My kind of town

czwartek, 31 maja 2007
Eyes Wide Open

             

             

Spacerując w poniedziałek po downtown (Jackson i Columbus) natknęłam się na powyższą wystawę. Projekt Eyes Wide Open upamiętnia amerykańskich żołnierzy poległych w Iraku. Gdy wystawa ruszyła w 2004 r. par butów było 504. W tej chwili jest ich ponad 3 tysiące. Prostymi środkami uzyskano jasny i czytelny przekaz. Widok tysięcy zużytych, obdrapanych butów robi wrażenie. Pomysł świetny, ale czyż nie lepiej byłoby, gdyby ta wystawa w ogóle nie powstała?  

17:43, aniabuzuk , Kultura
Link Komentarze (10) »
środa, 30 maja 2007
Kickin’ doughnuts strike back

W niedzielę poszłam z mężem do pierwszej z checkpleasowych restauracji, o której będę, oprócz mojej Friendship rozmawiać w telewizorni. Przyoblekłam się więc w czarną kieckę i szpilki, mąż założył buty z Baty i pojechaliśmy. Pani producent zaleciła zrobienie rezerwacji, gdyż miejsce podobno jest dość popularne. Mieści się w downtown, na prawo Sheraton, na lewo inny Hilton, a w środku restauracja, specjalizująca się w befsztykach, czyli steakach. Wewnątrz dość nowocześnie – stoliki nakryte czerwonym obrusem ze skóry, pod sufitem karykatury amerykańskiego establishmentu, na ścianach jakieś współczesne malarstwo. Całość w dobrym guście – ani za dużo tej nowoczesności, ani za mało. Atmosfera jakby to miejscowi powiedzieli very laidback, czyli wyluzowana. Ceny za główne danie zaczynały się od czterdziestu dolarów w górę, a ja od producentów dostałam prikaz, że mam spróbować przystawkę, danie główne, deser i do tego jakiegoś drinka. Wiadomo było, że nie będzie to tania przyjemność.

Nasz kelner był chyba najlepszym kelnerem, jakiego zdażyło mi się mieć. Wprawdzie drink, którego mi polecił był ohydny, ale to wynikło raczej z małego nieporozumienia, gdyż powiedziałam, że lubię wódkę, więc przyniósł mi niemal samą wódę na lodzie z lekką nutą truskawkowej zielonej herbaty. Nie wiedziałam, że takowa istnieje. Teraz już wiem i nie lubię. Potem było już znacznie lepiej. Z reguły, gdy kelner poleca specjały dnia, to w ogóle nie słucham, bo najczęściej słowa wystrzeliwane są z szybkością karabinu maszynowego i nie sposób jest mi spamiętać, czy dzisiaj dają sałatę z kaparami, rybę w galarecie czy rosół bez klusek. Nasz kelner, dowiedziawszy się, że jesteśmy tutaj po raz pierwszy wyjaśnił nam bez pośpiechu wszystkie specials. Do tego dowiedzieliśmy się, że restauracja ma swoje własne stado krów w Kentucky hodowane specjalnie dla sieci (bo takich restauracji, jak ta w Chicago jest więcej w Stanach, choć pod różnymi nazwami). Ponadto mięsko jest poddawane wymyślnemu procesowi dojrzewania, aby miało lepsze walory smakowe, a dwa specjalne kawałki dostępne są a la carte. Już nawet nie pytałam, ile taki kawałek kosztuje, skoro „normalny” filet mignon z menu był po średnio czterdzieści dolców.

Zaczęłam od zupy z homara (lobster bisque) – niebo w gębie, lekka kremowa konsystencja z kawałeczkami homara. Mąż wziął sałatkę dnia i to był strzał w dziesiątkę, choć w życiu bym nie przypuszczała, że arbuz z sosem vinegrette, szynką parmeńską i serem pleśniowym może być tak smaczną kombinacją. Jako główne danie oboje zamówiliśmy wołowinę, którą normalnie jem rzadko, ale jak jest się w steak house, to grzechem byłoby nie spróbować. Kelner przyniósł mi także próbkę wina, co było dość zaskakujące, bo nie zamawiałam butelki, tylko kieliszek. No, ale jak kieliszek kosztuje 16 dolarów, to sami przyznacie, że dobrze byłoby wiedzieć, że się nie zamówi jakiegoś octu.

