My kind of town

poniedziałek, 30 kwietnia 2007
Co Was zaskoczyło w Ameryce?

Mąż zapytał się mnie wczoraj, co było dla mnie najbardziej zdumiewającą rzeczą, którą zobaczyłam bądź doświadczyłam w Ameryce. Jak odebrałam Chicago i co myślałam, gdy tu przyjeżdżałam na wakacje, a potem już na stałe? Czy fakt, że Chicago jest taką mieszanką kulturową był dla mnie, jako osoby z kraju jednolicie kulturowego etnicznie, szokiem?

Pytanie nie wzięło się z powietrza. Wczoraj całkiem niespodziewanie znaleźliśmy się w miejscu, które, gdyby trochę wysilić wyobraźnię, mogłoby robić za bazar na Pradze Południe w Warszawie. W poszukiwaniu butów dla męża, wylądowaliśmy na Maxwell Steet, na której w niedziele odbywa się mini targ. Rzut beretem od centrum, a klimat jak z Bazaru Różyckiego czy Ronda Wiatraczna lub małomiasteczkowego bazarku. Mydło i powidło, które, jak to określił mąż, musiało wypaść z tyłu ciężarówki, a pochodzenia którego to mydła chyba raczej nietrudno się domyślić. Były więc płyty CD, buty, używane narzędzia (piły mechaniczne, wiertarki, śrubokręty), generatory prądu, skarpety i badziewne wyroby artystyczne. Nie mogło zabraknąć jedzenia – na ruszcie smażyła się jakaś dość swojsko wyglądająca kiełbasa, były też tacos oraz przepyszna pina colada. Folklor, jakiego chyba do tej pory nie widziałam w Chicago.

Tak więc sobie deliberowaliśmy na temat niespodziewanych rzeczy w Chicago i stąd wzięło się pytanie męża, o to co mnie tu zaskoczyło. I tu jest pies pogrzebany, bo tak naprawdę to niewiele. Mając w Chicago babcię oraz tatę, który w połowie lat 80. i na początku 90. spędził tu parę lat, wiedziałam z opowieści, że bez samochodu jak bez ręki, że niektóre nie mają maski i zderzaków a jeżdżą, że pełno tutaj ludzi o odmiennym kolorze skóry, że autobusowe bilety miesięczne mają błyszczący hologram (wtedy miały), a nawet, że w przeciwieństwie do polskich sedesów, w amerykańskich woda przy spuszczaniu kręci się, a nie „wciąga” do środka. Wiedziałam więc, że półki w sklepach są pełne, co zwłaszcza tacie, pamiętającemu „kryzys” wydawało się anormalne, że ulice przecinają się pod kątem prostym i że zrobić prawo jazdy może każdy, kto wie, jak kręcić kierownicą na boki.

To wszystko znałam z opowieści, a gdy w końcu postawiłam stopę na amerykańskiej ziemi, to po pierwsze odkryłam, że nikt tu nie chodzi na piechotę. Niby są chodniki, ale jak idziesz po tym chodniku, to wszyscy gapią się jak na trędowatego. Po drugie, doznałam szoku, gdy znalazłam się w polskiej dzielnicy, a dokładnie na Milwaukee Avenue i obejrzałam wystawy polskich sklepów z towarem, który może od biedy uszedł by w „kryzysie” w Polsce, ale na pewno nie w Stanach. Do tego rodacy noszący skarpetki z sandałami. Zaskoczyła mnie też duża niefrasobliwość ludzi w ubiorze: przeciętny mieszkaniec Ameryki (płeć nieważna) nosi dżinsy, do tego o rozmiar za duży Tshirt i sportowe buty. A gdzie ci wszyscy wygarniturzeni faceci rodem z Wall Street i wypachnione laski jak z Hollywood? Teraz już wiem – na Wall Steet i w Hollywood.

