My kind of town

poniedziałek, 30 marca 2009
Rodaków przygody i konsularne niewygody

Nadeszła wiekopomna chwila, kiedy w końcu trzeba było ruszyć tyłek i zająć się wyrobieniem paszportu amerykańskiego oraz odnowieniem polskiego, przeterminowującego się w lipcu.

Zaczęłam od amerykańskiego, bo miałam przeczucie, że będzie to proces łatwiejszy i przyjemniejszy niż wizyta w konsulacie. Znalazłam stronę, na której miałam do wyboru albo wypełnić online aplikację paszportową albo wydrukować ją i wypełnić odręcznie. Wybrałam wariant pierwszy. Czas wypełnienia: 15 minut. Potem szybki spacer na pocztę w centrum, odszukanie właściwego okienka, przy którym nie było żadnych interesantów, złożenie wniosku ze zdjęciami, zapłata i do domu, biura znaczy się. Czas całkowity z dojściem na pocztę i powrotem do firmy: 20 minut. Czas oczekiwania na paszport: 4 tygodnie, dostawa do domu.

Now, ladies and gentlemen, wizyta w polskim konsulacie. Tym samym dołączam w opowieściach konsularnych do Big Apple i Misekdomleka, którzy mieli (nie)przyjemność wizytować placówki w Nowym Jorku i Waszyngtonie. Na początek rozwiano moje nadzieje, że wniosek paszportowy wypełnię sobie online. Jak wyczytałam, wniosek drukowany jest na specjalnym papierze i dlatego nie jest dostępny w internecie, a tylko w konsulacie. No cóż. Co mi tam. Mogę śmigać trzy kopie tego samego wniosku odręcznie.

Docieram do konsulatu. Byłam w nim wcześniej tylko raz, zaraz po przyjeździe do Chicago i zapamiętałam jako ciemne i ciasne pomieszczenie w stylu późnego PRL-u. Pięć lat później - no nie pogadasz. Przeszklona sień, za nią poczekalnia ze skórzanymi fotelami i sofami, podwieszane sufity, nowoczesne żyrandole, plazma z TVN24, maszyna do numerków dla interesantów i ludzi w cholerę. Najpierw szukam wniosków. Specjalny papier okazuje się być czymś w rodzaju papieru technicznego. Ani żadnych znaków wodnych, ani zatopionych kłaczków materiału uniemożliwiających fałszerstwo, ot zwykły, grubszy papier. No ale przecież specjalny. Obok jakiś młody facet wypełnia swój wniosek i słyszę jak sobie pomaga na głos: "Kurwa, ja pierdolę, jeszcze ta franca". Od razu robi się swojsko. Wypełniam swoje i biorę numerek. Mój numer 07, numer aktualnie obsługiwanego interesanta 95. O w mordę.

Godzinę i kwadrans później, w końcu wyświetla się 07. Zgrzytam już zębami i myślę, jak czegoś się czepią, to nie wyrobię. Zdjęcia mojej gęby robione przez Ewę przechodzą. Wnioski przechodzą. Stary paszport zostaje, ja bulę 132 dolce za nowy i tymczasowy paszport i do domu, znaczy się do biura. Czas całkowity z dojechaniem i powrotem do firmy: 2 godziny, 35 minut. Czas oczekiwania na paszport tymczasowy: 1 miesiąc, na 10-letni: 5 miesięcy (?!). WTF?

I w sumie wszystko byłoby nawet cacy (przeżyję nawet jakoś te 5 miesięcy), gdyby nie to, że będę musiała tam jeszcze dwa razy jechać po odbiór obu paszportów i czekać w żółwio-wlokącej się kolejce. Bo tak poza tym, to "Rodaków przygody i konsularne niewygody" okazały się nie aż takie tragiczne (trochę szkoda, bo miałam nadzieję na jakiś pikantny wpis).
środa, 18 marca 2009
Uwaga na policjantów
Jechałam wczoraj wieczorem na stację Metry odebrać męża, jak zwykle po Irving Park Rd. Tuż przed Cicero nagle zobaczyłam czerwone światła stopu samochodu przede mną i sama dałam ostro po hamulcach, tak że wszystko z siedzenia pasażera poleciało na podłogę. Dorzuciłam słowo niecenzuralne, po czym zobaczyłam, co było przyczyną gwałtownego hamowania. Samochód przede mną hamował, gdyż ktoś z zaparkowanego po jego prawej stronie radiowózu nagle otworzył drzwi. Przy samochodach poruszających się przynajmniej 30 mil na godzinę. Po czym z radiowozu wytoczył się policjant, machnął przepraszająco ręką do kierowcy samochodu przede mną i poszedł sobie.

