My kind of town

piątek, 29 kwietnia 2011
Powtórka z rozrywki

Pada od tylu dni, że straciłam rachubę kiedy zaczęło. Normalnie można się pociąć. Ani z dzieckiem wyjść do parku ani połazić po trawie z tyłu domu, bo zimno, mokro i do bani. Normalnie wlewałabym w siebie hektolitry kawy, żeby się jakoś obudzić z tej przedłużonej do granic wytrzymałości zimowej hibernacji, no ale nie za bardzo mi można. Mogę jeden kubek dziennie, żeby się baby nr. 2 za bardzo nie wierciło w brzuchu. Ha! 

No to w końcu wyłożyłam kawę na ławę, prosto i bez owijania w bawełnę, bo przez ten deszcz nie mam weny na przemycanie tej wiadomości gdzieś między wierszami (na coś zwalać muszę - padło na deszcz). W końcu, bo jestem już (dopiero?) w końcówce 4 miesiąca. Jakby się ktoś pytał dlaczego dopiero teraz o tym piszę, to powiem tak: w lutym i marcu miałam takie mdłości, że pisanie o ciąży było ostatnią rzeczą, jaka mi przychodziła do głowy. Wyrazy współczucia chętnie przyjmę w ilości nieograniczonej w komentarzach. Hazbend dzielnie walczył z moimi mdłościami, humorami i historiami żołądkowymi. Jakby mógł z pracy zdalnie kłaść Zosię spać w południe i dawać jej jeść, to też by to robił. Gotował, robił zakupy, zajmował się dzieckiem, a mama umierała na kanapie. O ile wydawało mi się, że w ciąży z Zosią było nieciekawie, to młody/a nr. 2 naprawdę dał(a) mi w kość. 

Młody(a) pozostanie płci nieznanej do dnia narodzin, które według kalendarza wypadają 29 września. Mam oczywiście nadzieję, że dziecko się zlituje i zdecyduje się opuścić swoje pielesze wcześniej, podobnie jak jego siostra, która pospieszyła się o 6 dni (alleluja). Imion na razie żadnych nie wymyślamy, więc jak ktoś ma pomysły na imiona obu płci pasujące do Ani, Adama i Zosi, to proszę pisać. 

No i co jeszcze. Wielkanoc spędziliśmy u teściów, też deszczowo, choć cieplej niż w Chicago. Do kilogramów ciążowych dodałam parę z cupcaków, ciast i lodów jedzonych o 10 wieczorem, no ale jak nie teraz, to kiedy? Po drodze dokonałam epokowego odkrycia, że po cholerę nam te sufrażystki, palenie staników, pigułki antykoncepcyjne i feminizm, skoro w żadnej męskiej łazience na żadnym z postojów w service plazas albo rest areas nie ma przewijaka, żeby ojciec mógł zmienić dziecku pieluchę. I nie piszę tego, żeby ukradkiem ponarzekać na niezmieniającego pieluchy męża, który je zmienia bez problemu, ale dlatego, że jak widać od pieluch to nadal jesteśmy my, kobiety. 

No a poza tym to za nieco ponad dwa tygodnie frunę z Zośką do Polski na półtora miesiąca. A z Polski na weekend do Norwegii odwiedzić Tranikową i jej przychówek. I na deser tym razem doleci do nas mąż i tata pod koniec naszego pobytu w kraju-raju, po czym w trójkę wrócimy tutaj (ceny biletów zdążyłam chyba już odchorować). A potem całe piękne, gorące lato w Chicago. Brzuch i ja. 

