My kind of town

środa, 30 grudnia 2009
Jak to drzewiej na Sylwestra bywało

W Chicago.


Zdjęcia pochodzą z Chicago Tribune. Pełna kolekcja tutaj

Pomyślnego 2010!

PS. Na Bez popcornu jest nowy wpis. Nie wiem jeszcze, czy do powrót do blogowania, ale mam nadzieję, że tak.

piątek, 25 grudnia 2009
Po raz pierwszy

Pierwszy guz, nabity w poniedziałek po zderzeniu z podłogą.


Pierwsze święta (co Zosia o tym myśli, tutaj).


Pierwsze prezenty (niektóre większe od zainteresowanej).


Pierwszy stały pokarm w postaci rozmamłanego z mlekiem opłatka (zdjęć brak). No nie mogłam się oprzeć pokusie, aby pierwszą rzeczą, której zasmakuje Zosia będzie podany w wigilę i w jej czterosmiesięczne urodziny opłatek. Nie bardzo wiedziała, co robić z podejrzaną papką w ustach, ale jakoś zjadła.

Mam nadzieję, że świętujecie, prezenty okazały się udane, rybka pyszna, a za oknem nastrojowo prószy śnieg. U nas pada deszcz niestety, więc ze spaceru nici. Wesołych Świąt dla wszystkich odwiedzających Windy City.

20:21, aniabuzuk , Zosia
Link Komentarze (14) »
piątek, 18 grudnia 2009
Tydzień słodkości

Skoro dziś o jedzeniu...Od trzech dni siedzę i stosuję w praktyce punkt piąty z okazji tygodnia słodkości w pracy, kiedy kto chce przynosi coś słodkiego do podzielenia się ze współpracownikami. Tydzień tak naprawdę trwa 3 dni i zaczął się we wtorek, a ja zaczęłam świętowanie falstartem, bo myślałam, że w poniedziałek i w tenże feralny dzień przytachałam szarlotkę, czyli "Polish style apple pie", jak objaśniłam kolegom i koleżankom, własnoręcznie upieczoną przez moją mamę. Niemniej, szarlotka poszła piorunem. No a od wtorku jest wysyp innych słodkości, choć pojawiła się też beef jerky (pyszna) i jakaś salami-podobna kiełbasa wraz z gustownym słoiczkiem musztardy.

Mieliśmy więc (przepraszam za angielszczyznę): brownies, chocolate meltaways, carrot cake, triple fudge chocolate cake, pretzles with chocolate, cinammon sticks, homemade cupcakes, chocolate covered almonds, rum balls, sugar cookies, butter-scotch cookies, pumpkin bread, Hawaiian bread with spinach dip (?!), caramel popcorn, mixed nuts oraz wszelakiego rodzaju czekoladki w lukrze, bez lukru, kolorowe i niekolorowe. No i co do tych czekoladek. Większość była o smaku miętowym. Nie wiem, jak, skąd i dlaczego, ale lokalna ludność uwielbia takie właśnie czekoladki. Ja zupełnie nie rozumiem tej egzaltacji z połączenia czekolady i mięty, a na moje stwierdzenie, że ich nie lubię ludziska wybałuszają oczy, jakbym powiedziała, że nie lubię pizzy (nie spotkałam nikogo, kto nie lubiłby pizzy - jeszcze nie albo na szczęście jeszcze nie).

W każdym bądź razie, przyczółek świąteczny zdobyty - najadłam się tyle słodkich rzeczy, że gdy mama pyta się mnie, jakie ciasto będziemy piekły na święta, zastanawiam się, czy może nie powinnyśmy upiec 1/2 blachy, z czego połowę oddać sąsiadowi.

Dania z wolnowara

(Lub - jak wyczytałam w linku podczepionym przez Fionę_Apple w poprzednim wpisie - z elektrodusiciela.)

Wolnowar (slow-cooker albo Crock-pot) to wielki elektryczny gar (mój jest ceramiczny), w którym gotuje się obiadki siedząc w pracy i nie kiwając palcem w bucie. Idea jest taka, że do gara wrzuca się mięsko, warzywa, przyprawy, włącza i zostawia na "małym ogniu" na 6-8 godzin, w zależności od rodzaju mięsa. My z reguły przygotowujemy wszystko wieczorem, rano podłączamy do kontaktu i czujnika czasowego i jedziemy do roboty. O 10:30 czujnik czasowy włącza gar i wołowinka się pichci do 6:30 po południu. Wchodzę do domu i już z sieni czuję, że obiadek będzie pyszny.

