My kind of town

środa, 28 marca 2007
Wirusy na walizkach

Ja nie wiem, co Wy tam na tych blogach macie, ale złapałam jakiegoś wirusa na swój komputer w pracy i wczoraj przez pięć godzin informatyk walczył z jakimś świństwem podpiętym do Explorera, które spowalniało pracę całego komputera, a internet w ogóle nie działał. W pracy mam prikaz używania jedynie słusznej przeglądarki, a wszelakie konkurencyjne produkty są zakazane. No trudno, płacą, to wymagają. Ja sobie siedziałam z kawką i gazetką, a informatyk się pocił od rana do niemal drugiej po południu z tym, co ja złapałam dzięki genialnemu produktowi Microsoftu.

Gorzej, że ja też złapałam jakiegoś wirusa i dziś rano obudziłam się z kaktusem w gardle. Tylko teraz choroby mi trzeba. Spakowana nie jestem w ogóle, bo nie cierpię tego robić: myśleć,  które buty zabrać, a ile par spodni, a czy będzie zimno czy ciepło, a czy walizka za ciężka. Do tego babcia chciała, żebym zabrała „parę” rzeczy, które ona zostawiła, więc będę wiozła: komplet łyżek i widelców, egipskie posążki, marmurowe jajka-pisanki, drewniane pisanki w kryształowym koszyczku (Wielkanoc przecież), obrazek z Pułaskim na koniu, ramki w kwiatkach, czyli kwiatki w ramkach, szklaną brytfannę do pieczenia i ozdoby choinkowe sprzed połwiecza. Badziew taki, że szkoda gadać, ale skoro chce, to nie powiem nie.  

A jakby było mało, to wczoraj w niezwykłych okolicznościach przyrody plan na weekend po powrocie, który miałam spędzić na spaniu i lenieniu się, uległ brutalnej zmianie. Teściowa, zachwycona naszymi opisami wystawy w Art Institute i BodyWorlds2 zapragnęła przyjechać w odwiedziny i padło na weekend tuż po moim powrocie. Ja sobie przylatuję w czwartek w południe, w piątek idę do roboty przeczytać 1567 maili, jakie dostanę przez te dwa tygodnie i po ośmiu godzinach czytania zamiast iść do domu i leczyć jetlag będę musiała zabawiać teściów w ten wieczór oraz następne dwa dni. Grrr. Mówię Wam ludzie, nie żeńcie się, bo z tego są same kłopoty.

To ja już liczę godziny do końca dnia, a jutro lecę. Do zobaczenia za dwa tygodnie.

19:55, aniabuzuk , Grrr
Link Komentarze (27) »
wtorek, 27 marca 2007
To co że ze Szwecji?

“Polityka”, bez której moja marna egzystencja byłaby zapewne jeszcze marniejsza, a szare komórki bezrobotne, pisze po raz kolejny o Szwecji. Kraj ten zaczyna mnie fascynować, niewątpliwie dzięki świetnym korespondencjom Tomasza Walata ze Sztokholmu. Pan Tomasz pisze również o innych skandynawskich krajach, np. o Finlandii, gdzie była kochanka premiera właśnie wydała książkę opisującą seksualne ekscesy z premierem, co nie tylko nie zruinowało kariery szefa rządu, ale podniosło jego notowania.

Ale wracając do Szwecji. Kraj ten zapamiętałam z racji ich umiłowania do resajklingu, który leży mi na sercu i nie raz przewijał się w moich blogach, żeby tylko wspomnieć ostatni wpis na temat. Nie tylko sortują co się da i mają własną policję śmieciową, która skrupulatnie sprawdza, co wrzucane jest do kosza, ale sprowadzają śmieci z pobliskiej Norwegii, spalają je i mają z tego prąd i ciepło. Do tego Szwedzi wprowadzili zakaz używania telefonów komórkowych w autobusach i pociągach, więc gdyby nie mało słoneczna pogoda, to chyba zaczęłabym myśleć o przeprowadzce do tego kraju. Okazuje się jednak, że nie wszystko złoto, co się świeci. Szwedzi ogarnięci są manią bezpieczeństwa, która przybiera już absurdalne rozmiary. Jako przykład autor podał zakaz ubierania choinek na klatkach schodowych, gdyż stanowi to zagrożenie pożarowe. Ostatnio wybuchła ogólnokrajowa panika na tle dzikich zwierząt (niedźwiedzi, rysiów i wilków), a gdy pojawiła się ptasia grypa telefony w ministerstwach grzały się do czerwoności, gdyż Szwedzi chcieli władzom zgłaszać każdy ptasi zgon. Do tego Szwedzi piją na potęgę, co samo w sobie jest niebezpieczne dla zdrowia i nadal boją się Rosji, choć oba państwa skończyły konflikty w XIX wieku.

