My kind of town

środa, 30 marca 2011
Pół roku bez internetu

Artykuł o tym, że Susan Maushart, samotna matka trójki nastoletnich dzieci odłączyła ich na pół roku od internetu, komórek, iPodów i iPhonów, Wyborcza opatrzyła podtytułem "Drastyczny eksperyment". No chyba trochę przesadzili z tą drastycznością, mimo iż dobrowolne odcięcie od internetu wydaje się w dzisiejszych czasach dość radykalnym posunięciem. Tzn. było to dobrowolne w przypadku Susan, a już znacznie mniej dla jej dzieci, które mogły korzystać z komputera tylko w szkole i u znajomych.

Dlaczego to zrobiła? Stwierdziła, że wszyscy - i ona i dzieci - były uzależnione od internetu, komórek i wszelakich elektronicznych gadżetów. Opisała sytuację, gdy każdy zamykał się w swoim pokoju ze swoimi zabawkami i tylko dźwięk przychodzących esemesów potwierdzał, że w domu są żywi ludzie. Postanowiła więc z tym skończyć. Zaczęła - tu się zgodzę - drastycznie od pozbawienia rodziny elektryczności na dwa tygodnie, a następnie przez pół roku zbanowała w domu internet i powiązane z nim gadżety.

No muszę przyznać, że pomysł był hard core. To tak jakby cofnąć się o dobre 10 lat. Korzystam z internetu codziennie i na dłuższą metę nie wyobrażam sobie życia bez niego. Ostatni raz, gdy byłam przez tydzień bez żadnej możliwości sprawdzania maili czy czytania o tym, co się dzieje na świecie, zdarzył się w 2008 r., gdy byłam na wakacjach na Jamajce. I wcale mi go nie brakowało, wręcz przeciwnie. No ale tydzień to nie 6 miesięcy. Nie wiem, czy jestem uzależniona. Nie sprawdzam poczty, gdy tylko otworzę oczy, ale otwieram laptopa, gdy jem śniadanie. Laptop jest otwarty generalnie cały dzień, więc z reguły czytam gazety oraz nową pocztę i sprawdzam FB. Gdy kilka tygodni temu miałam problem z netem przez 3 dni i jedyne, co działało to poczta, nie przeżywałam tortur i nie zawiadomiłam wszystkich wokoło, że nie mam internetu. Spokojnie przeczytałam książkę w 3 wieczory. Nie mam smart-phone, a staroświeckiego dumb-phone'a bez możliwości odbierania maili. Zresztą, z komórki byłoby mi łatwo zrezygnować i ostatnio się zastanawiałam, czy ona w ogóle jest mi potrzebna. Nie mam planu, czy też kontraktu z żadnym operatorem, używam pre-paida, bo nie mam zwyczaju gadać przez komórkę przez pół godziny. Od tego mam telefon domowy, ale w zasadzie jest to telefon przez internet (Voice over IP). W styczniu pozbyliśmy się kablówki.

Czy sprawdzanie poczty po 5 razy i korzystanie z internetu codziennie, to nałóg, czy standard, jak kiedyś czytanie gazety oraz oglądanie "Dziennika" o 19:30? Skłaniałabym się ku czemuś w rodzaju społecznie usankcjonowanego nałogu tego stulecia.

21:29, aniabuzuk , www
Link Komentarze (6) »
środa, 23 marca 2011
Dżarek Łysaki, czyli jak polubiłam Jarka

Przysięgam z ręką na sercu, że nie miałam zamiaru ponownie robić tak długiej przerwy. No tak wyszło, o czym może kiedy indziej. Wpis o Dżarku chodzi za mną już od dawna, a dzisiaj pani Tranikowa podstępnie połechtała moją ambicję na Facebooku, mówiąc, że lubi ludzi z Chicago, czyli mnie i Dżarka. Ah, starym znajomym się nie odmawia, więc mówisz Tranikowa i masz. Dziś będzie o nowym hero z Chicago, czyli Dżarku Łysakim.

Fox wystartował parę tygodni temu z nowym serialem "The Chicago Code". Wcześniej widziałam artykuł w Tribune, że Polish cop jest głównym bohaterem. No i to właśnie jest nasz Dżarek Łysaki: niepokorny i niestandardowy glina z Chicago. Ulepiony z polskiej gliny, ma się rozumieć, stąd to bardzo polskie imię i nazwisko*. Dżarek to chicagowski twardziel o gołębim sercu, który oczywiście prędzej umrze niż to okaże. Do tego niezły babiarz - zaręczony z młodszą o kilkanaście lat dziewczyną, a na boku bzykający się z byłą żoną. No bardzo nie po polsku i katolicku, proszę pana. Oprócz skomplikowanego życia prywatnego, Dżarek ma też skomplikowane życie jako policjant, gdyż pracuje dla bardzo atrakcyjnej pani nadkomisarz (czekam oczywiście, czy coś z tego będzie), niejako poza nadzorem innym policjantów. Nadkomisarz Teresa Colvin chce bowiem przygwoździć jednego z chicagowskich radnych, skorumpowanego Gibbonsa i do tego potrzebuje swojego dawnego kolegi z patrolu, czyli naszego polskiego bohatera. No i wokół tego oraz wokół typowej policyjnej roboty kręci się serial.

Kręci się całkiem nieźle. Na początku myślałam, że jak cały serial będzie tylko wokół Gibbonsa, to będzie nuda, no bo ile można rozpracowywać szemranego polityka. No ale okazało się, że w akcję wpleciono inne wątki i "The Chicago Code" ogląda się bardzo fajnie. Dla kogoś z Chicago lub znającego miasto są piękne widoki z centrum, mniej piękne z mniej okazałych dzielnic, zawsze dobre chicagowskie hot dogi oraz specjalność Wietrznego Miasta, czyli korupcja, mafie i lewe interesy, słowem welcome home. Dżarek, grany przez rodowitego Australijczyka, wygląda jakby urodził się na Jackowie, choć z tego, co pamiętam w serialu urodził się chyba na Saucie w Chicago, cytując rodzimego artystę. Ba, raz nawet poszedł do jakiegoś kościoła w południowej stronie miasta. Polską chłop ma gębę, nie sądzicie?


Wprawdzie jak mu nie obetną tych kędzierzawych loków w następnych odcinkach, to nie wyrobię, no ale ogólnie chłop wygląda całkiem nieźle. Dżarek ma bratanicę o równie polsko brzmiącym imieniu Vonda, która również pracuje jako glina. Dżarek trochę jej ojcuje, po tym jak jej ojciec, czyli brat Dżarka - także policjant - zginął na służbie. W każdym odcinku Polish hero pakuje się w jakieś kłopoty, a wraz z nim jego młody partner Caleb Evers, po którym Dżarek jeździ za to, że woli Cubsów od Soxów (Dżarek, jak prawdziwy Polak wychowany na południu, kibicuje White Sox).

Dżarka najłatwiej spotkać w poniedziałkowy wieczór na Foxie. Można też na stronie Foxa, niezależnie od pory dnia i nocy, ale jak znam życie to tylko ci po tej stronie kałuży mogą go oglądać, bo w Europie pewnie już się nie da. Tzn. pewnie się da, ale nie ze strony Foxa.

*Dżarek Łysaki, czyli po naszemu Jarek Wysocki. Bardzo po polsku, prawda?