PS. Aha, na Facebooku nie ogłaszam na razie, więc proszę nie piszcie nic na moim profilu, że wiecie. Dzięki. 

piątek, 08 kwietnia 2011
Nieaktywne konto na Facebooku

Nie wiem kto, co, jak, gdzie i kiedy, ale dziś w południe okazało się, że z jakiegoś powodu Facebook zdeaktywował moje konto. Wkurzyłam się na maksa, bo niby z jakiego ja sie pytam powodu, hę? Z tego, co szybko wyczytałam powodem mogą być jakieś obraźliwe treści, jakie niby zamieściłam, za dużo przyjaciół dodawanych za szybko (no ludzie, co ja jestem z podstawówki, czy co?), za dużo wcięcie w biuście na zdjęciu (taaaa...), nieprawdziwe imię i nazwisko, spamowanie i podobne bzdury. Nic takiego sobie nie przypominam. Czy ktoś z moich znajomych może sprobować wejść na mój profil i zobaczyć, czy jest tam coś podejrzanego? Czy w ogóle da się na profil wejść? Nie skontaktowałam się jeszcze z Facebookiem i szczerze mowiąc to jestem wkurzona, że pewnie będę musiała wysyłać 10 maili, żeby mi łaskawie odblokowali konto. Jak nie odblokują, to sayonara, nowego zakładać nie będę.

00:02, aniabuzuk , Grrr
Link Komentarze (29) »
środa, 06 kwietnia 2011
Zosia samosia

Może by tak parę słów o dziecku, bo jakoś dawno nic o niej nie pisałam.

Zosia uwielbia wozy strażackie, samoloty i autobusy. Ponieważ straż pożarna jest 3 przecznice od domu, wóz jeździ po ulicy kilka razy na dzień. W nielicznym słownictwie Zosi "łuuu-łu-łu", czyli dźwięk straży pożarnej był jednym z pierwszych słów. Zosia miała wczoraj swój przysłowiowy Dzień Dziecka, gdyż dwa razy była oglądać z bliska wóz strażacki. Wczoraj odbywały się w Chicago uzupełniające wybory samorządowe, a mój lokal wyborczy mieści się w pobliskiej stacji straży pożarnej. Na pytanie "Zosia, chcesz zobaczyć, gdzie mieszka wóz strażacki", Zośka błyskawicznie pobiegła po swoje buty i kurtkę. Dwa razy nie trzeba było jej powtarzać. Poszłyśmy więc oglądać wóz strażacki, który w takich dniach nie parkuje w garażu, ale stoi na ulicy.

Samochód był "taaaaaki duży!".


Był lśniący, czerwony i wart dziesięciu "wow-wow-wow".


Po południu głosować poszedł hazbend, a Zośka miała drugie spotkanie bliskiego stopnia z wozem strażackim. Ciekawe, czy gdzieś w Chicago są organizowane drzwi otwarte w ktorejś ze stacji straży. To by mała miała używanie, jakby zobaczyła z 5 wozów na raz.

Samoloty - druga miłość. Obserwuje z okna, bo lotnisko jest niedaleko i samoloty schodzą do lądowania na wprost naszego pokoju dziennego. Niemal każdy jest oczywiście "taaaaaki duży". Autobusy szkolne rozpoznaje po dźwięku silnika i gdy spacerujemy po okolicy po 3 po południu, gdy autobusy zabierają dzieci ze szkół, wie, że autobus jedzie zanim go zobaczy. Lubi też autobusy miejskie i tata czasem zabiera ją na przejażdżkę, ot, tak po prostu.

Nadal kocha psy i jakby mogła, to wyściskałaby i obśliniła każdego spotkanego czworonoga.

Uwielbia nowe ubrania (w szczególności jak mają np. psa z przodu). Ubrana w nową bluzkę, czy sukienkę pędem biegnie oglądać się w dużym lustrze w mojej sypialni. Lubi też korale, więc kupiłam jej zestaw 6 naszyjników żywcem jak z Mardi Gras, które zakłada jak tylko otworzy oczy i wyjmę ją z łóżka. Ostatnio dodałyśmy do kolekcji gadżetów torebkę (obejrzaną naturalnie w lustrze). Nie lubi natomiast spinek i kokardek we włosach, czego nie mogę przeboleć, bo wygląda ślicznie ze spiętymi włosami.