Walat określił Szwedów narodem panikarzy i zaczęłam się zastanawiać, czego Amerykanie jako naród boją się najbardziej. Wydaje mi się, że mają podobnie jak Szwedzi lekkiego hopla na punkcie bezpieczeństwa, z tym że bardziej w skali kraju niż jednostki i nadal boją się kolejnego ataku. Babcia zawsze mówiła, że ludzie tutaj obawiają się dwóch rzeczy: lekarza i prawnika. Myślę też, że bardziej niż jakikolwiek naród, może poza Japończykami, są żądni sukcesu i boją się, że go nie osiągną. Ciekawa jestem, co myślicie, nie tylko na temat Ameryki, ale także innych krajów, ojczyznę wliczając.

23:23, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 26 marca 2007
Thank you for smoking

Za oknem lato, bo chyba nawet wiosną nie można tego nazwać, gdy połowa populacji paraduje w krótkich rękawach oraz japonkach na nogach. Siedzieliśmy wczoraj ze znajomymi (pozdrawiam) w czeskiej knajpce, która jeszcze niedawno wedle marxxowych opowieści przeżywała oblężenie w weekendy oraz w środy, gdy po zakupie dwóch piw trzecie było za darmo. Obecnie Operetta raczej świeci pustkami, a to z powodu wprowadzenia zakazu palenia, który wszedł w życie 16 stycznia zeszłego roku. Zakaz obejmuje wszystkie miejsca publiczne, a więc również restauracje. Wyłączone spod zakazu są lokale, które mają oddzielny bar. Mają one czas na przystosowanie się do pełnego zakazu, który zacznie obowiązywać od 1 lipca 2008 r. Jeśli bar nie zdecyduje się bycie wolnym od dymu, musi zainwestować w profesjonalny system antydymowy, który kosztuje kupę kasy, stąd ten okres karencyjny. Dla Operetty, która nie ma osobnego pomieszczenia z barem i nie można tam już palić, zakaz okazał się dość niefortunny. Dotychczasowi klienci palacze przestali przychodzić i lokal stracił pewnie z połowę klienteli. O ósmej wieczorem panie kelnerki siedzą przy stoliku jedząc kolację i szykują się do zamknięcia restauracji. Oczywiście, gdy oficjalny zakaz się uprawomocni i wszystkie miejsca publiczne w Chicago będą smoke-free, palacze nie będą chyba mieli wyjścia, jak tylko palić na zewnątrz albo ogłosić bojkot. Nie palę i nie lubię dymu, więc generalnie zakaz jest mi na rękę, ale zastanawiam się, ile takich małych Operett pójdzie z torbami albo będzie ledwo wiązać koniec z końcem, gdyż w wyniku przepisów musi pozostać wolna od dymu już teraz. Gdyby zakaz został on wprowadzony od ręki i dla wszystkich bez wyjątków, jak to się stało w Nowym Jorku (poprawcie mnie jeśli się mylę), czy w rodzinnym mieście hazbenda Columbus, to nie byłoby takich historii. Zawsze napawa mnie smutkiem, gdy widzę lokalne restauracje bądź małe biznesy nie radzące sobie z powodu przepisów, czy nie mogące sprostać konkurencji. Niby takie są prawa rynku, że to lepsi utrzymują się na powierzchni, ale myślę, że Rada Miasta nie popisała się z tym dając fory jednym, a ograniczając innych. Oprecie przydałby się teraz taki Nick Naylor z "Thank you for smoking" lobbujący na rzecz palenia papierosów.