Winko było przednie. Mój classic filet mignon również, choć mąż znowu zamówił lepiej, bo jego ribeye wjechał na stół z sosem z sera pleśniowego i chrzanu, który znakomicie podkreślił smak krowy z Kentucky. Do tego szpinak i szparagi i w rezultacie nie mogłam się ruszać. A tu jeszcze deser przede mną i wyraźne polecenie od produkcji, aby spróbować kickin’ doughnuts. Ki czort? Donuty okazały się nie tylko smaczne, ale także zabawne. Podano je w papierowej torbie i nie były to tradycyjne amerykańskie pączki z dziurką w środku, ale małe kuleczki ciasta, tak ze 4 centymetry średnicy i bez nadzienia. Do zestawu obowiązkowego podano dodatkowo pojemniki z czekoladą, kremem waniliowym i masłem orzechowym. Każdy pojemnik miał na końcu jakby małą strzykawkę, której koniec wkładało się w pączka i nadziewało go wybranym kremem. Interaktywny deser - dużo śmiechu, zwłaszcza gdy nadzienie wstrzykiwane jedną dziurą “wyłazi” drugą.

Na sam już koniec przyjechał rachunek. 201 dolarów  i 76 centów, do tego napiwek 18%. Machnęliśmy ręką, bo co innego nam pozostawało? Jedzenie było wyśmienite, wino również, serwis pierwsza klasa, a my bawiliśmy się dobrze. Ja wymyśliłam, że kolacja to nagroda za nasz piwniczny horror, a mężowi ta wymówka się bardzo spodobała. 150 dolarów zwróci mi producent, więc pokryje to jakieś 60 procent kolacji. Warto było.

Następna restauracja na liście specjalizuje się w owocach morza, więc już czuję, że będę pływać jak ryba w wodzie.

wtorek, 29 maja 2007
It’s pouring down like from a bucket

(Polish: “leje jak z cebra”)

Rain seems to be trendy these days on blogs. It rains in Houston and in Denmark, so today a Polish version of the popular English phrase “it’s raining cats and dogs”. By the way, I have never understood why it’s raining cats and dogs. Anybody knows?

In Poland we say that it pours down like from a bucket. And we mean, a big bucket, so when it rains, it seems like somebody above our heads just knocked down a bucket with water.

Do you like rain? I hate it, unless I am at home in bed, or watching TV. In mornings when I have to go to work, it is the worst thing for Ania’s mood.

poniedziałek, 28 maja 2007
Cykady w Windy City

No nareszcie są! W końcu mam namacalne dowody, że siedemnastoletnie cykady istnieją i że zamieszanie wokół nich, jakie rozpętały media w ciągu ostatnich miesięcy, nie było żadną kaczką dziennikarską, ale najprawdziwszym faktem. Nie znalazłam ich u siebie w ogródku, ale wystarczyło pojechać parę kilkometrów za miasto, aby tuż po wyjściu samochodu zobaczyć dziesiątki owadów i usłyszeć jak pięknie grają.

Niezorientowanym należy się szybkie wyjaśnienie o co chodzi z tymi cykadami. Otóż na Midweście, czyli w środkowej części Stanów żyje gatunek cykad, który pojawia się, że tak powiem publicznie co 17 lat. Tak długo trwa cykl rozwojowy tych owadów. Co 17 lat z ziemi, z setek dziesiątków małych norek takich jak poniżej na zdjęciu wychodzą tysiące cykad. Pojawiają się jako poczwarki. Następnie przyklejają się do liści, chitynowa osłonka pęka, a ze środka wyłania się dorosły owad. Samce zaczynają poszukiwania partnerki, wabiąc je cykadową pieśnią, która słychać było w całym lesie. Gdy znajdą partnerkę, robią cykadowe bara-bara, samica składa jajeczka, po czym rodzice dokonują żywota. Z jajeczek wykluwają się małe larwy, które zakopują się w ziemi, aby po siedemnastu latach wyjść na powierzchnię jako dorosłe już osobniki. Koło się zamyka.

Media już co najmniej od paru miesięcy pisały o siedemnastoletnich cykadach – o tym, że są głośne, że będą ich miliony i że podobno można je jeść (wyraziłam zainteresowanie konsumpcją, ale mąż nie chce ze mną iść, a sama jeść nie będę). Miały pojawić się 22 maja, potem 25, a gdy przyszło co to czego, to mało kto je widział. Ale są – tuż przy samej granicy miasta, piłują na tych swoich skrzydełkach, wyglądają bardzo fotogenicznie i są absolutnie niegroźne.

Wychodzą z norek. Jak widać, norek jest całkiem sporo.


Puste już pancerzyki.


Tak wygląda osobnik, który własnie opuścił swoje ciepłe siedemnastoletnie gniazdko.


En face.


Z kolegami.


Albo do góry nogami.


piątek, 25 maja 2007
Nareszcie się wyśpię

Mieliśmy jechać oglądać Elvisa w Memphis w czasie długiego weekendu (Memorial Day przypadający w poniedziałek jest dniem wolnym od pracy), ale trzeba było zrewidować plany i zostać w domu. No, ale nic to, jeśli Elvis is alive, to będzie również podczas następnego długiego weekendu.

