My kind of town

piątek, 19 grudnia 2008
Już za chwileczkę, już za momencik

Aktualna temperatura: -1 (bojkotuję inne miejsca o wyższej temperaturze i nie komentuję, bo to cios poniżej pasa). Walizek spakowanych: 0. Prezentów zawiniętych w papier z choinkami: 9. Prezentów niezawiniętych: 1. Godzin w pracy pozostałych: 3,5. Godzin do odlotu: teoretycznie 32, w praktyce w zależności od tego, jak bardzo nas popieści jutro śniegiem. Aktualny nastrój w skali od 1 do 10: 8.

No to cóż, wszystkim czytelnikom choinki do nieba, karpia jak trzeba (jak ktoś lubi) i do zobaczenia w 2009. A na zdjęciach dom z 2656 W Logan, zupełnie zwariowane miejsce, którego właściciele co roku urządzają prawdziwy spektakl, a mi ilekroć patrzę na tą rezydencję przypomina się scena z „Witaj Święty Mikołaju", gdy Clark Griswold zapala w końcu lampki na swoim domu. O właśnie ta.

21:11, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (15) »
piątek, 12 grudnia 2008
Kiełbaska z renifera
W ramach budowania świątecznego nastroju właśnie przeczytałam o miejscu na przedmieściach Chicago serwującym hot dogi z renifera. To się nazywa Christmas spirit. Hot dog z frytkami - $8.50, fRedhots and Fries w Glenview, IL. 14 mil od mojego domu. Jechać?
czwartek, 11 grudnia 2008
Duperele

Jest kilka rzeczy, do których nigdy się w Ameryce nie przyzwyczaję. Niektóre stoją mi ością w gardle, inne ledwie drażnią bądź śmieszą. Do pierwszej kategorii zalicza się ilość urlopu przysługującego na rok. Podobnie jak miliony mi podobnych, mam standardowe 10 dni wakacji na rok i 10 dni osobistych/chorobowych, które mogę wykorzystać jako urlop, jeśli się nie pochoruję wcześniej. Dla Amerykanina może i jest to ilość wystarczająca, ale dla kogoś z rodziną w Polsce to kropla w morzu potrzeb. Niby po pięciu latach pracy w mojej firmie dostanę dodatkowy tydzień urlopu, ale i tak do końca świata i jeden dzień dłużej będę tęsknić za europejskimi rozwiązaniami.

Z innych spraw drażni mnie na przykład, że w Stanach korzystając z komórki płaci się nie tylko za rozmowy przychodzące (normalka), ale również za przychodzące (?!). Dla mnie zupełnie bez sensu.

Do funtów, uncji, mil, stóp i cali i Fahrenheitów przysparzających nieco zamieszania po przeprowadzce idzie się przyzwyczaić, choć w początkach przeliczałam wszystkie nieznane mi jednostki na wartości metryczne. Teraz, gdyby ktoś się mnie zapytał, ile ważę (w kg), to pewnie nie udzieliłabym dokładnej odpowiedzi, gdyż operuję funtami.

W hotelach nie cierpię sposobu ścielenia łóżek. Każdego dnia po tym, jak pokojówka pościele łóżko, ja muszę szarpać się z kołdrą, która zostaje wciśnięta głęboko pod materac, a ja akurat lubię kołdrą dokładnie się owinąć, like a bug in a rug. No i zupełnie dla mnie durna instytucja flat sheet. Dla niezorientowanych, jest to prześcieradło, które podkłada się pod kołdrę albo koc i śpi pod oboma. Rzekomo dlatego, aby kołdry, które tutaj nie mają poszewek, nie brudziły się i nie trzeba było ich prać za często, aczkolwiek ja z tym plączącym się między nogami prześcieradłem walczę i w swoim domu nie używam. Kupić poszewkę na kołdrę to też sztuka, skoro wszyscy używają tych cholernych prześcieradeł. Na szczęście jest Ikea i np. takie romatyczne zestawy (bez prześcieradeł!).

