My kind of town

sobota, 29 marca 2008
Godzina po ciemku

W sobotę, tj. jutro (a dla niektórych już dziś) o ósmej wieczorem mamy podobno wyłączyć na godzinę wszystkie urządzenia elektryczne w domu/szkole, czy pracy, gdziekolwiek akurat się znajdujemy i dołączyć do Earth Hour, będącej manifestem w sprawie zmniejszenia zużycia energii. Ciekawi mnie, czy na tą okoliczność przygotowali się nasi znajomi, którzy mają jutro ślub i wesele. Zastanawiam się, co robili by goście po ciemku. Do akcji nie dołączę, bo będę właśnie na tym weselu i jeśli wyłączą światło ściągam szpilki i wkładam nogi na stół.

05:39, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (5) »
piątek, 28 marca 2008
Zaprawa przed Teksasem

Weekendowy wypad do krainy kowbojów (lub „kombojów”, jak to wymawiałam w dzieciństwie) zbliża się wielkimi krokami. Pomyślałam więc, że trzeba poczynić pewne przygotowania do wyprawy i zaprawić się przed pierwszą wizytą w rodzinnym stanie Dżordża Dablju. No wiecie, jak mi zza rogu wyskoczy dryblas z dwoma koltami przy boku, to żebym wiedziała, czy mam strzelać z biodra, z półobrotu, czy z użyciem lusterka z puderniczki. W sukurs przyszedł mi Suntimes, który akurat (good timing) opublikował listę miejsc w Chicago, gdzie można poczuć teksańskiego ducha.

Zacznijmy się więc od sprawy kluczowej w Teksasie, czyli broni. Radzą mi wizytę na strzelnicy w Elmwood Park za $10 dolarów od łebka z 25 stanowiskami strzelniczymi. Broni generalnie nie lubię, ale może jednak powinnam potrenować. W końcu nigdy nic niewiadomo.

Rodeo w Houston mnie wprawdzie ominęło, ale od czego Illinois Gay Rodeo Association, które, oprócz standardowych konkursów ujeżdżania dzikich koni i jazdy na byku, organizuje takie ciekawe zawody, jak wyścig drag-queens albo ubieranie kozy w męskie bokserki. Sounds good to me.

Przed rodeo warto też się zaprawić, więc mogę wpaść do Hogs&Honeys i dosiąść mechanicznego byka, co zawsze chciałam zrobić, więc czas najwyższy, bo potem to tylko Kindern, Küche, Kirche. Z kolei w Cadillac Ranch mogę spróbować tzw. line dancing (tutaj w trochę czerstwej, ale za to krótkiej wersji), którego również zawsze chciałam się nauczyć, żeby nie czuć się totalnym outsiderem, gdy laski z biura biegną na parkiet w czasie imprezy bożonarodzeniowej i wywijają jakieś układy taneczne, o których ja nie mam pojęcia, więc siedzę i piję z rozpaczy, z czego oczywiście nic dobrego nie wynika.

Do line dancing muszę mieć jednak kowbojki (kowbojski kapelusz już mam), więc nie ma rady na układy i muszę sobie takie fundnąć w sklepie Alcala's Western Wear. Do tego obowiązkowo pas na sześciostrzałowy rewolwer i skórzane portki zakładane na dżinsy do jazdy konno i zaganiania krów na ranczo.

Powinnam też zamówić w jednej z polecanych knajp Texas BBQ, popić tequilą, postudiować pilnie hiszpański we wtorek i na koniec – sprawa kluczowa – nauczyć się chodzić chwiejnym teksańskim krokiem jak John Wayne. Wtedy będę gotowa, aby za tydzień stawić czoło drabom zza houstońskiego rogu.

W następnym odcinku przedteksańskich opowieści sprawdzę swój stan wiedzy o Teksasie i przygotuję listę miejsc oraz rzeczy, ktore chciałabym zobaczyć w czasie weekendu. Stay tuned.

wtorek, 25 marca 2008
Made in Chicago

Pisałam kiedyś o osiągnięciach naukowych, którymi może pochwalić się Chicago. Dziś część druga, ale tym razem wynalazki mniej naukowe, a bardziej życiowe. W Wietrznym Mieście wyprodukowano pierwsze rolki, na których może potem jeździć Lonelystar. Nie wiem wprawdzie, czy przypominały te obecne, bo powstały już w 1884 r., więc może koleżanka miała by więcej problemów z jazdą, choć – jak wielokrotnie widziałam na ulicach – kobiety przemieszczające się starymi środkami transportu, np. mercedesem kabrio z lat 60. wzbudzają żywe zainteresowanie płci przeciwnej, więc zapewne i rolki były dobrą metodą na podryw.

