My kind of town

piątek, 28 grudnia 2007
Najważniejsze pytania w 2008

Chicago Tribune publikuje dziś listę najbardziej gorących pytań dotyczących przyszłego roku. Pytania zadawali czytelnicy dziennika. Listę otwiera pytanie, czy obecny gubernator Illinois zostanie oskarżony o korupcję, zaraz potem znajduje się pytanie o to, czy Chicago wybuduje kasyno (są takie przymiarki), a na miejscu trzecim, czy miasto nadal będzie zabiegało o organizację olimpiady w 2016. To, czy pochodzący z Chicago wokalista R. Kelly zostanie uznany winnym w procesie o molestowanie seksualne, kolejne wybryki panny Spears oraz matrymonialne plany Oprah raczej mnie nie obchodzą.

Najbardziej interesuje mnie kto wygra wybory prezydenckie w Stanach. W kwestiach zawodowych – jak szybko uda mi się zmienić pracę (choć jeszcze nie zaczęłam szukać). W sprawach osobistych - kiedy uda mi się polecieć do Polski. I tradycyjnie, jaki film zgarnie najwięcej Oskarów.

A Was, co najbardziej interesuje w 2008? 

niedziela, 23 grudnia 2007
Wpis przedświąteczny

Lonelystar narobiła mi smaku eggnogiem, czyli tradycyjnym świątecznym drinkiem na bazie jajek, mleka, cukru oraz burbonu, koniaku i rumu, więc pojechałam do sklepu, zakupiłam gotową mieszankę jajeczną, w domu dodałam alkohole i od wczoraj raczę się tym trunkiem. Przy każdym łyku mam ochotę śpiewać kolędy albo “Jingle bells”, zawinąć się w koc i nie wychodzić z domu do Nowego Roku. No może poza wypadem na narty, choć ten chyba spalił na panwece, gdyż śnieg rozpuścił się zupełnie. W Chicago pogoda zwariowała. Wczoraj było 10 stopni na plusie, dziś jest 10 na minusie i do tego tak wieje, że patrzę z przerażeniem na świerk obok domu, który buja się niepokojąco na wszystkie strony.

Wszystkim odwiedzającym Windy City, życzę pogodnych, ciepłych i rodzinnych świąt Bożego Narodzenia, pyszności na stole wigilijnym, bardzo dużo dobrego pod choinką i wielu wzruszeń przy opłatku. Wesołych Świąt!

19:03, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (13) »
czwartek, 20 grudnia 2007
Hepi berzdej to me

Moje blogowe dziecko, lub używając nowomowy polonijnej  - bejbik – kończy dziś rok. Ledwie rok, a mi się zdaje jakbym pisała tu co najmniej pięć lat. Dzięki za czytanie i komentarze.

21:58, aniabuzuk , www
Link Komentarze (11) »
wtorek, 18 grudnia 2007
Brzuch pełny pierogów

Po dwóch imprezach świątecznych w weekend (pierogi-making party u koleżanki Sorbet - pozostawię jej szczegóły do opisania - oraz świątecznemu spotkaniu z zaprzyjaźnionym Progressem) czuję się jak po świętach: pełna pierogów, kapusty, grzybów, barszczu oraz przeróżnych trunków, po których lekko bolała mnie głowa w niedzielę. W domu w sobotę pachniało mi już świętami, gdy przysmażałam cebulkę i gotowałam kapustę do pierogowego farszu. Spędziłam ponad pół godziny na telefonie z rodzicami gromadząc instrukcje na temat gotowania barszczu, ryby po grecku oraz wspomnianych pierogów, więc od soboty zamierzam stać przy garach (czego normalnie nie robię, bo pozostawiam sprawy w rękach fachowca, czyli męża), aby na poniedziałek wszystko było gotowe.

W ramach dygresji i poniedziałku, przestrzegacie nadal postu w Wigilię? Nakazu nie ma, co kilka lat temu ogłosił ktoś z władz kościelnych, a ja mam w lodówce uszka z mięsem, które pasowałyby mi do barszczu, jak znalazł, ale bije się z myślami, czy wypada. Tradycja w końcu jest postna.