W pracy widać, że atmosfera weekendowa udzieliła się wszystkim, bo częściej niż zwykle słychać radosne „good morning” na korytarzach. Stroje bardziej dowolne, w kuchni muffiny z Dunkin Donuts i pewnie wyjdziemy z roboty jakieś dwie godziny wcześniej niż normalnie. Firma na ten miły zwyczaj, że przed każdym dłuższym weekendem pozwala nam skończyć pracować o 3 po południu, a przed indykiem nawet wcześniej.

W planach na weekend mamy forumowego grilla u mnie w ogródku, być może połączonego z projekcją „Misia”, jeśli pogoda nie dopisze, a prognozy nie są, niestety, najlepsze. A tak poza tym nie zrobiliśmy żadnych konkretnych planów, co ma swoje dobre i złe strony, bo jak jest plan, to czas nie przecieka przez palce, a jak nie ma planu, to nie muszę się go trzymać. Co przypomina mi jeden z moich ulubionych kawałów (uwaga, na koniec będzie nieładny wyraz, ale inaczej się nie da), w którym Smok Wawelski sieje spustoszenie w Krakowie, a książę Krak ogłasza, że rycerz, który opracuje plan zabicia smoka dostanie rękę księżniczki. Przybywa pierwszy rycerz, z planem, który zatwierdza książę, ale gdy przychodzi co do czego, to smok pożera śmiałka. Pojawia się więc drugi rycerz, też z planem i kończy, jak pierwszy niedoszły pogromca bestii. Przybywa trzeci i oświadcza, że zanim przedstawi plan, chciałby zobaczyć smoka. Książę prowadzi go do smoczej jamy, a gdy wychyla się z niej smok, rycerz w panice wsiada na konia i szykuje się do odwrotu. Książę zrozpaczony krzyczy „A plan? Gdzie plan?”, na co rycerz odpowiada „Plan? Jaki plan? Tu trzeba spieprzać!”

Tym optymistycznym akcentem kończąc, życzę amerykańskim i zamorskim czytelnikom udanego weekendu.

17:09, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (13) »
wtorek, 22 maja 2007
Przed telewizyjnym debiutem

No to teraz coś o tej telewizji, gdzie będę lansować Friendship Restaurant. Dobrze trzymaliście kciuki – dziękuję pięknie. Plan jest taki – mam pi razy oko 3 tygodnie, aby odwiedzić 3 restauracje, które pojawią się w programie. Jedną jest ta, którą ja polecam, czyli wymieniona powyżej Friendship oraz dwie, które są wyborem pozostałych uczestników programu. W żadnej z tych dwóch wcześniej nie byłam. Od programu dostanę $150 na pokrycie kosztów, co może wystarczy na połowę, gdyż jedna z tych restauracji jest pioruńsko droga, druga też nie najtańsza, a wiadomo, że nie pójdę sama, tylko z hazbendem. Kolacji we Friendship już nawet nie wliczam. Taka jest widać cena sławy – nie posmarujesz, nie pojedziesz. W restauracjach muszę zachować pełną konspirę i nie mogę się zdradzić, że przyszłam obceniać lokal do programu „Check, please!”, ale mam mieć uszy wokół szyi i oczy wokół głowy i obserwować wszystko bacznie. Notatek przy stole nie powinnam robić, bo wyda się podejrzane. Muszę więc zacząć jeść obrzydliwe tabletki z tranem, bo pomagają na pamięć (przetestowane na mężu).

Po każdej wizycie w restauracji, wypełniam formularz, który wraz z oceną jedzenia, picia oraz serwisu odesłyłam do producentów. Jak już sobie pojem i popiję w tych trzech lokalach, to ustalonego dnia stawiam się w telewizji na nagranie. Znam już dzień nagrania, daty emisji jeszcze nie. Dostałam mailem parę instrukcji na temat ubioru i wyglądu. Nie mogę mieć na sobie nic w paski albo białego. Czort z paskami, ale tym białym trochę się podłamałam, bo kupiłam sobie niedawno zarąbisty biały garnitur, który jak mąż zobaczył, to od razu powiedział, że będę wyglądać jak Travolta z „Gorączki sobotniej nocy”. Już nuciłam „Fever night, fever night, fever...”, a tu klapa. Mam też przynieść drugi zestaw ubraniowy – na wszelki wypadek, jakbym się winem zalała albo mieliby gdzieś guacamole pod ręką. Stres więc już podwójny, bo muszę dwa stroje przygotować. Na miejscu będzie pani od makijażu, więc przynajmniej o to nie muszę się martwić. O włosach nic nie było, więc pewnie umówię się z fryzjerką na czesanie.