Normalnie ręce mi opadły, bo szczerze mówiąc, gdybym to ja była na miejscu tego auta przede mną, to nie wiem, czy zdążyłabym zahamować. Pierdziu, że wywaliłabym glinie drzwi i pogruchotała Baśkę. Co by było, gdybym tego glinę stuknęła? Ja albo gość z auta z przodu?

Przypomina mi to historię mojego teścia, który miał to nieszczęście, że w tyłek jego samochodu wjechał radiowóz. Teść z miejsca dostał mandat i notkę do historii kierowcy za spowodowanie wypadku. Teść się wkurzył i postanowił dochodzić swojego przed sądem. Wynajął adwokata i ostatecznie uzyskał uznanie winy policjanta za spowodowanie wypadku, anulowanie mandatu i wpisu do historii. Wszystko byłoby cacy, gdyby nie to, że adwokat, który kosztował teścia $500, powiedział mu na koniec "Widzisz, sprawiedliwość działa". Jasne. Ten pan natomiast chyba nie będzie miał tak łatwo.
20:40, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (13) »
piątek, 13 marca 2009
Wiosna w Chicago

Dla porównania z Houston wiosna w Chicago (chociaż tak naprawdę to nie ma porównania), która podobnoż ma do nas przyjść za tydzień. Poczekamy, zobaczymy.

Drzewa nadal łyse, ale są pierwsze pączki.

Te przebiśniegi znalazłam tam gdzie i rok temu, w okolicy Old Irving Park.


Tych kwiatków nie rozpoznaję. Wyglądają trochę jak kaczeńce.


Pierwsze krokusy z mojego ogródka.


Jeśli zaś chodzi o faunę, to pamiętacie mojego bociana, którego dostałam od rodziców? Latał, latał i wylatał.

17:36, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (67) »
czwartek, 12 marca 2009
Nowa nazwa i dawni ulubieńcy
Nicht gut. Sears Tower przestaje być Sears Tower i od lata będzie się nazywał Willis Tower, od nazwy firmy ubezpieczeniowej, która wprowadza się do budynku. To się nadaje do prasy, jak mawiali w "Czterdziestolatku" i koniec świata, jak mówił Popiołek. A skoro mowa o telewizji, to dziś na NBC o 9 pm prawdziwy hicior dla tych, którzy (które?) lata temu oglądali George'a Clooneya jako doktora Douga Rossa w "Ostrym dyżurze". Doktor Ross, którego kochały kobiety, pacjenci i zwierzęta wraca dziś bowiem do serialu, akurat na parę tygodni przed zakończeniem całej serii. Dodatkowo w odcinku będą inni aktorzy, którzy zniknęli z niego po paru sezonach. Takiej gratki nie mogę przepuścić, więc wiadomo, gdzie mnie znaleźć o 9 wieczorem.
21:32, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (17) »
wtorek, 10 marca 2009
Wiosna w Houston

Już gdzieś to pisałam, ale bardzo lubię wyjazdowe dwu- albo trzydniowe weekendy, po których czuję, że ostatni dzień pracy przed wyjazdem był bardzo, bardzo dawno temu. Tak też było i tym razem przy okazji drugiego wyjazdu do Teksasu (pierwszy można sobie obejrzeć tutaj, a poczytać tutaj).

No i jak poprzednio, żyć, nie umierać w tym Teksasie (w marcu albo kwietniu hehe). Kwiatki zaczęły kwitnąć, ptaki świergolić, pogoda idealna na to, żeby pochodzić wśród azali i popozować do zdjęć dla mam i babć.

 

Hazbend akurat obchodził urodziny, więc w piątek była tarta ze świeczkami i popijanie dwudziestoletniej whiskey po pysznych fajitasach a'la pan Hjuston. W sobotę pojechaliśmy obudzić aligatory w Brazos. Franek był chyba trochę rozczarowany, że w większości spały albo chowały się na przeciwległym brzegu, ale za to piknik udał się przednio. Na świeżym powietrzu jedzenie smakuje dwa razy lepiej.

W niedzielę Hjuston podrzuciła nas do Menil, gdzie w tamtym roku zdążyliśmy tylko zajrzeć i zachwyciła nas ta wspaniała prywatna kolekcja malarstwa i etnicznych rzeźb. Zrobiliśmy więc postanowienie, że do Menil przyjedziemy na dłużej.