No i nie rozumiem, dlaczego oni nie mają tutaj drugiego dnia Bożego Narodzenia.
wtorek, 09 grudnia 2008
That's the Chicago way
Aresztowali nam gubernatora. Chicago i Illinois ostatnio walą z grubej rury: jak nie prezydent z miasta, to gubernator w pierdlu albo Oprah Winfrey, która właśnie przyznała się, że waży 200 funtów (90 kg). Szykują się tłuste święta.
Co z tymi świętami?

W ogóle w tym roku nie czuję atmosfery świąt, co zakrawa na ironię, gdyż pierwszy raz od czasu przeprowadzki za ocean zaplanowałam święta w Polsce i lecę za niecałe dwa tygodnie na upragnione polskie Boże Narodzenie, do tego z hazbendem, który od naszego wesela 4 lata temu nie był w kraju-raju i połowa rodziny zapewne zwątpiła w to, czy ja aby na pewno mam tego męża.

Lecimy więc pokazać się oboje, a ja jestem w zupełnym proszku. Najpierw ta Jamajka, która skutecznie wybiła nas z rytmu i zamiast coroczego stopniowego przechodzenia od indyka do karpia skończyło się na zupełnie nieświątecznych ślimakach. Potem mąż w końcu zabrał się za ocieplanie strychu, przekładane chyba od trzech miesięcy. Najpierw strych trzeba było jednak posprzątać ze starej izolacji, co przerodziło się w zajęcie z piekła rodem i hazbend z kolegą walczyli cały dzień na górze, nie omieszkając oczywiście zrobić dziury w suficie w pokoju pod strychem. No ale na to akurat byłam mentalnie przygotowana. Wiedziałam, po prostu wiedziałam, że któryś na pewno wlezie w tzw. szkodę. Pytanie było tylko, czy wpadną przez sufit do pokoju niżej obaj, pojedynczo, czy jedną kończyną, ale skończyło się „tylko" na lekkim pęknięciu sufitu. Na deser hazbend będzie kończył ten strych w trakcie przedświątecznej wizyty teściów, bo w sobotę zdążyli tylko posprzątać, a o ocieplaniu nie było nawet mowy. Teściowie przyjeżdżają jutro, zostają do niedzieli. O tym, że nie mam dla nich prezentów nie ma po co się rozwodzić.

Choinki w tym roku nie mamy, no bo wyjeżdżamy. Nie mam nawet w domu eggnoga, co chyba trzeba szybko naprawić, bo tylko w nim nadzieja, że uda mi się wpaść w świąteczny nastrój. No i nigdzie jeszcze nie słyszałam Last Christmas. A do tego dziś tak leje, że można zwątpić w święta, karpie, choinki i św. Mikołaja. Na szczęście mama obiecała, że po przylocie będzie już czekał na mnie świeżutki pasztet, więc jak się dorwę...
17:24, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 08 grudnia 2008
Spare some change, brother

Za każdym razem, jak w słoiku uzbiera się tyle monet, że słoika nie da się zamknąć, zabieram go do Jewela i za pomocą maszyny Coinstaru liczę i wymieniam na banknoty. Zanosi się na to, że od Nowego Roku trzeba będzie zacząć zbierać moniaki, bo miasto właśnie sprzedało parkometry prywatnej firmie (za, bagatela, ponad milliard dolarów), a firma podnosi ceny czterokrotnie od stycznia.

Kończą się więc czasy parkowania za 25 centów za godzinę. Tyle wynosi stawka w takich dzielnicach, jak moja oraz większości miasta. Opłaty za godzinę parkowania wzrosną czterokrotnie, czyli za godzinę będziemy płacić dolara. Dolar za godzinę niby nie majątek i nie ma co szat rozdzierać. Chodzi bardziej o fakt, że ceny skaczą czterokrotnie. Jakoś nie kojarzę, żeby cokolwiek innego podskoczyło ostatnio 4 razy. W centrum podwyżka nie jest tak duża, bo tylko z $3 do $3.50, ale do 2013 ceny mają wzrosnąć dwukrotnie. Ponieważ samochodem jestem w centrum rzadko, więc mnie to w sumie nie dotyczy, a dolar na postój gdzieś w moich okolicach też mnie nie zbawi. Bardziej wkurza mnie, ze wraz z podwyżką firma znosi tez bezpłatny parking w niedziele i główne święta oraz częściowo bezpłatny parking przy parkometrach w nocy. W niektórych częściach miasta trzeba będzie płacić za postój 24/7.