To tak jakby łatwiejsza część tej imprezy, bo oczywiście czeka mnie na sam koniec nagranie, gdzie będę się musiała produkować przed kamerą. Do tego myśleć, żeby wysławiać się wyraźnie, aby nie dali podpisów pod moimi wypowiedziami, bo odczytam to jako zniewagę i nie wybaczę im, że nie mają w poważaniu mojego pięknego polskiego akcentu. Zwłaszcza w Chicago, gdzie co drugi to Polak albo z polskimi korzeniami.

Ok, fun begins.

poniedziałek, 21 maja 2007
Hjuston w Windy City

Na przyjazd Hjuston zakwitła piwonia w ogrodzie (zdjęcie by Evek).

          

Przywiozła nam koleżanka z Teksasu pogodę, ale tylko na jeden dzień, bo w niedzielę zrobiło się u nas tak pioruńsko zimno, że poprosiłam męża wieczorem, aby zrobił gorące kakao na rozgrzewkę. Sobota była jednak ciepła i Hjuston wraz z Menszem miała piękną wycieczkę po downtown. Mieliśmy jechać do Szałasu na kolację, ale zapomniałam zrobić rezerwację i gdy zadzwoniłam, to wszystkie stoliki były już zajęte. Mea culpa, mea culpa. W zamian poszliśmy do Greek Town, gdzie przy otwartych oknach restauracji Pegasus uraczyliśmy się pyszną baraninką. W niedzielę spotkaliśmy się z Evkiem i Lonelystar na brunchu w Staropolskiej, czyli miejscu kultowym, gdzie żywi się pół chicagowskiej Polonii, a co niektórzy wykupują nawet miesięczny abonament na obiady. Szczegóły weekendu pozostawiam koleżance do opisania, a na razie, z błogosławieństwem samej Hjuston, publikuję zdjęcie z niedzieli pod moim domem, gdzie widać, jak zacieśniała się przyjaźń chicagowsko-hjustońska (zdjęcie by Monsz Hjuston).

            

Aha, dostałam zaproszenie na rodeo w Houston, więc chyba trzeba będzie odkurzyć mój kowbojski kapelusz i wybrać się do Teksasu.

piątek, 18 maja 2007
Virtual friends

O telewizji jeszcze napiszę, ale dziś mam na głowie ważniejsze rzeczy niż moje 15 minut sławy (w zasadzie to będzie pół godziny), jak mawiał Andy Warhol. No więc dom posprzątany, zakupy jeszcze nie zrobione, ale skoczę po pracy i kupię browarek, zrobi się kolację i zasiądę w fotelu w oczekiwaniu na przyjazd Hjuston. Flagi wywieszone i powiewają radośnie, bo zrobiło się cieplej. Ols, miej się na baczności, bo być może relacja ze spotkania na szczycie pomiędzy dwoma blogerkami z Bloxa, które na co dzień dzieli szmat drogi, warta będzie wzmianki na głównej strony Gazety.pl?

Powiem Wam, że o znajomościach internetowych długo miałam dość nieprzychylne zdanie. Wydawało mi się, że takie znajomości są trochę patykiem na wodzie pisane. Okazało się jednak, że poprzez internet nawiązałam znajomości szybciej niż w tzw. realu i poznałam w ten sposób kilka bardzo sympatycznych osób, jak Evek czy Marxx oraz parę innych związanych głównie z Forum Chicago, gdzie się czasem udzielam. Spotykamy się regularnie w realu. A teraz poznaję koleżankę z Houston, która przylatuje obejrzeć Windy City. No i moją piwnicę, ma się rozumieć. Czy macie internetowych przyjaciół? Czy pozostają wirtualni, czy spotykacie się z nimi w świecie rzeczywistym?

czwartek, 17 maja 2007
Breaking news

Wygląda na to, że mnie wybrali i będę w "Check, Please!". Szczegóły wkrótce. O matko.

wtorek, 15 maja 2007
Kierowco, uważaj w Miami!

Chicago Tribune właśnie opublikowała listę miast z najmniej uprzejmymi kierowcami i miasto z Florydy otwiera to podsumowanie. Chicago jest na siódmym miejscu. Z miast w Juesej, w których byłam najgorsi wydali mi się kierowcy w Los Angeles. A Chicago? No jest trochę wariatów, powiedziałabym bardziej na ulicach w mieście niż autostradach. Z regułu kierowcy nie chcą wpuszczać innych próbujących włączyć się do ruchu albo podbierają miejsce parkingowe. Czasem też jadą za blisko z tyłu. Nic mnie tak nie wkurza jak ślamazarni kierowcy, ale to w sumie raczej trudno zaliczyć do nieuprzejmości. Jakie macie doświadczenia z Waszych miast?

19:25, aniabuzuk , Grrr
Link Komentarze (23) »
 
1 , 2