My kind of town

wtorek, 27 marca 2012
Ufff

Nie dostałam zawału przy pakowaniu, chociaż musiałam dokonać łamiących serce wyborów (kolejne buty dla siebie czy książki dla dziecka), żeby zmieścić cały majdan w trzech walizkach (a miałam nadzieję, że uda się polecieć z dwoma). Chociaż swoją drogą to zauważam, że wraz z przyrostem naturalnym w rodzinie ilość walizek rośnie odwrotnie proporcjonalnie, bo pamiętam czasy, gdy latałam do Polski sama z dwoma wielkimi walizami, a teraz zabrałam się z dzieciakami w dwie duże i jedną małą.

Na lotnisku w Chicago zaczęło się źle. Poprzednie dwa razy,  gdy leciałam do Polski hazbend dostawał od obsługi LOT-u na O'Hare wejściówkę, dzięki której przechodził ze mną przez bramki i zostawał aż do momentu, gdy wchodziłam do samolotu. Chyba nie muszę mówić, jak wielkie to było ułatwienie. Tym razem wejściówki nam odmówiono. Podobno zmieniły się przepisy. Nawet nie próbowałam dociekać dlaczego, bo pewnie wytarliby sobie gębę jakimiś bzdurami o bezpieczeństwie i innymi farmazonami. Powiedzieć, że byłam zła to mało. Byłam załamana. Na szczęście w przejściu przez bramki pomógł mi bardzo miły młodzian z obsługi lotniskowej. Nie czekałam w kolejce, przeszliśmy wejściem dla pilotów i stewardes. Chłopak wyłożył bagaż podręczny na taśmę, a ja tylko musiałam zająć się dziećmi. W rękawie pomógł mi z wózkiem.

Potem też było nie za dobrze. Wylot się opóźnił z powodu zapchanych toalet w samolocie. Antu zaczął odstawiać swoje typowe wieczorne wrzaski, a oni nadal w cholerę naprawiali te toalety. Wylecieliśmy z godzinnym opóźnieniem. Da się przeżyć. Już w samolocie poprosiłam o możliwość zmiany miejsca na takie, gdzie można zamontować łóżeczko dla Antu. Oczywiście takiej możliwości nie było, bo ten model Boeinga ma ograniczoną ilość takich łóżeczek i wszystkie były zajęte. Trudno, nie przeskoczę, ale ręce mi opadły. No ale stewardesa uśmiechnęła się do pana, ktory siedział po drugiej stronie przejścia i poprosiła go, aby się przesiadł w inne miejsce. Tym sposobem miałam dla siebie i dzieci 3 miejsca, co w sumie okazało się lepsze niż to łóżeczko.

No proszę państwa, lot z dwójką dzieci to nie przelewki. Przeżyłam, ale co przeszłam, to tylko ja wiem. Nigdy więcej nie polecę sama z dwójką tak małych dzieci. Oczywiście, tych "nigdy więcej" było już kilka - nie polecę w ciąży, nie polecę drugi raz sama z Zosią i nie polecę sama z dwójką dzieci. Ale ten lot dał mi w kość, psychicznie i fizycznie i myślę, że jeśli zdecyduję się po raz kolejny raz, to tylko jeśli dzieci będę miały swoje miejsca i będą większe. 

Oka nie zmrużyłam przez całą noc, więc po przylocie byłam wykończona. Jakby mało mi było atrakcji, to mój wózek przyniesiono do rękawa jako ostatni. Czekałam na niego tak długo, że przede mną pokład opuścili wszyscy pasażerowie i kapitan. Rozumiem, że obsługa naziemna zajęła się w pierwszej kolejności osobami starszymi i niepełnosprawnymi, których leciało naprawdę sporo, no ale skoro przy wchodzeniu do samolotu osoby niepełnosprawne i rodziny z dziećmi mają pierwszeństwo, to nie bardzo rozumiem dlaczego przy wychodzeniu rodziny czekające na wózki zostały potraktowane po macoszemu i wszyscy czekali na nie bardzo długo. No i ta nonszalancja. Stoi tych z obsługi chyba z dziesięć osób, śmieją się, gadają o tym, jak to się upijają, obok matki z dziecmi, 3/4 pasażerów już wyszło, a żaden nie ruszy tyłka, żeby sprawdzić co z tymi wózkami. Pewnie powinnam się cieszyć, że w ogóle mam wózek w rękawie, bo niektóre linie dostarczają je na taśmę z innymi bagażami (no to już jest dla mnie poniżej pasa). Do pomocy z walizkami znalazł się szybko pan z obsługi, więc przynajmniej tu się nie denerwowałam. 

