My kind of town

czwartek, 29 kwietnia 2010
Drozd budowniczy

Pozwolenie na budowę


Materiały budowlane


Fundamenty


Dom


Lokator

Niestety, od weekendu, gdy robiłam zdjęcia lokatora nie widać. Nie wiem, czy zdecydował się porzucić gniazdo, czy coś go wystraszyło, czy może dokonał żywota. W tamtym roku drozdy były z drugiej strony domu i doczekały się potomstwa, które radośnie wystawiało dzioby z gniazda. No nic, czekam cierpliwie na powrót.

30.04. Chyba się nie doczekam. Dziś rano w gnieździe zamiast drozda mościła się para gołębiaków karolińskich (ang. mourning dove). Jakaś wojna międzygatunkowa, czy przypadek, że drozd się wyniósł? Szkoda. Wolałam drozda.

15:57, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (9) »
wtorek, 27 kwietnia 2010
Przed podróżą do Polski

Matko, jak to zleciało. Gdy kupowałam bilet do Polski, do wylotu było 3,5 miesiąca. Teraz zostało niecałe trzy tygodnie, a mnie zaczyna powoli ogarniać przedwyjazdowa nerwówka. Całe szczęście, że kupiłam bilet przed 15 lutego, bo od tego dnia LOT zmienił zasady przewożenia bagażu i w cenie biletu jest tylko jedna darmowa sztuka bagażu do 23 kg+bagaż pokładowy. Drugą sztukę oczywiście można wziąć za opłatą, a jakże, bodajże 60 dolców. No ja to kicham na taki układ, zwłaszcza, że lecąc na 3 miesiące zabieram pół domu, więc ta dodatkowa walizka może mi się przydać. Zosia tez ma swoją walizkę, więc jakby co to, to mam możliwość zabrania 3 sztuk po 23 kg. Jezu.

No ale ponieważ lecę sama z Zosią i nie będzie męża do pomocy, to powoli logistyka lotu zaczyna mnie przerażać. Wiadomo, że na lotnisku bagaże będzie targał hazbend. Walizki się odprawi i po kłopocie. No ale już dalej będę zdana sama na siebie. Jak mi poradziła Hjuston, dobrze byłoby jakbym miała ze sobą nosidełko, żeby Zosię w nie wsadzić przy przejściu przez security, bo wiadomo, tu torba, tu Zosia, tu wózek i brakuje rąk. Może się też przydać później, na lotnisku, jakby mała zaczęła nudzić się długim pobytem w wózku, czy w samolocie. No dobra, na lotnisku jakoś to będzie. Najgorsze, a może raczej najmniej komfortowe, co mi się może przytrafić to konieczność nakarmienia Zosi w miejscu publicznym.

No ale w samolocie to już coraz mniej to sobie wszystko wyobrażam. Zosia leci moich kolanach i do tej pory tak jakoś łatwo mi się o tym mówiło. A teraz, jak myślę, że mam ją trzymać przez 10 godzin na rękach, to mi słabo. Co robić, jak mi przyniosą kolację? Gdzie dać małą? Nie jeść? A wyjść do toalety? Niby są stewardesy, ale jeśli Zosia uśnie, to każda taka operacja pewnie skończy się jej obudzeniem i rykiem. Jezu, jak ja współczuję ludziom obok mnie. Serio. Myślałam, żeby zabrać na pokład poduszkę do karmienia, to przynajmniej mogłabym małą nakarmić po ludzku (bo na pewno będę musiała ją w samolocie nakarmić przed snem), a i spać by na poduszce mogła. No ale poduszka kurna jest spora i wcale mi się nie uśmiecha jej targać. Do tego lądujemy w Warszawie o 3 rano czasu chicagowskiego, więc już sobie wyobrażam, jak wyrwane ze snu dziecko zniesie wyjście z samolotu, czekanie na bagaże, a potem jazdę 100 km do Sokołowa. Choć o ten ostatni element to martwię się jak najmniej, bo Zosia na bank w samochodzie uśnie.

Przed wyjazdem czeka mnie jeszcze wizyta w konsulacie, aby odebrać paszport, który leży tam od sierpnia, załatwienie międzynarodowego pozwolenia na kierowanie autem (IDP), wyrobienie apostille do świadectwa urodzenia Zosi no i oczywiście spakowanie zabawek, książeczek, śpiochów, bodziaków i stosu pierdół dla Zosi. O sobie to już nawet nie wspomnę. Czasy, kiedy moja torba na pokład zawierała słuchawki wyciszające hałas, iPoda, książki, brukowce do zabicia czasu, kremy nawilżające do twarzy i rąk, zestaw do makijażu i inne "niezbędne" rzeczy mam już za sobą. Teraz to zabiorę co najwyżej szczoteczkę do zębów, bo resztę torby wypełnią słoiczki z jedzeniem, sztuczne mleko na wszelki wypadek, butelka na mleko, pieluchy, chusteczki do wycierania tyłka Zosi, śliniak, zapasowe ubrania, ulubione zabawki małej i Bóg wie co jeszcze. Ludzie, trzymajcie mnie.

niedziela, 25 kwietnia 2010
Chodzik

Czy to tak się po polsku nazywa?

