My kind of town

czwartek, 18 listopada 2010
Everyday granola

Jak nigdy nie lubiłam jesieni, to muszę przyznać, że w tym roku jest wyjątkowo udana. Do tego stopnia mi się podoba, że nawet Halloween mi jakoś mniej przeszkadzało i zaczęłam wymyslać jakie dekoracje zrobimy za rok. Przez większą część września, października i połowę listopada nie padało,  było ciepło, słonecznie i nachodziłyśmy się z Zośką w liściach w parku. Mniej więcej wysprzątaliśmy ogród na zimę oraz zaczęliśmy oficjalnie sezon jesienno-zimowy pieczeniem pizzy (latem nie pieczemy, bo mimo klimy w domu można się usmażyć od piekarnika). Hazbend zamierza w tym roku jeszcze udoskonalić swoją pizzę i dorwał jakieś wideo z jakimś gościem z Food Network, który tłumaczy jak piec pizzę na kamieniu i gdzie kupić wielką szuflę do wsadzania pizzy do piekarnika, czy tam do pieca. Matko. Póki co, oprócz produkcji przeróżnych wersji pizzy (ostatnio była z barbeque sosem i kurczakiem), produkujemy też własną granolę.

Z granolą długo miałam na bakier, bo kojarzyła mi się z wszelakimi zupami mlecznymi, którymi pasiono mnie na wczasach, w przedszkolu i na koloniach, a które to zupy nienawidziłam i jadłam pod przymusem. Nie lubię też cereal i nie mogę patrzeć jak hazbend oraz Zośka wcinają je na śniadanie. Lubię mleko i swego czasu pijałam je do obiadu, bez względu na to, czy był to bigos, gołąbki, czy schabowy, ale daniom mlecznym podziękowałam już dawno. I dopiero po śniadaniu na trawie w houstońskim parku 2,5 roku temu zmieniłam zdanie.

Ktoś ze znajomych przetestował ten przepis, a my z niego skwapliwie skorzystaliśmy, z tym, że zamiast pecans używamy migdałów, nie dodajemy suszonych owoców i pieczemy krócej niż przepis podaje. Wychodzi naprawdę super.


środa, 17 listopada 2010
Co na prezent dla panny młodej

Dostałam dziś zaproszenie na wedding shower, czyli wieczór panieński i cieszę się jak diabli, bo hajta się moja dobra kumpela, która praktycznie zeswatała mnie i hazbenda. Zaproszenie jest właściwie na popołudnie panieńskie, bo impreza zaczyna sie o 3 po południu i podejrzewam, że raczej nie skończy się o 3 nad ranem. No ale kto wie. Może będziemy biegać od knajpy do knajpy z panną młodą w welonie? W każdym bądź razie, ostatni wieczór panieński na jakim byłam, to był mój własny w Polsce, więc tak dokładnie to nie wiem, jakie zwyczaje panują na takich imprach tutaj. Kurna, wszyscy się już pożenili, czy jak.

Nie znam ludzi, którzy wyprawią imprezę kumpeli, ale na zaproszeniu figurują jako "Pan i Pani X i Y". Myślałam, że wedding shower to bardziej impreza dla samych kobitek, no ale może będą też faceci, skoro pan Y jest organizatorem. Co się przynosi przyszłej pannie młodej? Ja dostałam bieliznę, zapas prezerwatyw, pseudo-poradniki w stylu "Orgazm na 100 sposobów" i jakieś erotyczne gadżety, które wyciągałam zdaje się z torebek z zamkniętymi oczami. Podejrzewam, że kumpela dostanie mnóstwo prezentów z Victoria's Secret, więc może niekoniecznie muszę kupować kolejne majteczki w kropeczki. Gdzie tu w tym mieście są jakieś sex shopy? Był ktoś? W Warszawie to od razu wiedziałabym, gdzie pójść he he. No i co jest modne na takich imprezach?

04:26, aniabuzuk , Różne
Link Komentarze (14) »
środa, 10 listopada 2010
Ulica Lecha Kaczyńskiego w Chicago

Parę dni temu gazeta.pl ogłosiła, że część chicagowskiej ulicy Belmont Central, w okolicach skrzyżowania z Central Belmont Avenue, zostanie nazwana imieniem Lecha Kaczyńskiego. No i zaiste, taka uroczystość ma się odbyć jutro. Nie oznacza to, że Belmont Central przemianują na Kaczyńskiego, a tylko, że część ulicy zostanie honorary street, czyli taką jakby honorową aleją. Mi, to szczerze mówiąc, zwisa. Wkurza mnie tylko trochę, że Tom Allen, radny mojej dzielnicy, który swego czasu chciał ustawy ograniczającej nazywanie bez umiaru ulic imieniami zasłużonych osób, sam zgłosił tą propozycję.

Oczywiście, rodacy nie byliby rodakami, gdyby nie zaczęli typowego polskiego narzekania. Otóż Belmont i Central, polska okolica od nie wiem, jakiego czasu, okazuje się być niegodna prezydenta. Naczelna nawiedzona chicagowskiego radia Łucja Śliwa rzekła, że wybór dzielnicy "kupieckiej, z opuszczonymi biznesami i pustymi witrynami" jest niedpowiedni. Pani Śliwa chciałaby, aby tę sprawę publicznie przedyskutować. No tak, może zrobić kolejne wybory. Albo najlepiej, jakby miasto zatrudniło ankieterów chodzących od domu do domu i pytających, czy my Polacy z Chicago łaskawie się zgadzamy, żeby dość dziadowsko wyglądające skrzyżowanie Belmontu i Central nazwane zostało nazwiskiem Kaczyńskiego. O tak, bo z Polonią w Chicago to trzeba się przecież liczyć i nie można tak sobie nazywać do szpiku polskiego skrzyżowania imieniem zmarłego polskiego prezydenta.

Nazywanie ulic w Chicago honorary street już nie raz wzbudzało kontrowersje. Kiedyś chciano nazwać fragment ulicy imieniem pana od Playboya, czyli Hugh Hefnera. Nie przeszło w radzie miejskiej. Potem któryś z radnych miał pomysł, aby uhonorować byłego członka rady miejskiej, wsławionego głównie tym, że przez wiele lat po odejściu z rady wciąż pobierał z niej kasę. No i najsłynniejsza sprawa, gdy jeden z radnych próbował nazwać ulicę imieniem Freda Hamptona, członka Czarnych Panter, zastrzelonego przez chicagowską policję 40 lat we własnym łóżku. Burda z nazwaniem ulicy jego imieniem była na cztery fajery. W sprawę zaangażował się m.in. chicagowski kongresman, w czym nie byłoby nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że gość sam należał do Czarnych Panter. Do nadania imienia nie doszło, a wspomniany przeze mnie Tom Allen próbował przeforsować ustawę ograniczającą nadawanie ulicom statusu honorary.

Niech sobie nadają. Ani mnie to ziębi ani grzeje. Nie wiem, ilu innych zasłużonych Polaków ma swoje honorowe ulice tutaj, ale podejrzewam, że nie tak wielu i może byłoby miło, aby przy okazji nazwania ulicy imieniem Polaka, tutejsza Polonia tradycyjnie nie srała we własne gniazdo.