My kind of town

wtorek, 29 kwietnia 2008
Wacker Drive

Wacker Drive to chyba moja ulubiona ulica w Chicago.


Jeśli wielopasmową drogę ciągnącą się nad brzegiem Chicago River można nazwać ulicą.


Dla mnie, mimo nieustannie przejeżdżających aut, Wacker Drive jest raczej wielkomiejskim deptakiem.


W lipcowe każdego roku noce spaceruję z mężem wzdłuż rzeki, mijając klomby pełne kwiatów, a w przenośnej lodówce niosąc piersiówkę ze zmrożoną wódeczką i popijając dyskretnie, tak aby nikt nas nie przyuważył.


Na letni spacer po Wacker Drive muszę jeszcze trochę poczekać. W międzyczasie, zainspirowana postem Hjuston, dołączam do zdjęć krótki film, jak Wacker Dr wygląda w trakcie jazdy samochodem. Na filmie m.in. inspirowany Grecją budynek United, Merchandise Mart (to ten wielki), czerwony double decker i Marina Towers, znane lepiej jako „kukurydzki”. Audio jest trochę kiepskie, bo nie wiedziałam, jak głośno powinna grać płyta, więc słychać więcej trzasków niż muzyki z tzw. backgroundu, a jakość filmu zwalam na kiepską tego dnia pogodę. Będzie lepiej.


czwartek, 24 kwietnia 2008
Wąsy a sprawa polska

Ilekroć jestem w pociągu i słyszę kogoś rozmawiającego po polsku, strzygę uszami. Nawet nie z ciekawości, aby dokładnie słyszeć, o czym osoba rozmawia, co i tak przy szumie pociągu jest prawie niemożliwe, ale raczej z odruchu wynikającego ze słyszenia mowy ojczystej. Kiedy więc dobiega mnie nasze charakterystyczne szeleszczenie, otwiera mi się jakaś klapka w głowie zaprogramowana na polski i choćbym nawet nie chciała, to odwracam głowę w kierunku głosu.

Podobnie jest w rozpoznawaniem Polaków na ulicy. Jest coś takiego w naszej fizjonomii (mąż mówi, że to nasze jasne oczy oraz wąsy u facetów, ja dodaję, że sandały noszone ze skarpetkami), że idąc ulicą w środku miasta potrafię wyłowić polską twarz. A w okolicy, gdzie mieszkam, to już bajecznie proste. Poznaję też „naszych” po akcencie, gdy mówią po angielsku: przez telefon, czy w sklepie.

Pewnie działa to też w drugą stronę i mnie również ktoś, całkiem trafnie, bierze za Polkę, choć oczywiście zdarza się, że jestem mylona z Rosjanką, Niemką albo Francuzką no i tradycyjnie, gdy powiem „Poland”, ktoś nie dosłyszy i pyta się „Holland?”. Ostatnio koleżanka z pracy (a pracuję w firmie od prawie trzech lat) spytała się mnie, czy język, którym mówię to serbski. Wydawało jej się bowiem, że w takim właśnie języku rozmawiam z inną koleżanką pochodzącą z Bułgarii (podczas, gdy my zawsze rozmawiamy po angielsku). No tak, Polka z Bułgarką gaworzą sobie o soft tacos po serbsku.

Kiedyś oburzało mnie, gdy osoba pytająca mnie, skąd jestem nie wiedziała, gdzie znajduje się Polska. Teraz jakoś mnie już to mniej razi; zresztą, czy ja tak dokładnie wiem, gdzie leży Belize? Bardziej mnie obchodzi, żeby ktoś nie używał zwrotu „polskie obozy koncentracyjne” albo nie opowiadał stereotypowych Polish jokes (te zarezerwowane są dla męża he he). Siedząc zaś ostatnio obok mężczyzny z wąsami i o polskiej fizjonomii, którego widuję od czasu do czasu w pociągu, zerkałam mu na ekran laptopa, żeby potwierdzić moją teorię o jego polskim pochodzeniu. Ale jak na złość dokument był po angielsku i sprawa wąsów pozostaje otwarta.

wtorek, 22 kwietnia 2008
Prysznic dla dziecka

W weekend zaliczyłam imprezę, która jeśli jeszcze nie dotarła do Polski, to pewnie niedługo dotrze, podążając szlakiem przetartym przez dzień św. Walentego i Halloween. Byłam na swoim pierwszym oficjalnym baby shower (tych w pracy nie liczę). Bratowa, czyli przekładając na polski - żona brata mojego hazbenda spodziewa się dziecka, więc pojechaliśmy w odwiedziny, no i tak się złożyło, że akurat w weekend był ten prysznic.


