajdą albo zapakować rowery do samochodu i ruszyć albo do jednego z lasów na zachód lub nad jezioro, pół godziny jazdy od domu.

Ścieżka rowerowa nad jeziorem to chyba moje ulubione miejsce do jeżdżenia. Nawet w najgorętsze dni, wieje bryza, jezioro jest na wyciągnięcie ręki, wokół ładne widoczki. Jedyny minus – w weekendy są na niej tłumy rowerzystów, rolkowiczów, biegaczy, rodziców z wózkami, par z psami. Dlatego z reguły jeździmy tam po południu, gdy ruch jest mniejszy, a słońce nie pali mocno.

Zaczynamy gdzieś w okolicach Hollywood Beach, słynącej z męskich par w obcisłych slipkach.


Przejeżdżamy przez zatłoczony Lincoln Park i mijamy szpanerską przystań jachtową przy Belmont.



Gdzieś w okolicach Fullerton wyłania się centrum.



Mijamy Navy Pier i dojeżdżamy do Field Museum, gdzie przystajemy na chwilę popatrzeć na centrum.


W tym mniej więcej miejscu z reguły zawracamy, bo mamy już trochę w nogach. Czasem jednak przyjeżdżamy z rowerami do samego centrum i zaczynamy jazdę na południe właśnie od muzuem, bo im dalej na południe, tym mniej ludzi.

Po drodze mijamy gąski balbinki.


Dojeżdżamy do spokojnych plaż przy 55 Street, oglądając centrum od “odwrotnej” strony i wypatrując stad papug, które wypuszczone kiedyś na wolność, zadomowiły się w Hyde Parku, zimując na transformatorach, jak dowiedziałam się od Sorbet5 w sobotę między margaritą a Coroną.



Cała trasa liczy 20 mil (ponad 30 km). Na razie nie udało nam się przejechać za jednym zamachem tam i z powrotem, no ale ćwiczenie czyni mistrza, więc może kiedyś.

czwartek, 01 maja 2008
Tego jeszcze nie było

Obesrał Was kiedyś gołąb w drodze do pracy? Na rzadko, zielono, śmierdząco, po jasnym płaszczu, iPodzie, torbie i spódnicy? Podobno to na szczęście, ale mam w dupie takie szczęście. Nie polecam.

Wystrzelać wszystkie gołębie w Chicago!!!

16:48, aniabuzuk , Grrr
Link Komentarze (20) »