A w Polsce wieje jak w Chicago. Do tego raczej nie za ciepło, więc po ostatnich upałach w Windy City (o czym może przy innej okazji) przeżywam szok termiczny. Drzewa łyse, rośliny dopiero co wyłażą spod ziemi, ludzie w kurtkach i zimowych butach. No ale starsze dziecko przeszczęśliwe u dziadków, młodsze wprawdzie chyba nie wie, co się dzieje i gdzie jest, ale zdaje się, że go to mało obchodzi, a mama opycha się domową szarlotką i czeka na święta. Z pasztetem w roli głównej, oczywiście. I może tym razem bez wypadków na torowiskach

16:10, aniabuzuk
Link Komentarze (17) »
niedziela, 11 marca 2012
Jak Feniks z popiołów

Męczyliście, męczyliście i wymęczyliście nowy wpis, prawie po roku jak słusznie zauważyła Ola w komentarzu pod ostatnim wpisem. Piszę więc sprawozdanie z tego, co się przez ostatni rok zdarzyło i co z tego pamiętam.

Maj-czerwiec 2011:

W Polsce, z brzuchem i Zosią. Tym razem, mimo ciąży, czuję się jak na wakacjach. Zośkę zostawiam na weekendy z dziadkami, a sama zażywam błogiego wypoczyku w Warszawie w mieszkaniu brata i bratowej Eweliny, racząc się lodami (no bo piwem i winem nie mogę), spaniem do dziesiątej rano i spotkaniami ze znajomymi blogowymi i nieblogowymi. Jak mi przypomniała Tranikowa w komentarzu (nie, nie staram się zapomnieć) udało mi się z Zośką odwiedzić ja w Stavanger. Padało po norwesku, Marit Bjoergen nie spotkałam, łosoś był przepyszny. Kolejny raz planuję, kiedy żadna z nas nie będzie w ciąży albo karmiąca, żebyśmy w końcu mogły się razem napić wina. Na ostatnie dwa tygodnie w Polsce przyjeżdża hazbend i zupełnie na wariackich papierach organizujemy weekend we dwoje w Trójmieście. Zośka ponownie z dziadkami, a my wdychamy jod i łazimy po Mariackiej w Gdańsku, Monciaku w Sopocie i Skwerze Kościuszki w Gdyni. Pogoda była wprawdzie beznadziejna, a mi trochę dawały się we znaki hormony ciążowe, ale za to dzięki wyczulonemu zmysłowi powonienia byłam w stanie wyczuć z 200 metrów gofry i dotrzeć do miejsca sprzedaży wiedziona jedynie własnym nosem (ah, co to były za gofry...). W drodze do i z Gdańska mieliśmy okazję zobaczyć oblicze polskich kolei od najlepszej strony (pociąg nówka z klimą i kosmicznymi toaletami), jak i najgorszej, gdy w drodze powrotnej okazało się, że najprawdopodobniej będziemy stać 7 godzin na korytarzu albo w śmierdzącej łazience (w końcu nie staliśmy tylko dlatego, że byłam w ciąży). Osiem tygodni w Polsce to zdecydowanie za krótko. Na lotnisku łzawe pożegania, no bo wiadomo, że za rok z dwójką dzieci nie polecę.

Lipiec-sierpień 2011:

Kilka dni po przyjezdzie wkładając Zosię do felika w samochodzie uszkodziłam sobie jeden z mięśni pleców. Po tygodniu na prochach przeciwbólowych hazbend wysłał mnie na fizykoterapię, którą kontynuowałam do ostatnich dni w ciąży plus dwa zestawy ćwiczeń dziennie w domu. Letnie spacerki z Zosią do parku zostały zastąpione jazdą samochodem, bo więcej niż 4 przecznice nie dałam rady przejść. Lato było gorące, więc było znowu dużo lodów i jeszcze więcej żeberek z grilla (nie samymi lodami kobieta w ciąży żyje). Plan odpieluchowania Zosi przed urodzeniem młodego/młodej nie dochodzi do skutku (do tematu jeszcze wrócę). 

Wrzesień 2011:

W połowie miesiąca przyjechała ciocia Ewelina i mimo bólu pleców życie od razu nabrało kolorów. Nie ma jak mieć przyjaciółkę w domu i razem malować sobie paznokcie albo pić kawkę w ogrodzie. Tydzień przed porodem udaje mi się nawet zabrać ciotkę do centrum i połazić po Millennium Parku, a także pojeździć turystycznym piętrusem. Podczas przerwy na soczek w barze na 96. piętrze Johna Hancocka zaskakuje nas alarm przeciwpożarowy. Było nerwowo, ale nie urodziłam z wrażenia. Dwudziestego trzeciego września (piątek) mówię mojej fizykoterapeutce, że nie umawiam się na następny tydzień, bo wiem, że urodzę w weekend. W tenże sam piątek wyciągam męża do kina na "Drive" (ah, ten Ryan - po co ja męża zabrałam?) i oglądam z próbnymi skurczami, które nawet nieźle dały mi popalić. Młody/a nie spieszy się jednak i daje fałszywe sygnały całą sobotę, aby w końcu ruszyć z kopyta w sobotę wieczorem i po ośmiu godzinach od pierwszych, prawdziwych bóli i pięciu minutach parcia w końcu rodzi się rankiem 25 września, 4 dni przed terminem. Anthony Stefan, zwany przez Zosię baby Antu, mierzy 7 lb 2 oz (3245 g) i 21 cali (53 cm). 