Za baby showerami w pracy nigdy nie przepadałam. Jakoś nie mogłam znaleźć motywacji, aby dołączać do chóru ochów i achów na widok każdej pary śpiochów. Może dlatego też, że żadną z koleżanek w pracy spodziewających się potomka nie jestem zaprzyjaźniona, a baby shower zaliczałam raczej z grzeczności.


W przypadku bratowej (czy ona dla mnie bratową czy szwagierką?) sprawa ma się ciut inaczej, bo to pierwsze dziecko w rodzinie, więc czułam się zobligowana, żeby uczestniczyć w imprezie, wspomagając się pełnym kieliszkiem wina, co jak się okazało było bardzo trafną decyzją.


Tradycyjny baby shower to bowiem impreza nudna jak cholera. Bezalkoholowo i same panie. Ten organizowany był przez teściową i jej znajome, więc średnia wieku nie przekraczała pięćdziesiątki. Jill i ja byłyśmy najmłodsze. Zaczęło się od wypisywania rad dla Jill. No, ode mnie w życiu nie trzymającej niemowlaka na rękach na pewno dużo pożytecznych rzeczy się dowiedziała. Potem było szukanie agrafek (drzewiej – kto to pamięta? – używanych do spinania pieluch) w misce wypełnionej ryżem. Następnie była zupełnie drętwa zabawa, gdy Jill wniosła tacę z przeróżnymi drobiazgami, a naszym zadaniem było zapamiętać, co tam się znajdowało, po czym okazało się, że taca w ogóle się nie liczyła i zostałyśmy odpytane np. z koloru spodni Jill. Następne dwie zabawy odpuściłam sobie i tu przydał się szalenie ten kieliszek wina, bo uczestniczki miały za zadanie dokończyć rymowanki dla dzieci oraz rozpoznać melodie kołysanek, a z moją znajomością amerykańskich przyśpiewek nie jest najlepiej, a „Wlazł kotek na płotek” nie był w repartuarze.

Najlepszą częścią imprezy było oczywiście rozpakowywanie prezentów. Dowiedziałam się, że istnieje diaper genie, czyli specjalny zestaw pojemników, w które wsadza się pieluchę z zawartością, co eliminuje wszelkie zapaszki. Szczegółów działania nie znam, ale pewnie będzie mi dane zapoznać się podczas następnej, poporodowej wizyty. Nieznane też mi były specjalne gryzaki, które wkłada się do zamrażalnika i daje dziecku, gdy ząbkuje, co ma złagodzić ból. Czyli jednym słowem, są jakieś pożytki z tej imprezy.


Taki baby shower, mimo iż nudny jak diabli, zwłaszcza, gdy się jest jedyną niedzieciatą osobą w towarzystwie, ma też inną zaletę. Można zaoszczędzić kupę kasy na wyprawce. Jill miała gift registry, więc większość tego, co dostała znajdowało się na liście rzeczy, które chciała. Wrzuca się na listę pieluchy, ciuchy dla dziecka, wózek i co kto chce, robi baby shower i voila. Gift registry dla dziecka to świetna sprawa.

Mimo wszystko, jeśli kiedyś będę w takiej sytuacji, jak Jill, jedyną opcją baby shower będzie wersja, w jakiej zrobili taką imprezę jej znajomi kilka tygodni wcześniej. Przede wszystkim koedukacyjnie. Po drugie z beczką piwa oraz innymi podręcznymi alkoholami dla uczestników, z jajcarskim tortem zrobionym z pieluch i bez tych czerstwych gier. Tak to ja się mogę bawić.

piątek, 18 kwietnia 2008
Trzęsienie ziemi

No żesz, kurna, mieliśmy trzęsienie ziemi w nocy, a ja spałam jak zabita i nic nie czułam? Ludzie w pracy opowiadają o trzęsących się budynkach i o tym, jak wstrząsy wyrwały ich ze snu około 4:40 nad ranem, a ja otwieram oczy ze zdumienia – jakie trzęsienie?