Po paru latach tutaj nadal zaskakuje mnie biurokracja i amerykański purytanizm, zwłaszcza w telewizji, w której jak wiadomo, sieczka z udziałem karabinów maszynowych jest dozwolona, ale kobieca pierś już nie. Co Was zaskoczyło i nadal zaskakuje w Ameryce?

czwartek, 26 kwietnia 2007
Easy money

Jak prawie nic w życiu nie wygrałam, tak w tym roku obstawiłam wynik Super Bowl i zgarnęłam $150, a wczoraj 5 dych od firmy z okazji Administrative Professionals Day. Co byście zrobili z dwiema stówkami, które same wpadły do kieszeni? Może partyjka pokera w kasynie? Jak to mówią – easy money, więc dziś wspomnieniowo Las Vegas by night.

Bellagio, czyli Ocean’s 11.

Pałac Cezarów.

Mirage, czyli gdzie wygrałam pierwszą kasę w Las Vegas.

Flamingo, czyli kasyno, od którego wszystko się zaczęło (szczególy w filmie „Bugsy”).

Wenecja, czyli trochę Europy na pustyni.

New York, New York.

Panie i panowie, koniec obstawiania.

środa, 25 kwietnia 2007
I po interview

No moi mili państwo – byłam i przeżyłam to interview. Impreza odbywała się w latynoskiej restauaracji, toteż gdy dotarłam na drugie piętro zarezerwowane dla uczestników castingu, to co zobaczyłam zewsząd i dokoła? Guacamole! Chyba z siedem misek, na szczęście prawie już wyskrobanych do cna, więc dla mnie zostało niewiele. Ryzyko rozpaćkania go na mojej kremowej bluzce było niewielkie, a zresztą muszę się przyznać, że w przedtelewizyjnym stresie zapomniałam Wasze drogocenne rady i bez namysłu zjadłam te guacamole. Po czym dopiero do mnie dotarło, że przecież miałam się trzymać z daleka. Po czym wjechały inne, bardziej bluzkoprzyjacielskie przystawki. Wypiłam kieliszek wina dla kurażu i siedziałam sobie czekając, aż mnie zawołają przed kamerę.

Część uczestników popijała sobie margarity i plotkowała z innymi, inni siedzieli i czekali na swoją kolejkę. Nie jestem aż tak specjalnie wyrywna do nawiązywania znajomości z ludźmi, których już nigdy nie zobaczę na oczy, więc się towarzysko specjalnie nie udzielałam. Co innego, gdy muszę uprawiać networking na potrzeby zawodowe, wtedy mogę kląskać do nieznajomych wszystkie te hihowareyoudoing, whatdoyoudo i niecetomeetyou. Obok mnie siedziała jakaś Amerykanka polskiego pochodzenia – wiem, bo widziałam na formularzu, że miała na imię Beata. Poza tym jedną z restauracji, która polecała była Podhalanka. Nigdy tam nie byłam, ale przejeżdżałam parę razy i szczerze wątpię, aby ludność chicagowska waliła drzwiami i oknami do tego miejsca, które zewnątrz wygląda, jakby czasy świetności miało trzydzieści lat temu.

Pan z „Check, Please!” chodził i robił zdjęcia, a pani, która mogłaby być młodszą siostrą Sarah Jessica Parker wywoływała uczestników, aby zgłaszali się po przenośny mikrofon i czekali aż ich zawezwą do pokoju z kamerą. Po dobrej godzinie czekania, gdy co poniektórzy byli już całkiem weseli po darmowych margaritach, a na podłogę poleciały talerze z guacamoli, wreszcie nadeszła moja kolej. Weszłam więc do pokoju, gdzie przywitał mnie kolejny pan z produkcji programu oraz kamerzysta. Światło było na szczęście bardzo delikatne, więc żadne lampy nie świeciły mi prosto w twarz. Sama kamera stała z boku, więc tak naprawdę w ogóle nie myślałam, że ktoś właśnie mnie filmuje. Pan z produkcji zapytał mnie dlaczego poleciłabym Friendship, co tam jadłam i na koniec, abym króciutko podsumowała restaurację. Trwało to pewnie mniej niż pięć minut. Jedyne, co mogę sobie zarzucić, to to że mówiłam chyba ciut za szybko, ale to pewnie z emocji. Powiedziałam parę zdań na temat jedzenia, wystroju, lokalizacji, przemyciłam żart o wazach z dynastii Ming, po czym na koniec usłyszałam „wonderful job” i tyle. Mają nam dać znać w maju, choć oczywiście nie wiadomo, czy tylko tym, którzy się zakwalifikują, czy wszystkim uczestnikom. Trzymajcie dalej kciuki.