Chicago lata dziurę w budżecie, a prywatyzacja to metoda w mieście dobrze znana. Płatna autostrada Skyway przeszła w prywatne ręce za 2 miliardy dolarów, a ceny przejazdów od razu podskoczyły o jakąś połowę. Podziemne garaże w centrum też są zarządzane przez prywatną firmę, a do budżetu miasta wpłynęło 500 milionów z tytułu dzierżawy. Kto parkował w garażu Parku Millenijnego, wie ile kosztuje ta przyjemność. Parę miesięcy temu mniejsze chicagowskie lotnisko Midway zostało wydzierżawione za ponad 2, 5 miliarda dolarów. A teraz parkometry. No ale podobno oficjalnie żyjemy w recesji od roku (normalnie nie do uwierzenia), to pewnie tonący brzytwy się chwyta.
czwartek, 04 grudnia 2008
Kulinarne bajki z Jamajki

Ponieważ nie mieszkaliśmy w ośrodku z wyżywieniem, stołowaliśmy się sami, stąd te zakupy w spożywczaku. Śniadania i lunche robiliśmy sami, a na kolacje jeździliśmy każdego wieczoru do jednej z knajp polecanych w przewodniku (Frommer's - to moje drugie, po San Francisco, spotkanie z tym wydawnictwem - polecam). Musieliśmy jednak spróbować lokalnego śniadania, czyli ackee with saltfish (nie wiem, jak się tłumaczy ackee, ale mam nadzieję, że dostanę fachową odpowiedź od Tierralatiny).

Ackee (tak wygląda na drzewie, czy Wy też macie anatomiczne skojarzenia?) to narodowy owoc Jamajki. Je się część ze środka owocu - to ta, która na zdjęciu wygląda trochę jak jajecznica. Konsystencją przypomina awokado, smakiem orzech włoski, ale generalnie nie ma jakiegoś charakterystycznego smaku. Dopiero w połączeniu z rybą tworzy niezłą mieszankę i choć ryba na śniadanie to nie mój ulubiony zestaw, to jamajskie śniadanie z papają, ananasem oraz bammy, czyli smażonym, słodkawym chlebem smakowało egzotycznie i bardzo smacznie. No ale skoro niektórzy jedzą na śniadanie gravy, to i ryba przejdzie.

Na lunch - posiłek country-style. Najpierw się pije wodę ze środka a po wypiciu wody, przechodzimy do części zasadniczej i zjadamy miąższ kokosowy. Jeśli trafi się nam stary kokos, można wyjeść część wyschniętą i nie zapomnieć o zostawieniu paru wiórków kokosowych dla mamy do świątecznego ciasta.



No ale prawdziwy wypas kulinarny zaczynał się przy kolacji. Lokalne specjały to owoce morza oraz kozy, które pasą się dosłownie wszędzie. Zarówno seafood, jak i kozy przyrządzane są głównie w sosie curry i serwowane z ryżem z fasolą oraz sałatką kolesław. Koza smakowała mi bardzo, ale jak miałabym wybierać między koźlęciną a baraniną (do której koza jest bardzo podobna w smaku), to wybieram baraninę. Poza tym, jamajskie kozy przyrządzane są razem z koścmi, więc gdy dostaje się gulasz z kozy, to trzeba trochę nawybierać gnatów.

Kozy kozami, ale gdy przyszło do owoców morza, umarłam w butach. Najpierw pieczone plecy kraba.