Za oknem śniegu od cholery, w sklepach nie da się przecisnąć, wszędzie kolędy i "Last Christmas" i tylko od czasu coś zgrzyta w tej sielskiej atmosferze, jak np. podczas dorocznego spotkania personelu w mojej firmie, gdy omawiając sprawy bezpieczeństwa w naszym biurze, ktoś przypomniał wspomnianą przeze mnie parę wpisów temu strzelaninę w jednej z chicagowskich firm prawniczych. Obecna na spotkaniu nasza recepcjonistka podsumowała, że to pewnie ona w pierwszym rzędzie byłaby w kłopocie, gdyby taki szaleniec wpadł do naszej firmy.
Nasz szef skwitował to uroczo ni mniej ni więcej takimi słowami: When it's your time, it's your time, and there is nothing you can do about it. Nie ma jak takt i wyczucie chwili.

Z kolei w firmie mojego męża ktoś błysnął poczuciem humoru i jako jeden z dziesięciu losowych prezentów dla pracowników wytypował certyfikat na gratisową wymianę biurowego indentyfikatora w przypadku zgubienia aktualnie posiadanego. I to wcale nie miał być żart. Normalnie ręce opadają.

Na koniec więc kolejna porcja świątecznych obrazków z Chicago ku pokrzepieniu serc i brzuchów.

Choinka i wieniec ze stacji Metry.

Choinka reprezentacyjna na Daley Plaza.


Godziny urzędowania.


Ten od prezentów we własnej osobie.


Ta od zdjęć.


Ten od pierogów.


Prosto z gara.


wtorek, 11 grudnia 2007
Choinka z czuba

(Wpis sentymentalny, więc bardzo długi i dla cierpliwych)

Choinka w moim rodzinnym domu była (i jest) w każde święta. Żadna tam sztuczna, tylko prawdziwa, być może nawet wycięta z plantacji eksperymentalnej, ale niedyskretnych pytań nikt wtedy nie zadawał. Po choinkę jeździliśmy również do tzw. „chłopa", o ile mnie pamięć nie myli teścia sąsiada z początku ulicy, który miał swój własny las. Brodząc po kolana w śniegu, zadzierałam głowę do góry i wypatrywałam tego jedynego drzewa, które miało uświetnić Boże Narodzenie w rodzinie Buzuków. Tata, niczym wprawiony w jodłowaniu Bawarczyk wchodził wówczas po gałąziach na szczyt kilkumetrowego świerku i obcinał ponad dwumetrowy czub, który z łomotem walił się na ziemię.

Taka ścięta z czuba choinka w niczym nie przypomina drzewek wyciętych, gdy mają ledwo ponad dwa metry i zaledwie kilka lat. Igły są ostre i sprężyste, a pień gruby, tak że tata musiał nieźle się nabiedzić, aby ją obciosać i wpasować w stojak. Potem następowało wciąganie drzewa do domu spod garażu przez balkon na pierwsze piętro domu. Tu zdaje się pomoc mamy była nieoceniona, bo dopóki mój brat nie odrósł od ziemi i nie wyrobił sobie jako takich mięśni, jego rola w przygotowaniu choinki ograniczała się do tłuczenia bombek.

Choinkę ubieraliśmy na raty. Tata zawsze zakładał dekoracyjny czubek oraz lampki. Potem kończyła mu się cierpliwość i do akcji wkraczała mama wieszając większe bombki. Mi przypadało w udziale wieszanie drobiazgów, a więc stosu przeróżnych gwiazdek, mniejszych bombek, maskotek, szyszek oraz na samo koniec łańcuchów. Z łańcuchów, przysyłanych prosto z Chicago przez babcię robiłam fryzurę na Tinę Turner lub a'la Boney M. Kiedy dorobiliśmy się kota, padał on ofiarą moim twórczych zapędów i biegał jak oszalały po całym domu z szeleszczącymi łańcuchami obwiązanymi wokół ogona i łap. Mama lepiła pierogi, ale od czasu do czasu przychodziła ocenić postępy i pokiwać głową z politowaniem nad bałaganem w pokoju. Miałam również rytuał wieszania niektórych bombek w określonym porządku i miejscu. Pasiaste cepeliowo wyglądające, których nie lubiłam szły na spód drzewa. Mieniące się brokatem szyszki na górę. Dwie pluszowe maskotki zawsze wieszałam razem, gdyż tworzyły w moim dziecinnym wyobrażeniu parę kochanków rozdzieloną na długie miesiące gdzieś w czeluściach pudła po telewizorze, w którym trzymaliśmy wszystkie ozdoby. Przed świętami wieszałam oboje tuż obok siebie, aby w końcu mogli nacieszyć się sobą.