wtorek, 24 kwietnia 2007
Alexander Calder

Czerwoną rzeźbę znajdującą się na Federal Plaza w centrum Chicago znają chyba prawie wszyscy Chicagowianie. Na tym placu odbywają się demostracje, ostatnio przeciwko wojnie z Irakiem, a rok temu masowe protesty nielegalnych imigrantów. Zapewne nie wszyscy wiedzą, jak się nazywał się artysta, któremu miasto zawdzięcza ten jeden z najbardziej charakterystycznych punktów miasta, doskonale widoczny z platformy widokowej na Sears Tower, ale kojarzą to wielkie, czerwone nie wiadomo co tuż przy budynku głównej poczty w Chicago.

                  

Wielkie nie wiadomo co nazywa się Flamingo, a autorem jest Alexander Calder, jeden z najbardziej uznanych przedstawicieli kinetic art, czyli rodzaju rzeźby zawierającej poruszające się elementy. Prace Caldera to z reguły monumentalne rzeźby, stojące zazwyczaj w parkach lub centrach miast oraz jego znak firmowy tzw. mobile, czyli konstrukcja, która dzięki specjalnemu umocowaniu elementów utrzymuje się w stanie równowagi. „Caldery” rozsiane są po całych Stanach, a także świecie. Widzieliśmy jego mobile w Tate Modern w Londynie oraz w Waszyngtonie i Nowym Jorku. W obu amerykanskich miastach stoją też rzeźby stylistycznie bardzo podobne do Flamingo – wielkie, czerwone metalowe konstrukcje, których autorstwa nie można przypisać nikomu innemu niż Calderowi.

Sama długo nie wiedziałam, kto jest autorem rzeźby z Federal Plaza. Pod czerwoną rzeźbą umawiałam się na randki z przyszłym mężem nie mając pojęcia co to i kto to (Calder znaczy się, a nie mąż). Teraz mam już trochę fioła na punkcie Caldera i gdzie tylko widzę coś czerwonego albo a’la mobile, to już mam Caldera przed oczami. Gdy w weekend dwa tygodnie temu byliśmy w Art Institute, zobaczyłam w okalającym parku czerwony samolot, który na bank zrobił Calder. Nie miałam aparatu, żeby uwiecznić kolejną zdobycz, ale tutaj możecie zobaczyć „moich” Calderów  z Chicago, Waszyngtonu i Nowego Jorku. Wiem, że jedna z czerwonych rzeźb artysty stoi w Seattle, więc w przyszłości wycieczka murowana. Oni tam podobno mają świetne seafood, więc połączę przyjemne z przyjemnym. Ideałem byłoby, gdybym mogła zobaczyć wszystkie prace Caldera w Stanach. Trzeba mieć jakieś marzenia, nie? W Memphis jest jakaś praca Caldera, choć na razie nie mogę znaleźć potwierdzenia, czy aby na pewno. Byłoby kolejne trofeum do kolekcji przy okazji naszego majowego wypadu do miasta Elvisa. W Houston też mają czerwoną rzeźbę, zwaną The Crab, a przynajmniej tak wynika ze strony  Museum of Fine Arts. Hjuston, widziałaś może? Lista jego prac w Stanach i poza nimi jest dłuuuga, więc będzie, gdzie jeździć. 

18:41, aniabuzuk , Kultura
Link Komentarze (11) »
piątek, 20 kwietnia 2007
Check, Please!