Ah, ah, ah. Pierwsza galeria (nasza zdecydowanie ulubiona) i surrealistyczne obrazy Rene Magritte (Pyza, co za używanie), do tego mój coraz bardziej ulubiony Fernand Leger, Matisse, Gris i tradycyjnie koślawy Picasso mogłyby wystarczyć za śniadanie, lunch i kolację. Ale było więcej i smaczniej. Państwo de Menil przez lata zgromadzili arcydzieła sztuki nowoczesnej, etniczne figury z najdalszych zakątków świata, aby w końcu udostępnić to wszystko za darmo zwykłym zjadaczom chleba. Prawdziwi marszandzi, filantropi i humaniści. Do tego ich kolekcja została zgromadzona w budynku, który ma w sobie coś urzekającego i niemal magicznego. Może to biało-szary, kojący kolor budynku, jego prostota, może okolica i zieleń.

Oprócz głównego budynku, w skład kolekcji wchodzi galeria Cy Twombly'ego, którą widzieliśmy rok temu i trzy inne budynki, z których zajrzeliśmy do dwóch. Pierwszy to Richmond Hall i instalacja Dana Flavina, którego parę projektów znajduje się również w chicagowskim MCA. Całkiem spory budynek został oddany tylko i wyłącznie na potrzeby projektu wyglądającego w skrócie jak 30 kolorowych jarzeniówek po jednej stronie budynku i 30 po drugiej. Pośrodku zupełnie nic, poza chłodnym powietrzem z naparzających klimatyzatorów i dwoma turystami (mną i mężem). Miałam mieszane uczucia. Z jednej strony cóż za oddanie sztuce, a z drugiej cóż za marnotrawstwo przestrzeni.

                                       Zdjęcie ze strony menil.org 

Jeszcze bardziej zmieszała mnie Kaplica Rotho, wyglądająca z zewnątrz, jak bunkier, a w środku jak więzienie. W rzeczywistości wygląda to gorzej niż na zdjęciu - ciemno i klaustrofobicznie. Mnie osobiście wygląd kaplicy nie przekonał i miałam wrażenie, jakby autor chciał powiedzieć, że w dzisiejszych czasach nie ma czasu na modlitwę, stąd po co zdobienia i ozdoby, skoro można swoją prośbę do Boga wyklepać na betonowej podłodze i szybko wyjść. Może dlatego, że miałam akurat sporo czasu, nie przyszło mi do głowy modlić się o cokolwiek.

                                            Zdjęcie ze strony menil.org 

No i ani się człowiek nie obejrzał, a już była niedziela i trzeba było zbierać graty. I tak jak napisała Hjuston, następny raz będzie w Chicago, może latem, kiedy będzie można popływać w Michiganie i zrobić na grilu żeberka a'la mąż i hot dogi w stylu chicagowskim. See ya later, alligator.
środa, 04 marca 2009
Chicagowska Polonia, czyli małpy kontra orły

Dostałam dziś rano mailem od Hjuston artykuł z "Polityki" o chicagowskiej Polonii, a zaraz potem przeczytałam, że ten sam artykuł zainteresował autora blogu resvaria.net w tym wpisie. Wypada więc napisać dwa słowa (okay, więcej niż dwa) w polemice z dziennikarzem "Polityki", który na początek artykułu przytacza słowa Stefana Niesiołowskiego nazywającego chicagowską Polonię "małpiarnią", głównie w odniesieniu do ostatnich kłopotów finansowych ministra Czumy.

Czy czuję się obrażona słowami Niesiołowskiego? I tak i nie. Tak, gdyż wedle mojego rozumienia tego słowa, chicagowskie małpy to ludzie niewykształceni, nieznający angielskiego, niezasymilowani z lokalną kulturą i bez chęci na zmianę. Nie, gdyż osobiście nie należę do żadnej z tych kategorii, a nie lubię gdy wszystkich wrzuca się do tego samego worka.

Jest w Chicago wielu Polaków, którzy osiągnęli tutaj sukces mierzony nie tylko miarą polską, ale i amerykańską: lekarze, prawnicy, czy przedsiębiorcy. Spotykając przypadkowych ludzi i mówiąc im, że jestem z Polski, często słyszałam, że jesteśmy hard working people (ciężko pracującymi ludźmi), że Wałęsa, że papież. Często jednak po zdaniu, że pochodzę z Polski zapadała cisza, a po przerwie padały grzecznościowe słowa o kiełbasie i pierogach. Nikt nigdy nie powiedział mi nic nieprzyjemnego o Polakach, ale myślę, że stereotyp Polaka w Chicago ma się dobrze, zarówno wśród Amerykanów, jak i samych Polaków.