piątek, 23 marca 2007
Walking in Memphis

Nosi mnie. Nie mogę na tyłku usiedzieć. Ledwo wróciłam z NYC, za tydzień lecę do Polski, a już myślę, co dalej. Muszę mieć jakieś światełko w tunelu, którego będę wyglądać po powrocie z kaszanko-landu. Oglądałam wczoraj komedyjkę z Matthew „Chandlerem” Perrym i Salmą Hayek, a w tle podśpiewywał Elvis.Tak już sobie wcześniej myślałam, żeby w Memorial Day weekend skoczyć do Memphis, zobaczyć Graceland i kawałek południa Stanów, którego w ogóle nie widziałam. Był ktoś może? Raptem 9 godzin jazdy od Chicago. Wyjazd w piątek po robocie, a jak znam życie pozwolą nam wyjść jakieś dwie godziny wcześniej, więc dojedziemy przed północą, sobota i niedziela na miejscu z „Love me tender” i „Can’t help falling in love”. Powrót w poniedziałek. Narada z wicedyrektorem do spraw planowania podróży międzystanowych w naszym ministerstwie zakończyła się wstępną zgodą. Walking in Memphis... Rozmarzyłam się.

Put on my blue suede shoes
And I boarded the plane
Touched down in the land of the Delta Blues
In the middle of the pouring rain
W.C. Handy -- won't you look down over me
Yeah I got a first class ticket
But I'm as blue as a boy can be

Then I'm walking in Memphis
Walking with my feet ten feet off of Beale
Walking in Memphis
But do I really feel the way I feel

Saw the ghost of Elvis
On Union Avenue
Followed him up to the gates of Graceland
Then I watched him walk right through
Now security they did not see him
They just hovered 'round his tomb
But there's a pretty little thing
Waiting for the King
Down in the Jungle Room

(Chorus)

They've got catfish on the table
They've got gospel in the air
And Reverend Green be glad to see you
When you haven't got a prayer
But boy you've got a prayer in Memphis

Now Muriel plays piano
Every Friday at the Hollywood
And they brought me down to see her
And they asked me if I would --
Do a little number
And I sang with all my might
And she said --
"Tell me are you a Christian child?"
And I said "Ma'am I am tonight"

środa, 21 marca 2007
Trochę witamin

Dziś w wirtualnej kuchni coś lżejszego (wiosna podobno), a mianowicie sałatka a’la Ania (pierwsze zdjęcie) i a’la Adam.

Moja jest wariacją na temat nieśmiertelnej sałatki greckiej. W takiej postaci, w jakiej jest na zdjęciu jadłam ją w Grecji, więc trzymam się tego, co widziałam i próbowałam. Kroimy w kostkę ogórki i pomidory, w proporcji jeden ogórek na jednego pomidora. Dodajemy pokrojoną w cienkie paski czerwoną cebulę i oliwki, najlepiej te z Kalamaty, z pestkami środku, choć widzę, że i jakaś zielona zaplątała się na zdjęciu. Miejscowość, w której się wczasowałam oddalona była od Kalamaty o jakieś 15 km, więc tylu oliwek w życiu nie zjadłam i pewnie już nie zjem. Dorzucamy pokrojony w kostkę ser feta. Jeśli macie w swoim spożywczaku importowany z Grecji, to warto zapłacić ciut więcej i dostać naprawdę dobry produkt. Lokalne wyroby oraz te z Bułgarii, które zdarzyło mi się jeść są w porządku, ale oryginał jednak lepszy. Całość posypujemy suszonym oregano, polewamy octem balsamicznym i gotowe. Ponieważ ocet jest brązowy, to nadaje całości dość ponury wygląd, więc gdy zapytam Was, która sałatka ładniejsza, to nie będziecie na moją głosować, toteż nie pytam.

Sałatka a’la Adam to zbieranina wszystkiego, co akurat było w lodówce bądź na półce. Mamy więc sałatę (romain lettuce), pomidory, ogórek, marchewkę i marynowane karczochy. Do tego hazbend dodał grilowaną pierś kurczaka. Całość doprawiona jest domowej roboty sosem. Mieszamy dwie tablespoons octu balsamicznego, jedną teaspoon musztrady Dijon, jeden wyciśnięty średniej wielkości ząbek czosnku i jedną trzecią cup oliwy z oliwek. Sos ma, muszę przyznać, nieciekawy brunatny kolor (znów ten ocet), ale tu akurat nie wygląd się liczy. Po wymieszaniu go ze składnikami sałatki jest i tak prawie niewidoczny, a smakuje wyśmienicie.