Choinka z czuba po kilku tygodniach podlewania wypuszczała jaskrawo-zielone pączki. Wiecie, jak bardzo żal wyrzucać takie drzewo, które właśnie obudziło się do życia?

W tym roku rodzice wycinają choinkę z własnego lasu, który posadzili sobie na przydomowej działce. Tego zapachu i świątecznych przygotowań nie będzie mi dane zaznać w tym roku. No ale nic to. Las jest spory, choinek w nim nie brak, więc może w następnym roku uda mi się obwiązać kota łańuchem. Na razie mam swoje drzewko prosto z Home Depot. Nie tak wysokie, jak to w domu rodziców, ale pachnie żywicą i świętami. Ozdoby też inne, głównie przysłane przez teściową, która świadoma mojej corocznej traumy świątecznej wynajduje w Columbus bombki made in Poland ($20 sztuka!) i podsyła mi zapas każdego roku. Oprócz polskich akcentów są też amerykańskie, o których nigdy bym zapewne nie pomyślała w Polsce, ale tutaj wywołują mój uśmiech, gdy co roku wyciągam je z pudeł. Teraz to już chyba tylko dzieci powinnam się dorobić i kota, żeby mieć komu robić fryzurę jak Tina Turner.

U nas są aniołki na choince, tutaj Kermit.


Tradycyjna amerykańska skarpeta na prezenty.


Gdyby drzewo się zapaliło, w pogotowiu jest wóz strażacki.


Moja ukochana owca świąteczna, chyba nawet z prawdziwej wełny (Hjuston, kiedyś musisz obcenić, czy przypadkiem nie z nowozelandzkiej).


Tu jeden z drogocennych produktów made in Poland.


Renifer Rudolf z czerwonym nosem.


Politycznie niepoprawna szopka (też prezent od teściowej).


I na koniec choinka w wersji patriotycznej.


czwartek, 06 grudnia 2007
Lake-effect

Ilekroć w Chicago spadnie śnieg zastanawia mnie, jak to jest, że za każdym razem miasto jest sparaliżowane niczym po przejściu jakiegoś śnieżnego huraganu pokroju Katriny. Normalnie jakby nikt tu wcześniej śniegu nie widział. Pociągi nie jeżdżą albo spóźniają się, na autostradach kilkugodzinne korki, a pierwszym newsem na każdym kanale TV jest śnieg i lake-effect, termin kluczowy do zrozumienia pogody w Chicago, zwłaszcza zimą. Czego nie posłuchasz, gdzie nie przeczytasz, lodówkę otworzysz, wszędzie lake-effect. Śnieg jest też głównym tematem do rozmów w windzie i przy odgrzewaniu lunchu w mikrofalówce (Is it snowing yet? Man, still snowing? Have you seen the snow? How about that snow, huh?).

Śnieg spowodowany lake-effect powstaje dlatego, że Chicago leży nad jeziorem, które zimą bywa znacznie cieplejsze niż powietrze (latem chłodniejsze) i to generuje różne anomalie, o których ja nie będę się rozwodzić, a zainteresowanych odsyłam do Wiki (albo tutaj). W każdym bądź razie, śnieg zasypuje pół miasta, a potem przesuwa się na wschód i południowy wschód i spada w jeszcze większej ilości w Indianie albo Michigan i to oni mają prawdziwy problem z lake-effect, a nie my.

Robię się za stara i wygodna, żeby cieszyć się opadami śniegu, bo muszę wcześniej wstawać, żeby odśnieżyć chodnik, odskrobać samochód i jechać do stacji pociągu w jakichś niewytłumaczalnych korkach (wszyscy jadą wolno jak na pogrzeb, choć główne ulice odśnieżone). Za śnieg to ja więc dziękuję. Wolę, gdy się roztapia.

16:08, aniabuzuk , Zima
Link Komentarze (22) »
środa, 05 grudnia 2007
Życie na kredycie

Ostatnio zauważam, bardziej niż parę miesięcy wcześniej, jak wszystko drożeje dookoła, głównie żywność. Skończyły się czasy galonu mleka za $1.99, teraz baniak w cenie promocyjnej kosztuje $2.59. Generalnie zostawiam coraz to większe i większe rachunki w lokalnym markecie, czy np. Targecie. Panowie remontujący piwnicę mówią, że materiały budowlane podrożały również. Spadający dolar i recesja dają się chyba jednak najbardziej we znaki właścicielom domów i mieszkań, którzy parę lat temu korzystając z rozpasanej koniunktury kupowali jak opętni. Boom na rynku nieruchomości sprzed paru lat, kiedy dzięki niskim odsetkom i bankom udzielającym pożyczek na lewo i prawo każdy, kto miał trochę grosza przy duszy kupował domy i mieszkania, daje właśnie o sobie znać od tej gorszej strony.

