My kind of town

poniedziałek, 13 kwietnia 2009
Goodbye, Windy City

Przymierzałam się do tego ruchu już od dłuższego czasu i chyba odkładałam ten moment na później, licząc na powrót weny, motywacji i chęci. Przez ponad 3 lata pisania (wliczając w to mój pierwszy niebloxowy blog), Windy City stało się dość ważną częścią mojej codzienności. Od paru jednak miesięcy czułam, że gonię w piętkę, brakowało mi motywacji, tematów i ciekawych pomysłów. W moim własnym odczuciu blog stał się mało interesujący, a ja chyba dotarłam do punktu lekkiego wypalenia, gdzie pisanie stało się bardziej obowiązkiem niż przyjemnością. Myślę też, że blog momentami za bardzo mnie angażował - czytałam wiadomości pod kątem tego, czy nadadzą się na bloga, zdjęcia robiłam z taką samą myślą, słowem przerabiałam rzeczywistość na blogowe potrzeby. Przerwa - trudno powiedzieć, czy nieodwołana, czy tymczasowa - przyda mi się bardzo. Do starych blogowych znajomych będę oczywiście zaglądać; za dużo Was mam w rss-ach, aby tutaj wymienić wszystkie blogi, które będę odwiedzać. Dziękuje wszystkim stałym i przypadkowym czytelnikom za odwiedziny i komentarze. Przepraszam, że nadesłane przez Was zdjęcia z duct tape nie zostaną opublikowane. Czy Windy City wróci, nie wiem. Być może. Na razie robię sobie przerwę od blogowania chicagowskiego, jak i filmowego.

Pozdrawiam,

Ania
21:48, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (49) »
piątek, 10 kwietnia 2009
Drukarnia w West Loop

Byłam dziś rano w drukarni, która drukuje papeterię dla mojej firmy. Firma świętuje 150-lecie istnienia i z tej okazji do papieru firmowego i kopert dodajemy specjalne jubileuszowe logo. Poszłam więc zatwierdzić ostateczny wygląd. Drukarnia mieści się w West Loop, czyli zachodniej części centrum, na lewym brzegu rzeki w dość staro (jak na Amerykę) wyglądającym budynku. Po latach zamawiania papieru i wizytówek, rozmów z pracownikami zawsze chciałam zobaczyć, jak wygląda to miejsce. W środku open space biuro, pracownicy w różowych spodniach od dresów (casual Friday), a po drodze do samej drukarni nieco obdrapana klatka schodowa, z dziesiątkami kabli wiszących po bokach i nagimi żarówkami. W drukarni zaś charakterystyczny zapach farby drukarskiej i szum maszyn. Dokładnie jak sobie wyobrażałam. Zapach świeżo kupionej książki to chyba jeden z lepszych przemysłowych zapachów, jakie lubię.

A propos papieru. Czy ktoś ogląda "The Office" na bieżąco? Bo ja nie (głównie powtórki), ale wczoraj widziałam odcinek. Dlaczego Michael Scott nie jest już szefem Dunder Mifflin?

Wracając do West Loop. Dwadzieścia lat temu, gdy drukarnia kupiła swój obecny budynek, okolica należała do takich, po których lepiej nie zapuszczać się po zmroku. Nawet dalej na wschód, w okolicach gdzie stoi Sears Tower, kilkanaście lat temu było niebezpiecznie, co potwierdził mój tata, gdy pod koniec lat 80. przyleciał po raz pierwszy do Chicago. Okolica miała bardziej posmak getta niż świata szkła i betonu należącego do wielkich korporacji.

Miejsce, gdzie mieści się drukarnia to teraz dość modna okolica do mieszkania - kamienice, lofty w starych fabrykach, okolice rzeki i starych, żelaznych zwodzonych mostów z drewnianymi kładkami dla pieszych (muszę je kiedyś sfotografować, bo chodzenie po nich przyprawia mnie o dreszcze). Nadal czuć i widać tu post-industrialną atmosferę, potęgowaną sąsiedztwem stacji Metry, nadal ruch pieszy jest tu mniejszy niż w samym centrum. Obecnie jednak to bardziej sypialnia dla ludzi z downtown niż dzielnica przemysłowa.


View Larger Map

Getto z okolic Sears Tower też zniknęło. Przy Wacker Drive, gdzie mieści się Sears, stoi szereg drapaczy chmur. Gwarno w ciągu dnia, spokojnie wieczorem.

Takich dzielnic, które kilkanaście lat temu bardziej odstraszały niż zapraszały, jest wiele w Chicago. Wiele z nich, typowo przemysłowych, popadło w niełaskę wraz z upadkiem okolicznego przemysłu. Inne wyszły z mody, aby stać się trendy 15 lat później. Jeśli dostaniemy olimpiadę w 2016, na pewno dla wielu szemranych okolic wokół planowanych aren sportowych zacznie sie okres prosperity.

PS. Próbuję wstawić z Google Street View widok na okolicę drukarni, ale za cholerę nic mi sie tu nie pojawia poza linkiem.  

wtorek, 07 kwietnia 2009
Z frontu ciążowego

(Czytelnicy wiodący życie singla lub DINKa mogą zamknąć oczy i pominąć ten post.)