Kim bowiem jest przeciętny Kowalski w Windy City? Pracuje albo "na kontraktorce", czyli fizycznie na budowach albo jeździ "trokami" (ciężarówkami), a jeśli jest kobietą najczęściej sprząta "domki" lub pracuje w sklepie. Nie każdy, oczywiście, kto pracuje fizycznie to tłumok i wieśniak i daleka jestem od takich stereotypowych uogólnień, ale stereotyp ma to do siebie, że utrwala powtarzane schematy, zwłaszcza wśród ludzi, którzy nie mają dużej wiedzy na temat. Trudno sobie wyobrazić, aby spośród kilkuset tysięcy żyjących tu Polaków wszyscy pracowali na budowach lub w serwisach sprzątających, ale taka opinia utrwaliła się przez dziesiątki lat i niewiele się zmieniło w tym, jak postrzegają nas inni. Sami też na tę opinię zapracowaliśmy.

Autor pisze, że Polacy tworzą zamkniętą enklawę skupioną wokół ulicy Milwaukee, zwaną Jackowem. Tam robią zakupy, tam rozliczają podatki, tam czują się jak u siebie, bez konieczności porozumiewania się po angielsku. Takie Jackowo istnieje i mimo iż kurczy się, funkcjonuje nadal. Ale podobne enklawy mają również inne nacje. Czy Meksykanie mieszkają masowo w Lakeview, czy może jednak podobnie jak Polacy głównie w północno-zachodniej części miasta? Gdzie mieszkają Hindusi i Chińczycy? Każdy wie, że pierwsi wzdłuż ulicy Devon, a drudzy w okolicach Chinatown. Polacy więc nie wyróżniają się pod tym kątem bardziej niż inne grupy, toteż ten argument uważam za nie do końca trafiony.

Autor artykułu wspomina, że Polonia tak naprawdę nigdy nie miała porządnej reprezentacji we władzach lokalnych, o szczeblu narodowym nie wspominając. Przy całym szacunku dla rodaków, czy nie bierze się to trochę stąd, że nie ma wśród chicagowskiej Polonii wielu osób z zapleczem intelektualnym, zdolnościami przywódczymi, chęcią zmiany wizerunku Polonii wśród Amerykanów oraz zwitalizowaniem środowiska polonijnego? Jakby nie patrzeć, przez lata napływali tutaj rodacy, którym w Polsce się nie przelewało - ludzie prości, bez gruntownego wykształcenia. Emigracja solidarnościowa przyniosła Polonii zastrzyk inteligencji, ale ze względu na zmiany historyczne, po krótkim okresie prosperity dla Polonii za rządów Reagana, nasze znaczenie jako grupy etnicznej ponownie spadło.

O Polonii można powiedzieć wszystko, ale nie to że jest to grupa postępowa i liberalna. W wyborach zawsze wygrywają tutaj kandydaci prawicy, czasem nawet z odchyleniem ultraprawicowym. W ostatnich wyborach parlamentarnych w cuglach wygrał PiS. Zmiana status quo interesuje niewielu. Skąd ma więc przyjść rewolucja polonijna? Od ludzi takich jak były prezes Kongesu Polonii Amerykańskiej, wykrzykujący antysemickie hasła? Żadna organizacja polonijna nie ma tak naprawdę znaczenia ani dla samych Polaków ani dla środowiska amerykańskiego. Zrzeszają one bowiem głównie ludzi, dla których liczy się "konik i szabelka", ciągła i nieustająca walka z komuną (lub innym wrogiem narodu) i mity o wielkiej Polsce. Ktoś, kto ma głowę na karku, a w w niej trochę oleju trzyma się od takiego towarzystwa z daleka. Koło się zamyka, zostajemy w naszym Ciupago z prawicowymi oszołomami. Czasem ktoś polskiego pochodzenia próbuje przebić się do władz, jak wczoraj w wyborach uzupełniających do Kongresu dr Foryś (bez powodzenia), ale to tylko woda na młyn. Brakuje wśród Polonii świeżej napływowej krwi, takiej która dotarła do Wielkiej Brytanii po 2004 r. Problem polega na tym, że taka grupa nigdy tutaj nie dotrze. Bez możliwości legalnej pracy, ubezpieczenia zdrowotnego na emigrację do Stanów decydują się nieliczni lub tacy, którzy mają tutaj albo perspektywy zawodowe gwarantowane przez potencjalnego pracodawcę albo ze względów osobistych.