Potem ryba, którą zamówiłam przez pomyłkę i prawie dostałam zawału, gdy wjechała na stół z głową oraz płetwami (uraz do jedzenia ryby w całości mam po wakacjach nad Bałtykiem, gdy walczyłam z ościami niedosmażonej ryby), ale ostatecznie nie dałam jej szans. Pycha!

A potem lokalny przysmak, czyli conch. Ponieważ słowo było mi obce, więc mąż bardzo obrazkowo mi wytłumaczył, że conch (Tierralatina?) to ślimak, który żyje wewnątrz pięknych, kolorowych muszli, które przykłada się do ucha, aby posłuchać, jak szumi morze. No, po takiej reklamie nie mogłam nie spróbować. Była więc zupa ślimakowa, kawałki ślimaków w sosie tartar i na koniec oczywiście ślimak w curry.

Krewetki niech się chowają i idą spać. Conch rządzi na liście najlepszych owoców morza. Jako, że nie jest to stworzenie dużych rozmiarów, przemknęło mi przez myśl, ile ślimaków składa się na moją kolację, ale mąż poradził mi, żebym nie świrowała z tą matemetyką, tyle jadła, jak mi dają. No to jadłam.

A na deser daiquiri z papai. Mąż już zaczął szukać porządnego miksera, kóry będzie kruszył lód do daiquiri, bo nasz nie daje rady. Normalnie niebo w gębie te ich driny.

Nie wiem i pewnie się nie dowiem, czy gdybyśmy mieszkali w resorcie z wyżywieniem, mielibyśmy szansę popróbować podobnych lokalnych przysmaków. Nam bardzo pasował model z kolacją w innym miejscu każdego wieczora. A jak ktoś będzie w Negril, to polecam nasze ulubione miejsce - Cosmo's, restaurację na plaży z najlepszym ślimakami i daiquiri, jakich udało nam się spróbować w ciągu tygodnia.

środa, 03 grudnia 2008
Jamaica - no problem

Chiara76 pytała się niedawno, jak pachną Karaiby. Za całe Karaiby mówić nie mogę, ale za to na pewno wiem, że Jamajka pachnie maryśką. Jak ktoś lubi sobie zapalić zioło, to szczerze polecam wyprawę na wyspę (sama nie palę, jakby się ktoś pytał), bo dostępność i jawność marihuany są zaiste zaskakujące, mimo iż oficjalnie jest nielegalna. Byłam z mężem nagabywana o zakup skręta średnio co 50 metrów na plaży wieczorową porą. Gdyby mało mi było maryśki, mogłabym do towarzystwa zakupić grzybki oraz brownies.

Lokalsi palą na maksa wszędzie i w ilościach powalających. Przewodnik, który oprowadzał nas po jamajskiej wiosce w ciągu dwóch godzin wypalił 4 skręty. Wsiadasz do taksówki - marycha. Wchodzisz do restauracji - marycha. Gdy dotarliśmy do hotelu o północy, dwaj panowie, którz uprzejmie ciągnęli nasze walizki, byli tak najarani, że to my ich prowadziliśmy do naszego pokoju, a nie oni nas. Po podobnych akcjach zrozumieliśmy dlaczego narodowe hasło kraju Jamaica - no problem ma w sobie tyle prawdy. Wypalasz sobie dwa do śniadania, za oknem słoneczko, pod bokiem plaża i zero stresów.