Pozdrawiam chorych (witaminy jak znalazł na chorobę).

wtorek, 20 marca 2007
Wm. Wrigley Jr. Company

Stare przysłowie pszczół mówi „cudze chwalicie, swego nie znacie”, więc zaczynam cykl blogowy o znanych firmach, postaciach, bądź wydarzeniach z Chicago, które rozsławiają miasto na cały świat lub przynajmniej kraj.

Któż z nas nie pamięta gum donaldówek. Dla mnie była to rzecz niemal kultowa i aby je kupić nie cofnęłam się nawet przed znienawidzonym zbieraniem porzeczek na polu mojego wujka (kto zbierał porzeczki wie, jaki to niewdzięczny obiekt zarobku), aby potem przez dwa tygodnie upajać się smakiem oraz balonami. Zbierałam oczywiście dołączane do gumy historyjki z Kaczorem Donaldem, choć znam takich, którzy zbierali również wyżute gumy. W tzw. kryzysie babcia przysyłała mi inną gumę, przez którą donaldówy poszły w odstawkę, mimo komiksowych historyjek. Tą gumą była żółta Juicy Fruit, która wraz z innymi gumami do żucia jest znakiem firmowym Wm. Wrigley Jr. Company, zwanej w skrócie Wrigley. Historia sukcesu gumy zaczęła się w Chicago, gdzie firma do dziś ma swoją siedzibę, w pięknym budynku na Michigan Avenue, który raduje moje oczy ilekroć mam okazję go oglądać. Prawdziwe cacko. William Wrigley Jr. rozpoczął karierę w biznesie jako sprzedawca mydła, a następnie proszku do pieczenia. Gdy do każdej sprzedanej puszki proszku dodał paczkę gumy do żucia, interes zaczął iść coraz lepiej, a Bill zdecydował, że zajmie się gumą do żucia na serio. W 1893 roku na rynku pojawiła się już wspomniana Juicy Fruit oraz kolejny sztandarowy produkt Wrigley’s Spearmint.

Wrigley wprowadza niedługo na rynek nową gumę zwaną „5”. Mody obowiązują w każdym biznesie, a w gumowym za ostatnią uchodziły gumy w kształcie małych prostokątów pakowanych po kilkanaście na palecie. Tradycyjne „listki” odeszły w niepamięć, ale Wrigley jako prekursor takowych właśnie gum wraca do tradycji i „Piątka” będzie właśnie w formacie listkowym, co nie wydawało mi się aż taką rewolucyjną wieścią, bo wiele z wrigleyowskich gum nadal można kupić właśnie jako listki. No ale może wypuszczenie nowego produktu w takim kształcie jest niczym samochód hydrydowy dla rynku mortoryzacyjnego. Informacja o nowym-starym wyglądzie gumy zdumiała analityków rynku, a gdy do prasy dostała się również wiadomość o planowych podwyższkach cen, akcje Wrigley wzrosły na nowojorskiej giełdzie prawie 5 procent. My tu sobie żujemy, a tam akcje gumy skaczą w Nowym Jorku. Ja żuję Eclipse (made by Wrigley ma się rozumieć) praktycznie codziennie, bo podobno żucie wspomaga produkcję śliny o 10 razy i chroni emalię zębów przed kwasami, a zresztą nie zawsze mam niestety czas lecieć do łazienki myć zęby.

Rodzina Wrigley oprócz gumy do żucia, interesowała się sportem, a konkretnie baseballem i w 1920 r. kupiła Chicago Cubs. Sześć lat później stadion Cubsów został nazwany na cześć Williama Wrigleya Jr. i nosi nazwę Wrigley Field po dzień dzisiejszy. Byłam, widziałam i może nawet żułam gumę Wrigley.

poniedziałek, 19 marca 2007
Zielono mi

Nie wiem, jak Wy, ale ja pożegnałam zimę definitywnie. Byłam dziś na nartach, wyglebiłam się raz, ale porządnie i oddałam matce naturze należną jej daninę. Do tego wczoraj spadłam ze schodów w piwinicy, więc kontakt z ziemią rodzicielką został silnie utrwalony w postaci trzech siniaków na plecach i jednego na tyłku. Na paradę z okazji św. Patryka nie dojechałam, choć byłam przygotowana solidnie. Braku chęci nikt mi nie zarzuci. Kto widział wiosnę?