Jest sobie taki program “Check, Please!” nadawany na kanale telewizji publicznej w Chicago (w piątki o 8 pm, kanał 11). Prowadząca wraz z trójką zaproszonych gości rozmawia o trzech restauracjach z Chicago i okolic. Każdy może wysłać zgłoszenie do programu wraz z opisem swojego ulubionego miejsca. Następnie, gdy kandydatura restauracji i zgłaszającego zostaje zaakceptowana, delikwent(ka) idzie na lunch bądź kolację do dwóch miejsc poleconych przez pozostałych uczestników, a potem wszyscy siadają przed kamerami i dzielą się wrażeniami. Restauracje z założenia nie wiedzą, że ludzie przychodzą tam na potrzeby programu.

Jakiś dobry rok temu z głupia frant wysłałam swoje zgłoszenie do programu. Poleciłam nasze ulubione chińskie miejsce Friendship Restaurant, gdzie zabieramy wszystkich odwiedzających nas gości. Miejsce jest świetne, z charakterem, ładną oprawą wnętrza, orientalną muzyką, no i pysznym jedzeniem, reklamowanym jako „180 degrees from ordinary Chinese”. O dziwo, załoga „Check, Please!” odezwała się do mnie w ekspresowym tempie. Nie pamiętam już, jak to dokładnie było, ale po serii maili pani z castingu przeprowadziła ze mną krótką rozmowę telefoniczną. A kto ja, a co ja, a czemu to miejsce, a gdzie jeszcze chodzę jeść, a dlaczego bym się nadawała do programu, słowem krótkie interview na potrzeby programu. No a potem długo nic. Grobowa cisza. Sama uznałam, że się nie sprzedałam podczas tej rozmowy. Wiecie, czasem człowiek wie, że poległ na rozmowie kwalifikacyjnej i ja się tak czułam.

Po jakichś trzech miesiącach dostałam od nich maila, czy mam czas tego i tego dnia, bo oni będą nagrywać program. No, myślałam, że z krzesła spadnę. Akurat mieliśmy jechać do Ohio, więc stawałam na łbie, żeby wziąć urlop, jechać do Ohio i wrócić na czas nagrania. Gdy dzień nagrania się zbliżał, a nikt się ze mną nie kontaktował, aby podać mi, gdzie mam się udać, zaczęłam się denerwować. Zadzwoniłam wiec do nich i dowiedziałam się, że tym razem mnie nie potrzebują. O żesz wy. Potem w którymś z programów zobaczyłam jakąś polską dziewczynę zachwalającą Szałas i wpadłam w depresję, bo myślałam, że będę oryginalna polecając chińskie jedzenie, a tu trzeba było o o kapuście i pierogach gadać.

Toteż, gdy we wtorek (ten właśnie miniony) dostałam kolejnego maila, że robią casting do siódmej edycji programu, to znowu prawie spadłam, bo sądziłam, że to już zamknięty rozdział. Tym razem organizują coś jakby wstępną selekcję kandydatów i chcąc sprawdzić, jak zachowują się oni przed kamerą, zapraszają setkę na zdjęcia próbne. Napisali tak: „Not only will you audition for the TV show, but you will also have a chance to appear on our new and exciting website, which will premiere very soon.” Wypełniłam więc kolejny formularz, wysłałam, a następnego dnia – ta dam – dostałam potwierdzenie, że zostałam zakwalifikowana i idę na zdjęcia próbne we wtorek. O matko.

Od środy więc mam w głowie dziesiątki pytań, z których najważniejsze brzmi „w co się ubrać???” Co wygląda dobrze na ekranie? Czy czarny może być? A mój kochany zielony? Paznokcie z french manicure czy w kolorze? Mam się umówić do fryzjera na czesanie? Czy mam założyć spodnie czy spódnice? A do tego – co będzie, jak zrobię z siebie kretynkę? Mają być koktajle i przystawki na tym castingu – a jak coś zrzucę na podłogę albo rozciapkam awokado na bluzce? A jak mnie nie wybiorą, to co poszło nie tak? A jak mnie wybiorą, to naprawdę będę w TV?! Jakieś rady???