W piątek na koncercie Knopflera widzieliśmy gościa z takim właśnie chodzikiem (zdjęcie nie z koncertu), co świadczy o tym, że 1. jestem stara, skoro chodzę na koncerty z osobami używającymi chodzika, 2. Mark Knopfler jest stary, 3. jego publika też jest stara. To ja idę wklepać sobie krem przeciwzmarszczkowy.

sobota, 24 kwietnia 2010
ContinUAL?

Jak doniosły zaprzyjaźnione wiewiórki z Houston i jak trąbi prasa w Chicago, chicagowskie United ma się połączyć z houstońskim Continentalem. Siedzibą nowej lini lotniczej ma być Chicago, co oczywiście mnie jako tutaj zamieszkałą niezmiernie cieszy, a co wydaje się być powodem zdenerwowania pewnej pani z houstońskiego Chrona, która w swoim artykule wymienia, że owszem "The Blues Brothers" są fajni, ale kaman - Chicago?

Odpowiadając więc na pytanie, gdzie powinna znajdować się siedziba nowych linni i dlaczego w Chicago, należy wziąć pod uwagę kilka czynników:

1. reprezentacyjny

Tak wygląda siedziba United w Chicago

Zdjęcie http://www.aviewoncities.com

A tak Continental w Houston

Zdjęcie mrchriscornwell (flickr)

Czy ja tu muszę coś komentować?

No dobra, naprawdę tak.

2. osobisto-patriotyczny

Budynek United jest jednym z moich ulubionych w Chicago i zawsze chciałam tam pracować. Jako że za parę miesięcy będę szukać pracy, fuzja jest mi bardzo na rękę. Poza tym, więcej  Polonusów w Chicago niż w Houston, co absolutnie nie ma znaczenia, ale a co mi tam.

3. pokładowo-żywieniowy

Buy two tickets, get one Chicago style pizza free. Zamiast serwowanych na pokładzie Continentalu przywiędłych hamburgerów (no taki akurat mi się trafił) dawali by może chicagowskie hot dogi?

4. polityczny

Z bogatą historią korupcji w Chicago, przy okazji takiego lukratywnego połączenia, na pewno będzie okazja do szwindli, przekrętów i układów, czyli jednym słowem, będzie się działo i będziemy na ustach całego kraju.

5. finansowy

Tańsze bilety z Chicago do Houston? He he, jak sobie narysuję.

Na razie jednak, don't cry for me, Houston, gdyż Continental wycofał się z prawie już pewnego dealu z United w 2008, więc kto wie, co się stanie teraz. A tak w ogóle, to zastanawiałam się wczoraj, czy może powinnam postarać się o kartę kredytową nowych lini, żeby gromadzić mile i punkty. Czy korzystacie z takich kart wydawanych przez linie lotnicze? Ja mam z mojego banku, ale od kwietnia zmienili zasady i trzeba zgromadzić więcej punktów, żeby mieć upusty na biletach, więc aż tak bardzo to się nie opłaca ciułać tych dularów. Gdzie się opłaca?

sobota, 17 kwietnia 2010
Nie ma jak u babci

Jakby mi ktoś jeszcze ze dwa lata temu powiedział, że będę się zastanawiać nad przeprowadzką na przedmieścia albo do innego miasta, to pewnie popukałabym się w głowę. Nie, na razie się nie przeprowadzam, ale po tygodniu spędzonym u teściowej na przedmieściach Columbus, stwierdziłam, że w takim miejscu to mogłabym mieszkać. Ha! Ja, zdeklarowana chicagowianka! Fakt, że Chicago od pewnego czasu zaczęło mnie trochę męczyć, a z pojawianiem się Zosi uwypukliły się jego wady: zatłoczone, niemiłosierne korki (przejazd przez miasto od południowej strony do naszego domu na północnym zachodzie zajął nam wczoraj ponad godzinę), kiepskie szkoły publiczne, kierowcy nie zatrzymujący się na stopach, hałas itd. A w Worthington ćwierkają ptaki, sąsiedzi staromodnie i ekologicznie wieszają pranie na sznurkach, zielono, cicho, spokojnie, korków nie zauważyłam ani tam ani w samym Columbus (te autostrady! - nie to, co tutaj), biblioteka oferująca darmowe programy dla dzieci w wieku Zosi (a nie jak chicagowska w mojej okolicy od 18 miesiąca), centrum fitness z super basenem dla małych dzieci i praktycznie nielimitowanymi godziny wejść dla członków, no słowem, zapachniało mi małym miastem, gdzie życie toczy się leniwie i powoli.