Po wyczerpującej jeździe można posilić się hamburgerem ze stołówki. Stołówki, zwane tutaj cafeteria to również wynalazek chicagowski z 1895 roku. Parę lat po powstaniu stołówek ktoś musiał wykumać, że do krojenia mięsa na masową skalę przydałaby się maszyna i wymyślił pierwszą w Ameryce krajalnicę, na której z pewnością parę osób obcięło sobie place albo i inne organy. No ale nic to, bo zaraz w potrzebie był pierwszy bank krwi (1937), gdzie można było dostać odpowiednią krew dla delikwenta bez palców. Albo innych organów. Oczywiście do banku trzeba było najpierw dojechać, więc tu w sukurs przyszła pierwsza kolejka naziemna, w Chicago zwana „L”, z której do dnia dzisiejszego korzystają setki tysięcy ludzi. Widzi się czasem pomazane farbą wagony kolejki, co jest zasługą farby w sprayu, wyprodukowanej w Chicago w późnych latach 40. ubiegłego wieku.

Chicago jest też miejscem powstania pierwszej telewizyjnej opery mydlanej w 1949, więc na dobrą sprawę można powiedzieć, że stąd wywodzą się seriale-tasiemce, jak „Moda na sukces”, „Santa Barbara”, czy uwielbiany w porze lunchu w pracy „All My Children”. No i nie pozostaje nic innego, jak zasiąść w fotelu przed telewizorem i rozpiąć spodnie niczym nieodżałowany Frank z „Everybody Loves Raymond”. Zamek błyskawiczny wyprodukowano w Chicago w 1896.

poniedziałek, 24 marca 2008
Tytuł Wy wymyślcie

Matko, jest tak cholernie nudno dziś w robocie, że aż muszę o tym napisać. No i nie mam zupełnie woli do pracy, wiedząc, że w Polsce jeszcze święta. A tutaj normalny, beznadziejny i zimny poniedziałek. Nudzę się więc jak mops i łażę po stronach linii lotniczych szukając promocji lotniczych na Memorial Day weekend, ale jak na razie najlepsze okazje znalazłam do tak pasjonujących turystycznie miejsc, jak Little Rock w Arkansas, Omaha w Nebrasce, czy Birmingham w Alabamie. Nie mam nic do Nebraski, ale marzy mi się Floryda albo Kalifornia. I bądź tu mądry i pisz wiersze. Znalazłam za to promocję do Columbus, gdzie wybieramy się w odwiedziny do szwagrów i teściów, więc może tym razem dla odmiany polecimy zamiast jechać, choć hazbend coś mi mąci i kręci. Teściowej w Ohio zalało piwnicę przed samą Wielkanocą, co przypomniało mi i mężowi, aby wreszcie wykupić ubezpieczenie naszej na wypadek podobnych zdarzeń. Niby mamy ubezpieczenie domu, ale nie obejmuje ono powodzi albo w jakimś ograniczonym stopniu.

Z dobrych wieści, za miesiąc wychodzi nowy album Madonny, więc jako fanka z dwudziestoletnim stażem, usycham w oczekiwaniu. Nowy singiel podlinkuję później, bo co wchodzę na YT znaleźć wideo, to wyskakują mi gołe męskie torsy albo sama Madonna w pozach zupełnie nienadających się do oglądania w pracy.

Wtorek: Teledysku nie znalazłam, jest więc sama muza.

20:38, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (10) »
piątek, 21 marca 2008
Nie dla Walmartu

Chicago było do niedawna jedyną chyba amerykańską metropolią, w której nie było Walmartu. Nawet tego jakoś nie zauważyłam, aż ktoś mnie kiedyś uświadomił pytając, czy widziałam takowy w mieście. Ano nie. Władze miasta zawsze były bardzo oporne wobec tej sieci i nie pozwalały na budowę supermarketu w granicach miasta. Najbliższy mojego domu Walmart znajduje się jakieś 20 minut jazdy w miejscowości Skokie. Walmart w Chicago w końcu powstał, po wielu bataliach ze związkami zawodowymi. Jednakże ostatni plan sieci, aby wybudować drugi supermarket spaliły na panewce i proponowana lokalizacja nie została zaakceptowana. Czy wybudują w innej części miasta, niewiadomo.

W sumie to trochę mnie dziwi ta niechęć władz, zwłaszcza że wszelkiego rodzaju Targety, Lowe’s i Home Depot nie mają żadnych problemów z budową nowego sklepu. Ale związki strasznie się burzą na niskie prace pracowników Walmartu i wieszczą, że kolejny Walmart w granicach miasta spowoduje obniżkę płac w innych supermarketach. Zarabiać to oni rzeczywiście nie zarabiają najlepiej, a ilekroć patrzę na zabiedzone kobieciny za kasami w tym sklepie to myślę, że wesołego paychecku to one nie dostają . Swego czasu głośno było o dokumencie o Walmarcie (widział ktoś?), „“Wal-Mart: The High Cost of Low Price”, zdaje się, obnażającym żenujące płace i politykę sieci.