czwartek, 19 kwietnia 2007
Rytuały o poranku

Ostatnio odprawiamy czary- mary nad kawą z rana, bo poranek bez kawy – nie ma takiej opcji. Gdy wyjątkowo zdarzy mi się jej nie wypić w domu, muszę kupić coś „na mieście”, inaczej – jak jak to mówię – bez kija nie podchodź. Za to mąż, gdy go poznałam, kawy nie pijał pod żadną postacią. Dla mnie było to niepojęte, jak Amerykanin może nie pić kawy, która jest dla mnie takim samym synonimem amerykańskości, jak Coca Cola. Po długim czasie zaczął pić domową wersję frappucino, gdy w końcu udało nam się kupić malutki mikser, który zawartość wymieszałby w wysokiej szklance. Frapucchino, czyli zmiksowane dwie łyżki kawy rozpuszczalnej z taką samą ilością cukru i odrobiną wody, do tego dolane zimne mleko i kilka kostek lodu. Problem z tym napojem był tylko taki, że nie sprawdzał się w zimowe poranki, a mąż zaczął odczuwać zbawienne skutki dawki kofeiny z rana i nie miał planu, co dalej, bo rozpuszczalnej kawy, którą ja pijam, nie lubił, tej z ekspresu także.

Z pomocą przyszli nam znajomi, którzy oddali nam ekspres do esspresso. Nie jakiś tam szklany garnek do parzenia kawy z rana, tylko maszynę, która nic tylko „nagle - świst, nagle - gwizd, para – buch, koła w ruch”. Przyznam, że ja do tej pory nie umiem tego diabelstwa obsługiwać i jak patrzę, gdy mąż uwija się przy tym z rana przez dobre dziesięć minut, to odchodzi mi ochota na zapoznanie się z instrukcją obsługi. Aczkolwiek efekt jest wart wysiłku.

Zaczyna się od zmielenia ziaren kawy w starym dobrym młynku. Młynek pojawił się w domu w czasie mojej wielkanocnej nieobecności, gdyż mąż wyczytał, że kawa do esspresso musi być zmielona bardzo drobno. Kupił więc młynek, prawie że taki sam z wyglądu, jak miała moja mama. Jak już zmieli kawę, to ubija ją specjalnym młotkiem, bo kawa nie może być luźno wsypana do specjalnego pojemniczka, a ubita na twardą masę. W tym czasie ekspres grzeje wodę. Ubite ziarna wkłada się w odpowiednie miejsce w ekspresie, a gorąca woda zaczyna się przez nie sączyć, produkując gęstą i bardzo mocną kawę. Kawy jest tyle, co kot napłakał, ale że to esspresso, więc wystarcza. W tym czasie trzeba podgrzać mleko w mikrofali, a potem dodać esspresso i całość podstawić pod mały wysięgniczek, który miesza mleko z kawą i tworzy uroczą piankę, tak że wychodzi latte. Czasem Pierwszy Kawowy Domowy Mąż dolewa tam syrop czekoladowy i mamy moccha latte.

No powiem Wam, że rozbestwiłam się przez te poranne pyszności i teraz, gdy mam wypić popołudniową kawę w pracy (z ekspresu), to już mi nie smakuje i zaczęłam chodzić do Starbucksa, który na moje nieszczęście jest tuż naprzeciwko mojego budynku. Na nieszczęście, bo kawę mają dobrą, ale nóż mi się w kieszeni otwiera, że kosztuje cztery dolce, co jest lekkim przegięciem. Póki co, zaprosiłam parę osób na śniadanie w niedzielę, więc mąż zaprezentuje swoje umiejętności przy naszym kawowym parowozie. Czy Wy też zaczynacie dzień od kawy?

środa, 18 kwietnia 2007
Wieści spod podłogi

Minęło już trochę czasu od ostatniej aktualizacji z placu remontowego naszej piwnicy. No moi drodzy, teraz to tylko z górki, bo jesteśmy już na półmetku, a ja wstanę prawą nogą z łóżka, to w przypływie optymizmu myślę nawet, że może z 60% mamy zrobione. Pan stolarz zrobił nam już ramę pod drywall, elektryk rozprowadził prąd po całości, do tego zamontował podwieszane w suficie światła, panowie od ogrzewania przesunęli piec i rury w bardziej odpowiednie miejsca i voila. Wprawdzie, gdy zmieniali lokalizację pieca, co zajęło im dwa dni, temperatura w domu spadła do 8 stopni Celsjusza (?!), ale ja akurat byłam zajęta rozbijaniem twarzy na warszawskim bruku, więc mnie to nie dotknęło. Na dowód, że sprawy idą w dobrym kierunku - zdjęcia proszę bardzo.