środa, 16 kwietnia 2008
Wiosna i lato w Chicago

Dziś jest tak cudny dzień, że rosną mi skrzydła, wyciągam z szafy nowy wiosenny płaszcz, nową torebkę i nawet fakt, że wczoraj dojazd do pracy zajął mi dwie godziny (miałam przyjemność być w zablokowanej na amen Blue Line z rana) nie burzy mi nastroju. W końcu mogę zacząć robić listę rzeczy, które chciałabym zobaczyć/zwiedzić w ciągu kilku następnych miesięcy.

Na początek Artropolis, czyli trzydniowe święto sztuki pod koniec kwietnia. W budynku Merchandise Mart ponownie będzie można zobaczyć setki obrazów, głównie w nowoczesnej formie. Byłam rok temu i napawałam się cackami godnymi niejednego muzeum sztuki nowoczesnej i współczesnej. W programie również targi antyków, jak ktoś lubi starocia (ja niekoniecznie). Jeśli będą mieli meble z lat 50. i 60., to pójdę, bo lubię klimaty z tamtych lat.

W majowy weekend 17-18 można załapać się na jeden z dwustu darmowych tourów po mieście. Lista jest przeogromna, jeszcze przez nią nie przebrnęłam, ale jest w czym wybierać.

Planuję też wybrać się na wypatrzoną przez Evka wystawę zdjęć chicagowskiego Picassa. Za darmo w Chicago Culture Center do końca czerwca. W tym samym miejscu od od połowy czerwca będzie można zobaczyć wystawę pamiątek po Marilyn Monroe, którą pozostaje dla mnie największą chyba gwiazdą kina. Może aktorka nie była z niej wielka, ale chyba po dzień dzisiejszy żadna gwiazda Hollywoodu nie wywołuje tyle emocji, co ona. Obowiązkowo.

W czerwcu również wraca Taste of Chicago, czyli wielki festiwal żarcia. Sama impreza średnio mnie kręci, ale tradycyjnie moja firma funduje nam bilety i daje dwie godziny na lunch, więc zamierzam leżeć pod drzewem na kocu, popijając małe co nieco z limonką, jak to zrobiłam rok temu.

W tym samym miesiącu będzie również odbywać się Thailand Festival na Daley Plaza. Jak będą mieli w sprzedaży green curry z krewetkami (niech spróbują nie mieć!), to chyba wiem, gdzie przez 5 dni będę jeść lunch.

Tradycyjnie zaliczę pewnie Blues (czerwiec) i JazzFest (sierpień). Od połowy lipca zaczyna się festiwal filmów w Parku Granta. To chyba moja ulubiona impreza latem w Chicago. Przynosi się krzesełka, lodówkę z piwem, coś do jedzenia i ogląda filmy pod gołym niebem w samym środku miasta. Już sobie wyobrażam, ile luda zwali się na "Blues Brothers" w tym roku.

I na zakończenie sezonu absolutny hicior, czyli Red Bull FlugTag, czyli konkurs lotniczy dla amatorów. Byłam pięć lat temu, było fantastycznie, choć ludzi dowaliła nieopisana liczba i trudno było cokolwiek zobaczyć. Tego dnia proszę żadnych urodzin, imienin, rozwodów, poczęć, wzdęć i innych, bo mnie nie będzie. Aha, do 6 czerwca można składać aplikacje, jeśli ma się ochotę zbudować np. coś takiego, jak poniżej i pofrunąć w wody Michiganu.

RED BULL FLUGTAG CHICAGO '03

Video Provided by Red Bull Flugtag USA

czwartek, 10 kwietnia 2008
Jaskinia solno-jodowa

Czytając „Time” do porannej kawy, znalazłam artykuł o jaskini solno-jodowej Galos Caves w Chicago, mieszczącej się przy słynnej restauracji Jolly Inn, gdzie niejednokrotnie zdarzyło mi się jeść całkiem niezłą kaszankę i mielone. W samej jaskini nie byłam, choć nawet kiedyś myślałam, żeby iść z ciekawości, ale jak zobaczyłam te zdjęcia, to chyba nieco mi przeszło, bo z lekka obciachowo to wygląda. Czy ktoś z czytających był w tej jaskini i słuchał na własne uszy kojącego szumu fal? 

wtorek, 08 kwietnia 2008
Bez problemu w Houston

Po wersji obrazkowej, słowo pisane. Było po prostu super. Hjuston z Menszem zajęli się mną i hazbendem z południową gościnnością: odebrali z lotniska, obwieźli po okolicy, pokazali aligatory, nakarmili pysznymi jajkami sadzonymi z szynką, kowbojskimi hamburgerami i wołowiną z grilla (tą na zdjęciu wyżej). Nawet, gdy sierotka Ania zostawiła swój wyjściowy kapelusz na trawie pod muzeum, podjechali bez mrugnięcia okiem po zgubę. Wielkie, wielkie dzięki za wspaniały weekend.