Tym razem idę na łatwiznę i nie bawię się w przepisywanie i tłumaczenie przepisów jak za króla Ćwieczka, tylko skorzystając z dobrodziejstw techniki wrzucam skany dań z wolnowara, które ostatnio robiliśmy. Kto nie kumajet po angielsku, ten tym razem jest out of luck.

Na zdjęciu jest duszona wołowina z ostatniego przepisu. Wiem, że może nie wygląda zachwycająco, ale musicie mi wierzyć na słowo, że smakowała naprawdę świetnie. Gotowaliśmy ją 8 godzin i podaliśmy ją z ryżem (Spanish rice), choć założę się, że i z ziemniarami byłaby świetna. Zdjęć pozostałych dwóch dań nie mam.

Z tego wolnowarowego towarzystwa, kapucha z żeberkami była według mnie najlepsza. Przepis trochę zmodyfikowaliśmy, bo oryginał mówi, żeby użyć kiełbasy Bratwurst i podawać na chlebie. My użyliśmy boneless pork ribs, czy jakoś tak podobnie się to nazywało, czyli żeberek bez żeberek i serwowaliśmy z ziemniakami po amerykańsku, czyli niezdrowo zmiksowanych z masłem i mlekiem. Niebo w gębie.

Kurczak z ziemniakami i czosnkiem też był świetny. Tu chyba żadnych innowacji nie stosowaliśmy i zrobiliśmy jak książka pisze. Cały dom pachniał czosnkiem.

Wolnowara używamy głównie zimą, może dlatego, że potrawy są raczej syte i w stylu comfort food, choć porcja wołowiny miała tylko 236 kalorii, jeśli wierzyć wyliczeniom autorów. Przepisy na wołowinę i kurczaka pochodzą z tej książki , a na żeberka vel. Bratwursty z kapustą z tej.

wtorek, 15 grudnia 2009
Poranek kojota

Z cyklu: koszmarne poniedziałki.

Zaczęło się od tego, że Zosia nie dała nam pospać, więc ruszaliśmy się rano jak muchy w smole i spóźniliśmy się na nasz regularny pociąg. No to pojechaliśmy następnym. Do tego siąpiła jakaś ohydna mżawka, a mój nowy szalik totalnie "oblazł" mi wełniany płaszcz, więc wyglądałam, jakby wylądowało na mnie kosmate ufo, cała w czerwono-pomarańczowych kłakach. Przy kontroli biletów okazało się, że mąż, po raz trzeci w ciągu ostatnich 10 dni, zapomniał portfela. Chwała Bogu, że poprzedniego wieczoru włożyłam $50 do swojego (byłam zupełnie bez gotówki), bo inaczej nie mogłabym mu nawet kupić biletu.

W pracy okazało się, że szef przeniósł stronę firmy na nowy serwer i wszystkie ustawienia, jakie miałam do zmian, szlag trafił. Szef należy do tych, którzy za dużo nie tłumaczą, bo sam nie wie za dużo i nie miał pojęcia, jak się zabrać do zmian konfiguracji, więc zostawił mnie z bałaganem i bez możliwości edytowania, mówiąc, że to na pewno nie jest trudne i że jak wejdę tu, poklikam tam, to na pewno wymyślę, jak to zrobić. Facet jest po prostu beznadziejny. Sam nie wie co robi, a żałuje paru dolarów, żeby kogoś zatrudnić na zlecenie, żeby nam takie pierdoły poprawiał. Dodam, że naszych dwóch IT gachów nawet palcem w tej sprawie nie kiwają. No po prostu pięknie. Walczyłam z gównem pół dnia i nadal jestem w lesie.

W drodze do domu (Boże, w końcu koniec tego dnia), mąż postanowił, że mnie "wyrzuci" pod domem, a sam pojedzie kupić paliwo do Baśki. Wrócił jakoś podejrzanie szybko - no bo przecież nie miał portfela ze sobą, żeby zapłacić. Później było jeszcze lepiej. Po kolacji pojechał do Trader Joe's na zakupy i zostawił skrzynkę wina na parkingu. Na szczęście wino jest całe i zdrowe i do odebrania dziś albo jutro. Na koniec dnia okazało się, że w domu nie ma ani grama ryżu potrzebnego do dzisiejszej kolacji. Robimy wołowinę w wolnowarze (slow-cooker, nie wiem, czy to się tak tłumaczy) i cała idea była taka, żeby przyjść do domu i mieć obiad gotowy, a nie lecieć do sklepu po ryż i czekać aż się raczy ugotować. A jeszcze później zabrakło pasty sezamowej potrzebnej do zrobienia hummusa, a mąż już zdążył wymieszać wszystkie pozostałe składniki razem.