Październik 2011:

Jesień rozpieszcza nas piękną pogodą i choć ledwo patrzę na oczy, mam czas na kawę z ciotką, a nawet jakieś zakupy. W poniedziałki oglądamy "Dancing with the Stars" (jakaś rozrywka mi się należy, nie?) Wszystko dobre, co się szybko kończy i z końcem miesiąca ciocia Ewelina wyjeżdża do Polski, a my zaczynamy odliczać dni do przylotu babci pod koniec listopada. 

Listopad 2011:

Babcia wybiera sobie na przylot jeden z najbardziej wietrznych dni, jakie pamiętam. Tak wiało, że wiatr otworzył nam drzwi sztormowe, trzasnął nimi o balustradę i połamał szybę. Przez 3 tygodnie dom wyglądaliśmy jak dziady z połową drzwi zabitych dyktą (przy dwójce dzieci to, co dałoby się naprawić w 3 dni, zajmuje 3 tygodnie). Motywuje nas przyjazd teściowej na Boże Narodzenie.

Grudzień 2011:

Babcia dostaje za zadanie odpieluchować Zosię. Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Rzucamy się więc na głęboką wodę i puszczamy Zośkę w samych majtkach po domu. Mąż naiwnie wierzy, że dziecko samo zawoła, jak będzie chciało sisi albo kupę. Po sześciu wypadkach przy pracy pierwszego dnia, dzwonię do hazbenda na pograniczu załamania nerwowego, że niech ona sobie z tą pieluchą chodzi do końca świata i jeden dzień dłużej, bo ani ja ani babcia więcej nie zdzierżymy. Na drugi dzień są już tylko 2 wypadki, po tygodniu są postępy w wołaniu, a po dwóch jest sukces. Na święta Zośka jest odpieluchowana. Zostaje tylko pielucha na noc. Boże Narodzenie spędzamy z teściami, Sylwestra w domu z babcią zajadając się sushi zrobionym przez hazbenda.

Styczeń 2012:

Antu zaczyna spać jak człowiek, a ja wracam do kina (patrz Bez popcornu) i nadrabiam zaległości z pierwszych miesięcy po porodzie. Babcia wraca do Polski w drugiej połowie stycznia, a ja w przypływie emigranckiej dżumy kupuję bilety do Polski dla siebie, Zośki i Antu. Lecimy 22 marca, zostajemy do 7 czerwca, a 25 maja dolatuje do nas hazbend na ostatnie 2 tygodnie. Módlcie się za mnie, jak będę sama lecieć z dwójką dzieci, bo to mogą być najcięższe godziny mojego życia. Cała nadzieja, że dostaniemy kołyskę dla Antu, a Zośce nie wysiądą baterie w dvd.

Luty 2012:

Smutne wieści z Ohio. Niespodziewanie umiera ojczym Adama. Spędzamy tydzień z teściową po pogrzebie i planujemy kolejną wizytę w marcu. Antu zaczyna spać gorzej (patrz brak aktywności na Bez popcornu) i tak już niestety zostaje - pobudka każdej nocy.

Marzec 2012:

Weekend w Ohio. W drodze powrotnej rzucało nami jak ulęgałkami w samolocie (nie ma jak ciepłe powitanie w Windy City). Byłam zielona ze strachu, Zośka miała radochę, a Antu był uprzejmy na tyle, że nie zwymiotował. Dzięki, synku. W ostatni piątek dopada mnie "pamiątka" od szwagrów, czyli jakiś syfiasty wirus wymiotno-biegunkowy. Pół piątku w łazience, 3/4 soboty w łóżku. Dziś nadal czuję się jakbym miała kaca. Gdyby nie dwójka dzieci, leżałabym w łożku, oglądała komedie na Netflixie, a mąż donosiłby orientalną zupę hot&sour z pobliskiej knajpy. Mam nadzieję, że na mnie się skończy ten łańcuszek szczęścia. Antu odkąd skończył 5 miesięcy przewraca się z pleców na brzuch. Chyba będzie szybko chodził. Od jakiegoś miesiąca, może półtora mieszczę się w swoje normalne spodnie. Z boków jeszcze ciut za dużo, ale nie jest źle. W ogrodzie przekwitły krokusy (tak, tak, przekwitły), a dziś pojawił sie pierwszy żonkil. 

Na koniec zdjęcia dzieciaków, bo jak nie dam zaraz będzie "A gdzie zdjęcia?": Antu z wiecznie podrapanym czołem i Zośka striking a pose. No to teraz już wiecie, gdzie byłam, jak mnie nie było.

22:31, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (27) »