Recesja dopadła tych z właścicieli, którzy zdecydowali się na tak zwany adjustable rate morgage, czyli kredyt z ruchomym oprocentowaniem. Po podwyższkach stóp procentowych takie kredyty pofrunęły pod sufit i niektórzy, którzy mieli sześcioprocentowe odsetki, teraz płacą np. 11, czyli prawie 100% więcej. No, panie dzieju, gdyby mi miesięczna opłata za dom podskoczyła prawie dwukrotnie, to może nie poszłabym z torbami, ale pewnie musiała wziąć etat przy sprzedawaniu ziemniaków w lokalnym warzywniaku albo dorabiać sobie na „domkach” w weekendy. W dzielnicy, w której mieszkam domów z niespłaconymi kredytami było rok temu 32, a w tym już 94. Odsetek domów przejętych przez banki w całym Chicago w pierwszych sześciu miesiącach 2007 był wyższy o 40% od analogicznego okresu rok temu. Ludziom, którzy muszą sprzedawać domy poniżej wartości, aby spłacić kredyt american dream na pewno skończył się brutalnie i za Boga ojca nie chciałabym być w ich sytuacji. Nad moim domem i mężem biorącym kredyt cztery lata temu chyba ktoś na górze czuwał, bo nasza miesięczna rata za dom nie podskoczyła ani centa.

Ameryka żyje na kredyt, jak żadne inne państwo na świecie. Konsumpcjonizm jest rozbuchany, a ludzie mają po kilkanaście zadłużonych kart kredytowych, które spłacają latami. Wystarczy przecież jedno przeciągnięcie karty kredytowej po czytniku i już ma się ten wymarzony stucalowy płaski telewizor, czyż nie? A przed świetami jeszcze łatwiej usprawiedliwić się przed sobą. 

sobota, 01 grudnia 2007
Impreza w firmie

Nie wiem, jak to się dzieje, ale przez ostatnie dwa lata, gdy moja firma ma doroczną imprezę świąteczną, dzieją się w Chicago rzeczy, które trafiają na pierwsze strony portali internetowych bądź telewizji w Polsce. W tamtym roku dokładnie w dzień przyjęcia, sfrustrowany klient wtargnął do jednej z chicagowskich firm prawniczych i zastrzelił parę osób. Do tego firma specjalizowała się dokładnie w tej samej dziedzinie jak ta, w której pracuję, więc jak tylko wieści dotarły do Polski, już dzwonili do mnie lekko przestraszeni rodzice.

W tym roku pociąg Amtraku najechał na towarowy na południu Chicago, a już zdążyła o tym napisać Gazeta.pl Dziwne, jak splatają się ze sobą zupełnie niepowiązane rzeczy.

A ja mam dokładnie taki sam, jak rok temu zupełnie nieimprezowy nastrój na godzinę przez rozpoczęciem imprezy. Nie chce mi się iść. W pracy zaś humory dopisują: panowie w swetrach w renifery, panie zamieniły łazienkę w salon fryzjersko-kosmetyczny, koleżanka obok puszcza na cały regulator świąteczne piosenki i śpiewa o jakichś marszmalołach, a ja myślę o tym, żeby już było „po”. Najlepsze jest to, że imprezy świąteczne w mojej firmie są z reguły bardzo udane i w zasadzie nie mam na co narzekać. Podstawą jest oczywiście open bar, który w zeszłym roku był powodem mojego przedwczesnego opuszczenia lokalu, no ale spuśćmy na to kurtynę milczenia, a ci, którzy nigdy w życiu nie nadużyli napojów wyskokowych na imprezie firmowej, niech zamilkną teraz i na zawsze. W tym roku mocne postanowienie wypicia co najwyżej dwóch (no, dobra, nie łudźmy się trzech) kieliszków wina, pokaz tańca brzucha, może parę podskoków (mamy didżeja w tym roku), a potem niczym Marysia z „Poszukiwany, poszukiwana” – „5 kilo cukru do siatki i do domu”. To idę.

00:16, aniabuzuk , Grrr
Link Komentarze (19) »