Na pierwszej fotce moje nowe okna z luksferów, z wdzięcznym i gustownym otworem wentylacyjnym. Cena jednego okna $300, ilość okien w piwnicy: 5. Można za to we dwoje do kraju-raju na święcenie jajek polecieć.

Na drugim moja piękna pralnia z nową praleczką marki Whirpool i suszarką tejże samej firmy. Jak widać, pranie już czeka. Z tyłu okno, cena wiadoma.

Teraz prawdziwy szlagier: łazienka ze słynną wanną! Mówiłam, że będą zdjęcia wanny – to i są! Duma mnie rozpiera, bo wannę z hydromasażem udało nam się upolować po bardzo przyzwoitej cenie, więc jak już się będę tam wylegiwać, to z poczuciem, że łowy były udane, zwierzyna się pekluje w bąbelkach, a ja popijam szampana.

No i zdjęcie number four – ja jestem kobieta pracująca i żadnej pracy się nie boję, więc i nawet młot pneumatyczny mi nie straszny, a po uśmiechu na twarzy widać, żem stworzona do takiej roboty.

Zdjęć baru będącego centralną i najważniejszą częścią piwnicy nie publikuję, bo po prostu baru na razie nie ma. Stolarz nie umiał nam za bardzo doradzić, jak ten bar zaprojektować, a wszystko co my wiemy na ten temat to, jak przybić dzięcioła na barze, spaść z barowego stołka lub spać pod barem, więc widzicie, że potrzeba nam innego fachowca. Przyznacie, że całość jest very impressive. Mnie już duma rozpiera, że niedługo pęknę i jedyną rzeczą, która mnie powstrzymuje jest wizja imprezy inicjującej, gdy WSZYSTKO będzie skończone. Zapowiedziałam już, że ponieważ wpompowaliśmy w ten bejzment tyle kasy, to na imprezie nie będziemy oszczędzać i wóda się będzie lać strumieniami, mąż dostanie pęcherzy na rękach od mieszania koktajli, zmywarka nie nadąży czyścić kieliszków, goście nie nadążą trzeźwieć, sąsiedzi będą nas przeklinać, a ja w końcu będę zadowolona, że ten koszmar remontowy się skończył. Bardzo to wszystko nie po linii ustawy o wychowaniu w trzeźwości, ale raz się żyje. Koniec i bomba, kto czytał, ten trąba.

20:44, aniabuzuk , Remont
Link Komentarze (26) »
wtorek, 17 kwietnia 2007
Ile wart jest twój blog?

W tym naszym świecie wszystko się komercjalizuje, więc blogi również. Teraz można wycenić sobie ile wart jest nasz internetowy pamiętnik. Wystarczy wpisać adres bloga na tej stronie. Mój blog wart jest tyle, ile poniżej. Przynajmniej woda sodowa mi do głowy nie uderzy. Już sobie posprawdzałam zaprzyjaźnione blogi i niektórzy to krezusy, którzy na moich w trudzie pisanych komentarzach, zmarnotrawionym wzroku i bezsennych nocach spędzonych na czytaniu zbudowali sobie fortuny. Żądam swojej doli.

>


                  My blog is worth $0.00.
How much is your blog worth?

18:46, aniabuzuk , www
Link Komentarze (33) »
poniedziałek, 16 kwietnia 2007
Chleba i igrzysk w Chicago

                              

No i stało się – Chicago wygrało rywalizację z Los Angeles i będzie reprezentowało Stany Zjednoczone w rywalizacji o organizację Letnich Igrzysk Olimpijskich w 2016 roku. Gubernator Arnold podpisał kilka dni temu dokument umożliwiający LA wydanie 250 milionów dolców na dodatkowe wydatki związane z promocją Miasta Aniołów, ale byliśmy lepsi i jak na Windy City przystało zdmuchnęliśmy im zwycięstwo sprzed nosa. Droga do Igrzysk jest oczywiście daleka. Na razie miasto do 15 września musi zgłosić kandydaturę do Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, pod koniec 2008 MKOL wyłoni grupę pięciu finalistów, a decyzja o przyznaniu jednemu z miast prawa do organizacji igrzysk zapadnie dopiero w październiku 2009. Na razie na liście kandydatów są Rio de Janeiro, Madryd, Rzym, Tokio i Praga.