Do Walmartu, który jest największą siecią sklepów w USA, a i zdaje się, że także na świecie, jeżdżę od wielkiego dzwonu. Nawet jakbym miała jeden pod bokiem, to i jak wolałabym Target. Ostatnio jednak, po podwyżce podatku od sprzedaży, przerzucam się na robienie zakupów targetowych online i waciki będę kupować na Amazonie bez podatku od sprzedaży i z darmową wysyłką. Recesja, panie. 

czwartek, 20 marca 2008
Wiosenny remanent

Widać, że wiosna wychodzi powoli z ukrycia. Na ulicach wciąż widać zakapturzonych i ciepło odzianych Chicagowiaków, ale niczym pierwsze przebiśniegi wyłażące spod śniegu (muszę zrobić zdjęcie grupce, która mijam w drodze do pociągu) pojawiają się już szalone małolaty z gołymi nogami. Tradycyjnie czekam na kogoś w japonkach. Wczoraj zaś widziałam jeden z pierwszych treningów wioślarskich na Chicago River. Kilku chłopa siedziało w wąskiej łódce, a za nimi pruła fale motorówka z trenerem, który dyktował tempo. Rzeka straciła już zielony kolor, choć jeszcze we wtorek dawało się zauważyć zielony odcień po tym, jak zafarbowano ją w sobotę.

Wróciły też ptaki. Nie wiem wprawdzie, gdzie zimują wróble, łuszczaki i kardynały (myślałam, że nie odlatują), ale całą zimę nie było ich przy karmnikach. Ledwie słońce wylazło zza chmur, pojawiły się znowu i w ekspresowym tempie wyżarły nasiona. Ogródek tymczasem wygląda wyjątkowo depresyjnie i zapowiada się pracowita wiosna, żeby doprowadzić go do porządku.

W ramach wiosennych porządków, w końcu kupiłam płócienne torby na zakupy. Na razie o torbach pamiętamy, gdy pakują nam zakupy w sklepie w te plastikowe, a ja oczyma wyobraźni widzę cztery płócienne torebki wiszące w kuchni razem z kucharskimi fartuchami. Trzeba jakiś system wymyślić, żeby o nich nie zapominać. W zeszłym tygodniu mąż zapisał nas do Greenpeace’u i za 35 dolarów miesięcznie będziemy wspomagać polarne niedźwiedzie i wieloryby. Zrzuciliśmy też oboje parę ładnych kilogramów ostatnimi czasy, więc chyba czas na zakupy, bo spodnie lecą mi z tyłka. A za dwa tygodnie lecimy do Houston, więc pora odkurzyć kowbojski kapelusz. Giddy up!

Piątek: Obiecany przebiśnieg. Zdjęcie robione aparatem w komórce, więc lekko rozmazane. Pada śnieg i jest zimno. Do diabła z taką wiosną.

16:04, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (25) »
czwartek, 13 marca 2008
Nieczynne do odwołania

Książka skarg i zażaleń u koleżanki grypy. Znowu ominie mnie parada z okazji św. Patryka.

18:40, aniabuzuk , Grrr
Link Komentarze (14) »
środa, 05 marca 2008
Internetowe dyskusje o Ameryce

Temat nienowy i poruszany na wielu blogach. Jak to się dzieje, że ilekroć czytam artykuł o Stanach, na forum pod nim rozpętuje się istne piekło, lecą bluzgi, z kątów wyłazi ksenofobia, antysemityzm i diabli wiedzą co jeszcze? Pierwszy komentarz pod artykułem z głównej strony gazety.pl „Jak znieść amerykańskie wizy” brzmi „Przecież USA to nic ciekawego”, co i tak jest niewyobrażalnie łagodną odpowiedzią. Komentarze rzadko dotyczą meritum artykułu, a są głównie trampoliną do „dowalenia” Ameryce. Wiele forumowych dyskusji zaczyna się od steku wyzwisk pod adresem Stanów, Polonii, stereotypowo uważanej za ciemną masę oraz Amerykanów traktowanych jak wiejskie głupki. Skąd się bierze ta nienawiść?

Nie zamierzam tutaj bronić Ameryki i przekonywać, jaka jest wspaniała, bo to co dla mnie jest dobre, nie musi być dla kogoś innego, ale interesuje mnie, jak strasznie małostkowi są internauci. Większość pewnie nigdy tutaj nie była, a obraz kraju wyrabia sobie na podstawie kretyńskich wypowiedzi i decyzji głupkowatego prezydenta. Mało kto zadaje sobie trud, żeby zastanowić, że może nie wszyscy chcą jechać do Stanów w celach zarobkowych, co przy dzisiejszym kursie dolara i otwartych rynkach pracy w Europie mija się z celem, ale zwyczajnie turystycznie lub aby odwiedzić rodzinę. Niewiele osób dostrzega ten aspekt dyskusji o zniesieniu wiz.

Mam nadzieję, że wizy kiedyś zostaną zniesione, choć nie mam również złudzeń, że nastąpi to szybko. Jeśli tak się stanie, dla wszystkich, którzy na własne oczy chcieliby się przekonać, jak nieciekawa, głupia, wredna, beznadziejna i gruba jest Ameryka z ich wyobrażeń, mam krótką odpowiedź – zostańcie w domu.