Hazbend zawsze twierdził, że nie ma jak dać dziecku coś ważnego (z punktu widzenia dziecka) do zrobienia wokół domu. Od jakiegoś czasu Zosia sama wyrzuca swoje pieluchy do kosza. Zużytą pieluchę, nieekologicznie zawiniętą w przezroczystą torebkę na warzywa, dumnie niesie do kosza w kuchni, a gdy otworzę klapę, wrzuca zamaszystym ruchem. Jedną z największych atrakcji są cotygodniowe niedzielne zakupy w supermarkecie. Z reguły staramy się tam jeździć około 9 rano, gdy nie ma jeszcze dużo ludzi. Zosia ma wtedy okazję pchać sklepowy wózek i pakować ziemniaki i pieczarki do torby. Zna sklep już tak dobrze, że wie, gdzie jest mleko, jajka i ulubione winogrona. W sklepie zaliczamy obowiązkową wizytę przy kurczakach z rożna, gdzie dziecko stoi i gapi się zafascynowane na pieczony drób.

Po powrocie do domu Zośka rzuca się do rozpakowywania zakupów. Stawiamy siaty przy drzwiach i dajemy jej co lżejsze rzeczy, aby zaniosła do kuchni. To poczucie misji w jej oczach! Ten wiatr we włosach, gdy pędzi z kuchni po więcej! Oby jej to zaangażowanie zostało na przyszłość.

Została też nieświadomie uświadomiona ekologicznie i ktoregoś dani zaskoczyła mnie, gdy zaniosła starą gazetę do kosza na papier. Została więc specjalistą od recycklingu i zajmuje się junk mail.

Kilka dni temu przeszła samą siebie. Wrociłyśmy ze spaceru. Siadłam sobie na fotelu, żeby zdjąć buty, patrzę, a moje dziecko niesie mi japonki, w których chodzę po domu. No, jak jeszcze przyniesie mi szklankę wody, to jestem ustawiona na starość.

23:26, aniabuzuk , Zosia
Link Komentarze (10) »
piątek, 01 kwietnia 2011
Co robimy w ciągu dnia

Pamiętam, że gdy w sierpniu ubiegłego roku wróciłam z Polski byłam trochę załamana, że w mojej okolicy nie ma zbyt wielu placówek oferujących programy dla dzieci w wieku Zosi. Wizja spędzania całych bożych dni w domu z Zosią, (zwłaszcza w perspektywie jesieni i zimy) średnio mi się podobała, bo raz, że ja dostałabym kota bez kontaktu z innymi, a dwa, że dziecko też potrzebuje zobaczyć, że są inni ludzie na tym świecie. Oczywiście, w Chicago nie brakuje rozrywkowych miejsc dla dzieci. Są place zabaw pod dachem, sale gimnastyczne dla maluchów, kawiarnie z miejscem do zabawy i tego typu atrakcje. Problem w tym, że większość takich miejsc znajduje się albo dość daleko ode mnie albo liczą sobie całkiem niezłe pieniądze za uczestnictwo. Mi zależało na czymś niedrogim i w okolicy. Jak się okazało, znalazło się parę miejsc, gdzie za darmo lub za niewielkie pieniędze można zabrać dziecko w ciągu dnia.

Przede wszystkim - biblioteki. W sąsiedztwie są dwie, które oferują tzw. story time, czyli czytanie książek dla najmłodszych. Jedna z nich ma program połączony z piosenkami, rymowankami i interkatywnymi mini-zabawami dla dzieci i rodziców. Na koniec bibliotekarka wyciąga wielką pluchową kaczuchę, koszyk z zabawkami i dzieci bawią się przez 15 minut. Program drugiej biblioteki jest przeznaczony dla większych dzieci i obejmuje tylko czytanie książek. Niby śpiewają jakąś tam piosenkę i maszerują wokół sali, ale jak Zosia miała ledwo ponad rok, to mało ją to interesowało. Nasza ulubiona biblioteka jest nieco dalej (10 minut autem), ale story time jest w niej najlepszy, więc chodzimy tam co tydzień od jesieni zeszłego roku. Każda z bibliotek oferuje swój program innego dnia, więc na upartego 3 poranki w tygodniu można mieć z głowy.