03:57, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (19) »
piątek, 16 marca 2007
Wiosenne porządki
Krótki powiew wiosny w pierwszych dniach tygodnia nastroił mnie do przeprowadzenia zmian na blogu, obiecanych zresztą trzy miesiące wcześniej. Bawiliśmy się więc wczoraj z mężem CSSem, a ja dodatkowo wymyślaniem nowych nazw kategorii. Wyszło mi na koniec, że tytuł „Direct from Chicago” jakoś mi nie pasuje. Wymyśliłam więc tę elektrownię, ale nie jestem pewna, czy mi się podoba. Pytam się więc do czytelników, co robić. Zostawić stary tytuł „Direct from Chicago”, do którego mam sentyment, bo mąż go wymyślił, zostać przy obecnym, czy po prostu nazwać blog „Windy City”? Czy jeszcze coś innego? A w ogóle to robicie coś fajnego w ten weekend?

15:45, aniabuzuk , www
Link Komentarze (41) »
czwartek, 15 marca 2007
Woody Allen na Piątej Alei

Oboje z hazbendem mamy lekkiego fioła na punkcie sztuki nowoczesnej, zwłaszcza malarstwa, więc MoMA oraz Guggenheim Museum były obowiązkowymi przystankami. Mogłabym na Empire State Building nie wjechać, mogłabym hotdoga z wózka na ulicy nie zjeść, ale do tych dwóch muzeów po prostu musieliśmy pójść. Wyszło z planu, że do MoMy pójdziemy w piątek wieczorem, a do Guggenheima w sobotę rano przed wyjazdem poza miasto do znajomych. Takoż żeśmy uczynili. W piątkowe popołudnia wstęp do MoMy jest darmowy, więc ucieszyłam się, że 20 dolców od głowy zostanie w kieszeni, ale jak zobaczyłam kolejkę wijącą się na 53 ulicy to zwątpiłam, że będziemy w stanie cokolwiek zobaczyć przy takich tłumach. MoMA okazała się jednak nie tylko niezwykle pojemna, ale również bardzo przyjazna zwiedzającym. Nie pamiętam, aby w jakimkolwiek innym muzeum można było tak swobodnie fotografować to, co wisi na ścianach bądź stoi na podłodze. Nikt nie zabraniał, śmiało obfotografowałam to, co bardziej wpadło mi w oko. Przy okazji w końcu raz na zawsze zdecydowałam, że o ile lubię modern art, to contemporary już niekoniecznie. Nie przemawia do mnie wielki kawał płótna pomalowany na czarno albo niebiesko z białą kreską wpoprzek.

Kiedy więc dotarliśmy w końcu do czwartego piętra, gdzie zaczynało się nowoczesne malarstwo i rzeźba byłam w siódmym niebie. Czego oni tam nie mają! Impresjoniści, postimpresjoniści, dadaizm, kubizm, grafiki, oleje, rzeźby, no skolko ugodno. Kolekcja dzieł Picassa była największą, jaką do tej pory widziałam. On musiał być niezwykle płodnym artystą, skoro jego dzieła rozsiane są po całym świecie, a taka MoMa ma ich pewnie ze dwadzieścia pięć albo i więcej. Uczta dla oka i duszy.

Ale o ile po MoMie spodziewałam się wszystkiego, co najlepsze i nie zawiodłam się, to Guggenheim Museum rzuciło mnie na kolana. Gugenheim to wielka rotunda, zaprojektowana przez naszego chicagowskiego Franka Lloyda Wrighta, z piętrami wijącymi się niczym skorupa ślimaka. Woody Allen podobno mieszka gdzieś w pobliżu na słynnej Piątej Alei i koleżanka męża widziała go tam ze dwa razy. Któregoś razu nie znający się na kinie ani słynnych reżyserach ojciec znajomej, który akurat był w mieście zobaczywszy Allena z jego młodą koreańską żoną uczynił dość głośny komentarz na temat, jak to rzeczy się wyprawiają w tym mieście, gdzie stare dziady spacerują z tak młodymi siksami. Woody wedle relacji koleżanki wygląda 10 lat starzej, a Soon-Yi 10 lat młodziej niż w rzeczywistości. Z plot o innych celebrities dowiedziałam się, że Robert Redford nie ma oporów przed korzystaniem z damskiej toalety (wszedł akurat po koleżance męża, więc wiadomość z pierwszej ręki albo klamki).