Żeby oczywiście nie było, że już jestem przechrzczona na przedmieścia, to przejeżdżając wczoraj przez downtown, mówiłam do męża jakie to nasze Chicago ładne, zielone i z kulturą na poziomie (patrząc na rzeźby Magdaleny Abakanowicz w Grant Parku). Ale zachciało mi się małomiasteczkowej ciszy. Na pewno ma na to wpływ, że miałam w Worthington mini-wakacje i czas na kino, zakupy, czytanie książki i wypad na lunch ze szwagrami. Do tego teściowa poznała mnie wcześniej z Małgosią (pozdrawiam), więc miałam okazję wyskoczyć z nią oraz jej przyjaciółką Anią na piwko. No i oczywiście jedzenie. Jej lodówka to taki mini sklep spożywczy. Czego ona tam nie ma! Przeróżne rodzaje oliwek, serów chyba z dziesięć rodzajów, dipy, sosy, ze trzy albo cztery rodzaje lodów, a do tego wypieki: domowej roboty brownies, cupcakes i chocolate chip cookies. A wczoraj na odjezdne usmażyła nam nowoorleańskie beignety. I serwowała je oczywiście z kawą z Cafe Du Monde. Do tego odprawiła nas z trzema daniami obiadowymi, żebyśmy nie musieli gotować przez następne parę dni. Aż żal było wyjeżdżać.

sobota, 10 kwietnia 2010
Okrutny zart historii

Wymiar tej tragedii jest duzo wiekszy niz polityczne sympatie. Gdy przeczytalam smsa od M. oraz zobaczylam czarne strony "Wyborczej" dzis rano, to poplakalam sie, bo to jest tragedia narodowa. To takze ogromna strata dla rodzin tylu osob. Mysle o corce Kaczynskich, ktora stracila oboje rodzicow i o tych wszystkich, ktorzy oplakuja teraz swoich mezow, zony, braci, matki i ojcow. Mysle tez o ich ostatnich chwilach, kiedy wiedzieli, ze za chwile umra. Mysle rowniez o tym, ze stalo sie to w miejscu, ktore 70 lat widzialo jedna z najwiekszych tragedii w naszej historii. Walesa powiedzial, ze to "Katyn 2"

Maz wywiesil przed domem polska flage.

PS. Przepraszam za brak polskich liter, ale nie chce grzebac w komputerze tesciowej, zeby je ustawic.

niedziela, 04 kwietnia 2010
Dzisiejszy spacer

22:57, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (11) »
sobota, 03 kwietnia 2010
Alarm

Ile czasu zdycha akumulator w samochodzie, w którym włączył się alarm, a właściciela szlag gdzieś trafił? Jak na razie 4,5 godziny tuż pod moim oknem. Normalnie zaraz dostanę kota i zacznę chodzić po ścianach! To ja już wolę kosiarki i dmuchawy do liści.

10:35 - Wróciłam z kina, a ten dalej napiernicza. Wcześniej było łuuu-łuuu-łuuu-iiii-ooo-iiiii-ooo-ęęęę, a teraz jest tak jak ktoś chce posłuchać mojej dzisiejszej kołysanki.

22:35, aniabuzuk , Grrr
Link Komentarze (8) »
Improwizowana święconka

Jaj w Chicago jeszcze nie święciłam. Szczerze mówiąc, nie chciało mi się. No ale czego się nie robi dla dziecka.


Koszyk z Walgreensa (99 centów - tańszych nie było), dwa jajka, kromka chleba (zawinięta w folię, żeby nie wyschła), sól i pieprz w kieliszku do wódki, kawałki kabanosa, pierdzący zajączek Zosi (ten biały - pierdzący dlatego, że miał niby piszczeć, ale jak się go naciska, to brzmi jakby puszczał bąki), włóczkowy zajączek-nakładka na jajko (wielkanocne) zrobiony przez teściową dla hazbenda ze 30 lat temu i pisanka od Hjuston, a raczej od Mamuta, czyli jak zrobić święconkę w 15 minut.

Tylu Polaków naraz to ja już dawno nie widziałam. Mąż był lekko zdegustowany, ja zresztą też, bo brakowało ładu i składu, niewiadomo było dlaczego stoją dwie kolejki (jedna do święcenia, druga do inscenizowanego grobu, jak się później okazało), ludziska oczywiście pchali się do stołów, żeby postawić swoje wypasione kosze, a potem stali obok nich, aby po poświęceniu złapać swój od razu i wypchać się z kościoła, blokując tych z tyłu, którzy chcieli swoje święconki ustawić, dzieciaki się darły, a ja obceniałam polskie panny w mini spódniczkach z podrabianej skóry. Ksiądz zaczął nie od "Szczęść Boże", tylko od tego, aby wyłączyć telefony komórkowe, rzucił jakąś luźną gadkę o współnym posiłku z Jezusem, a potem kropił i kropił, na ludzi też. Tłum rzucił się po kosze i do drzwi.

No więc udanego śniadania z Jezusem jutro!

20:06, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (9) »