Hodowla brzucha postępuje. Brzuch nagle zaczął rosnąć z dnia na dzień. Normalnie w oczach. Wstaję rano w piątek, a on większy niż w czwartek. Wzmogło się moje zapotrzebowanie na jedzenie, a zwłaszcza mięsko, więc pożegnałam wegetariańskie sałatki na lunch i takoweż kolacje. Sałatki jem, jak najbardziej, niemal codziennie, ale z kurczakiem. Inaczej po pół godzinnie ssie mnie w żołądku. Teściowa chyba wiedziała, co mi kupić na święta. Dostałam od niej torebkę na lunch, która z reguły każdego dnia jest wypchana do cna owocami, jogurami, warzywami i sałatkami z kurą. Tyle jedzenia to chyba nigdy w życiu ze sobą nie zabierałam. Na szczęście, na razie ilość jedzenia nie przekłada się na rozmiar tyłka i nadal kupuję portki w swoim rozmiarze (oczywiście portki ciążowe).

Na razie nie mam żadnych zachcianek jedzeniowych (chyba o zachcianki jestem najczęściej pytana, zaraz po pytaniu o datę porodu), nie chce mi się spać, nie jestem zmęczona (jeszcze nie?). Rozstanie z kawą poszło bardziej gładko niż się spodziewałam, podobnie z winem i piwem.

Wczoraj odebraliśmy wózek. Moja mama na wieść, że już kupiliśmy zdziwiła się bardzo, ale ja akurat wychodzę z założenia, że lepiej wydatki rozłożyć w czasie niż zwalić potem na jeden miesiąc. Zdecydowaliśmy się przyszłościowo na B.O.Ba, tak aby wystarczył może nawet i do końca czasu, gdy dziecko będzie go potrzebowało. Złożyliśmy go w domu i wpadliśmy oboje w zachwyt nad prostotą rozwiązań. Bawiliśmy się nim pół popołudnia. Brakuje tylko kierowcy na honorowym miejscu.

Odwiedziliśmy też pierwszy żłobek. Super blisko domu, można by było odprowadzać malucha na piechotę w wózku. Pani kierowniczka zrobiła na nas bardzo dobre wrażenie, panie opiekujące się dziećmi również, samo miejsce nas nie wystraszyło, więc na razie wrażenia pozytywne. Do zobaczenia mamy jeszcze parę ładnych miejsc w okolicy.

Na początku maja lecę do kraju-raju pokazać nowy nabytek rodzinie i znajomym. Ledwie na tydzień, ale zostawiam hazbenda z bojowym zadaniem wymyślania imion, zwłaszcza dla potencjalnego syna (bo dla potencjalnej córki mniej więcej zdecydowaliśmy), gdyż jak do tej pory, to ja wymyślałam, a on się albo głównie krzywił. Teraz moja kolej na grymasy.

 

piątek, 03 kwietnia 2009
Kurczak w każdej dziurze?

Chicago kandyduje do olimpiady w 2016 r. i w ten weekend do miasta zjechali oficjele z Komitetu Olimpijskiego z wizytacją. Już więc od dobrych paru miesięcy trwały przygotowania - sprzątanie, upiększanie, wieszanie bannerów, no skolko ugodno. Falę dyskusji wywołała decyzja, aby załatać w trybie natychmiastowym dziury na trasie przejazdu delegacji oraz w lokalizacjach proponowanych aren sportowych. Mnie osobiście to łatanie nie wzruszyło, lepiej, że miasto będzie się ładniej prezentować, ale niektórzy zarzucili władzom miasta, że nie widzą nic poza czubkiem własnego nosa, gdyż drogi w Chicago są w fatalnym stanie. Kto tu mieszka, to wie o czym mówię.


                                                         Zdjęcia moje

                                            Zdjęcie: Kurt Schmielau (Flickr) 

                                               Zdjęcie: Ddohler (Flickr) 

Burmistrz obiecał, że pieniądze na drogi znajdą się w pakiecie finansowym od Obamy. Jeśli jednak pieniądze od rządu nie wystarczą na łatanie, to ostatnio pojawiła się bardzo interesująca alternatywa. Otóż KFC (tak, tak, ci od kurczaków) zaoferowało reperowanie chicagowskich dziur. Co chcą w zamian? Aby na każdej załatanej dziurze pojawiło się ich logo. Podobnoż zaczęli już u siebie w Lousiville, KY i zaproponowali taki sponsoring paru innym miastom.


                                Zdjęcie: Chicago Sun-Times

Jeśli miasto by się zgodziło, to zważywszy na ilość dziur w mieście, KFC chyba powinno się do nas przenieść z tego Louisville. Kto następny - McDonald's? W końcu mają siedzibę rzut beretem od Chicago.
czwartek, 02 kwietnia 2009
Powrót taty

Drodzy rodzice,

Dzisiejszy tekt z Wyborczej niech będzie przestrogą dla tych, którzy liczą, że na starość dziatwa poda im szklankę wodę albo weźmie w opiekę na stare lata. Jak świadczy przykład pana Eugeniusza, zamieszkałego w Chicago przez dziesiątki lat, którego własna, sprowadzona do USA przed 20 laty córka wysłała do Polski z biletem w jedną stronę i opłaciła pobyt w schronisku dla bezdomnych, na własną krew nie zawsze można liczyć. Wniosek: dzieci robić w Ameryce, a nie sprowadzać je z Polski.