A co do tytułu, to czekając na pociąg widzieliśmy najprawdziwszego kojota biegnącego środkiem torów Metry. Biedak był zupełnie zdezorientowany i przestraszony. Nie dziwne - z nasypu kolejowego nie ma praktycznie zejścia, obok autostrada i setki samochodów, a on nie ma gdzie się ukryć. Zadzwoniłam na 311 i zgłosiłam, że widziałam go tu i tu. Mam nadzieję, że dziś albo jutro nie przeczytam, że go zastrzelili (to się już zdarzyło), bo wtedy ten miniony poniedziałek, choc 14-go, zapamiętam jako bardzo pechowy. Boże, niech już będą te święta i Nowy Rok, bo mam dwa czterodniowe weekendy z tej okazji i już nie mogę się ich doczekać.

18:37, aniabuzuk , Grrr
Link Komentarze (26) »
czwartek, 10 grudnia 2009
Kim nie chciałabym dziś być

1. Listonoszem,

2. Kierującym ruchem na skrzyżowaniach w centrum,

3. Pracownikiem miasta chodzącym po ulicach i wlepiającym mandaty za złe parkowanie,

4. Kurierem na rowerze.

Wszystkich widziałam dziś rano przy pracy. A na dworzu było -17C. Witamy w Chicago.

19:41, aniabuzuk , Zima
Link Komentarze (30) »
środa, 09 grudnia 2009
Jak się upaść na święta

Telewizja, gazety, lekarze z reguły trąbią o tym, jak NIE przytyć w czasie świąt, dlatego bardzo spodobał mi się wpis na blogu Eat Right Around Chicago o tym, jak doładować kalorii i wyhodować pięknego maciusia (buddę, samarę, oponkę, miesień piwny, brzuchola - niepotrzebne skreślić) w okresie Bożego Narodzenia. Dziesięć propozycji na zwiększenie objętości w pasie i biodrach:

1. podgryzać cały dzień,

2. nie jeść śniadania,

3. jeśli jedzenie wygląda na zdrowe, dodać masło, śmietanę albo cream cheese,

4. unikać aktywności fizycznej i zamienić się w couch potato,

5. wsuwać słodycze, ile wlezie,

6. popijać piwko, winko i driny,

7. na imprezy przychodzić wcześnie, coby nie przegapić zakąsek i siadać blisko stołu,

8. panierować, smażyć na oleju i nie omijać skórki na kurczaku, czy indyku,

9. dodawać bitą śmietanę do deserów i kawy (mniam),

10. zapomnieć o prawdziwym znaczeniu świąt - czasie z rodziną i innych koszałkach opałkach i jeść, wpierniczać i obżerać się.

Od siebie skromnie dodam - jeść do oporu pasztet i domowe wypieki oraz po raz 1547 oglądać w telewizji "Kevina samego w domu" i "Szklaną pułapkę". Już zacieram ręce na to, co upiecze mama. A Wasze metody na wygląd św. Mikołaja?

wtorek, 08 grudnia 2009
Nowe naklejki

Do niedzieli można głosować, która z 10 zaproponowanych przez City Hall nalepek na samochody (tzw. "stykerów" w nowomowie polonijnej) zostanie oficjalną nalepką chicagowskich samochodów w 2010. Nalepki muszą mieć wszystkie samochody parkujące na ulicach miasta więcej niż 30 dni i 30 czerwca każdego roku wymienia się je na nowe, a City Hall przypomina mięsny jak za komuny z powodu kilometrowych kolejek chicagowian, którzy czekali na ostatnią chwilę, aby je kupić (na szczęście można je kupić online, więc nie czekaliśmy). Nalepki to w ogóle chyba jakaś lokalna specjalność, bo oprócz wspomnianych "stykerów" naklejanych na przednią szybę, mamy też nalepki na tablice rejestracyjne, a ja ostatnio odnowiłam prawo jazdy przyklejając specjalną naklejkę na jego tył. Taka nalepka przysługuje osobom, których dane nie zmieniły się w ciagu pięciu lat i nie chcą zmieniać zdjęcia. No cóż, jako że wymieniałam prawko zaraz po urodzeniu Zosi i nie miałam ochoty gnać gdzieś, żeby mieć nową fotę, to zostawiłam starą, na której wyglądam jakbym była na haju, a która z jakiegoś nieznanego mi powodu otrzymała wiele komplementów. Waga wprawdzie znacząco mi się zmieniła przez 5 lat (118 funtów po przyjeździe do USA), ale pomińmy milczeniem stan obecny. Może się policja nie przypierdaczy w razie czego, że ważę "ciut" więcej.