Samo miasto zrobiło na mnie duże wrażenie. Miałam wyobrażenie jakiejś betonowej pustyni i spalonej trawy (widać, że szlag trafił lata geografii i uczenia się o strefach klimatycznych), a Houston tonie w zieleni, jak na subtropik przystało. Rośnie mnóstwo dębów z południowej odmiany (pierwsze zdjęcie), ktorych posplatane gałęzie tworzą malownicze tunele. W jednym z wielu miejskich parków zjedliśmy sobie śniadanie pod gołym niebem, odganiając nieco natrętne wiewióry, czyhające na nasze jogurty. W parku Brazos naoglądalismy się drzew porośniętych hiszpańskim mchem i poczułam się, jak na planie „Forresta Gumpa”.

Brazos wymiata. Po cholernej zimie w Chicago, bardzo potrzeba mi było kontaktu z naturą, a ten park dostarczył mi aligatorów, kaczek, niebieskich i białych czapli, żółwi oraz paru bliżej niezindentyfikowanych gatunków ptaków. Gady przeważnie wygrzewały się w słońcu, więc mieliśmy mnóstwo okazji, aby je podziwiać i obfotografować z góry, boku i podskoku. Gdybym mieszkała gdzieś w okolicy, kupiłabym chyba sezonowy bilet i jeździła tam ładować baterie. Gdzie faunie z Illinois: zbłąkanym do miasta kojotom i sarnom pasącymi się pod domami do aligatorów i południowej egzotyki. Normalnie full wypas.

Houston zaimponowało mi również wspaniałą prywatną galerią sztuki Menil, będącą własnością magnatów naftowych Johna i Dominique de Menil. Wyrwało mnie z butów, gdy weszłam do sali z surrealizmem, a tam Max Ernst, Rene Magritte, Yves Tangy i inni. Kolekcja, jakiej MoMA by się nie powstydziła. Do tego cały jeden budynek z imponującymi obrazami Cy’a Twombly’ego. I wszystko za darmochę. Do Menil bardzo chciałabym wrócić na dłużej, gdyż nie udało nam się zobaczyć całej galerii.

Cholernie też podobał mi się park przy Museum of Fine Arts, z trafnie zestawionymi ze sobą nowoczesnymi rzeźbami, na czele z moim ulubionym Calderem i jego krabem. W muzeum porządna kolekcja malarstwa europejskiego z przełomu XIX i XX wieku, a w sekcji amerykańskiej Georgia O’ Keeffe i Roy Lichtenstein.

A przy ulicach wystawione stoliki, parasole, ludziska siedzą i popijają margarity, dookoła palmy, normalnie jak na wakacjach. Do tego średnia temperatura w weekend jakieś 25C. Ja chcę z powrotem do Houston!

Krokodyla daj mi, luby

Houston to zakręcone miasto. Nawet dęby dostały lekkiego kręćka.



Palmom odbiła palma.


Teksańczycy są dumni z siebie i swojego stanu. Jedno z piw nazwali nawet Texas Pride, a pewien zacny mieszkaniec Houston posunął się nawet do tego, że z wypitych przez siebie puszek zbudował sobie dom.


Za dzwonek robią wieczka, uwieszone na sznurkach. Ciągnie się taki sznurek potrząsając nim na lewo na prawo, dopóki się nie urwie i właściciel nie otworzy.


Okoliczny listonosz ma klawe życie. Codziennie po dostarczeniu poczty wyciąga sobie jedną puszkę. Jako że byłam tam w niedzielę, właściciel akurat uzupełnił zapas na kolejny tydzień, więc nie widać, ile listonosz wziął przez ostatnie parę dni.


W weekendy lenią się miejscowi.


Lenią się przyjezdni.