Nominację Amerykańskiego Komitetu Olimpijskiego Chicago wygrało dzięki umiejętnemu wyeksponowaniu związków między jeziorem a parkami w centrum miasta, które wraz z przyszłymi obiektami sportowymi miałyby być areną zmagań olimpijczyków. I rzeczywiście, jak się spojrzy na mapę, gdzie zaplanowano rozgrywanie poszczególnych konkurencji, to widać, że większość zawodów będzie odbywała się w downtown, a nie gdzieś na przedmieściach, czy nawet w inych miastach. I tak mi się wydaje, że to może być nasz silny punkt, że igrzyska naprawdę będą odbywać się w mieście, a i sportowcy i kibice będą mogli w miarę szybko i wygodnie dotrzeć na zawody.

Tak sobie myślę, że to byłby niezły czad, jakbyśmy dostali tę olimpiadę. Wprawdzie miasto przez parę ładnych lat przypominałoby plac budowy, ale gdyby dzięki temu ulepszono transport, doszły do tego nowe obiekty sportowe, to ja się podpisuję. Niesamowita promocja dla miasta i kraju, a jak organizatorzy będą mieli głowę na karku, to i niezłą kasę miasto może wyczesać, zwłaszcza że obie ostatnie amerykańskie olimpiady (zimowa w Salt Lake City w 2002 i letnia w Atlancie w 1996) przyniosły zyski. I to jest chyba największy problem – jak wydać miliardy dolców i zarobić jeszcze więcej. Szacowany koszt igrzysk to 29 miliardów dolarów (!!!), ale to i tak nic w porównaiu z Pekinem, które budżet na olimpiadę w 2008 wynosi 40 miliardów. Chicago Tribune opublikowała listę miast-organizatorów igrzysk od 1976 i ich plan wydatków versus rzeczywiste koszty i okazało się, że tylko organizatorzy olimpiady z 1984 w LA właśnie wydali niemal trzykrotnie mniej niż planowali.

Kto za to zapłaci? Burmistrz Daley zarzekał się, że podatnicy nie będą płacić i że raczej system pożyczek i kredytów będzie sposobem na finansowanie igrzysk, ale wiadomo, że i tak my za to zapłacimy. W głosowaniu na stronie Chicago Tribune, w którym wzięło juz prawie 45 tysięcy czytelników, 77% jest „za”. Logo mamy bardzo ładne – niemieszkającym w Chicago wyjaśniam, że płomień olimpijski ma kształt Sears Tower, naszego słynnego drapacza chmur. Co myślicie? Nadajemy się na olimpiadę? Chcemy igrzysk?

piątek, 13 kwietnia 2007
Kobieta upadła

Jestem z powrotem. Przyleciałam wczoraj wczesnym popołudniem i na razie jet lag mnie nie rusza. Melatoniny polecanej przez Hjuston nie kupiłam, bo zapomniałam. Spałam 12 godzin i od rana jestem w robocie, czytając maile, blogi i fora i starając się za dużo nie rzucać szefowi w oczy, aby mi od razu czegoś nie dał do roboty.

Powiem Wam, że tych świąt to ja długo nie zapomnę. Nie tylko dlatego, że jadłam najlepszą chyba kaszankę, jaką w ogóle zdarzyło mi się jeść, że pasztet i pieczony boczek made by mama&tata był prześwietny, że spotkałam się z rodziną i znajomymi, naooglądałam bocianów, krokusów, żonkilii, kwitnących drzew i poodychałam tak zwanym świeżym powietrzem. Zdjęcia jeszcze w aparacie, jak obejrzę i będą jakieś znośne, to wrzucę. Na pewno zapamiętam ten wyjazd z powodu mojej przedświątecznej przygody, o której przypominam sobie ilekroć patrzę w lustro. A było to tak.