No ale wracając do "stykerów", to mi najbardziej podobają się te propozycje:


Ten ostatni to mój ulubiony, a pojawiający się na wszystkich Burnham, to Daniel Burnham, który na początku XX wieku zaproponował nową koncepcję urbanistyczną miasta, naklejki zaś zaprojektowali uczniowie chicagowskich szkół. Niezłe zdolniachy. Pozostałe finałowe propzycje można obejrzeć na stronie City Hall i głosować.

piątek, 04 grudnia 2009
Przygotowania do zimy

Wczoraj lekko popadało, a dziś z rano było białawo. Atakiem zimy tego jeszcze nazwać nie można, no ale można zacząć się przygotowywac na nieuchronne.

Ostatnie krzyk mody na chicagowskich ulicach: drzewa karpetowe. Ciepło i przyjemnie. To rośnie na skrzyżowaniu Sheridan Rd i Ardmore Ave.

A to zdjęcie kurtki męża Anety. Kurtka, jak widać ciepła, pikowana i akuratna na zimę, padła ofiarą ich psa Bauera. Psu gratuluję ostrych zębów, Anecie i mężowi brawa za freecycling w wydaniu domowym.


wtorek, 01 grudnia 2009
Pies i kot w jednym domu stały

Mój tata twierdził swego czasu, że USA mimo szeroko rozumianej wolności i niewtrącania się państwa w życie swoich obywateli, to na wpoły państwo policyjne (oczywiście nie w dosłownym znaczeniu), obwarowane szeregiem mniej lub bardziej formalnych zakazów, począwszy od np. wysokiego wieku, w którym można zacząć spożywać alkohol, a skończywszy na zakazie palenia ogniska we własnym ogródku (przynajmniej w Chicago), które tą sławną amerykańską wolność ograniczają. Tak mi się to jego stwierdzenie przypomniało, gdy czytałam dziś rano o propozycji ograniczenia liczby psów i kotów trzymanych w chicagowskich domach do pięciu na jedno gospodarstwo domowe. Z jednej strony, co komu do tego, ile kto ma zwierzaków w chałupie, no a z drugiej jakby mój sąsiad miał 7 owczarków niemieckich, srających wokoło, to pewnie byłabym średnio zadowolona.

O ile wiem, w mieście jest zakaz trzymania zwierząt hodowlanych, co nie przeszkodziło  mojemu sąsiadowi, rodakowi, trzymać swego czasu kury i koguty u siebie, które uprzyjemniały letnie posiadówki w ogródku radosnym gdakaniem. Kogut oczywiście darł dzioba już od piątej nad ranem, ale o tym, na szczęście, wiem od innego sąsiada, bo do mojej sypialni kukuryku nie docierało. Drób chyba zakończył żywot, bo już od długiego czasu jest cicho. W sumie to nawet trochę szkoda. Tak jakoś swojsko było. Jak ostatnio zobaczyłam konia na swojej ulicy, to prawie padłam z wrażenia. Niestety, koń był przypięty do dorożki, których nie cierpię i zakazałabym w miastach (to tak a propos wolności i braku ograniczeń he he).

Jeśli więc sprawa psów i kotów się rozkręci, to może być niezły raban. Nie wiem, czy przeciwnicy nowego prawa wytoczyliby działa o wolności i robieniu co się chce pod swoim dachem, ale podejrzewam, że lobby psiarsko-kociarskie jest dość silne i kto wie do czego by się posunęli. W każdym bądź razie, jeden z sąsiadów ma rotweilera, więc jakby miał ochotę je rozmnażać, pięć to dla mnie aż nadto.

 
1 , 2