Niektórzy z nudów obrastają nawet mchem.


Innym wszystko zwisa.


Niektórzy wydają odgłosy paszczą.

Mniam, mniam.


Inni zapuszczają Texas style wąsy.


Tak, tego właśnie krodyla.


cdn

piątek, 04 kwietnia 2008
Aligatory z japonkami, czyli teksański zestaw obowiązkowy

Prezentów w postaci chicagowskich produktów mięsnych: 3 (kiełbasa żywiecka, kabanosy ze świnki i something special from Chicago, ale na razie nie powiem co). Herbatek dla przyszłych mam: 4. Okulary przeciwsłoneczne sztuk 1, para japonek i 3 bluzki z krótkim rękawem. Karty pokładowe wydrukowane. Godzin do wylotu: 8.

Szykowałam się do wpisu o tym, co ja – kobita z Midwestu – wie o teksańskiej prerii, a tu Hjuston rzuciła post o tym, jak to naprawdę jest w tym Teksasie. No i teraz nie wypada mi już pisać, że Teksas to kowboje, Dżordż, kapelusze i rewolwery przy boku. W takim więc razie w Teksasie zamiast przejawów drugiego PKB w skali Ameryki, będę wypatrywać fauny: aligatorów i pancerników w Brazos, kraba Caldera i wołowiny na talerzu. Czytam sobie więc aligatorową etykietę: nie karmić, nie drażnić, zachować odległość minimum 10 metrów od zwierza, ustąpić bestii pierwszeństwa, gdy spotkamy się na drodze i unikać podejrzanie piętrzących się gałęzi, ziemi i traw (potencjalne gniazdo z małymi aligatorkami). Czyli jednym słowem, nie robić kolejnego odcinka „Powrotu do Edenu”.

No to trzymajcie kciuki za te aligatory, tzn. za mnie, żebym je zobaczyła. Trzymajcie też za wałówkę dla Hjuston, aby się TSA do niej nie przyczepiła (lub ich pies).

Pogoda w Houston wygląda tak.

środa, 02 kwietnia 2008
Spacer po dystrykcie teatralnym

Po sobotnim weselu, na którym nie miałam okazji umieścić nóg na stole, w niedzielę wybraliśmy się do teatru Goodmana.

 


W teatrze w Chicago jeszcze nie byłam. Widziałam parę razy balet, koncerty, musical, ale do teatru nie dotarłam, więc z przyjemnością poszłam na „The Trip to Bountiful”. Sama sztuka, zupełnym przypadkiem rozgrywająca się w Houston, z bohaterami mówiącymi z charakterystycznym teksańskim akcentem, nie porwała mnie całkowicie (zbyt jednowymiarowe postacie i główna bohaterka za bardzo przypominająca Jessikę Tandy ze „Smażonych zielonych pomidorów”), ale obejrzałam w sumie z zainteresowaniem.

Teatr Goodmana, w którym byliśmy mieści się w tzw. dystrykcie teatralnym, gdzie znajduje się kilka innych teatrów, grających głównie musicale.

Jakoś nie czuję mięty do tej formy rozrywki. Poza muzycznym przedstawieniem o życiu Buddy’ego Holly w małym teatrze na Southport, nie widziałam żadnego musicalu w broadwayowskim stylu (światła, pióra i jupitery). Może więc za wcześnie się uprzedzam, ale jednak jak mam wybierać rozrywkę, to pewnie prędzej pójdę do kina, czy na koncert niż na musical.

W Chicago niezmiennie od wielu sezonów triumfy święci „Wicked” o czarownicach z Oz.

 

Zaś co wtorek, gdy przechodzę obok teatru LaSalle w drodze na hiszpański, słyszę tę samą piosenkę „Cherie Lady” (nie mylić z Modern Talking) z jakiejś zupełnie nie przemawiającej do mnie produkcji „Jersey Boys”. Nie wiem, czy nadal grają „Mamma Mia”, ale pamiętam, że laski w pracy mówiły, że niezłe. Jedyny musical ostatnich lat, który chętnie bym zobaczyła to „Producenci”, ale został on zdjęty z afisza już jakiś czas temu. I nawet, gdyby jakimś cudem w obsadzie był Will Ferrel, to bym przeżyła.

 


17:39, aniabuzuk , Kultura
Link Komentarze (12) »