My też generalnie nie mieliśmy zbyt wielu stresów. Do morza mieliśmy 15 sekund. Woda była tak czysta, że stojąc w niej po pas sprawdzałam, czy lakier na palcach stóp dobrze mi się trzyma. Na plaży, długiej na 7 mil, do wyboru do koloru barów i restauracji. Wstrzeliliśmy się tuż przed samym rozpoczęciem sezonu, bo turystów w zasadzie jak na lekarstwo, głównie Amerykanie i Niemcy. Adrenalina podnosiła się nam ilekroć wybraliśmy się do centrum miasta na zakupy i do bankomatu. W spożywczym dylematy szekspirowskie: kupić jajka leżące luzem na półce w upale (z jakiegoś nieznanego mi powodu nie trzymają ich w lodówce), czy nie kupić. Pod bankomatem obowiązkowo staliśmy średnio 15 minut. Regularnie bez kolejki wpychali się rośli panowie ze złotymi łańcuchami na szyi. Luzik. Zaraz też pojawiali się lokalni i zaczynali wciskać coś do sprzedaży albo prosić o pieniądze. Jamajka bowiem, poza pięknymi plażami, bujną roślinnością i turystyką, która ją napędza, to kraj biedny, a w miejscowościach turystycznych takich, jak Negril, miejscowi żyją głównie z tego, co wyciągną od turystów. Okolica w rejonie nieturystycznym wygląda jak państwo Trzeciego Świata, co mieliśmy okazję zobaczyć na własne oczy, gdy wypożyczyliśmy samochód i zrobiliśmy objazd okolicy, gdzie domy zbudowane są z desek, dykty, blachy, a nawet gazet, psy wałęsają się bezpańsko, przy drogach pełno śmieci, odpadków i wszelkiego badziewia. Najbardziej depresyjnym widokiem był wrak starego statku leżący na boku w płytkiej wodzie u wybrzeży jednego z miasteczek, niczym wypatroszona ryba, zżarty rdzą, opuszczony. Był to obraz tak dołujący, że nawet nie miałam siły robić zdjęcia.

Dzień w samochodzie zapisał się w naszej pamięci na długo nie tylko z powodu widoków. Zaczęło się od tego, że na Jamajce panuje ruch lewostronny, więc mąż miał po raz pierwszy w życiu okazję pojeździć po tej drugiej stronie. Ciekawie było zwłaszcza, gdy dojeżdżaliśmy do rond. Równie ciekawie zrobiło się, gdy złapaliśmy pierwszą gumę dnia. Wspominam ją prawie z rozrzewnieniem, bo był środek dnia, słoneczko świeciło, mieliśmy zapas, mąż szybko go założył, a i tak udało nam się dojechać na czas na pseudo-safari po mokradłach. Wracając z safari, dobrze po zmierzchu, zadowoleni po naoglądaniu się krokodyli, złapaliśmy gumę numer 2. To trochę dziwne uczucie, gdy jesteś 100 km od hotelu, na jakimś totalnym, jamajskim zadupiu, z dwoma dziurawymi oponami i nie masz internetu, żeby wygooglać, gdzie jest wulkanizator. Komórki, żeby zadzwonić po pomoc też nie (w końcu jak wakacje, to też od technologii). Znalazł się na szczęście jakiś dobry człowiek, który wziął flaka, zawiózł do pobliskiego mechanika i 20 minut później byliśmy znowu na drodze. Oczywiście za usługe zażyczył sobie parę jamajskich dolarów, bo na Jamajce wszyscy życzą sobie kasę na wszystko. Kiedy 10 kilometrów dalej wpadliśmy w kolejną dziurę-krater i załatana opona poszła się chrzanić, poczuliśmy, że jest źle, a nawet bardzo niedobrze. Mąż zwątpił, ja zaczęłam się jąkać ze stresu i poczuliśmy, że przygoda trochę wymknęła się spod kontroli. Dzięki Bogu, ponownie znalazł się człowiek, który prawie charytatywnie nam pomógł, ale tym razem zajęło to dwie godziny, w trakcie których pożarły mnie komary i to tak że przez następne dni wyglądałam jak nastolatka z pryszczami na dupie.

No ale na szczęście następnego dnia można było wrócić na plażę, rozwalić na leżaku, wystawić gębę do słońca, zastanawiać się, czy równo się opalam, w przerwach między czytaniem literatury klasycznej, poczytać o o problemach  Angeliny Jolie z Jenifer Aniston i zamówić drina z rumem. 


Więcej zdjęć tradycyjnie na Picasie. W następnym odcinku - zoologicznym - o wyższości owcy nad kozą oraz dlaczego matematyka nie sprzyja ślimakom.