Ale wracając do Guggenheima. Akurat odbywała się tam wystawa „Od El Greco do Picassa”, więc znowu dostałam piorunującą dawkę najsłynniejszego syna Hiszpanii, doprawioną Dalim, Valezquazem, Goyą oraz moim nowymi odkryciami: Joanem Miro i Juanem Grisem. Chwała MoMie za różnorodność zgromadzonych dzieł, ale guggenheimska wystawa była znakomicie dopracowana i ciekawie tematycznie ułożona. Już nawet zapomnę im, że nie można było robić zdjęć, to w sumie muzealna norma, od której MoMA zrobiła szlachetny wyjątek. Aż chciałoby się wrócić i zobaczyć, co mają w National Design Museum, Whitney Museum of American Art czy mniejszych galeriach. Tak sobie myślę, że z tego oraz innych powodów, wrócę kiedyś do NYC, gdy dla odmiany będzie zielono i ciepło. NYC rocks.
04:09, aniabuzuk , Kultura
Link Komentarze (27) »
środa, 14 marca 2007
Nowojorskie hotdogi

Z hotdogami wyszło trochę nie tak, jak chciałam. Może to nie jest jasne dla wszystkich, ale bardzo je lubię. Jak już mam jeść junk food, to po hotdogach mam najmniejsze wyrzuty sumienia. Zawsze chciałam spróbować prawdziwego nowojorskiego hotdoga wyciągniętego z wózka na ulicy. Na pewno widzieliście nie raz na filmach, jak nowojorski glina pomiędzy łapaniem jednego drania a drugiego zatrzymuje się gdzieś przy Central Parku i wcina parówkę z wózka . No, ja też widziałam, stąd ta fascynacja. Mój plan jedzenia przynajmniej jednego dziennie spalił na panewce. W czwartek zanim dojechaliśmy do hotelu i wyszliśmy „na miasto”, sprzedawcy zdążyli już dać nogę. W piątek, gdy szliśmy od Empire State Building do ONZ, minęliśmy paru, ale że byłam najedzona po śniadaniu, więc pomyślałam, że zjem jednego, jak będziemy bliżej ONZ. W okolicy ONZ sprzedawcy leżących trzy dni w tłustej wodzie hotdogów (dirty water hotdog) raczej się nie zapuszczają, o czym sierotka Ania nie wiedziała, więc obyłam się smakiem. Potem biegiem ruszyliśmy do MoMy, po MoMie było ciemno i dupa zbita. W sobotę rano byliśmy w Guggenheim, a już w południe znajomi zabierali nas za miasto, skąd wróciliśmy w niedzielę, gdy znów było ciemno. Pełna desperacja. Zostawał poniedziałek. I odbiłam sobie prawie że z nawiązką. Wracając z Ellis Island zobaczyłam znajomy wózek i pognałam z mężem w jego kierunku. Mąż zamawiał, więc nie wiem, co namieszał, ale jak już mieliśmy te hotdogi w garści, to okazało się, że w środku są dwa. Z kiszoną kapustą, musztardą i keczupem na dokładkę, bo to podobno New York style, choć nie jestem pewna tego keczupu, bo w Chicago to przestępstwo jeść doga z keczupem. Ale w końcu byliśmy w Nowym Jorku. Tego dnia zjadłam wczesniej jeszcze jedną parówkę na Ellis Island i z rekordem życiowym trzech hotdogów jednego dnia mogę śmiało stwierdzić, że chicagowski hotdog z kiszonym ogórem, pomidorem, relishem i marynowanymi jalapeno bije poniższy nowojorski produkt na łeb na szyję.



Aha, zdjęcia są tutaj. Zgodnie z przypuszczeniami te z góry Empire State Building wyszły marnie. Zachciało mi się bawić ze światłem zamiast nastawić, jak pan Bóg przykazał na “auto” i pozwolić małpce robić zdjęcia za mnie. Głupota nie boli, ale kosztuje. Trzeba będzie lecieć jeszcze raz.


 
1 , 2