Kolejna darmowa opcja to lokalne kościoły, a dokładnie przykościelne szkoły podstawowe . Sama w życiu bym nie wpadła, żeby tam szukać, ale koleżanka powiedziała mi, że w jej okolicy jedna ze szkół organizuje cotygodniowe spotkania dla dzieci. Poszperałam w sieci, podzwoniłam i znalazłam dwie szkoły, które mają coś takiego w swoim planie. Jedna ze szkół prowadzi 40-minutowe zajęcia muzyczne dla maluchów, a druga udostępnia na półtorej godziny salę gimnastyczną, gdzie dzieci biegają do woli, bawią piłkami, hula hop i zabawkami. Dopóki nie znalazłam programów w parkach, każdego tygodnia chodziłyśmy na zmianę do jednej ze szkół i do bibliotek.

Chicagowskie parki są naprawdę fajnym miejscem dla dzieci, ponieważ nie tylko mają bardzo dużą ofertę, ale także cenowo są nie do pobicia. Semestr zajęć raz albo dwa razy w tygodniu (zależy od parku), czyli 10 tygodni kosztuje przeciętnie 30 dolarów. Zosia obecnie chodzi na parkowe zajęcia 4 razy w tygodniu. Wtorki i czwartki są naszymi ulubionymi, bo i program jest bardzo fajny. Dzieci nie tylko bawią się zabawkami przez półtorej godziny, ale spędzają czas przy tzw. art projects. Projekty są różne - lepienia plasteliny, rysowanie kredkami i malowanie farbami, wycinanki, po bardziej zaawansowane projekty typu klejenie kapelusza na dzień św. Partyka, czy naszyjnik. Z tymi ostatnimi Zosia sobie jeszcze nie radzi, więc to ja wycinam, wklejam, nawlekam i spinam. Po części artystycznej maluchy dostają piłki i biegają z nimi po sali. Potem są hula hop, a na koniec wszyscy siadamy i śpiewamy "Wheels on the Bus", "ABCs" i inne tradycyjne amerykańskie piosenki dla dzieci. W środy i piątki chodzimy na zajęcia do innego z parków, gdzie w sali gimnastycznej znajdują się gromada większych zabawek: samochodów, rowerków, mini zjeżdżalni i koni na biegunach. Ten program jest bardziej monotonny niż zajęcia z wtorku i czwartku i przydałby się jakiś art project w międzyczasie. Na szczęście, ostatnio przyuważyłam, że naprzeciw sali gimnastycznej jest druga, gdzie odbywają się zajęcia gimnastyczne dla dzieci w wieku Zosi i myślę, że latem zapiszę ja właśnie na ten program.

Latem oferta parków dla dzieci jak Zosia nieco kuleje, gdyż większość z nich organizuje kolonie i obozy dla dzieci w wieku szkolnym. Ceny są bardzo konkurencyjne (około $200 za pół dnia 4-5 razy w tygodniu przez 10 tygodni), więc w najbliższy poniedziałek, gdy o 9 rano online otwiera się letnia rejestracja rodzice zaczynają walkę na noże, aby zarejestrowac swoje dzieci. Obozy sprzedają się jak ciepłe bułeczki i założę się, że o 9:05 wszystkie miejsca są zajęte. Podobnie zresztą jest przy rejestrowaniu zajęć Zosi. Wolne miejsca sprzedają się błyskawicznie. W poniedziałek mogą się wyprzedać jeszcze szybciej niż zwykle, bo programów jest mniej, więc hazbend będzie czatował przed kompem o 9 rano i próbował nas zarejestrować na to, co się da (w końcu jako geek klika szybciej niż ja).