Choćbym więc nie wiem, jak bardzo chciała i wytrzeszczała oczy, to za cholerę nie mogę zobaczyć, że chicagowska Polonia jest inna niż ta opisana w artykule "Polityki". Parę jaskółek wiosny nie czyni. Może nie "małpiarnia", ale na pewno i nie woliera dla polonijnych dumnych orłów.
wtorek, 03 marca 2009
XI przykazanie: abyś taśmę ze sobą w aucie woził(a)

Pojechałam ci ja sobie w niedzielę do centrum handlowego Old Orchard na przedmieściach. Dzień wybrałam idealny do chodzenia alejkami na świeżym powietrzu między GAPem, Zarą i Benettonem - rześkie -10C, padający w oczy śnieg i tradycyjny chicagowski zimowy zefir. Około 6 po południu skończyłam kupowanie i ruszyłam do samochodu. No i widzę, że zdążyło już tyle napadac śniegu, że muszę odśnieżać. No to cóż, otwieram tylne drzwi, biorę szczotkę i odgarniam. Po czym wrzucam szczotkę z powrotem na tylne siedzenie i zamykam drzwi. No i zonk. Drzwi się nie zamykają. No choćbym nie wiem, jak je pchała i nimi trzaskała nie dadzą się zamknąć. Przeklinanie po polsku i angielsku na zmianę też nie pomaga. Zaczyna się robić wesoło.

Zapomniałam bowiem, że gdy jest bardzo zimno, tak właśnie sie dzieje z tylnymi drzwiami w Baśce. Przy większym mrozie drzwi sie nie zamykają, choćby nie wiem co. Ponieważ od ostatniego incydentu z drzwiami, kiedy to w grudniu byli u nas teściowie i teść musiał je trzymać przez pół godziny dojazdu do domu z knajpy, minęło 3 miesiące, zdążyłam zapomnieć, żeby pod żadnym pozorem ich nie otwierać, gdy na dworzu popierducha. No wiec wygląda to tak, że jestem na przedmieściach w centrum handlowym, kawałek od domu, pada śnieg, na dworzu -10, godzina szósta po południu, robi się coraz zimniej, chce mi sie sikać i jeść i nie ma szans, żeby te cholerne drzwi się zamknęły.

Pierwsza rozwiązanie, jakie przychodzi mi do głowy, to ma się rozumieć duct tape. Obkleić drzwi taśmą z góry, z boku i podskoku i furda do domu. A jakie zdjęcie bym miała na bloga. No ale oczywiście, ja pierwsza fanka taśmowa nie mam za sobą nawet kawałeczka taśmy i oczami wyobraźni widzę piękną rolkę leżącą w domu. Aaaaaaa! Jako rozwiązanie numer dwa, zadzwoniłabym po hazbenda, żeby przyjechał i trzymał drzwi w drodze do domu. Ale mąż akurat w weekend pojechał do Ohio odwiedzić chorą ciotkę i znajomych. No pięknie. Dzwonię do niego mimo wszystko, bo może coś mi powie o tych drzwiach, czego ja nie wiem. Oczywiście telefonu nie odbiera. Dzwonię raz, drugi, trzeci. W końcu przypominam sobie, że chyba mam w komorce numer do jego kolegi, którego on miał odwiedzić. Alleluja, jest numer. Dzwonię. Zrzadzeniem losu mąż akurat jest razem z kolegą. No wiec wściekła jak osa mówię, że "F..ing doors are not closing and what the f..ck am I suppose to do"? On, że pogada z kolegami (bo okazuje się, że drugi dobry kolega też jest z nimi jest) i do mnie zadzwoni za 5 minut.

W miedzyczasie, ja otwieram bagażnik i szukam jakiegos sznurka. Sznurka nie ma, ale są bangee cords, mocne gumy ze 30-40 cm długości, zakończone hakami. Dobra moja, lepsze niż sznurek. Cieszę się jak dziecko. Dzwonię do męża powiedzieć mu, że spróbuję je jakoś zamocować. Ale nie bardzo mam gdzie te haki zaczepić, chyba że zrobię dziurę w tapicerce drzwi, co mi się średnio uśmiecha. Jedyne miejsca, gdzie jako tako mogę je zamocować, to schowki na dole drzwi. Wiążę oba bungee i zahaczam je o obie pary drzwi. Gumy napięte, ale drzwi trzymaja się na słowo honoru. Wpadnę w dziurę albo przy skręcie otworzy je siła odśrodkowa i po drzwiach. Hazbend oddzwania z planem, zaczyna mi tłumaczyć, jak zaczepić te gumy, aby lepiej trzymały i...
1. pada mi bateria w komórce,
2. widzę znajomego na parkingu, więc drę się do niego, żeby mnie zauważył,
3. powiewa silny wiatr (Windy City w końcu) i podtacza mi pod koła rolkę taśmy,
4. wszystkie powyższe,
5. a jeśli nie żadna z powyższych, to co?
16:49, aniabuzuk , Grrr
Link Komentarze (18) »