W piątek przed Wielkanocą miałam z bratem moim kochanym Adamem, występującym czasem w komentarzach jako Premier, wracać do miasta rodzinnego z Warszawy, gdzie byłam parę dni odwiedzając stare śmieci i znajomych. Z bilecikami na autobus kupionymi dzień wcześniej pojechaliśmy na dworzec PKS. Wysiedliśmy z tramwaju i szliśmy przez tory tramwajowe na drugą stronę Alei Zielenieckiej,  tuż przy Teatrze Powszechnym. Nie wiem do końca jak to się stało, ale myślę, że albo zaczepiłam obcasem o mankiet spodni albo nierówno stąpnęłam, w każdym bądź razie potknęłam się i poleciałam na pysk. Dosłownie na pysk. Wyrżnęłam brodą o tory kolejowe aż mi tylko zachrzęściło w szczęce. Wstałam o własnych siłach, strasznie zamroczona, ledwo stojąc na nogach.

Pierwszą myślą po wstaniu było ile zębów zaraz wypluję na rękę, bo miałam wrażenie, że wszystkie gdzieś mi się przemieściły i były zupełnie nie na swoich miejscach. Ale zębów nie wyplułam. Zobaczyłam za to, że spod brody leci mi krew. Brat, cały przerażony podbiegł do mnie, zajrzał mi pod brodę, oczy zrobiły mu się jak 5 złotych, rzucił niecenzuralne słowo na „k” i zadzwonił po pogotowie. Na co ja się pytam, czy trzeba szyć, a gdy on potwierdził i zaczęliśmy iść w stronę przystanku, abym mogła usiąść, to wedle relacji brata po zrobieniu kroku bezwładnie osunęłam się na ziemię. Jakiś facet złapał mnie na ręce i zaniósł na przystanek, czego w ogóle nie pamiętam, bo obudziłam się już na ławce. Straciłam przytomność na jakieś 10-15 sekund. Pogotowie nie przyjeżdżało, brat się wnerwiał, a ja się trzęsłam z zimna i szoku. W końcu przyjechali, zapakowali mnie na nosze i na sygnale zawieźli do szpitala na Brzeską. Na szczęście nie było tam nikogo czekającego, więc zostałam „załatwiona” szybko. Pielęgniarka, która zobaczyła moją ranę, rzuciła tylko „eee, jeden szew”, na co brat od razu zareagował, że gdzie jeden, to więcej trzeba, gdyż niechęć chirurgów do gęstego szycia jest znana. Gdy przyszedł chirurg, brat jeszcze raz powtórzył, żeby założono mi więcej szwów, na co pan doktor odparł z sarkazem, że z zasady szyją brzydko i szybko, czy jakoś tak to było (Młody, Ty lepiej pamiętasz). Skończyło się na trzech szwach, pod znieczuleniem miejscowym ma się rozumieć i gębą zaklejoną od ucha do ucha.

Brat zadzwonił po tatę i szybko wyjaśnił mu, że jego córka jest kobietą upadłą. Tata wsiadł w samochód i przyjechał nas zabrać do domu. Na miejscu najpierw zobaczyła mnie mama, która tylko załamała ręce nad moim upadkiem, a w święta reszta rodziny. Jajek oczywiście nie poszłam święcić, no bo gdzie do kościoła z takim zaklejonym pyskiem się pchać. Cała rodzina więc biadoliła nade mną przez święta.  Hazbendowi nic nie mówiłam, zobaczył dopiero wczoraj na lotnisku. Szwy zdjęto mi w środę. Rana pięknie się goi, nie jest nawet widoczna aż tak bardzo, bo jest pod brodą. Nie wiem, czy będzie blizna. Podobno mężczyznom blizny dodają męskości. No cóż, ja co najwyżej mogę być kobietą po przejściach (tramwajowych).

21:04, aniabuzuk , Grrr
Link Komentarze (26) »
 
1 , 2